Gdyby napisała 300 czesne, uwierzyłabym, ale nie jedzenie. Przecież krewetek tym dzieciom nie podają.
66 2014-10-09 18:28:59 Ostatnio edytowany przez samotnax4 (2014-10-09 18:35:22)
Podobne tematy
67 2014-10-09 18:43:34 Ostatnio edytowany przez Małpa69 (2014-10-09 18:48:06)
Nie dam sobie ręki odciąć ale wydaje mi się że rodzice za moją świetlicę płacili koło 400 zł miesięcznie (normalna publiczna podstawówka) obiady kosztowały 180 zł, ale ja akurat stołowałam się u dziadków.
Ale mimo wszystko i tak sporo jej zostaje...
Z jednej strony wydzielanie żonie pieniędzy i odcinanie jej od wspólnych środków jest formą przemocy emocjonalnej, a z drugiej, jeśli kwota 4200 zł nie wystarcza Autorce na podstawowe potrzeby, to ja się mężowi nie dziwię, że stara się trzymać rękę na pulsie. Nikt przecież nie lubi patrzeć, kiedy partner lekką ręką wydaje ciężko zarobione pieniądze. Pieniędzmi trzeba umieć gospodarować, być może Manuela jest w stanie wydać każdą kwotę, stąd konieczność wprowadzenia ograniczenia.
Bez względu jednak na przyczyny takiej decyzji, warto usiąść i porozmawiać, bo tylko konstruktywny dialog pozwoli satysfakcjonująco rozwiązać tę sytuację.
69 2014-10-09 18:50:53 Ostatnio edytowany przez Iceni (2014-10-09 18:52:47)
Małpo, 20 zł za jeden posiłek 10 lat temu? Wtedy najniższa pensja to było coś około 800 zł.
3 - 4 zł kosztowały obiady w barze mlecznym w Krakowie (akurat to pamiętam, bo w tym czasie sie przeprowadziłam do Kraka i liczyłam każdy grosz
) obstawiam, że w czasach twojej podstawówki to było raczej 40 zł ![]()
Aaaa.
. Sorry, teraz dopiero zauważyłam ze źle doczytalam- 400 zl to koszt swietlicy, nie obiadów. 180 to jeszcze możliwe ![]()
.
Małpo, 20 zł za jeden posiłek 10 lat temu? Wtedy najniższa pensja to było coś około 800 zł.
3 - 4 zł kosztowały obiady w barze mlecznym w Krakowie (akurat to pamiętam, bo w tym czasie sie przeprowadziłam do Kraka i liczyłam każdy grosz) obstawiam, że w czasach twojej podstawówki to było raczej 40 zł
.
Za moich czasów to było 3,50zł za dwudaniowy posiłek.
71 2014-10-09 18:56:48 Ostatnio edytowany przez Małpa69 (2014-10-09 19:02:59)
Nie nie, świetlica 400, jedzonko 180, to było mniej więcej 7,50- 8 zł za obiad, ale to tego wliczała się zupa, kompot i drugie danie, czasami również jakaś słodkość. To było dawno możecie sobie policzyć kiedy
może przez to że w Warszawie, tam praktycznie wszystko jest droższe.
Powiem Wam tak gdybym miała płacić 300 zł za wątpliwej jakości posiłki w szkole, to wolałabym ugotować dziecku sama, są obiady które można przyrządzić na szybko i nie kosztują majątku.
A i jak się od razu kupowało pakiet obiadowy to było taniej, na miesiąc czy na semestr np to były zniżki
72 2014-10-09 19:00:04 Ostatnio edytowany przez Ola_la (2014-10-09 19:06:08)
mariola856 napisał/a:w takich warunkach cieplarnianych to i depresje można mieć:)
Wybacz, ale ta wypowiedź to już cios poniżej pasa.
Wyobraź sobie, że najczęściej chorują właśnie te osoby, o których powszechnie się myśli, że nie mają powodów.
pewnie tak, depresja nie wybiera każdy może zachorować,
problemem jest raczej tutaj roszczeniowy charakter zony, dostaje dużo na dom i pyta się czy to aby nie mało, jakos nikt nie napisał ze dostaje za mało na dom
Małpa matko co ta świetlica miała w sobie że kosztowała az tyle i tyle lat temu? ![]()
Dalej uważam że autorka przesadza z tymi pieniędzmi,oraz to że do wszystkiego nam się nie przyznała.
Mąż kupił dom,pewnie na materacach nie spia,więc zostały kupione meble które mało nie kosztują.
Dom trzeba utrzymać,a z wypowiedzi autorki wynika że to maż opłaca wszystko.
74 2014-10-09 19:19:12 Ostatnio edytowany przez Cyngli (2014-10-09 19:21:16)
Cynicznahipo napisał/a:mariola856 napisał/a:w takich warunkach cieplarnianych to i depresje można mieć:)
Wybacz, ale ta wypowiedź to już cios poniżej pasa.
Wyobraź sobie, że najczęściej chorują właśnie te osoby, o których powszechnie się myśli, że nie mają powodów.pewnie tak, depresja nie wybiera każdy może zachorować,
problemem jest raczej tutaj roszczeniowy charakter zony, dostaje dużo na dom i pyta się czy to aby nie mało, jakos nikt nie napisał ze dostaje za mało na dom
A przeczytaj dokładnie
Minimum dwie osoby napisały, że powinna dostawać więcej.
Chociaż akurat ja uważam, że dostaje w sam raz.
Ja np. mam miesięcznie 500zł na potrzeby swoje i półtorarocznego synka. I radzimy sobie. A nie, przepraszam - 577, bo jeszcze rodzinne.
Z tego 190zł to same pampersy.
75 2014-10-09 19:23:33 Ostatnio edytowany przez Małpa69 (2014-10-09 19:25:44)
Leno, nie wiem
ale pamiętam ile bo akurat mamcia mi dawała pieniądze żebym opłaciła u Pani świetlicę, długo do niej nie chodziłam, z rok może, miałam blisko dziadków, byłam ogarnięta, szybko dostałam klucze do domu, a po szkole i tak chętnie szłam do babci, a jak nie poszłam to dziadek przychodził sam i przynosił jakieś placki z jabłkiem ;P
Ale w sumie fajnie było na tej świetlicy, dużo dodatkowych zajęć z rysowania, haftowania, wycinania, robienia różnych fajnych dupereli, przedstawienia, okolicznościowe imprezy. To nie była taka świetlica że dzieci tylko siedzą a babka patrzy czy żyją.
Dlaczego autorka ucichła? Może ma coś jeszcze do ukrycia? ![]()
Hm, a jeśli jej depresja wynika właśnie z tego wydzielania pieniedzy i jej obawa, że za każdym razem ledwie wystarczy jej do ostatniego? Mąż jej nie wspiera, ale może nie wie jak ją wspierać albo ona swoim zachowaniem skutecznie gasi w nim wszelkie uczucia współczucia i sprawa kończy się tylko na pieniądzach. Osobiście uważam, że może mieć też problemy z wydawaniem pieniedzy. Zakupoholizm bądź wygodne zycie odbiło piętno na jej psychice i teraz po prostu chce więcej i więcej?
Autorko, ludzie na prawdę mają o wiele gorzej niż Ty i nie skarżą się, że ktoś powinien im dawać jeszcze ze swojej pensji na życie, a Ty nie masz małej pensji, wydajesz ją na swoje wydatki plus coś dla dziecka, a mąż daje Ci jeszcze na wyzywienie podczas gdy sam opłaca WSZYSTKO inne, z tego co nam napisałaś. Mam nadzieję, że teraz nie będzie kolejnego postu z dodatkowym przez Ciebie wydatkiem o którym zapomniałaś nam napisać. Czy my musimy z Ciebie wszystko wyciagać, skoro chcesz naszej opinii? Chyba, że już nie chcesz ![]()
77 2014-10-09 19:33:09 Ostatnio edytowany przez Małpa69 (2014-10-09 19:50:25)
Wiecie Babcia mojego ma maleńką emeryturkę, mieszka sama, często jest u teściów, bo nie chcą żeby siedziała sama, ale generalnie ma swoje mieszkanie, z emerytury opłaca mieszkanie, rachunki, lekarstwa, a bierze ich dużo i za duże pieniądze, jest po zawale, ma nadciśnienie, teraz teściowie jej pomagają, ale kiedy teściowa była w trudnej sytuacji i była sama, babcia radziła sobie sama i za 700 zł (teraz podnieśli jej do około 1000)opłaciła sobie mieszkanie, kupiła wszystkie leki i jedzenie, a jadła wcale nieźle, ale kupowała podstawowe produkty, żadnych gotowców i to jeszcze uwaga w Warszawie. Można? I nigdy nie powiedziała, że ma mało.
Moi dziadkowie zresztą też, dwie emerytury, sami opłacają rachunki, leki mają bardzo drogie babcia jest poważnie chora bierze zastrzyki koszt jej leczenia to około 500 zł, dziadka koło 300. Zawsze mają obiad, jakieś ciasto i wnuczkom też zawsze starają się coś odpalić (a jest nas troje) zawsze jak przyjadę to dziadek mi cichaczem wciska pieniądze. Przyzwoicie ubrani, mają samochód. Widać można.
Ludzie naprawdę mają gorzej. Ja nie mówię że to źle wydać 2k na jedzenie, ale jeśli się nie ma więcej to albo trzeba zarobić, albo zejść z poziomu i żyć za to co się ma, ot cała filozofia.
Pracowałam w szkole. Obiad dwudaniowy koszt niecaly 100 zl na miesiąc. 300 zl to jakieś rarytasy te dzieci jedzą.
Ja uwazam ze autorka naprawdę fajna sume dostaje tylko na jedzenie i na opłaty dziecka.
Nic nie mowila o czynszu jeśli to blok o innych rachunkach, naszykowaniu opalu na zimę jeśli to dom rodzinny i jest palone w piecu.
Wiec kurcze 2200 zl plus jej 2 tys to jest naprawdę super kwota.
Niecaly tysiąc na dziecko, tysiąc na leki wiec 2200 zl zostaje na jedzenie no i ubrania.
Ubrań co chwila nie musi kupowac niech straci co miesiąc 200 zl.
Zostaje jej 2 tys na jedzenie. Masakra za ta kase to mozna jest naprawdę zdrowo !
Ja pamiętam jak tata zostal zwolniony z pracy, byly ciezkie czasy mama pracowala, ja z siostra chodzilam do szkoly. Wtedy najnizsza byla o wiele mniejsza jak teraz gdzieś kolo 900 zl do ręki plus taty zasilek 500 zl i mama dawala rade, na pewno jej bylo ciezko a ze ja bylam dzieckiem to nie moglam pomoc mamie, tata chwytał sie różnych prac ale naprawdę ciezko bylo. Nie głodowaliśmy, ubrani tez zawsze czysto rachunki placone.
Jezuniu tyle kasy miec to jest rarytas.
Dobra koniec o mnie ![]()
79 2014-10-09 20:10:15 Ostatnio edytowany przez samotnax4 (2014-10-09 20:11:25)
Może być tak, że autorka wydaje pieniądze na pierdoły i jęczy, że jej mało. Dlatego mąż dał jej "kieszonkowe", moim zdaniem naprawdę duże. Mnie się np pieniądze kompletnie nie trzymają, niby ja opłacam rachunki, kupuję jedzenie,(mamy wspólne konto) ale pieniądze mi po prostu uciekają. Sama oddałam mężowi kartę do bankomatu, bo będąc na zakupach się nie kontroluję. Może tu jest podobnie.
samotnax4 napisał/a:Autorka ma pretensje, że mąż mało daje...przecież tego nie przepił, KUPIŁ DOM dla was. Kobieto, ciesz się swoim szczęściem, a nie go oczerniasz.
Poza tym 300 na jedzenie w szkole, 120 świetlica? Wybacz, ale nie wierzę.Może jakaś szkoła prywatna.
Moja córka chodzi do prywatnej szkoły i za obiady płacimy 7 zeta dziennie.Miesięcznie wychodzi więc około 160 złotych.I z tego co wiem jest to jeden z najdroższych cateringów w mieście.
Moja przyjaciółka we Wrocku płaci za obiady dziecka 6 złotych.
Jeśli to szkoła prywatna to za świetlicę się nie płaci- wliczona jest w czesne.
81 2014-10-09 20:31:20 Ostatnio edytowany przez gojka102 (2014-10-09 20:45:26)
Małpa matko co ta świetlica miała w sobie że kosztowała az tyle i tyle lat temu?
Dalej uważam że autorka przesadza z tymi pieniędzmi,oraz to że do wszystkiego nam się nie przyznała.
Mąż kupił dom,pewnie na materacach nie spia,więc zostały kupione meble które mało nie kosztują.
Dom trzeba utrzymać,a z wypowiedzi autorki wynika że to maż opłaca wszystko.
Co do świetlicy w szkołach publicznych- ludziska wejdźcie sobie na stronę MENu i nie ściemiajcie,że świetlica w szkołach publicznych jest PŁATNA.
To tak jak ze składkami na RR- nie są obowiązkowe.A już opłata 300 czy 400 zł- jak napisała Małpa- to kuriozum. Można dołożyć 100 czy 200 zeta i za tę kasę posłać dziecko do prywatnej szkoły.
Gojka zgadzam się
U mnie na 3 świetlice żadna płatna nie jest.
W rodzinie mam dzieci uczace sie w duzych miastach,tam świetlice tez są darmowe.
Swietlica za 400 zł,u nas tyle kosztuje internat z wyzywieniem,ale swietlica? Zwłaszcza że dzieci tam 8 godzin nie spędzają?
Obiady to koszt max 120 zł,3 daniowy
U córki w szkole obiad jest jednodaniowy i z tego co wiem smieją się ludziska,że to najdroższe obiady w województwie.
84 2014-10-09 20:45:50 Ostatnio edytowany przez samotnax4 (2014-10-09 20:46:50)
U nas świetlica kosztuje 10zł, przy czym jest to opłata dobrowolna (na papier, kredki itp). Obiad, w zależności od ilości dni w miesiącu, nigdy nie przekroczył 100zł (zupa, IIdanie i kompot)
Gojeczko, ja nie znam realiów, właściwie to strzelałam.
To jeszcze nie moje klimaty, synek za mały.
Gojeczko, ja nie znam realiów, właściwie to strzelałam.
To jeszcze nie moje klimaty, synek za mały.
Cyniczna- przyznam,że to co napisałam było do autorki i Małpy.Nie zauważyłam- wybacz- byś pisała coś o płatnej świetlicy.
Jak Twoja dziecina będzie szkolna to szkoły będą w domu a nauczyciele w internecie:)
Dziewczyny ja szczegółów aż tak nie znam, ale nie ściemniam tyle płaciliśmy, ale tak jak mówię w tym wszystkim było pełno zajęć technicznych, plastycznych, tanecznych, wszelkie eventy i inne duperele, opłata była obowiązkowa, jak jest teraz nie wiem, dzieci swoich nie mam, więc wyciągam rzeczy sprzed lat niemal dwudziestu i tak jak mówię to nie była świetlica typu siedzimy i babka tylko dogląda co kto robi, cały czas tam mieliśmy zajęty, zabawami i robieniem różnych ciekawych rzeczy, w sumie za świetlicę takiej jakości byłabym gotowa tyle zapłacić, bo dzieciak nie gapi się w ścianę tylko się uczy i bawi.
Cynicznahipo napisał/a:Gojeczko, ja nie znam realiów, właściwie to strzelałam.
To jeszcze nie moje klimaty, synek za mały.Cyniczna- przyznam,że to co napisałam było do autorki i Małpy.Nie zauważyłam- wybacz- byś pisała coś o płatnej świetlicy.
Jak Twoja dziecina będzie szkolna to szkoły będą w domu a nauczyciele w internecie:)
O, o świetlicy faktycznie nie pisałam. Za moich czasów była za darmo.
Ja sugerowałam, że być może dziecko Autorki chodzi do prywatnej szkoły - bo 300zł za obiady, to trochę dużo.
No ale nie orientuję się też, ile kosztują takie obiady w prywatnej szkole ![]()
Nauczyciele w necie... nie daj Boże..
Haha Nauczyciele w necie
będzie sie w tedy działo.
A tak na marginesie nie cale 20 lat temu u mnie świetlica byla za darmo a zabawy czy również inne zajęcia jak plastyczne czy muzyczne to chyba to obowiązek nauczyciela bo jednak na świetlicy nie siedzi sobie nie wiadomo kto tylko nauczyciel z wyksztalceniem i to jego obowiązek aby dzieci sie nie nudzily i wymyślać różne atrakcje.
Nie wiem tak bylo za moich czasów.
Ja obiadów nie jadłam w szkole, nawet nie chcialam.
Ostatnio pracowałam w szkole i to bylo nie cale 100 zl za dwudaniowy obiad plus co drugi dzień owoc albo jakieś slodkosci dodawane jako "dodatek" do obiadu alo "deser"
A za świetlice nie płaciło sie. No chyba ze przedszkolak kończył o 13 godz i zostawał do 16 to w tedy 1.50 zl za każdą godzinę ale to przedszkolaki.
90 2014-10-09 21:30:17 Ostatnio edytowany przez Małpa69 (2014-10-09 21:31:47)
No u nas to była świetlica po lekcjach czynna do 18 bodajże, no płaciliśmy, a czy to było ok czy nie, nie wiem, bez większego znaczenia teraz. Napisałam to nie po to by dywagować czy to dużo czy mało, czy powinno być czy nie, tylko po to by podkreślić że mimo takich opłat (bo możliwe że jednak są tak wysokie, choć wątpliwe, zwłaszcza z tymi obiadami) to i tak zostaje sporo pieniędzy.
Za moich czasów obiady w szkole były po 20 zł za miesiąc w szkole podstawowej. Dostawałam taką karteczkę z kwadracikami dat i jak się podchodziło po porcję to wycinało się kwadracik z daną datą i oddawało do okienka
Świetlica była bezpłatna po szkole, pani dawała nam różne gry, albo kolorowanki, albo po prostu kredki i karton lub zwykłe puzzle i dziecko miało zajęcie. Raz na godzinę organizowała jakąś wspólną zabawę albo czytała opowiadania.
Nie chcę autorce przytykać albo wyliczać, ale myslę, że mimo wszystko przesadza z tymi swoimi lub dziecka "opłatami", żeby podnieść się do miana biednej cierpiętnicy.
Manuela? Wiem o czym mówisz, moje dziecko chodzi do szkoły do warszawy koszt śniadania obiadu i podwieczorka to 12 zł na dzień, niestety podwieczorki to straszne g.. jakiś kisiel czy budyn ale jak wytłumaczyć dziecku że wszyscy jedzą a ty masz nie jeść?
Moj mąż każdego misiaca oddaje mi na wydatki domowe 2200zl za te pieniądze mam kupować jedzenie opłacać dziecku obiady w szkole i płacić za internet, jak uważacie jest to Duza kwota czy nie? Mąż uważa ze jest to spora suma mi niestety czasem nie starcza do 1 wtedy w domu są awantury.
Według mnie to sporo. U nas na 4 osoby idzie znacznie mniej na te wydatki.
Za moich czasów obiady w szkole były po 20 zł za miesiąc w szkole podstawowej. Dostawałam taką karteczkę z kwadracikami dat i jak się podchodziło po porcję to wycinało się kwadracik z daną datą i oddawało do okienka
Świetlica była bezpłatna po szkole, pani dawała nam różne gry, albo kolorowanki, albo po prostu kredki i karton lub zwykłe puzzle i dziecko miało zajęcie. Raz na godzinę organizowała jakąś wspólną zabawę albo czytała opowiadania.
Nie chcę autorce przytykać albo wyliczać, ale myslę, że mimo wszystko przesadza z tymi swoimi lub dziecka "opłatami", żeby podnieść się do miana biednej cierpiętnicy.
Zależy w jakim mieście żyjesz jeśli w warszawie, to koszty wyżywienia od 11 do 13 zł za pełne wyżywienie a świetlica tak jak w przedszkole 1 zł za godzine po 13
95 2014-10-09 22:28:11 Ostatnio edytowany przez Małpa69 (2014-10-09 22:28:43)
Słuchajcie czy to ważne ile ona faktycznie za to płaci? Nawet jeśli płaci tyle ile powiedziała, to i tak zostaje jej niemały pieniądz i tak jak powiedziałam ja wolałabym dziecku sama gotować, do szkoły zapakować jakąś sałatkę, porządne pieczywo pełnoziarniste, owoce niż płacić 300 za obiad, który raczej nie jest takiej jakości jak w domu, ale to nie o to chodzi. Załóżmy że serio tyle płaci, ale i tak zostaje jej całkiem spora kwota, którą podejrzewam nie jedna z forumowiczek chciałaby mieć na życie.
Słuchajcie czy to ważne ile ona faktycznie za to płaci? Nawet jeśli płaci tyle ile powiedziała, to i tak zostaje jej nie mały pieniądz i tak jak powiedziałam ja wolałabym dziecku sama gotować, do szkoły zapakować jakąś sałatkę, porządne pieczywo pełnoziarniste, owoce niż płacić 300 za obiad który raczej nie jest takiej jakości jak w domu, ale to nie o to chodzi. Załóżmy że serio tyle płaci, ale i tak zostaje jej całkiem spora kwota którą podejrzewam nie jedna z forumowiczek chciałaby mieć na życie.
otóż to ![]()
Małpa69 czy ty masz dzieci? Chyba nie, ja je mam i wiem o czym piszę Manuela, zapewniam Cię że większość dzieci chce jeść to co koledzy nie chce jeść czegoś innego
98 2014-10-09 22:35:54 Ostatnio edytowany przez Małpa69 (2014-10-09 22:38:18)
Nie Eryko nie mam dzieci, straciłam moje dziecko.
Nie muszę mieć dzieci by znać dzieci, prawda?
Nie spotkałam się z tym żeby dzieci rzucały się na stołówkowe jedzenie wręcz przeciwnie. Nie raz moje znajome płakały że ich dziecko nie chce jeść tego co podają na stołówce że obiady opłacone a dziecko nie chce chodzić.
prócz tego jak powiedziałam, niech płaci za te obiady 300 i tak ma wystarczająco pieniędzy na życie, a chyba tego dotyczy ten wątek, a nie jedzenia ze stołówki.
Eryka, coś Ty się uczepila tych obiadów domowych czy szkolnych? Już dziewczyny napisały, że nawet jeśli tyle płaci to i tak zostaje sporo. Tu nie obiadki są głównym problemem tylko ogólne kwota, którą otrzymuje od męża, a na którą narzeka... No, chyba, że Ty również miałabys problem zorganizować życie bez głównych opłat domowych mając ponad 4,000 do wydania tylko na siebie i jedno dziecko?
Ja za taką kwotę muszę opłacić wszystkie rachunki, przedszkole, studia 400zł miesięcznie, jedzenie i paliwo. A tobie nie wystarcza tyle pieniążków ???? szok
101 2014-10-09 22:36:51 Ostatnio edytowany przez lena812 (2014-10-09 22:38:35)
Małpa69 czy ty masz dzieci? Chyba nie, ja je mam i wiem o czym piszę Manuela, zapewniam Cię że większość dzieci chce jeść to co koledzy nie chce jeść czegoś innego
a gdzie autorka napisała co jej dziecko chce jeść?
wątek chyba jest na temat zbyt małej kwoty otrzymywanej od męża,oczywiscie w/g autorki
nawet jakby placiła 500 zł za te obiady to i tak spora kwota jej zostaje
co do tych obiadów,to widze że dzieci wręcz unikają jedzenia w stołówkach
No właśnie.
103 2014-10-09 22:39:10 Ostatnio edytowany przez gojka102 (2014-10-09 22:48:24)
Małpa69 czy ty masz dzieci? Chyba nie, ja je mam i wiem o czym piszę Manuela, zapewniam Cię że większość dzieci chce jeść to co koledzy nie chce jeść czegoś innego
Eryko- większość- to słowo klucz Twej wypowiedzi. Ale nie wszystkie dzieci.
Ludziska- nie ma co pisać,że za ta kasę to ktoś musi żyć przez miesiąc a ktoś jeszcze inny nawet tyle nie ma. Ja Manuelę rozumiem- mój mąż też sporo zarabia a ja sporo mniej.
Za to moje dziecko jest "zaopiekowane",odwiezione do szkoły,ze szkoły zabrane,zawiezione na zajęcia,odebrane,ma kto z nią nad lekcjami w domu posiedzieć,zrobić kolację czy ugotować zupę.
Jeśli nie Manuela robi to samo w to kto?
Gdyby mój mąż dawał mi 20% swoich zarobków to też uważałabym,że to jest mało.
104 2014-10-09 22:41:47 Ostatnio edytowany przez Małpa69 (2014-10-09 22:43:03)
Pomijając czy dziecko musi mieć wszystko to co chce? Przypuszczalna sytuacja, kobieta ma czas gotować dla rodziny, gotuje dla siebie i męża, dlaczego dziecko miałoby tego nie jeść? Tylko dlatego bo ono chce jeść na stołówce?
Czyli masz 4 koła do wydania, realnych wydatków 1500, reszta na tzw. życie. O ile wasz dom nie ma 400 mKw, nie utrzymujecie prywatnego odrzutowca, to kwota ta powinna wystarczyć na swobodne życie na średnio-rozsądnym poziomie.
Zwyczaj ścisłego wydzielania Ci pieniędzy jest dziwny, ale i Ty jesteś dziwna.
Pomijając czy dziecko musi mieć wszystko to co chce? Przypuszczalna sytuacja, kobieta ma czas gotować dla rodziny, gotuje dla siebie i męża, dlaczego dziecko miałoby tego nie jeść? Tylko dlatego bo ono chce jeść na stołówce?
Wiesz,Małpo- jak dziecko siedzi w szkole do godziny 15 to choćby mama najlepszy i najzdrowszy obiadek ugotowała to ono MUSI niestety zjeść go w szkole...
107 2014-10-09 22:48:36 Ostatnio edytowany przez Małpa69 (2014-10-09 22:49:07)
Gojko tu się zgodzę, ale argument że ma jeść szkolny obiad bo inni jedzą to żaden argument ![]()
Zresztą jak się w większości zgodziłyśmy to nie cena obiadów jest tu problemem.
Małpa69 napisał/a:Pomijając czy dziecko musi mieć wszystko to co chce? Przypuszczalna sytuacja, kobieta ma czas gotować dla rodziny, gotuje dla siebie i męża, dlaczego dziecko miałoby tego nie jeść? Tylko dlatego bo ono chce jeść na stołówce?
Wiesz,Małpo- jak dziecko siedzi w szkole do godziny 15 to choćby mama najlepszy i najzdrowszy obiadek ugotowała to ono MUSI niestety zjeść go w szkole...
moje siedzi do 15 a jakoś nigdy nie zapragnęło szkolnych obiadków,mimo mojej ochoty na zapisanie syna na nie
Moja panna natomiast jada w szkole.Po szkole jedzie do muzycznej więc nie może być głodna cały dzień.
Kanapki zrobione rano w domu byłyby zwyczajnie niejadalne.
110 2014-10-09 22:59:22 Ostatnio edytowany przez Małpa69 (2014-10-09 23:01:08)
Ja też siedziałam nie raz i dłużej i wolałam poczekać i zjeść normalny obiad później, ale to już nie o to chodzi.
Autorka ma problem bo brakuje jej pieniędzy niby na życie, ale z tego spokojnie można wyżyć i jeszcze zostanie. Albo jedzą kawior i ostrygi, albo jej brakuje pieniędzy nie na życie, tylko na swoje fanaberie.
Ja gotuję dwa obiady Mój nie zje tego co ja, a ja nie mogę jeść tego co on, jako cukrzyk czy chce czy nie chcę na jedzenie muszę wydać sporo, a i tak z palcem w nosie zmieściłabym się w tej kwocie, mimo że pozwalam sobie na lepsze rzeczy typu ser pleśniowy czy dobra wędlina z wyższej półki. Dziecko z tego też bym wykarmiła, nawet dwójkę.
Więc o co tu tak na prawdę chodzi? Nie wiem ![]()
A Eryko do mnie pijesz że nie mam dzieci, Ty masz i bijesz męża (Twój temat)... nic dodać nic ująć, ja nie mam ty mieć nie powinnaś.
Małpa chodzi o to że autorka ma problemy życiowe,rodzinne nie finansowe...
Też tak uważam.
Haha śmieszne są niektórych komentarze, 2200 z 10000 to mało a 2200 z 3000 to dużo. Na same jedzenie internet i chemie to sporo i powinno wystarczać. To że zarabia 10000 to nie znaczy że ma oddawać na nie wiadomo co polowe swojej pensji, skoro tak nie robi to znaczy że jest rozsądny i oszczędza albo inwestuje.
Jeśli dla Ciebie to za mało to porozmawiaj z nim, ale myślę że kwota 3000-3500 "na dom" to max jaki normalny człowiek może wydać, chyba że macie wysokie wymagania, w takim wypadku mąż sam powinien wiedzieć jakie są koszta.
Leno wysłałam Ci wiadomość, przeczytaj i napisz co myślisz.
Pomijając czy dziecko musi mieć wszystko to co chce? Przypuszczalna sytuacja, kobieta ma czas gotować dla rodziny, gotuje dla siebie i męża, dlaczego dziecko miałoby tego nie jeść? Tylko dlatego bo ono chce jeść na stołówce?
Ja tam, jak wiele innych dzieci jadłam dwa obiady - w szkole i w domu. Jedzenie na stołówce bylo i jest bardzo smaczne, ludzie spoza szkoły przychodzą je kupować. Świetlica jest darmowa tak jak i np. zajęcia korekcyjne. Tak było za "moich" czasów i tak tez jest w moim miasteczku obecnie.
Ja w szkole nie jadłam żadnych obiadów powod moze beznadziejny ale jak na małe dziecko konkretny nie moglam sobie wyobrazić zjesc cos przygotowane przez obce mi osoby
Ja jako dziecko uwielbiałam jesc to co mi mamusia przygotowywala
i wolałam na obiad czekac aż wrócę do domu. Jasne jakieś kanapki czy sałatkę mialam przygotowana ![]()
Ale w watku nie o to chodzi.
Fakt zostaje mężowi niezla sumka ale on jej rownież daje ladna sumke i nikt nie gloduje.
Bardziej zastanawia mnie ich relacja tu tkwi problem niż przy finansach.
Ja w szkole nie jadłam żadnych obiadów powod moze beznadziejny ale jak na małe dziecko konkretny nie moglam sobie wyobrazić zjesc cos przygotowane przez obce mi osoby
![]()
Ja jako dziecko uwielbiałam jesc to co mi mamusia przygotowywalai wolałam na obiad czekac aż wrócę do domu. Jasne jakieś kanapki czy sałatkę mialam przygotowana
Ale w watku nie o to chodzi.
Fakt zostaje mężowi niezla sumka ale on jej rownież daje ladna sumke i nikt nie gloduje.Bardziej zastanawia mnie ich relacja tu tkwi problem niż przy finansach.
Jeej,gdybym miała takie dziecko uznałabym to za osobistą porażkę:)
Nie jadałaś nigdy w restauracjach?
Nie wyjeżdżałaś z rodzicami na wczasy,nie jeździłaś na kolonie czy obozy?
Bardziej zastanawia mnie ich relacja tu tkwi problem niż przy finansach.
Mnie tez, bo co to za dom i rodzina, gdzie sie kase drugiej osobie wydziela? On zarabia wiecej i ma obowiazek dokladac sie w odpowiednio wiekszej kwocie do domowego budzetu.
I przestancie z tym licytowaniem sie o grosze: ja to tyle mam a ja nawet nie tyle, a niektorzy to plowy nie maja itd. Niektorzy to moga sobie za przyslowiowa zlotowke zyc, ale jesli jest taka sytuacja jak tu, ze maz ma kupe kasy i "laskawie" rzuca 20% z tego na wspolne zycie, to to jest po prostu smieszne. W takim razie, niech autorka tez da 20% ze swojej pensji - 400 zlotych. Tu nie chodzi o to ile za te 2200 mozna aktualnie kupic i jak to komu jest gorzej na swiecie tylko o to, zeby nie czuc sie jak pani na utrzymaniu swojego pana, ktory skrupulatnie odlicza dziesiecine jej co miesiac (i jaki dokladny, 2200 a nie 2500 czy rowne 3000). Cos czuje, ze autorka ma takie wlasnie zastrzezenia, nie o sama kwote jako taka.
OK, jesli reszta z jego pensji idzie w duzej mierze na wspolny dom (zapisany na oboje), na wspolne rachunki i pozostale niezywnosciowe wydatki to pieniadze sa gdzies lokowane. Ale czemu nie robic tego wspolnie, wkladamy kase do skarbonki, placimy to, to i to, tyle zostalo, za to kupujemy jedzenie, ubrania, bawimy sie, jezdzimy wspolnie i reszte odkladamy na konto oszczednosciowe. A nie jakies takie kazdy sobie rzepke skrobie.
Mnie tez, bo co to za dom i rodzina, gdzie sie kase drugiej osobie wydziela? On zarabia wiecej i ma obowiazek dokladac sie w odpowiednio wiekszej kwocie do domowego budzetu.
Ale przecież on nawet nie tyle, co się dokłada do domowego budżetu, tylko W CAŁOŚCI go pokrywa. Autorka ze swojej pensji nie kupuje jedzenia, nie pisała o opłacaniu rachunków itd. Jej pensja idzie praktycznie w całości na jej osobiste wydatki.
Zakładając, że ona ma mniej więcej 2000 na siebie (pensja), on jej oddaje 2200 - jedzenie, to zostaje mu 7800. Odjąć od tego te 2000 na swoje własne wydatki (w końcu ona tyle ma) - zostaje mu 5800. Z tego opłaca rachunki, pewnie kupuje jakieś ubrania i inne rzeczy typu chemia, jakieś niespodziewane wydatki itd. Ja nie wiem, jaki jest sens porównywać te 2200 do 10000, co rzeczywiście wygląda jak spora różnica, skoro to wygląda zupełnie inaczej - ona 2000 na siebie i 2200 na jedzenie, on 7800 na całą resztę + swoje własne wydatki.
cisowianka napisał/a:Ja w szkole nie jadłam żadnych obiadów powod moze beznadziejny ale jak na małe dziecko konkretny nie moglam sobie wyobrazić zjesc cos przygotowane przez obce mi osoby
![]()
Ja jako dziecko uwielbiałam jesc to co mi mamusia przygotowywalai wolałam na obiad czekac aż wrócę do domu. Jasne jakieś kanapki czy sałatkę mialam przygotowana
Ale w watku nie o to chodzi.
Fakt zostaje mężowi niezla sumka ale on jej rownież daje ladna sumke i nikt nie gloduje.Bardziej zastanawia mnie ich relacja tu tkwi problem niż przy finansach.
Jeej,gdybym miała takie dziecko uznałabym to za osobistą porażkę:)
Nie jadałaś nigdy w restauracjach?
Nie wyjeżdżałaś z rodzicami na wczasy,nie jeździłaś na kolonie czy obozy?
Nie nie jeździłam z rodzicami na wczasy - nie bylo nas stać.
Do 3 klasy podstawówki nie bylam na żadnej kolonii - pępowina mamusi nie byla odcięta. Bez mamusi ani rusz ![]()
A od 4 klasy podstawówki troche sie zmieniłam co nie zmienia faktu ze nadal nie korzystałam ze stołówki. Wolałam jesc to co lubię a nie na silę to co danego dnia w kuchni bylo gotowane w szkole.
Jasne pozniej czy na koloniach czy na wczasach u dziadków czy u innych osób z rodziny jadlam normalnie no chyba ze cos mi nie smakowało to wiadomo ze nie jadłam.
Eileen, 7800 na rachuunki i chemie???? W Palacu Lazienkowskim mieszkaja?
I jak zyje iles tam lat, to nie widzialam jeszcze faceta, ktory by sam kupowal jakakolwiek chemia czy ubrania dla rodziny. Tylko jako kawaler chyba.
OK, niech autorka wroci i dokladnie nam tu rozpiske zrobi: co kto i ile placi, bo to wszystko sa domniemania.
Nadal nie podoba mi sie sposob WYLICZANIA i WYDZIELANIA kwoty na wspolne utrzymanie. To nie lepiej robic te zakupy czy oplacac dzieciom to i owo wspolnie?
cisowianka napisał/a:Bardziej zastanawia mnie ich relacja tu tkwi problem niż przy finansach.
Mnie tez, bo co to za dom i rodzina, gdzie sie kase drugiej osobie wydziela? On zarabia wiecej i ma obowiazek dokladac sie w odpowiednio wiekszej kwocie do domowego budzetu.
Przecież się dokłada w większej części niż ona (mniejsza o to, że ona w ogóle się nie dokłada z tego co sama napisała), przecież on nie tylko daje jej te 2200 ale opłaca wszystko inne, a nie wiemy ile tego jest - może być nawet drugie tyle, a żonie nie daje więcej pieniędzy bo wie że jest niegospodarna i je przepuści. Niewiele o nim wiemy, ale skoro zarabia 10000 to raczej ma łeb na karku i potrafi zarządzać finansami.
I przestancie z tym licytowaniem sie o grosze: ja to tyle mam a ja nawet nie tyle, a niektorzy to plowy nie maja itd. Niektorzy to moga sobie za przyslowiowa zlotowke zyc, ale jesli jest taka sytuacja jak tu, ze maz ma kupe kasy i "laskawie" rzuca 20% z tego na wspolne zycie, to to jest po prostu smieszne. W takim razie, niech autorka tez da 20% ze swojej pensji - 400 zlotych.
ona z siebie nic na dom nie daje. Więc oddaje 0 % z 2000 - kto daje więcej?
Tu nie chodzi o to ile za te 2200 mozna aktualnie kupic i jak to komu jest gorzej na swiecie tylko o to, zeby nie czuc sie jak pani na utrzymaniu swojego pana, ktory skrupulatnie odlicza dziesiecine jej co miesiac (i jaki dokladny, 2200 a nie 2500 czy rowne 3000). Cos czuje, ze autorka ma takie wlasnie zastrzezenia, nie o sama kwote jako taka.
No tak, jak forumowiczki wcześniej zauważyły problem leży w ich relacjach.
OK, jesli reszta z jego pensji idzie w duzej mierze na wspolny dom (zapisany na oboje), na wspolne rachunki i pozostale niezywnosciowe wydatki to pieniadze sa gdzies lokowane. Ale czemu nie robic tego wspolnie, wkladamy kase do skarbonki, placimy to, to i to, tyle zostalo, za to kupujemy jedzenie, ubrania, bawimy sie, jezdzimy wspolnie i reszte odkladamy na konto oszczednosciowe. A nie jakieś takie każdy sobie rzepke skrobie.
Może właśnie o to chodzi, że ona by tych pieniędzy nigdzie nie ulokowała, a zaraz znalazłaby nową super okazję żeby pieniądze wydać. Tak sobie gdybam, bo być może jest inaczej. Ale zanim zacznie stawiać jakieś warunki niech się zastanowi czy sama siebie utrzyma za 2000 zł, bo na dziecko dostałaby alimenty tyle, że z mojego punktu widzenia jest nie w porządku wydawać na swoje zachcianki z pieniędzy dziecka.
Do autorki tematu:
Myślę, że jakaś terapia małżeńska byłaby istotna, czy twój lekarz o tym nie wspominał?
Eileen, 7800 na rachuunki i chemie???? W Palacu Lazienkowskim mieszkaja?
I jak zyje iles tam lat, to nie widzialam jeszcze faceta, ktory by sam kupowal jakakolwiek chemia czy ubrania dla rodziny. Tylko jako kawaler chyba.
Mój mąż zawsze kupuje proszek do prania- ja nie wiem nawet jaki mamy i jaki miałabym kupić.
Ubrania mąż często kupuje sam córce, nierzadko i mnie ![]()
Eileen, 7800 na rachuunki i chemie???? W Palacu Lazienkowskim mieszkaja?
I jak zyje iles tam lat, to nie widzialam jeszcze faceta, ktory by sam kupowal jakakolwiek chemia czy ubrania dla rodziny. Tylko jako kawaler chyba.
OK, niech autorka wroci i dokladnie nam tu rozpiske zrobi: co kto i ile placi, bo to wszystko sa domniemania.
Nadal nie podoba mi sie sposob WYLICZANIA i WYDZIELANIA kwoty na wspolne utrzymanie. To nie lepiej robic te zakupy czy oplacac dzieciom to i owo wspolnie?
Czekaj, czekaj, nie 7800 na same rachunki i chemię. Powinno mu się z tego należeć 2000 na własne rozrywki i co tylko chce, bo tyle autora wydaje na siebie ze swojej pensji. Zostaje 5800.
Nie mówię o tym, kto kupuje chemię, tylko kto płaci, zresztą to tylko przykład, skoro do tej pory była mowa tylko o rachunkach, czymś tam dziecka i jedzeniu, a przecież kupuje się i inne rzeczy - proszki, ubrania, czasem coś się zepsuje, zużyje, no litości, generalnie wszystko, co trzeba kupić do domu poza jedzeniem. Plus rachunki.
I jak opłacać wspólnie cokolwiek, skoro autorka CAŁĄ swoją pensję przeznacza na siebie? Bo chyba nie dążysz do tego, żeby ona płaciła za cokolwiek, patrząc po tym, że uważasz, że dostaje za mało.
Nie widzę też sensu porównywania kwoty, którą ona dostaje na jedzenie, do tego, ile on zarabia. Ceny w sklepach są niezależne od jego zarobków, za 2200 nie musi też żywić się zupkami z proszku, jest w stanie zorganizować normalne posiłki dobrej jakości. Więc co ma do tego wysokość jego pensji? Że jak mu coś zostanie, to ma jej oddać? A może on woli odłożyć na coś? Przypomnę, że autorka ze swojej pensji nie pokrywa żadnych wspólnych opłat, dostaje 2200 od męża na jedzenie, całą resztę pokrywa mąż, a jej jeszcze mało, bo on ma więcej, więc niech da... Niech ten mąż lepiej potrząśnie żoną i omówi jej partycypowanie w kosztach utrzymania, a nie wyłącznie chęć uczestniczenia w zyskach. ![]()
Mussuka napisał/a:Eileen, 7800 na rachuunki i chemie???? W Palacu Lazienkowskim mieszkaja?
I jak zyje iles tam lat, to nie widzialam jeszcze faceta, ktory by sam kupowal jakakolwiek chemia czy ubrania dla rodziny. Tylko jako kawaler chyba.
OK, niech autorka wroci i dokladnie nam tu rozpiske zrobi: co kto i ile placi, bo to wszystko sa domniemania.
Nadal nie podoba mi sie sposob WYLICZANIA i WYDZIELANIA kwoty na wspolne utrzymanie. To nie lepiej robic te zakupy czy oplacac dzieciom to i owo wspolnie?
Czekaj, czekaj, nie 7800 na same rachunki i chemię. Powinno mu się z tego należeć 2000 na własne rozrywki i co tylko chce, bo tyle autora wydaje na siebie ze swojej pensji. Zostaje 5800.
Nie mówię o tym, kto kupuje chemię, tylko kto płaci, zresztą to tylko przykład, skoro do tej pory była mowa tylko o rachunkach, czymś tam dziecka i jedzeniu, a przecież kupuje się i inne rzeczy - proszki, ubrania, czasem coś się zepsuje, zużyje, no litości, generalnie wszystko, co trzeba kupić do domu poza jedzeniem. Plus rachunki.
I jak opłacać wspólnie cokolwiek, skoro autorka CAŁĄ swoją pensję przeznacza na siebie? Bo chyba nie dążysz do tego, żeby ona płaciła za cokolwiek, patrząc po tym, że uważasz, że dostaje za mało.
Nie widzę też sensu porównywania kwoty, którą ona dostaje na jedzenie, do tego, ile on zarabia. Ceny w sklepach są niezależne od jego zarobków, za 2200 nie musi też żywić się zupkami z proszku, jest w stanie zorganizować normalne posiłki dobrej jakości. Więc co ma do tego wysokość jego pensji? Że jak mu coś zostanie, to ma jej oddać? A może on woli odłożyć na coś? Przypomnę, że autorka ze swojej pensji nie pokrywa żadnych wspólnych opłat, dostaje 2200 od męża na jedzenie, całą resztę pokrywa mąż, a jej jeszcze mało, bo on ma więcej, więc niech da... Niech ten mąż lepiej potrząśnie żoną i omówi jej partycypowanie w kosztach utrzymania, a nie wyłącznie chęć uczestniczenia w zyskach.
No ciekawa jestem jakby sie do tego ostatniego zdania odniosly te panie z watku o kobietach niepracujacych, co to mnie zarzucaly, ze je napietnuje itd.:)
Eileen, piszesz, ze ta chemia, ubranka itd. to wydatek z pensji meza POZA tymi 2200- ok, to w takim razie, albo on sam to kupuje albo wydziela kolejna kwote na te rzeczy. Ma to jakis sens, takie wydzielanie?
Autorka zarabia ale jak pisze sporo z tego wydaje na leczenie. Nie na kosmetyczke i fryzjera. To nie jest fanaberia a dosc istotna potrzeba.
Jesli ma meza dobrze zarabiajacego, to ma tez prawo oczekiwac jakiegos standardu zyciowego, niekoniecznie ciagle kombinujac co by tu na obiad ugotowac, zeby nie przekroczyc wyznaczonego limitu. Jak dla mnie takie zycie u boku skapigrosza to bzdura.
W momencie, kiedy autorka zacznie latac po ciucholandach, kasynach, fitnessach, wykupowac sobie last minuty w cieplych krajach albo bedzie goscic sie z kolezankami w knajpach 5 gwiazdkowych i ogolnie odwlokiem lezec - wtedy maz ma prawo wkroczyc z jakimis limitami. Poki co uwazam, ze on zwyczajnie pokazuje, kto tu rzadzi i kto trzyma lape na rodzinnej kasie. On nie jest kawalerem, nie zarabia juz tylko na siebie ale na cala ich trojke.
Ja na jej miejscu zrezygnowalabym z tej kasy (nadal uwazam, ze marnej) i przerzucila obowiazek zakupow i oplat na dzieci na niego. Sam zaplaci, sam kupi i sam zobaczy czy to wystarcza.
Mussuka dla Ciebie 2200zl jest mała kwota ?
1500zl ma na jedzenie. Twoim zdaniem to mało ?
Nie patrz na to ile on zarabia, tylko na sam fakt ze tyle jej daje na opłaty dziecka i na żywność.
Bo jego pensja, a raczej kasa ktora zostaje to jest całkiem inna sprawa na inny watek.
Piszemy w tym momencie o jednej sprawie a nie jakieś gdybanie co robi z reszta kasy czemu nie ma wspólnej skarbonki itp.
Bez przesady ma 4200,po zrobieniu opłat więcej niż 2 tys i to jej na jedzenie nie starczy?
Bez kombinowania co na obiad zrobic,powinno jej starczyc jeszcze na chemię i jakiegos fryzjera.
Przecież wynika z jej wypowiedzi że innych opłat np.za dom nie robi.
Nie wiem czy ktoś czytał, ale autorka napisała, że mąż odłożył na dom. Tzn, że nie przepija tych pieniędzy a robi tak, żeby było im dobrze. Do tego opłaca rachunki(gaz, prąd, woda, itp) więc nie rozumiem w czym problem.
Nie wiem czy ktoś czytał, ale autorka napisała, że mąż odłożył na dom. Tzn, że nie przepija tych pieniędzy a robi tak, żeby było im dobrze. Do tego opłaca rachunki(gaz, prąd, woda, itp) więc nie rozumiem w czym problem.
wiesz niekótrym do się w d*** poprzewracało
Nawet nie ma znaczenia skąd ona ma te pieniądze, chodzi o sam fakt że z taką gotówką nie potrafi sobie poradzić i odpowiednio się zorganizować, a to świadczy o pewnego rodzaju kalectwie życiowym, bo za te pieniądze spokojnie może wyżywić rodzinę bez wielkiego kombinowania.