Bardzo mnie męczą takie wolne dni kiedy jesteśmy oboje razem w domu. Z niecierpliwością czekam aż znów pójdzie do pracy.
Czuje się z tym źle, że nie umiem zapomnieć o wszystkim i nie daję nam szansy, jest mi bardzo przykro, ale nie mogę się przemóc, chyba nic nie czuję. Nawet jakby był teraz dla mnie idealny i wybaczył mi wszystko, to obawiam się, że dla mnie to za późno już jest. Za długo mnie karał. Coś chyba umarło.
Jedziemy autem, zaczyna rozglądać się za laskami (nigdy tego nie robił), pewnie po to, żeby wzbudzić moją reakcję, a ja nic, zupełnie mnie to nie rusza.
Rozmawiamy albo milczymy, ja szukam sobie zajęć byle tylko coś robić, byle być zajęta i nie myśleć.
Dziś rano stwierdził, że zachowuję się tak samo jak wtedy kiedy byłam z "nim", nie dawałam się dotykać, zbliżać, pocałować, robiłam uniki na wszelkie sposoby chyba mnie podejrzewa, że znów się spotykamy, co jest akurat nieprawdą.
Zapytał dlaczego dla niego byłam inna, uczuciowa, ponętna, przyjacielska - bo on był dla mnie taki jak skrycie marzyłam, jaki powinien być facet. On był dla mnie a ja dla niego, a w naszych relacjach mąż-żona ja czułam się jak urządzenie wielofunkcyjne, wszystko na mojej głowie, dom, zakupy, obsługa 24h, moja marzenia nie były ważne, a potem jedynym pragnieniem był święty spokój bez ekscesów alkoholowych. Zabił mi wszystkie pragnienia i potrafiłam tęsknić już tylko za normalnością.
Mam teraz cholernego kaca, że nie potrafię być już nim szczęśliwa, że nie mamy wspólnych celów, czuję się pusta i mam do siebie żal, że nie potrafię tego odratować.
Cały czas tęsknię, myślę o tamtym i nic na to nie poradzę, mimo, że niczego od niego nie oczekuję, ani nie planuję to tylko wspomnienia dają mi jakiegoś kopa, choć staram się żyć przede wszystkim dla siebie i niczego nie uzależniać od nikogo.
Kiedyś powiedziałam sobie, że tamto to było tylko zauroczenie, że mi przejdzie z czasem, ale wcale nie mija, a nasila się, niedługo będzie 2 lata a ja nadal czuję to samo i wcale nie chce przejść, choć próbowałam. Podchodzę do tego racjonalnie, ale wcale się nic nie zmienia. Chyba będę męczyć się już z tym do końca życia. Taka kara dla mnie, życie dało mi polizać cukierka, a potem mi go zabrało "nasmakuj się wspomnieniem, bo więcej nie dostaniesz"
Czy ja mam pogodzić się z losem i zadowolić się tym, o czym pierwotnie musiałam marzyć, czyli o świętym spokoju i niczym więcej?
Podobno życie bez miłości nie jest wiele warte czy na to mam się godzić?
Czuję się byle jaka ......
----------------------------------------------------------
Pierwszy raz w życiu mąż mi podziękował i czułam się przez niego doceniona - za to, że mimo wszystko wspierałam go i współuczestniczyłam z nim w zdrowieniu (terapia), bo beze mnie nie dałby rady i nie przeszedłby przez to sam jak i za to, że dzięki mnie (popchnęłam go) podniósł kwalifikacje, zmienił zawód a co za tym idzie dużo lepsza kasa i stabilizacja finansowa.
Cieszę się, że wreszcie mu się udało, choć motywowałam go do tego latami i dopiero teraz wyszło po mojemu.
Zależy mi na nim jako człowieku, ale czuję się nie fair, że chyba nie mogę mu nic więcej zaoferować.
Co mogłam naprawiłam i chyba zadośćuczyniłam, ale na więcej mnie chyba już nie stać
Nie mogę mu powiedzieć o tym wszystkim, co czuję, o swoich rozterkach, bo to byłby zamach na jego "życie", choć czuję się podle
Czasem myślę, że powinien mnie zdradzić (to ponoć nie będzie zdrada, bo nie jesteśmy razem), związać się z inną, żeby mu było lepiej a ja w ten sposób w jakimś sensie uspokoję swoje sumienie.
------------------------------------------------------------------------
Czuję się samotna i tak pewnie zostanie, do przytulania mam tylko kota, tyle mi zostaje z życia - a i tak pójdę dalej w płaszczu optymizmu i pogody ducha i tylko czasem gdzieś w kąciku gdzie nikt nie ujrzy uronię łzę nad swym losem
Jestem silna i dam radę, bo kto jak nie ja?