netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

Życie po zdradzie, co dalej?

341 odpowiedzi42 233 wyświetleniazałożony przez LonelyM, 30.09.2014

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Życie po zdradzie, co dalej?

Strony 1 2 3 … 6 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 1 do 65 z 342 ]

1

Temat: Życie po zdradzie, co dalej?

Trudno będzie streścić to wszystko w jednym wątku, więc może podzielę to na etapy, bo nie wiem czy mam siłe, by to wszystko sensownie opisać. Może każdego dnia uzupełnię wpis, może ktoś ze mną porozmawia, zrozumie, skrytykuje i pozwoli to wszystko zrozumieć.

rozdział 1: wprowadzenie
--------------
Powinnam iść do psychologa, ale nie znam i nie znalazłam odpowiedniego, któremu mogę zaufać i tłamszę to wszystko w sobie, bo nie mam komu się zwierzyć, wygadać. Z każdym dniem jest coraz ciężej, może tu znajdę jakieś refleksje i sens.

Kim jestem?
Mam na imię ....................., nie, to w sumie nieważne. Mam trzydzieści lat z groszami i nie wiem, co dalej zrobić ze swoim życiem.
Narozrabiałam.
Nie zamierzam się wybielać, choć pewne rzeczy były następstwem całego mojego/naszego życia.

Zdradziłam męża.
To nie była tylko jednorazowa przygoda, skok w bok z nudów czy dla przyjemności. Wdałam się w romans, bo się zakochałam. Miałam nielekkie życie, sporo w tym mojej własnej winy, co nie zmienia faktu, że było źle. Wtedy pojawił się on.
Broniłam się przed tym, nigdy nie podejrzewalam, że mnie to spotka, już nawet pogodziłam się z tym, że jestem nieszczęśliwa, ale stało się.

Niedługo minie 2 lata od kiedy to się działo. To było ciężkie pół roku mojego/naszego życia.
Dziś nadal to we mnie tkwi i nie potrafię się z tym uporać. Nie potrafię sobie wybaczyć, że tak postąpiłam, ale też nie potrafię zapomnieć o nim.
Próbujemy z mężem dalej żyć i choć mnie kocha, nie wybaczy mi tego.
A ja jestem rozdarta.
W którą stronę iść?
Z nim nie mam kontaktu od ponad roku, ale tęsknię.
Nie chcę też ponownie skrzywdzić męża, bo mi na nim zależy. Skrzywdziliśmy się nawzajem, zrobił mi wiele złego, ale też wiele dobrego.
Czego nie postanowię, nie będzię to dobre rozwiązanie.

Jak to wszystko przetrwać i jaki wybrać  kierunek dalszej drogi?

2

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

To ma byc blog czy jak?

Ciekawe co takiego zlego zrobil Ci maz ze musiałaś go aż tak skrzywdzić?! Ale pewnie szukasz usprawiedliwienia swojego haniebnego czynu jak większość zdradzaczy.

3

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

nie, stokrotko, nie szukam usprawiedliwienia, choć są okoliczności łagodzące
wyznaję zasadę, że nie można żadnych swoich czynów tłumaczyć czynami innych, bo ostateczną decyzję podejmujemy my sami

Łatwiej będzie mi pisać w częściach, bo chciałabym zachować obiektywizm, na tylę ile się da, a temat dla mnie ciężki.

Mąż tkwił w alkoholiźmie przez 10 lat. Było bardzo trudno żyć takim życiem. Narobił wiele złego, ale tylko po alkoholu. Próbowałam pomóc prośbami i groźbami. Nie potrafiłam. Dziś wiem, że nie tędy droga w tym problemie. Długo z tym walczyłam, a potem to chyba skupiłam się tylko na tym jak to jest mnie i nam źle z tego powodu, a nie gdzie tkwi przyczyna.
On się o krok za późno ocknął, a ja o krok za wcześnie odpuściłam. Nie miałam już siły.

4

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

ja  też zostałam zdradzona i mąż twierdzi że to moja wina zrobił ze mnie tą najgorszą i również alkoholiczkę a jak piliśmy to przeważnie razem na imprezie lub w domu.Przyznał się przedwczoraj i też tłumaczy że go zaniedbywałam a ona go zrozumiała

5

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
amelka3007 napisał/a:

ja  też zostałam zdradzona i mąż twierdzi że to moja wina zrobił ze mnie tą najgorszą i również alkoholiczkę a jak piliśmy to przeważnie razem na imprezie lub w domu.Przyznał się przedwczoraj i też tłumaczy że go zaniedbywałam a ona go zrozumiała

Amelko
Ja wcale nie twierdzę, że to była jego wina, przeczytaj, co napisałam stokrotce
Zdradziłam, bo byłam nieszczęśliwa, bo się zakochałam, bo czegoś mi brakowało. Oboje byliśmy winni, że mieliśmy takie, a nie inne życie. W którymś momencie nie dałam rady i poddałam się temu, co zgotował mi los, a nie powinnam w ten sposób postąpić, to już wiem.
Pomaga się do skutku, a jak już się rezygnuje, to trzeba definitywnie zamknąć coś, zanim zacznie się następne coś. Ja zrobiłam niestety inaczej. Nie potrafię się zrozumieć. To nowe uczucie było tak silne.
Byliśmy wtedy w takim momencie, że mąż i tak pewnie nie dałby mi odejść albo może za bardzo się go bałam. Lata w psychicznym terrorze zrobiły swoje. Byłam za słaba.
Teraz już nie rozchodzi się, o to co zrobiłam tak, a nie inaczej, a o to, co dalej.
To wszystko nie jest takie proste. Mało kto, kto nie doznał tego na własnej skórze będzie potrafił zrozumieć, co to znaczy być rozdartym między dwoma mężczyznami. Sama bym nigdy tego nie ogarnęła, póki sama nie przeżyłam.

Chyba sama zniszczyłam swoje życie.

6

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

A on, facet dla którego straciłaś głowę był żonaty ?

7

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
poszukiwaczka1975 napisał/a:

A on, facet dla którego straciłaś głowę był żonaty ?

Nie.
Był w związku z dziewczyną. Planowaliśmy być razem i zamknąć przeszłość, ale ogrom wielu wydarzeń zakończył to wszystko, choć nie wiem czy potrafiłby to wszystko udźwignąć i zdecydować się na bycie ze mną, mimo wielu przeciwności.
Wtedy czułam, że mnie kocha, nie wierzę, że można tak udawać i bez uczucia narażać się na tyle kłopotów, ale może ta jego miłość była za słaba. Albo ja naiwna. Może mnie nigdy nie kochał. Tylko po co to wszystko?
Jedną z ostatnich wiadomości od niego było to; że ciąglę o mnie myśli, choć nie może, nie powinien. Nie skorzystałam z możliwości ostatniego spotkania.
Źle to wszystko zrobiłam. Wszystko. A teraz mam za swoje, może już nie będę potrafiła być szczęśliwa.

8 Ostatnio edytowany przez Excop (2014-09-30 19:52:27)

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Z Twoich słów wynika, że w jeszcze nie tak dalekiej przeszłości, zamierzałaś odejść od męża do kochanka. Tyle, że odwidziało mu się.
Jak więc należy rozumieć to, że "zależy mi na mężu"?
Na mężu, jako ponownym, kochanym partnerze, czy na kimś, kto jest Ci co prawda, obojętny uczuciowo [bo miłość zarezerwowana jest wciąż dla byłego (?) kochanka], od którego jesteś jednak zależna z tego, czy innego powodu?

9

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

LonelyMZ tą cudownością to bym nie przesadzał...
Piszesz, że nadal tęsknisz za kochankiem... przecież to nic innego jak dalszy ciąg Twojej zdrady. Nie fizyczna, ale emocjonalna notoryczna zdrada...

Próbujemy z mężem dalej żyć i choć mnie kocha, nie wybaczy mi tego.
A ja jestem rozdarta.
W którą stronę iść?

Z dalszej części wynika, że mąż nadal jest nieświadomy swoich rogów, ale podjął leczenie ze swojego uzależnienia. Zdajesz sobie sprawę, że wyjawienie Twojego sekretu przekreśli w nim cała pracę jaka wykonał, a jego upadek bedzie miał dla Ciebie bardzo przykre konsekwencje.

Sytuacja wygląda tak, że Twoje małżeństwo jest spaloną wiejską drewnianą chatą. Pogorzelisko dookoła, a Ty klęczysz w nim i modlisz się, aby komin, jedyny element który pozostał cały i pozwolił odbudować wokół niego resztę. Muszę Ciebie zmartwić - nie da się...

10

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:

Z Twoich słów wynika, że w jeszcze nie tak dalekiej przeszłości, zamierzałaś odejść od męża do kochanka. Tyle, że odwidziało mu się.
Jak więc należy rozumieć to, że "zależy mi na mężu"?
Na mężu, jako ponownym, kochanym partnerze, czy na kimś, kto jest Ci co prawda, obojętny uczuciowo [bo miłość zarezerwowana jest wciąż dla byłego (?) kochanka], od którego jesteś jednak zależna z tego, czy innego powodu?

Nie, nie jest mi obojętny. Nie traktuję go też jako koła ratunkowego.
Tamten mi dał po prostu to, czego brakowało mi w życiu.
Gdybym nie zdradziła, moglibyśmy być w końcu szczęśliwi, z tym mam problem, że nie mogę o nim zapomnieć, mimo, że rozum mówi co innego.

11

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
starr napisał/a:

LonelyMZ tą cudownością to bym nie przesadzał...
Piszesz, że nadal tęsknisz za kochankiem... przecież to nic innego jak dalszy ciąg Twojej zdrady. Nie fizyczna, ale emocjonalna notoryczna zdrada...

Próbujemy z mężem dalej żyć i choć mnie kocha, nie wybaczy mi tego.
A ja jestem rozdarta.
W którą stronę iść?

Z dalszej części wynika, że mąż nadal jest nieświadomy swoich rogów, ale podjął leczenie ze swojego uzależnienia. Zdajesz sobie sprawę, że wyjawienie Twojego sekretu przekreśli w nim cała pracę jaka wykonał, a jego upadek bedzie miał dla Ciebie bardzo przykre konsekwencje.

Sytuacja wygląda tak, że Twoje małżeństwo jest spaloną wiejską drewnianą chatą. Pogorzelisko dookoła, a Ty klęczysz w nim i modlisz się, aby komin, jedyny element który pozostał cały i pozwolił odbudować wokół niego resztę. Muszę Ciebie zmartwić - nie da się...

Tak, masz rację. Jest to zdrada emocjonalna tylko jak zmienić własne myślenie?
Dbam, o to, żeby mąż się nie poddał, choć sam stara się jak może.
Mówi podobnie jak Ty, ale żyć beze mnie nie może. Same paradoksy.
Już próbował parę razy mnie zostawić, ale się nie udało.
Wiem, że cierpi bardziej ode mnie, nikt nie zasłużył na taką karę jaką nie do końca świadomie mu zrobiłam. Ja mam tylko rozdarte serce. To nie jest fair, ale niestety nie mam programatora do uczuć. Mogę je tylko tłamsić, co boli. Zdaję sobie sprawę, że są to konsekwencje własnych czynów.

12

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:

(...)Tamten mi dał po prostu to, czego brakowało mi w życiu. (...)

A czego Ci brakowało? Umiesz to teraz sprecyzować?

13

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:

Trudno będzie streścić to wszystko w jednym wątku, więc może podzielę to na etapy, bo nie wiem czy mam siłe, by to wszystko sensownie opisać. Może każdego dnia uzupełnię wpis, może ktoś ze mną porozmawia, zrozumie, skrytykuje i pozwoli to wszystko zrozumieć.

rozdział 1: wprowadzenie
--------------
Powinnam iść do psychologa, ale nie znam i nie znalazłam odpowiedniego, któremu mogę zaufać i tłamszę to wszystko w sobie, bo nie mam komu się zwierzyć, wygadać. Z każdym dniem jest coraz ciężej, może tu znajdę jakieś refleksje i sens.

Kim jestem?
Mam na imię ....................., nie, to w sumie nieważne. Mam trzydzieści lat z groszami i nie wiem, co dalej zrobić ze swoim życiem.
Narozrabiałam.
Nie zamierzam się wybielać, choć pewne rzeczy były następstwem całego mojego/naszego życia.

Zdradziłam męża.
To nie była tylko jednorazowa przygoda, skok w bok z nudów czy dla przyjemności. Wdałam się w romans, bo się zakochałam. Miałam nielekkie życie, sporo w tym mojej własnej winy, co nie zmienia faktu, że było źle. Wtedy pojawił się on.
Broniłam się przed tym, nigdy nie podejrzewalam, że mnie to spotka, już nawet pogodziłam się z tym, że jestem nieszczęśliwa, ale stało się.

Niedługo minie 2 lata od kiedy to się działo. To było ciężkie pół roku mojego/naszego życia.
Dziś nadal to we mnie tkwi i nie potrafię się z tym uporać. Nie potrafię sobie wybaczyć, że tak postąpiłam, ale też nie potrafię zapomnieć o nim.
Próbujemy z mężem dalej żyć i choć mnie kocha, nie wybaczy mi tego.
A ja jestem rozdarta.
W którą stronę iść?
Z nim nie mam kontaktu od ponad roku, ale tęsknię.
Nie chcę też ponownie skrzywdzić męża, bo mi na nim zależy. Skrzywdziliśmy się nawzajem, zrobił mi wiele złego, ale też wiele dobrego.
Czego nie postanowię, nie będzię to dobre rozwiązanie.

Jak to wszystko przetrwać i jaki wybrać  kierunek dalszej drogi?

rozdział 2: początki

Byliśmy bardzo młodzi jak związaliśmy się ze sobą. Bardzo się kochaliśmy. To chyba za szybkie wstąpienie w dorosłość niszczyło nasze życie, choć zniszczyliśmy je chyba sami swoją, a może bardziej moją niedojrzałością. Po 2 latach związku zaszłam w ciążę. Byłam przerażona, ledwo byłam pełnoletnia, a już wszystko miało się zmienić. Wtedy jeszcze nie mąż zachowal się bardziej dojrzale. To on mnie zapewniał, że damy radę, że będzie dobrze.

Powoli wszystko się stabilizowało, wyglądało, że faktycznie  będzie dobrze, byłam pełna optymizmu. Po 1,5 roku urodziła się druga córka. Wszystko szło do przodu. Może trochę dołowały mnie obowiązki, ale jakoś leciał dzień za dniem. Byłam dobrej myśli. Wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale nie byłam do końca dobrą żoną. Niby robiłam co trzeba, ale pokazywałam, że ciąży mi to życie pod górę, same obowiązki. Byłam dla niego zaborcza. On dla mnie też.

Na początku nic nie wskazywało, że będzie problem z "piciem". Może też go zaczęło wszystko przerastać, a ja tego nie dostrzegłam, bo widziałam tylko swoje bóle.
I to się niestety zaczęło rozkręcać, tak stopniowo, że teraz nawet nie wiem kiedy problem był już wielki. Tak na oko trwało to jakieś 10 lat.

Pierwszy raz mnie "wystawił" jak po jego pracy mieliśmy jechać po wózek dla dziecka. Czekałam na przystanku z półrocznym niemowlakiem na ręce ponad godzinę, a on w tym czasie poszedł z kumplami na piwo. Potem oraz częściej robił takie numery. A ja? No cóż, też zaczęłam nieświadomie "mścić się", nie zrobiłam obiadu, nie zadbałam o to czy o tamto, w imię zasady, że skoro on tak to ja też tak. Chore myślenie chyba wtedy miałam. Wychodziła ta niedojrzałość.
Do tego też dołożyła się moja matka, z którą niestety mieszkaliśmy. Miała ciężki charakter i chciała mną/nami  sterować. Były kłotnie, awantury, przez co mój mąż też obrywał, bo zawsze stawałam za nim. Nie chciałam, żeby się wtrącała, ale nie umiała odpuścić.

Bywał też okres, że było w miarę spokojnie i wszystko szło ku dobrej drodze. Aż do następnego razu. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że mąż wpada w uzależnienie od alkoholu. Ja widziałam tylko to, że jest to znów cios wymierzony przeciwko mnie. Czułam wielki żal, złość, rozczarowanie. Mimo to, cały czas kochaliśmy się bardzo. Łudziłam się, że kiedyś będzie dobrze. Łudziłam się tak 10 lat nie wiedząc nawet, że jestem już współuzależniona.

Próbowałam walczyć z jego piciem i prośbami i groźbami. Na nic wszystko. To dawało mi myśleć, że skoro tak postępuje, to znaczy, że bardziej kocha chlanie, niż mnie. Tak właśnie myśli człowiek, który nie ma pojęcia co to jest alkoholizm. On się zatracał w swoich problemach, a nie dal sobie nic powiedzieć, a ja w swoich.
Powoli przestalam mieć ochotę na kontakty ze znajomymi, bo gdzie nie poszliśmy to praktycznie zawsze kończyło się podobnie. Musiał się schlać na umór i potem były awantury.
Spotkania towarzyskie kojarzyły mi się już wyłącznie z problemami, a nie relaksem.
Zaczęłam wstydzić się naszego życia. Do tego doszły problemy finansowe, bo tam gdzie jest picie, tam zaczyna brakować kasy na byt.
Długi zaczęły sie mnożyć, choć to chyba ja je nawarstwiałam, bo próbowałam kombinować, żeby jako tako sobie radzić czując, że jestem zdana tylko na siebie.
Co nie próbowałam zrobić, to widziałam, że próbuje mi podcinać skrzydła swoim piciem. Nie mogłam tego udźwignąć psychicznie. Czułam się jak zaszczuta. Z jednej strony stałam się wredna i wyrachowana; potrafiłam krzyczeć na niego, że ma albo dawać pieniądze albo wyp.....ć., bo wiedziałam, że jak będzie je miał to znowu się zacznie ciąg chlania. Wydawało mi się, że w ten sposób skontroluję jego picie. Potem musiałam przed nim chować portfel, bo jak złapie smaki, to potrafi zabrać ostatnie pieniądze. Nawet po trupach. Ile to razy się z nim szarpałam, ale miał nade mną przewagę stosując psychiczny terror i zastraszenie.

Nauczona doświadczeniem, że może zrobić mi krzywdę zaczęłam chodzić koło niego na paluszkach, żeby go nie sprowokować, co na niewiele się zdało. Ot, tak pozorny spokój, a ja nadal jak zaszczute zwierzę zaczęłam tracić swoje człowieczeństwo. Bardzo się go bałam, bo wiedziałam, że nie mam na kogo liczyć, nikt mi nie pomoże, a zanim dojedzie policja to będzie za późno.
Mściłam się, a jakże. Tylko, że robiłam to już jak był na kacu, jak nie musiałam się go bać. Robiłam wymówki, groziłam, że odejdę. Widziałam w jego oczach wtedy skruchę i obietnicę. Niestety choć wydawały się one szczere, to następnym razem było tak samo. I jak tu nadal mieć nadzieję i wierzyć?
Mimo to, nie potrafiłam nic więcej zrobić. I tak w tym tkwiliśmy. Ja coraz bardziej udręczona i on coraz bardziej zatracony w swoim nałogu. Ja tego wtedy nie rozumiałam jak można tak robić ze swoim życiem i bliskimi.

Cały czas jednak była między nami miłość. Toksyczna, ale miłość.

14 Ostatnio edytowany przez Mruffka (2014-10-01 09:28:09)

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

jakbym czytała o sobie sad niekoniecznie wydzieranie pięniędzy, ale picie, wyzywanie i na drugi dzień skrucha sad

z własnego doświadczenie Ci napiszę - będzie Cię smagał biczem słownym do końca...albo do czasu swojej zdrady.
Pytanie - chcesz tak żyć ?
Jeżeli nie - to weź się w garść i po :
1. nie pozwól żeby się na Tobie wyładowywał, będzie Wam ciężko, ale jeśli go kochasz -przetrwasz to, musicie to przerobić - bez ubliżeń - żeby to zamknąć
2. pomóż mu w jego chorobie,

ale jeżeli czujesz coś do innego - to sorry , ale nie mozna żyć na 2 fronty, to w końcu dobije Ciebie i każdego z tych mężczyzn.

Zdecyduj się - określ, do kogo co czujesz i nie krzywdż siebie i innych sad

15

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
smallangel napisał/a:
LonelyM napisał/a:

(...)Tamten mi dał po prostu to, czego brakowało mi w życiu. (...)

A czego Ci brakowało? Umiesz to teraz sprecyzować?

Powoli będę dopisywać dalsze fragmenty, bo jest tego sporo. Na pewno nie da się streścić nastu lat życia w jednej opowieści, ale postaram się jak najbardziej dokładnie  i obiektywnie zobrazować sytuację

16

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Mruffka napisał/a:

z własnego doświadczenie Ci napiszę - będzie Cię smagał biczem słownym do końca...albo do czasu swojej zdrady.
Pytanie - chcesz tak żyć ?
Jeżeli nie - to weź się w garść i po :
1. nie pozwól żeby się na Tobie wyładowywał, będzie Wam ciężko, ale jeśli go kochasz -przetrwasz to, musicie to przerobić - bez ubliżeń - żeby to zamknąć
2. pomóż mu w jego chorobie,

ale jeżeli czujesz coś do innego - to sorry , ale nie mozna żyć na 2 fronty, to w końcu dobije Ciebie i każdego z tych mężczyzn.

Zdecyduj się - określ, do kogo co czujesz i nie krzywdż siebie i innych sad

Teraz jest dobrze, bo spokojnie. Zaczyna się stabilizacja. Ja potrafię wybaczyć to wszystko, co mi zrobił. On mi zdrady nie umie wybaczyć.
Twierdzi, że czuje się winny tego jak mnie skrzywdził, ja mu mniej może zrobiłam i w tej kwestii to on jest bardziej winny, bo był i jest chory, a nikt nawet ja nie potrafił mu pomóc, ale w kwesti zdrady to ja jestem winna. Czyli jakby 2:1 dla niego. Chyba jestem skłonna przyznać mu rację.
Nie było to celowe, ale na karę w postaci zdrady nie zasłużył, choć terapeutka powiedziałamu chyba po to, żeby go wzmocnić, że " zdradziła cię, bo piłeś". Nie, nie dlatego to zrobiłam, ale na pewno było to jakimś popychaczem dla mnie. Mimo to, nie będę tego usprawiedliwiać w ten sposób.

Mąż nie pije od ponad roku. Głównie dzięki sobie, ale mam w tym swój mały udział. Pomagałam i pomagam mu w tym i wspieram

17

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:
LonelyM napisał/a:

Trudno będzie streścić to wszystko w jednym wątku, więc może podzielę to na etapy, bo nie wiem czy mam siłe, by to wszystko sensownie opisać. Może każdego dnia uzupełnię wpis, może ktoś ze mną porozmawia, zrozumie, skrytykuje i pozwoli to wszystko zrozumieć.

rozdział 1: wprowadzenie
--------------
Powinnam iść do psychologa, ale nie znam i nie znalazłam odpowiedniego, któremu mogę zaufać i tłamszę to wszystko w sobie, bo nie mam komu się zwierzyć, wygadać. Z każdym dniem jest coraz ciężej, może tu znajdę jakieś refleksje i sens.

Kim jestem?
Mam na imię ....................., nie, to w sumie nieważne. Mam trzydzieści lat z groszami i nie wiem, co dalej zrobić ze swoim życiem.
Narozrabiałam.
Nie zamierzam się wybielać, choć pewne rzeczy były następstwem całego mojego/naszego życia.

Zdradziłam męża.
To nie była tylko jednorazowa przygoda, skok w bok z nudów czy dla przyjemności. Wdałam się w romans, bo się zakochałam. Miałam nielekkie życie, sporo w tym mojej własnej winy, co nie zmienia faktu, że było źle. Wtedy pojawił się on.
Broniłam się przed tym, nigdy nie podejrzewalam, że mnie to spotka, już nawet pogodziłam się z tym, że jestem nieszczęśliwa, ale stało się.

Niedługo minie 2 lata od kiedy to się działo. To było ciężkie pół roku mojego/naszego życia.
Dziś nadal to we mnie tkwi i nie potrafię się z tym uporać. Nie potrafię sobie wybaczyć, że tak postąpiłam, ale też nie potrafię zapomnieć o nim.
Próbujemy z mężem dalej żyć i choć mnie kocha, nie wybaczy mi tego.
A ja jestem rozdarta.
W którą stronę iść?
Z nim nie mam kontaktu od ponad roku, ale tęsknię.
Nie chcę też ponownie skrzywdzić męża, bo mi na nim zależy. Skrzywdziliśmy się nawzajem, zrobił mi wiele złego, ale też wiele dobrego.
Czego nie postanowię, nie będzię to dobre rozwiązanie.

Jak to wszystko przetrwać i jaki wybrać  kierunek dalszej drogi?

rozdział 2: początki

Byliśmy bardzo młodzi jak związaliśmy się ze sobą. Bardzo się kochaliśmy. To chyba za szybkie wstąpienie w dorosłość niszczyło nasze życie, choć zniszczyliśmy je chyba sami swoją, a może bardziej moją niedojrzałością. Po 2 latach związku zaszłam w ciążę. Byłam przerażona, ledwo byłam pełnoletnia, a już wszystko miało się zmienić. Wtedy jeszcze nie mąż zachowal się bardziej dojrzale. To on mnie zapewniał, że damy radę, że będzie dobrze.

Powoli wszystko się stabilizowało, wyglądało, że faktycznie  będzie dobrze, byłam pełna optymizmu. Po 1,5 roku urodziła się druga córka. Wszystko szło do przodu. Może trochę dołowały mnie obowiązki, ale jakoś leciał dzień za dniem. Byłam dobrej myśli. Wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale nie byłam do końca dobrą żoną. Niby robiłam co trzeba, ale pokazywałam, że ciąży mi to życie pod górę, same obowiązki. Byłam dla niego zaborcza. On dla mnie też.

Na początku nic nie wskazywało, że będzie problem z "piciem". Może też go zaczęło wszystko przerastać, a ja tego nie dostrzegłam, bo widziałam tylko swoje bóle.
I to się niestety zaczęło rozkręcać, tak stopniowo, że teraz nawet nie wiem kiedy problem był już wielki. Tak na oko trwało to jakieś 10 lat.

Pierwszy raz mnie "wystawił" jak po jego pracy mieliśmy jechać po wózek dla dziecka. Czekałam na przystanku z półrocznym niemowlakiem na ręce ponad godzinę, a on w tym czasie poszedł z kumplami na piwo. Potem oraz częściej robił takie numery. A ja? No cóż, też zaczęłam nieświadomie "mścić się", nie zrobiłam obiadu, nie zadbałam o to czy o tamto, w imię zasady, że skoro on tak to ja też tak. Chore myślenie chyba wtedy miałam. Wychodziła ta niedojrzałość.
Do tego też dołożyła się moja matka, z którą niestety mieszkaliśmy. Miała ciężki charakter i chciała mną/nami  sterować. Były kłotnie, awantury, przez co mój mąż też obrywał, bo zawsze stawałam za nim. Nie chciałam, żeby się wtrącała, ale nie umiała odpuścić.

Bywał też okres, że było w miarę spokojnie i wszystko szło ku dobrej drodze. Aż do następnego razu. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że mąż wpada w uzależnienie od alkoholu. Ja widziałam tylko to, że jest to znów cios wymierzony przeciwko mnie. Czułam wielki żal, złość, rozczarowanie. Mimo to, cały czas kochaliśmy się bardzo. Łudziłam się, że kiedyś będzie dobrze. Łudziłam się tak 10 lat nie wiedząc nawet, że jestem już współuzależniona.

Próbowałam walczyć z jego piciem i prośbami i groźbami. Na nic wszystko. To dawało mi myśleć, że skoro tak postępuje, to znaczy, że bardziej kocha chlanie, niż mnie. Tak właśnie myśli człowiek, który nie ma pojęcia co to jest alkoholizm. On się zatracał w swoich problemach, a nie dal sobie nic powiedzieć, a ja w swoich.
Powoli przestalam mieć ochotę na kontakty ze znajomymi, bo gdzie nie poszliśmy to praktycznie zawsze kończyło się podobnie. Musiał się schlać na umór i potem były awantury.
Spotkania towarzyskie kojarzyły mi się już wyłącznie z problemami, a nie relaksem.
Zaczęłam wstydzić się naszego życia. Do tego doszły problemy finansowe, bo tam gdzie jest picie, tam zaczyna brakować kasy na byt.
Długi zaczęły sie mnożyć, choć to chyba ja je nawarstwiałam, bo próbowałam kombinować, żeby jako tako sobie radzić czując, że jestem zdana tylko na siebie.
Co nie próbowałam zrobić, to widziałam, że próbuje mi podcinać skrzydła swoim piciem. Nie mogłam tego udźwignąć psychicznie. Czułam się jak zaszczuta. Z jednej strony stałam się wredna i wyrachowana; potrafiłam krzyczeć na niego, że ma albo dawać pieniądze albo wyp.....ć., bo wiedziałam, że jak będzie je miał to znowu się zacznie ciąg chlania. Wydawało mi się, że w ten sposób skontroluję jego picie. Potem musiałam przed nim chować portfel, bo jak złapie smaki, to potrafi zabrać ostatnie pieniądze. Nawet po trupach. Ile to razy się z nim szarpałam, ale miał nade mną przewagę stosując psychiczny terror i zastraszenie.

Nauczona doświadczeniem, że może zrobić mi krzywdę zaczęłam chodzić koło niego na paluszkach, żeby go nie sprowokować, co na niewiele się zdało. Ot, tak pozorny spokój, a ja nadal jak zaszczute zwierzę zaczęłam tracić swoje człowieczeństwo. Bardzo się go bałam, bo wiedziałam, że nie mam na kogo liczyć, nikt mi nie pomoże, a zanim dojedzie policja to będzie za późno.
Mściłam się, a jakże. Tylko, że robiłam to już jak był na kacu, jak nie musiałam się go bać. Robiłam wymówki, groziłam, że odejdę. Widziałam w jego oczach wtedy skruchę i obietnicę. Niestety choć wydawały się one szczere, to następnym razem było tak samo. I jak tu nadal mieć nadzieję i wierzyć?
Mimo to, nie potrafiłam nic więcej zrobić. I tak w tym tkwiliśmy. Ja coraz bardziej udręczona i on coraz bardziej zatracony w swoim nałogu. Ja tego wtedy nie rozumiałam jak można tak robić ze swoim życiem i bliskimi.

Cały czas jednak była między nami miłość. Toksyczna, ale miłość.

rozdział 3: proza życia


Jak nie pił był świetnym człowiekiem i chyba tylko to mnie zwodziło, żeby w tym tkwić. Myślałam wtedy, że jakby był tylko zły, to bym odeszła, ale nie był. I tak mydliłam sobie oczy.
Dziś wiem, że trwało to tyle, bo na tyle pozwoliłam i pomogłam mu w tym, choć to nie moja wina, że ktoś jest chory, to jednak przyczyniłam się do tego.
Jest bardzo wartościową i uczciwą moralnie osobą tylko to picie jakby niszczyło jego wartości. Nie potrafiłam tego pojąć.
Wiedziałam, że jestem dla niego wszystkim, że jestem całym jego światem, że kocha mnie bezgranicznie i nie ma nigdzie indziej takiego uczucia jak między nami. Brak słów, żeby to wszystko opisać. Tylko to chlanie sprawiało, że to wszystko legło w gruzach, a potem znów od nowa to samo. Same paradoksy.
Cały czas byliśmy na tej karuzeli. Było dobrze już tylko wtedy gdy nie wychodził z domu, bo jak wychodził to 90% (sic!) jego wyjść kończyło się tak samo. Wracał nawalony i nie przestawał dopóki nie padł z upojenia. I prawie zawsze robił mi jazdy i terroryzował mnie. Wyżywał się nawet za to, że miał źle w dzieciństwie. To pewnie było z jego strony wołanie o pomoc, ale w zły sposób.
Teściowa bała się go w takim stanie, mówiła, że od razu widzi jego ojca, ktory urządał pieklo swojej rodzinie. Myślę, że to przez obciążenie psychiczne przez dom rodzinny i genetyczne przez nałog jego ojca zaczynało się dziać z nim coś złego.

Żyliśmy normalnie póki był w domu, ale czułam, że to nie tak ma wyglądać życie, że albo w domu jak w klatce albo powtórka z rozrywki terroru. Jak ja wtedy zazdrościłam ludziom normalnego życia. Czasem idąc gdzieś, przeważnie sama albo sama z dziećmi, bo on albo nie chciał albo miał kaca, patrzyłam na szczęśliwych ludzi z zazdrością i łzami w oczach.
Z czasem przestałam już marzyć o szczęściu a marzyłam wyłącznie o świętym spokoju i końcu tego stresu. Byłam strzępkiem nerwow i stresu, a mimo to zmuszałam się trzymać pion i pchać ten wózek zwany życiem powoli do przodu. Choć nie wierzyłam w to, wmawiałam sobie, że kiedyś będę jeszcze szczęśliwa, bo inaczej bym chyba nie dała rady.
Wydaje mi się, że wtedy straciłam siebie. Zgorzkniałam.

To dopiero połowa mojej historii, ale nie wiem czy będę mieć dziś siłę by dalej pisać. Na pewno dopiszę, bo to jakby jakaś terpia dla mnie, a może i komuś się przyda i znajdzie jakieś informacje zwrotne dla siebie zanim dopuści, aby jego życie legło na kolanach

18

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Pisz, Lonely, to też jest swego rodzaju terapia oczyszczająca ze złych emocji po złych działaniach lub rozmyślnych, czy odkładanych do podświadości, zaniechaniach.
Masz rację, mówiąc, że zdrowy człowiek nie zrozumie alkoholika, tej władzy wódki nad umysłem człowieka uzależnionego.
Ja też jestem DDA i przez długi czas nie mogłem zapanować nad pociągiem do alkoholu.
W moim wypadku, poza ogromnym stresem związanym z pracą (30 lat pracowałem w policji kryminalnej), dołożyła się nagła śmierć (dawno temu) mojej trzydziestoletniej żony, gdy dzieci wymagały szczególnej opieki.
Cała ta sytuacja przerastała mnie.
Piłem coraz częściej i coraz więcej (nie pozwalałem jednak sobie na picie na umór).
Gdy zdałem sobie sprawę, że czuję się lekki i odprężony wyłącznie po alkoholu, doszło do mnie, że się uzależniam. W końcu powiedziałem sobie "dość" i odstawiłem alkohol. Tak, z dnia, na dzień.
I co? I to, że nie piję już ponad rok i nie brakuje mi alkoholu. Nie myślę, by się napić.
Nie zrobiłem tego, ani dla dzieci, ani nikogo innego, a dla odzyskania władzy nad sobą. Udało mi się bez pomocy z zewnątrz, dzięki własnej świadomości tego, że staję się alkoholikiem.

Wybacz, że rozpisałem się o sobie w Twoim temacie, Lonely, ale ja akurat mogę zrozumieć i Twojego męża i Ciebie. Dlatego staram się nie oceniać, lecz uzyskawszy informacje, doradzić.

Twój mąż nie pije od roku. Czy rozmawiacie o jego uzależnieniu i tym, jak sobie radzi z abstynencją?
To bardzo ważne, by był w stanie głośno o sobie powiedzieć: "Jestem niepijącym alkoholikiem" i nie wstydzić się tego.

Mam pytanie.
Jak wiele mąż wie o Twoim romansie i jego następstwach w Twojej sferze emocjonalnej? Wszystko, czy tylko skrawek, ograniczony do strony fizycznej?

Pozdrawiam.

19

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:

Pisz, Lonely, to też jest swego rodzaju terapia oczyszczająca ze złych emocji po złych działaniach lub rozmyślnych, czy odkładanych do podświadości, zaniechaniach.
Masz rację, mówiąc, że zdrowy człowiek nie zrozumie alkoholika, tej władzy wódki nad umysłem człowieka uzależnionego.
Ja też jestem DDA i przez długi czas nie mogłem zapanować nad pociągiem do alkoholu.
W moim wypadku, poza ogromnym stresem związanym z pracą (30 lat pracowałem w policji kryminalnej), dołożyła się nagła śmierć (dawno temu) mojej trzydziestoletniej żony, gdy dzieci wymagały szczególnej opieki.
Cała ta sytuacja przerastała mnie.
Piłem coraz częściej i coraz więcej (nie pozwalałem jednak sobie na picie na umór).
Gdy zdałem sobie sprawę, że czuję się lekki i odprężony wyłącznie po alkoholu, doszło do mnie, że się uzależniam. W końcu powiedziałem sobie "dość" i odstawiłem alkohol. Tak, z dnia, na dzień.
I co? I to, że nie piję już ponad rok i nie brakuje mi alkoholu. Nie myślę, by się napić.
Nie zrobiłem tego, ani dla dzieci, ani nikogo innego, a dla odzyskania władzy nad sobą. Udało mi się bez pomocy z zewnątrz, dzięki własnej świadomości tego, że staję się alkoholikiem.

Wybacz, że rozpisałem się o sobie w Twoim temacie, Lonely, ale ja akurat mogę zrozumieć i Twojego męża i Ciebie. Dlatego staram się nie oceniać, lecz uzyskawszy informacje, doradzić.

Twój mąż nie pije od roku. Czy rozmawiacie o jego uzależnieniu i tym, jak sobie radzi z abstynencją?
To bardzo ważne, by był w stanie głośno o sobie powiedzieć: "Jestem niepijącym alkoholikiem" i nie wstydzić się tego.

Mam pytanie.
Jak wiele mąż wie o Twoim romansie i jego następstwach w Twojej sferze emocjonalnej? Wszystko, czy tylko skrawek, ograniczony do strony fizycznej?

Pozdrawiam.

Dziękuję za tak rzeczową wypowiedź.
Brakuje mi rozmowy o tym wszystkim, co we mnie siedzi stąd też postanowiłam się odważyć i napisać tutaj.
Nie było i nie jest to łatwe, nawet dziś rano po wczorajszym poście zaczęłam żałować, że się wywewnętrznię.
Wiem też, że muszę to zrobić, bo znów zgorzknieję i stracę siebie.
Nie mam już nikogo bliskiego, przyjaźnie dawno się rozjechały, a i ja nie umiem przemóc się i otworzyć, bo jest to dla mnie jakieś upokorzenie. Nie chciałabym, żeby ktoś użalał się nade mną, że ja taka ambitna i pewna siebie kiedyś tak spartaczylam swoje życie. I nadal na zewnątrz zakładam maskę i uśmiecham się.
Muszę być silna, dam radę, za dużo czasu już straciłam i część życia przeciekła mi przez palce. Dlatego szukam pomocy choćby w sposób wygadania się.

Dziś już nie obwiniam wyłącznie męża za to nasze złe życie, bo jak to bywa każdy medal ma dwie strony i nie jest tak, że tylko jedna osoba ponosi winę za wszystko. To szereg nakładających się na siebie różnych rzeczy, decyzji, zachowań i okoliczności.
Od ponad roku nie pije, sam dobrowolnie zgłosił się na odwyk i to mu pomogło, uczestniczylam wraz z nim w tym pobocznie i wspierałam tak jak tylko się dało. Znalazł nowy cel w życiu zawodowym i dązy ku temu z moją małą pomocą. Taka obecna refleksja; czemu nie mogło tak być już dawno temu? Coś chyba zawiodło.
Dużo rozmawiamy, już się nie kłócimy, staramy się rozumieć, są też złości i wyrzuty, ale w jakiś taki subtelniejszy sposób. Nie ma już burz z piorunami. Nie ma tego stresu i strachu jak wtedy gdy pił.  Staram się też nie robić zamachu na jego trwanie w trzeźwości, choć nie mogę myśleć i robić wszystkiego, że jak coś pójdzie nie tak, to będzie to moja wina.
Jestem pełna podziwu jak potrafił znaleźć siłę by zmierzyć się i wygrywać z tą chorobą, z którą trzeba już walczyć do końca życia.
Jest też nadal duży minus; toleruję i niestety pozwalam na to,  że w słabszych chwilach dogryza mi za moją zdradę w dość brutalny sposób. Przyjmuję to z pokorą, choć chyba nie powinnam.

O mojej zdradzie i romansie wie praktycznie wszystko, przyjdzie kolej, że w mojej historii dojdę i do tego momentu. Jeszcze przez pierwsze miesiące po moim wyskoku i zakończeniu znajomości z "nim" mówił do mnie z wielkim bólem i żalem "przecież widzę jak za nim tęsknisz". Nie zaprzeczałam.
Potem próbowałam sobie wmówić, aż chyba sama uwierzyłam, że to już minęło. Negowałam każde swoje odczucie.
Już wydawało się, że będzie dobrze, ale znów mi to wraca. Ciągle o nim myślę. Nienawidzę się za to. To jest nie fair. Teraz kiedy moglibyśmy być szczęśliwi nie wiem czy ja jeszcze potrafię. A bardzo bym chciała. Jak powiedział mój mąż "on mi cię zabrał bezpowrotnie". Coś w tym niestety jest "zabrał mi cząstkę siebie samej". Chciałabym to odzyskać czy to jest możliwe...?
Teraz staram się nie wsadzać kija w to mrowisko, nie chcę go skrzywdzić jeszcze bardziej swoimi myślami, bo go kocham, ale..........................nawet boję się napisać, że kocham też .................. mimo , że nie chcę. I to jest chore i nienormalne. I jak mam siebie zrozumieć?
Ciężko samemu przed sobą przyznać, że chyba nie zasługuje się na nic dobrego po takim czymś.

20

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:
LonelyM napisał/a:
LonelyM napisał/a:

Trudno będzie streścić to wszystko w jednym wątku, więc może podzielę to na etapy, bo nie wiem czy mam siłe, by to wszystko sensownie opisać. Może każdego dnia uzupełnię wpis, może ktoś ze mną porozmawia, zrozumie, skrytykuje i pozwoli to wszystko zrozumieć.

rozdział 1: wprowadzenie
--------------
Powinnam iść do psychologa, ale nie znam i nie znalazłam odpowiedniego, któremu mogę zaufać i tłamszę to wszystko w sobie, bo nie mam komu się zwierzyć, wygadać. Z każdym dniem jest coraz ciężej, może tu znajdę jakieś refleksje i sens.

Kim jestem?
Mam na imię ....................., nie, to w sumie nieważne. Mam trzydzieści lat z groszami i nie wiem, co dalej zrobić ze swoim życiem.
Narozrabiałam.
Nie zamierzam się wybielać, choć pewne rzeczy były następstwem całego mojego/naszego życia.

Zdradziłam męża.
To nie była tylko jednorazowa przygoda, skok w bok z nudów czy dla przyjemności. Wdałam się w romans, bo się zakochałam. Miałam nielekkie życie, sporo w tym mojej własnej winy, co nie zmienia faktu, że było źle. Wtedy pojawił się on.
Broniłam się przed tym, nigdy nie podejrzewalam, że mnie to spotka, już nawet pogodziłam się z tym, że jestem nieszczęśliwa, ale stało się.

Niedługo minie 2 lata od kiedy to się działo. To było ciężkie pół roku mojego/naszego życia.
Dziś nadal to we mnie tkwi i nie potrafię się z tym uporać. Nie potrafię sobie wybaczyć, że tak postąpiłam, ale też nie potrafię zapomnieć o nim.
Próbujemy z mężem dalej żyć i choć mnie kocha, nie wybaczy mi tego.
A ja jestem rozdarta.
W którą stronę iść?
Z nim nie mam kontaktu od ponad roku, ale tęsknię.
Nie chcę też ponownie skrzywdzić męża, bo mi na nim zależy. Skrzywdziliśmy się nawzajem, zrobił mi wiele złego, ale też wiele dobrego.
Czego nie postanowię, nie będzię to dobre rozwiązanie.

Jak to wszystko przetrwać i jaki wybrać  kierunek dalszej drogi?

rozdział 2: początki

Byliśmy bardzo młodzi jak związaliśmy się ze sobą. Bardzo się kochaliśmy. To chyba za szybkie wstąpienie w dorosłość niszczyło nasze życie, choć zniszczyliśmy je chyba sami swoją, a może bardziej moją niedojrzałością. Po 2 latach związku zaszłam w ciążę. Byłam przerażona, ledwo byłam pełnoletnia, a już wszystko miało się zmienić. Wtedy jeszcze nie mąż zachowal się bardziej dojrzale. To on mnie zapewniał, że damy radę, że będzie dobrze.

Powoli wszystko się stabilizowało, wyglądało, że faktycznie  będzie dobrze, byłam pełna optymizmu. Po 1,5 roku urodziła się druga córka. Wszystko szło do przodu. Może trochę dołowały mnie obowiązki, ale jakoś leciał dzień za dniem. Byłam dobrej myśli. Wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale nie byłam do końca dobrą żoną. Niby robiłam co trzeba, ale pokazywałam, że ciąży mi to życie pod górę, same obowiązki. Byłam dla niego zaborcza. On dla mnie też.

Na początku nic nie wskazywało, że będzie problem z "piciem". Może też go zaczęło wszystko przerastać, a ja tego nie dostrzegłam, bo widziałam tylko swoje bóle.
I to się niestety zaczęło rozkręcać, tak stopniowo, że teraz nawet nie wiem kiedy problem był już wielki. Tak na oko trwało to jakieś 10 lat.

Pierwszy raz mnie "wystawił" jak po jego pracy mieliśmy jechać po wózek dla dziecka. Czekałam na przystanku z półrocznym niemowlakiem na ręce ponad godzinę, a on w tym czasie poszedł z kumplami na piwo. Potem oraz częściej robił takie numery. A ja? No cóż, też zaczęłam nieświadomie "mścić się", nie zrobiłam obiadu, nie zadbałam o to czy o tamto, w imię zasady, że skoro on tak to ja też tak. Chore myślenie chyba wtedy miałam. Wychodziła ta niedojrzałość.
Do tego też dołożyła się moja matka, z którą niestety mieszkaliśmy. Miała ciężki charakter i chciała mną/nami  sterować. Były kłotnie, awantury, przez co mój mąż też obrywał, bo zawsze stawałam za nim. Nie chciałam, żeby się wtrącała, ale nie umiała odpuścić.

Bywał też okres, że było w miarę spokojnie i wszystko szło ku dobrej drodze. Aż do następnego razu. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że mąż wpada w uzależnienie od alkoholu. Ja widziałam tylko to, że jest to znów cios wymierzony przeciwko mnie. Czułam wielki żal, złość, rozczarowanie. Mimo to, cały czas kochaliśmy się bardzo. Łudziłam się, że kiedyś będzie dobrze. Łudziłam się tak 10 lat nie wiedząc nawet, że jestem już współuzależniona.

Próbowałam walczyć z jego piciem i prośbami i groźbami. Na nic wszystko. To dawało mi myśleć, że skoro tak postępuje, to znaczy, że bardziej kocha chlanie, niż mnie. Tak właśnie myśli człowiek, który nie ma pojęcia co to jest alkoholizm. On się zatracał w swoich problemach, a nie dal sobie nic powiedzieć, a ja w swoich.
Powoli przestalam mieć ochotę na kontakty ze znajomymi, bo gdzie nie poszliśmy to praktycznie zawsze kończyło się podobnie. Musiał się schlać na umór i potem były awantury.
Spotkania towarzyskie kojarzyły mi się już wyłącznie z problemami, a nie relaksem.
Zaczęłam wstydzić się naszego życia. Do tego doszły problemy finansowe, bo tam gdzie jest picie, tam zaczyna brakować kasy na byt.
Długi zaczęły sie mnożyć, choć to chyba ja je nawarstwiałam, bo próbowałam kombinować, żeby jako tako sobie radzić czując, że jestem zdana tylko na siebie.
Co nie próbowałam zrobić, to widziałam, że próbuje mi podcinać skrzydła swoim piciem. Nie mogłam tego udźwignąć psychicznie. Czułam się jak zaszczuta. Z jednej strony stałam się wredna i wyrachowana; potrafiłam krzyczeć na niego, że ma albo dawać pieniądze albo wyp.....ć., bo wiedziałam, że jak będzie je miał to znowu się zacznie ciąg chlania. Wydawało mi się, że w ten sposób skontroluję jego picie. Potem musiałam przed nim chować portfel, bo jak złapie smaki, to potrafi zabrać ostatnie pieniądze. Nawet po trupach. Ile to razy się z nim szarpałam, ale miał nade mną przewagę stosując psychiczny terror i zastraszenie.

Nauczona doświadczeniem, że może zrobić mi krzywdę zaczęłam chodzić koło niego na paluszkach, żeby go nie sprowokować, co na niewiele się zdało. Ot, tak pozorny spokój, a ja nadal jak zaszczute zwierzę zaczęłam tracić swoje człowieczeństwo. Bardzo się go bałam, bo wiedziałam, że nie mam na kogo liczyć, nikt mi nie pomoże, a zanim dojedzie policja to będzie za późno.
Mściłam się, a jakże. Tylko, że robiłam to już jak był na kacu, jak nie musiałam się go bać. Robiłam wymówki, groziłam, że odejdę. Widziałam w jego oczach wtedy skruchę i obietnicę. Niestety choć wydawały się one szczere, to następnym razem było tak samo. I jak tu nadal mieć nadzieję i wierzyć?
Mimo to, nie potrafiłam nic więcej zrobić. I tak w tym tkwiliśmy. Ja coraz bardziej udręczona i on coraz bardziej zatracony w swoim nałogu. Ja tego wtedy nie rozumiałam jak można tak robić ze swoim życiem i bliskimi.

Cały czas jednak była między nami miłość. Toksyczna, ale miłość.

rozdział 3: proza życia


Jak nie pił był świetnym człowiekiem i chyba tylko to mnie zwodziło, żeby w tym tkwić. Myślałam wtedy, że jakby był tylko zły, to bym odeszła, ale nie był. I tak mydliłam sobie oczy.
Dziś wiem, że trwało to tyle, bo na tyle pozwoliłam i pomogłam mu w tym, choć to nie moja wina, że ktoś jest chory, to jednak przyczyniłam się do tego.
Jest bardzo wartościową i uczciwą moralnie osobą tylko to picie jakby niszczyło jego wartości. Nie potrafiłam tego pojąć.
Wiedziałam, że jestem dla niego wszystkim, że jestem całym jego światem, że kocha mnie bezgranicznie i nie ma nigdzie indziej takiego uczucia jak między nami. Brak słów, żeby to wszystko opisać. Tylko to chlanie sprawiało, że to wszystko legło w gruzach, a potem znów od nowa to samo. Same paradoksy.
Cały czas byliśmy na tej karuzeli. Było dobrze już tylko wtedy gdy nie wychodził z domu, bo jak wychodził to 90% (sic!) jego wyjść kończyło się tak samo. Wracał nawalony i nie przestawał dopóki nie padł z upojenia. I prawie zawsze robił mi jazdy i terroryzował mnie. Wyżywał się nawet za to, że miał źle w dzieciństwie. To pewnie było z jego strony wołanie o pomoc, ale w zły sposób.
Teściowa bała się go w takim stanie, mówiła, że od razu widzi jego ojca, ktory urządał pieklo swojej rodzinie. Myślę, że to przez obciążenie psychiczne przez dom rodzinny i genetyczne przez nałog jego ojca zaczynało się dziać z nim coś złego.

Żyliśmy normalnie póki był w domu, ale czułam, że to nie tak ma wyglądać życie, że albo w domu jak w klatce albo powtórka z rozrywki terroru. Jak ja wtedy zazdrościłam ludziom normalnego życia. Czasem idąc gdzieś, przeważnie sama albo sama z dziećmi, bo on albo nie chciał albo miał kaca, patrzyłam na szczęśliwych ludzi z zazdrością i łzami w oczach.
Z czasem przestałam już marzyć o szczęściu a marzyłam wyłącznie o świętym spokoju i końcu tego stresu. Byłam strzępkiem nerwow i stresu, a mimo to zmuszałam się trzymać pion i pchać ten wózek zwany życiem powoli do przodu. Choć nie wierzyłam w to, wmawiałam sobie, że kiedyś będę jeszcze szczęśliwa, bo inaczej bym chyba nie dała rady.
Wydaje mi się, że wtedy straciłam siebie. Zgorzkniałam.

To dopiero połowa mojej historii, ale nie wiem czy będę mieć dziś siłę by dalej pisać. Na pewno dopiszę, bo to jakby jakaś terpia dla mnie, a może i komuś się przyda i znajdzie jakieś informacje zwrotne dla siebie zanim dopuści, aby jego życie legło na kolanach

rozdział 4: kolejne lata

Nie sposób opisać wszystkich złych incydentów jakie miały miejsce, tkwiłam w tym po uszy bez szansy na odseparowanie się od tego, ale nadal wierzyłam, że to sie zmieni. I tak jak wcześniej zmieniało się tylko wtedy gdy nie wychodził i mialam go pod kontrolą. A jak miał już niepowstrzymany głód to i tak zrobił wszystko, żeby wyjść. Ile ja spędziłam nocy w kuchni wpatrzona w okno czekając na jego powrot. I ten ból, strach przed tym, co nieuniknione czyli kolejny terror , nic więcej nie potrafiłam. Tylko czekać jak ofiara na swoją dolę. Jedyną pociechą było tylko to, że moze i tym razem uda mi się szybko go ululać" zanim narozrabia tak, ze dojdzie do tragedii. Przytakiwałam i robiłam wszystko, żeby zgasić agresję. Bardzo mnie to niszczyło. Nie wiem jak znalazłam siły by dalej żyć. Może jakbym mieszkała u niego, to bym uciekła, ale nie miałam gdzie. Nikt też nie potrafił czy nie chciał tak naprawdę pomóc. Dużo też sama ukrywałam przed światem.
Doszło do tego, że cieszyłam się jak nie pracował, bo wtedy nie wychodził, a jak nie wychodził to nie pił. Takie błędne koło.
Było pozornie fajnie, bo spokojnie, ale coś czułam w środku, że nie na tym ma polegać życie.
Były długie tygodnie nawet może i miesiące gdy nie pił, ale wtedy sam się chyba haltował przed wszystkim, bo siedział w domu. W nocy siedział i grał albo zajmował się tego typu rzeczami a w dzień odsypiał. I tak dalej byłam sama z odczuciem, że wszystko jest na mojej głowie. Całe nasze życie. Było tylko spokojniej, ale chyba nie lepiej. Do dupy z taką alternatywą.
Nadal kochałam, bo nadal nie był tylko i wyłącznie zły. Szkoda, że wtedy nie wiedziałam jak pomóc jemu, jak pomóc nam. Skupiłam się chyba tylko na tym, że jest mi źle. Nie widziałam żadnego rozwiązania. Myślę, że jestem wspólwinna temu wszystkiemu. Nie miałam siły. Żyłam tylko dniem dzisiejszym bez żadnych perspektyw.
Jak już było miło i przyjemnie to nauczyłam się, ze to schemat, że to ciszą przed burzą i zaraz coś znów walnie.I nie myliłam się.I tak w kółko i tak do znudzenia.
Szkoda, że nie widziałam wówczas jego "wnętrza", to wyszło dopiero potem,już w trakcie terapii,  jak zmagał się z samym sobą, co w efekcie tylko pogłebiało nasze problemy. On sobie dusił problem i ja sobie pielęgnowałam kolejne rany.

rozdział 5: pierwszy impuls
Ponad 3 lata temu nagle zmarł mój ojciec, przeżyłam to strasznie, przez pół roku straciłam całą siłę, optymizm i chęci życia. Nic mnie nie cieszyło. Wtedy mąż mnie bardzo wspierał, przyszła chyba jakaś refleksja. Był przy mnie, kochal, czułam to i w końcu zobaczyłam światełko w tunelu. Ten rok po  śmierci mojego taty jakby nadawał lepszy bieg naszemu życiu. Takie szczęście w nieszczęściu.
Niestety to wszystko było tylko zaleczone, a nie wyleczone i powoli zaczynało rozbudzać się na nowo.
Nie powiem, mąż miał trochę pecha, ale nie można na każdym kroku szukać pretekstów do ponownego złamania się czyli w tym przypadku do picia.
Praca na wyjeździe była nieudana i znów był powód do chlania.
Potem następna, tym razem za granicą. Źle trafił. Znów miał powód do zawalenia wszystkiego. Zamiast wrócić do domu wydzwaniał do mnie stamtąd nawalony. W pewnym momencie rozmowa się urwała i spodziewałam się najgorszego, tym bardziej, że dawał mi do zrozumienia, że nie chce mu się żyć.
Przez 4 długie kolejne dni i noce prawie nie spałam. I jeszcze udawałam przed dziećmi, że nic się nie dzieje, żeby ich nie straszyc. Spodziewałam się najgorszego. Byłam zrozpaczona Nie od razu zawiadomiłam rodzinę, że coś jest nie tak, bo znów byłoby, że robię raban, a on kolejny raz tylko narozrabiał. W końcu powaga sytuacji sięgnęła apogeum i juz nie miałam siły sama przez to przejść.
Piątego dnia wrócił załamy do domu. Styrany, zmęczony i bardzo bardzo smutny. Potrafiłam tylko rozpłakać się z radości, ze nic mu nie jest. Ten tydzień był wydawałoby sie zwrotny w naszym życiu. Ktoś mu tam pomógł i nawet pożyczył na bilet do Polski. Nie potrafiłam tylko zrozumieć dlaczego przez 5 dni nie znalazł sposobu, żeby dać znać, że nic mu nie jest. Nie drążyłam jednak tematu widząc jak bardzo jest dobity tym wszystkim. Cieszylam się i wierzyłam, że może to było to coś, co spowoduje, że zmieni bieg swojego i naszego życia.

Przez jakiś czas był spokój. Potem znalazłam nową pracę. Na początku było niby OK, ale z powrotem zaczęło budzić się " to złe" na nowo. Poszedł z wujkiem do pracy i znów zaglądać w picie. Czasem nachodził mnie w takim stanie w pracy. Pracowałam na dwie zmiany; nocną i dzienną.
To wtedy chyba coś zaczęło we mnie pękać. Mąż posunął się o jeden krok za daleko choć zaczynał myśleć o leczeniu, a ja o krok za wcześnie zrezygnowałam z walki o nas, nie miałam już siły i wiary w lepsze jutro. Zrozumiałam, że przegram i nie dam rady więcej tego znosić.
I wtedy pojawił się "on" ......

21 Ostatnio edytowany przez Excop (2014-10-01 15:08:58)

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:
Excop napisał/a:

Pisz, Lonely, to też jest swego rodzaju terapia oczyszczająca ze złych emocji po złych działaniach lub rozmyślnych, czy odkładanych do podświadości, zaniechaniach.
Masz rację, mówiąc, że zdrowy człowiek nie zrozumie alkoholika, tej władzy wódki nad umysłem człowieka uzależnionego.
Ja też jestem DDA i przez długi czas nie mogłem zapanować nad pociągiem do alkoholu.
W moim wypadku, poza ogromnym stresem związanym z pracą (30 lat pracowałem w policji kryminalnej), dołożyła się nagła śmierć (dawno temu) mojej trzydziestoletniej żony, gdy dzieci wymagały szczególnej opieki.
Cała ta sytuacja przerastała mnie.
Piłem coraz częściej i coraz więcej (nie pozwalałem jednak sobie na picie na umór).
Gdy zdałem sobie sprawę, że czuję się lekki i odprężony wyłącznie po alkoholu, doszło do mnie, że się uzależniam. W końcu powiedziałem sobie "dość" i odstawiłem alkohol. Tak, z dnia, na dzień.
I co? I to, że nie piję już ponad rok i nie brakuje mi alkoholu. Nie myślę, by się napić.
Nie zrobiłem tego, ani dla dzieci, ani nikogo innego, a dla odzyskania władzy nad sobą. Udało mi się bez pomocy z zewnątrz, dzięki własnej świadomości tego, że staję się alkoholikiem.

Wybacz, że rozpisałem się o sobie w Twoim temacie, Lonely, ale ja akurat mogę zrozumieć i Twojego męża i Ciebie. Dlatego staram się nie oceniać, lecz uzyskawszy informacje, doradzić.

Twój mąż nie pije od roku. Czy rozmawiacie o jego uzależnieniu i tym, jak sobie radzi z abstynencją?
To bardzo ważne, by był w stanie głośno o sobie powiedzieć: "Jestem niepijącym alkoholikiem" i nie wstydzić się tego.

Mam pytanie.
Jak wiele mąż wie o Twoim romansie i jego następstwach w Twojej sferze emocjonalnej? Wszystko, czy tylko skrawek, ograniczony do strony fizycznej?

Pozdrawiam.

Dziękuję za tak rzeczową wypowiedź.
Brakuje mi rozmowy o tym wszystkim, co we mnie siedzi stąd też postanowiłam się odważyć i napisać tutaj.
Nie było i nie jest to łatwe, nawet dziś rano po wczorajszym poście zaczęłam żałować, że się wywewnętrznię.
Wiem też, że muszę to zrobić, bo znów zgorzknieję i stracę siebie.
Nie mam już nikogo bliskiego, przyjaźnie dawno się rozjechały, a i ja nie umiem przemóc się i otworzyć, bo jest to dla mnie jakieś upokorzenie. Nie chciałabym, żeby ktoś użalał się nade mną, że ja taka ambitna i pewna siebie kiedyś tak spartaczylam swoje życie. I nadal na zewnątrz zakładam maskę i uśmiecham się.
Muszę być silna, dam radę, za dużo czasu już straciłam i część życia przeciekła mi przez palce. Dlatego szukam pomocy choćby w sposób wygadania się.

Dziś już nie obwiniam wyłącznie męża za to nasze złe życie, bo jak to bywa każdy medal ma dwie strony i nie jest tak, że tylko jedna osoba ponosi winę za wszystko. To szereg nakładających się na siebie różnych rzeczy, decyzji, zachowań i okoliczności.
Od ponad roku nie pije, sam dobrowolnie zgłosił się na odwyk i to mu pomogło, uczestniczylam wraz z nim w tym pobocznie i wspierałam tak jak tylko się dało. Znalazł nowy cel w życiu zawodowym i dązy ku temu z moją małą pomocą. Taka obecna refleksja; czemu nie mogło tak być już dawno temu? Coś chyba zawiodło.
Dużo rozmawiamy, już się nie kłócimy, staramy się rozumieć, są też złości i wyrzuty, ale w jakiś taki subtelniejszy sposób. Nie ma już burz z piorunami. Nie ma tego stresu i strachu jak wtedy gdy pił.  Staram się też nie robić zamachu na jego trwanie w trzeźwości, choć nie mogę myśleć i robić wszystkiego, że jak coś pójdzie nie tak, to będzie to moja wina.
Jestem pełna podziwu jak potrafił znaleźć siłę by zmierzyć się i wygrywać z tą chorobą, z którą trzeba już walczyć do końca życia.
Jest też nadal duży minus; toleruję i niestety pozwalam na to,  że w słabszych chwilach dogryza mi za moją zdradę w dość brutalny sposób. Przyjmuję to z pokorą, choć chyba nie powinnam.

O mojej zdradzie i romansie wie praktycznie wszystko, przyjdzie kolej, że w mojej historii dojdę i do tego momentu. Jeszcze przez pierwsze miesiące po moim wyskoku i zakończeniu znajomości z "nim" mówił do mnie z wielkim bólem i żalem "przecież widzę jak za nim tęsknisz". Nie zaprzeczałam.
Potem próbowałam sobie wmówić, aż chyba sama uwierzyłam, że to już minęło. Negowałam każde swoje odczucie.
Już wydawało się, że będzie dobrze, ale znów mi to wraca. Ciągle o nim myślę. Nienawidzę się za to. To jest nie fair. Teraz kiedy moglibyśmy być szczęśliwi nie wiem czy ja jeszcze potrafię. A bardzo bym chciała. Jak powiedział mój mąż "on mi cię zabrał bezpowrotnie". Coś w tym niestety jest "zabrał mi cząstkę siebie samej". Chciałabym to odzyskać czy to jest możliwe...?
Teraz staram się nie wsadzać kija w to mrowisko, nie chcę go skrzywdzić jeszcze bardziej swoimi myślami, bo go kocham, ale..........................nawet boję się napisać, że kocham też .................. mimo , że nie chcę. I to jest chore i nienormalne. I jak mam siebie zrozumieć?
Ciężko samemu przed sobą przyznać, że chyba nie zasługuje się na nic dobrego po takim czymś.

Rzeczywiście, wszystko, co piszesz jest wstrząsające.
Należało się spodziewać, że co jakiś czas będzie "wyciągał" zdradę i wpędzał Cię w poczucie winy, nawet może mimowolnie.
Myślę, że w końcu wybaczy Ci, ale stanie się to dopiero wtedy, gdy dojdzie do niego, że Ty przestałaś swego czasu walczyć o niego, gdy on zbyt długo nie chciał podejmować  walki o samego siebie, a tym samym o Was.
Gdy to w pełni zrozumie, nie zapomni, ale wybaczy.
Niestety, musisz mu w tym pomóc. Mąż Cię zna, jak mało kto, więc dobrze odczytuje Twoje nastroje, płacz i zadumane roztargnienie.
W jego oczach (i chyba słusznie?) wciąż tkwisz w zdradzie.
Dokąd nie usuniesz kochanka z głowy, dotąd nie uda się Wam powrócić do właściwego poziomu relacji.
Wbrew temu, bowiem, co sądzi większość Pań oraz stado psycho- i seksuologów, dla mnie, jako mężczyzny, zdrada emocjonalna jest dużo bardziej raniąca i upokarzająca, niż "zwykłe" pójście do łóżka z innym mężczyzną.
Dlatego byłem w stanie wybaczyć żonie i praktycznie zapomnieć o jej "skoku w bok".
Sądzę, że jednym sposobem "wyleczenia się" z  uporczywych myśli o "tamtym" będzie dla Ciebie i to niezależnie od siebie:

- uzmysłowienie sobie w końcu, że kochanek zadrwił sobie z Twojej miłości, którą praktycznie w całości odebrałaś mężowi i przelałaś na niego,

- wybaczenie sobie samej, że dałaś sobie prawo do tej drogi szukania szczęścia,

- uzmysłowienia mężowi z kolei, że wypominanie romansu i pogłębianie poczucia winy w Tobie w sytuacji, gdy chcecie naprawić Wasz związek, nie pomaga Tobie zapomnieć o kochanku.

Pozdrawiam i czekam na dalszy ciąg Twojej historii.

22

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Miałam zamiar dziś wszystko napisać jednak nie mam siły. Zaraz zresztą wrócą córki ze szkoły i nie dam rady się skupić. Musi to poczekać do jutra.
Też tak sądzę, jak piszesz; mąż również tak myśli "zdrada emocjonalna jest dużo bardziej raniąca i upokarzająca, niż "zwykłe" pójście do łóżka z innym mężczyzną"
To było coś więcej, niż seks, to wcale o to nie chodziło, ja się tak w nim zakochałam, że byłam w stanie wywrocić wszystko do góry nogami. Dał mi to wszystko, czego brakowało mi przez te lata, coś, o czym nie śmiałam nawet marzyć. Wierz mi, że długo się przed tym broniłam. Nigdy przenigdy wcześniej nie pozwalałam sobie na jakieś zalązki romansu, a miałam wiele okazji do flirtu. To on był w tym przypadku uparty. Może tym mnie ujął.
Mąż nie może przetrawić tego bólu, że było mi z innym dobrze " to, że z nim teraz nie jesteś, to nie znaczy, że nie zostanie Ci wspomnienie do końca życia, choćbyś sama nie chciała, jak ci z nim było fajnie, ja przecież też pamiętam jak to fajnie było się odstresować i być nawalonym "( to jego słowa) To boli. Ja to rozumiem.
Łatwiej wybaczyć pusty skok w bok, niż zaangażowanie uczuciowe.
"ja wiem jak ty bardzo potrafisz kochać, tym bardziej cierpię, że dałaś to jemu"

23

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

"Ja wiem, jak potrafisz kochać, tym bardziej cierpię, że dałaś to jemu".
W jednym zdaniu zawarta cała gorzka prawda o odczuciach zdradzonego partnera...

Oj, będzie ciężko, ale nie poddawaj się. Jeśli rzeczywiście kochasz męża, a on Ciebie, pokonacie tę traumę.

Pozdrawiam.

24

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:

"Ja wiem, jak potrafisz kochać, tym bardziej cierpię, że dałaś to jemu".
W jednym zdaniu zawarta cała gorzka prawda o odczuciach zdradzonego partnera...

Oj, będzie ciężko, ale nie poddawaj się. Jeśli rzeczywiście kochasz męża, a on Ciebie, pokonacie tę traumę.

Pozdrawiam.

Czasem już sama nie wiem, co mam robić i czego chcę.
Miałam dziś pisać dalej, ale coś nie mam siły. Jakiś zły dzień dzisiaj mam.
W każdym razie zdałam sobie sprawę, że to co już wcześniej napisałam sporo mi dało. W sumie pierwszy raz wyrzuciłam to z siebie prawie jednym ciągiem.
Czasem myślę, że powinnam się pogodzić z tym, że nie będę już w pełni szczęśliwa, ale jakieś wewnętrzne "coś" nie pozwala mi się poddać.
Nie chcę złapać depresji, choć ją miewam.

25

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Skoro czujesz, że takie "rozmowy" w jakiś sposób pomagają Ci, nie rezygnuj!
Czekam więc na ciąg dalszy.
Pozdrawiam.

26

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:

Skoro czujesz, że takie "rozmowy" w jakiś sposób pomagają Ci, nie rezygnuj!
Czekam więc na ciąg dalszy.
Pozdrawiam.

Myślę, że nie zrezygnuję. Czekam na odpowiedni moment, bo w tej chwili nie czuję się na siłach.
Tak się zastanawiam tylko jak to wszystko się skończy, w jakim miejscu będę za np. 3,4 lata.....

27

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:
Excop napisał/a:

Skoro czujesz, że takie "rozmowy" w jakiś sposób pomagają Ci, nie rezygnuj!
Czekam więc na ciąg dalszy.
Pozdrawiam.

Myślę, że nie zrezygnuję. Czekam na odpowiedni moment, bo w tej chwili nie czuję się na siłach.
Tak się zastanawiam tylko jak to wszystko się skończy, w jakim miejscu będę za np. 3,4 lata.....

ehhh będzie ciężko - ale nie poddawaj się
gdzie będziesz? czas pokaże - pamiętaj jesteś panem swojego losu

co do zdrady emocjonalnej i podejścia mężczyzn do niej - ciekawy pogląd, bo mój M. bagatelizuje to, umniejsza, więc zaskoczyło mnie to co tutaj przeczytałam

28

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Mruffka napisał/a:
LonelyM napisał/a:
Excop napisał/a:

Skoro czujesz, że takie "rozmowy" w jakiś sposób pomagają Ci, nie rezygnuj!
Czekam więc na ciąg dalszy.
Pozdrawiam.

Myślę, że nie zrezygnuję. Czekam na odpowiedni moment, bo w tej chwili nie czuję się na siłach.
Tak się zastanawiam tylko jak to wszystko się skończy, w jakim miejscu będę za np. 3,4 lata.....

ehhh będzie ciężko - ale nie poddawaj się
gdzie będziesz? czas pokaże - pamiętaj jesteś panem swojego losu

co do zdrady emocjonalnej i podejścia mężczyzn do niej - ciekawy pogląd, bo mój M. bagatelizuje to, umniejsza, więc zaskoczyło mnie to co tutaj przeczytałam

ciężko już jest i szybko się to nie zmieni, to pewne
często myślę, że jakbym była silniejsza i miała więcej honoru, to pozwoliłabym mu odejść a nawet zmusiła do tego
czego chce mąż?
on chyba sam nie wie, serce kłóci się z rozumem
ja to wszystko rozumiem a dalej stoję w miejscu
niby idzie do przodu, a zaraz się cofa
może faktycznie mnie zniszczą wyrzuty sumienia, a jego poczucie krzywdy, które mu zrobiłam i poczucie krzywdy, które on mi robi z tego powodu

ja , całe życie była pewna, że nie stać mnie na taki wyczyn, a życie pokazuje, że nigdy nie można być niczego pewnym
jedynym moim usprawiedliwieniem jest to, że to nie bylo dla zabawy, z wyrachowania, chęci ukarania a z uczucia nad którym nie zapanowałam
nie miałam prawa tak postąpić, miałam prawo skoro mi było źle zakończyć jedno, zanim wejdę w drugie i tu tego zabrakło , ale niestety tak nie zrobiłam

początkowo człowiek odsuwa winę od siebie, pytałam czemu nie przerwał tego  definitywnie odkąd się dowiedział i nie postawił mnie wtedy pod ścianą, a wręcz popchnął dalej w czyn
a ja perfidnie, choć wtedy niezupełnie świadoma skorzystałam z tego

dziś nawet nie umiem się ocenić
znam siebie, wiem jakim jestem człowiekiem, mam dużo serca i dobroci, a z drugiej strony taki czyn

29

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:
LonelyM napisał/a:
LonelyM napisał/a:

rozdział 2: początki

Byliśmy bardzo młodzi jak związaliśmy się ze sobą. Bardzo się kochaliśmy. To chyba za szybkie wstąpienie w dorosłość niszczyło nasze życie, choć zniszczyliśmy je chyba sami swoją, a może bardziej moją niedojrzałością. Po 2 latach związku zaszłam w ciążę. Byłam przerażona, ledwo byłam pełnoletnia, a już wszystko miało się zmienić. Wtedy jeszcze nie mąż zachowal się bardziej dojrzale. To on mnie zapewniał, że damy radę, że będzie dobrze.

Powoli wszystko się stabilizowało, wyglądało, że faktycznie  będzie dobrze, byłam pełna optymizmu. Po 1,5 roku urodziła się druga córka. Wszystko szło do przodu. Może trochę dołowały mnie obowiązki, ale jakoś leciał dzień za dniem. Byłam dobrej myśli. Wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale nie byłam do końca dobrą żoną. Niby robiłam co trzeba, ale pokazywałam, że ciąży mi to życie pod górę, same obowiązki. Byłam dla niego zaborcza. On dla mnie też.

Na początku nic nie wskazywało, że będzie problem z "piciem". Może też go zaczęło wszystko przerastać, a ja tego nie dostrzegłam, bo widziałam tylko swoje bóle.
I to się niestety zaczęło rozkręcać, tak stopniowo, że teraz nawet nie wiem kiedy problem był już wielki. Tak na oko trwało to jakieś 10 lat.

Pierwszy raz mnie "wystawił" jak po jego pracy mieliśmy jechać po wózek dla dziecka. Czekałam na przystanku z półrocznym niemowlakiem na ręce ponad godzinę, a on w tym czasie poszedł z kumplami na piwo. Potem oraz częściej robił takie numery. A ja? No cóż, też zaczęłam nieświadomie "mścić się", nie zrobiłam obiadu, nie zadbałam o to czy o tamto, w imię zasady, że skoro on tak to ja też tak. Chore myślenie chyba wtedy miałam. Wychodziła ta niedojrzałość.
Do tego też dołożyła się moja matka, z którą niestety mieszkaliśmy. Miała ciężki charakter i chciała mną/nami  sterować. Były kłotnie, awantury, przez co mój mąż też obrywał, bo zawsze stawałam za nim. Nie chciałam, żeby się wtrącała, ale nie umiała odpuścić.

Bywał też okres, że było w miarę spokojnie i wszystko szło ku dobrej drodze. Aż do następnego razu. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że mąż wpada w uzależnienie od alkoholu. Ja widziałam tylko to, że jest to znów cios wymierzony przeciwko mnie. Czułam wielki żal, złość, rozczarowanie. Mimo to, cały czas kochaliśmy się bardzo. Łudziłam się, że kiedyś będzie dobrze. Łudziłam się tak 10 lat nie wiedząc nawet, że jestem już współuzależniona.

Próbowałam walczyć z jego piciem i prośbami i groźbami. Na nic wszystko. To dawało mi myśleć, że skoro tak postępuje, to znaczy, że bardziej kocha chlanie, niż mnie. Tak właśnie myśli człowiek, który nie ma pojęcia co to jest alkoholizm. On się zatracał w swoich problemach, a nie dal sobie nic powiedzieć, a ja w swoich.
Powoli przestalam mieć ochotę na kontakty ze znajomymi, bo gdzie nie poszliśmy to praktycznie zawsze kończyło się podobnie. Musiał się schlać na umór i potem były awantury.
Spotkania towarzyskie kojarzyły mi się już wyłącznie z problemami, a nie relaksem.
Zaczęłam wstydzić się naszego życia. Do tego doszły problemy finansowe, bo tam gdzie jest picie, tam zaczyna brakować kasy na byt.
Długi zaczęły sie mnożyć, choć to chyba ja je nawarstwiałam, bo próbowałam kombinować, żeby jako tako sobie radzić czując, że jestem zdana tylko na siebie.
Co nie próbowałam zrobić, to widziałam, że próbuje mi podcinać skrzydła swoim piciem. Nie mogłam tego udźwignąć psychicznie. Czułam się jak zaszczuta. Z jednej strony stałam się wredna i wyrachowana; potrafiłam krzyczeć na niego, że ma albo dawać pieniądze albo wyp.....ć., bo wiedziałam, że jak będzie je miał to znowu się zacznie ciąg chlania. Wydawało mi się, że w ten sposób skontroluję jego picie. Potem musiałam przed nim chować portfel, bo jak złapie smaki, to potrafi zabrać ostatnie pieniądze. Nawet po trupach. Ile to razy się z nim szarpałam, ale miał nade mną przewagę stosując psychiczny terror i zastraszenie.

Nauczona doświadczeniem, że może zrobić mi krzywdę zaczęłam chodzić koło niego na paluszkach, żeby go nie sprowokować, co na niewiele się zdało. Ot, tak pozorny spokój, a ja nadal jak zaszczute zwierzę zaczęłam tracić swoje człowieczeństwo. Bardzo się go bałam, bo wiedziałam, że nie mam na kogo liczyć, nikt mi nie pomoże, a zanim dojedzie policja to będzie za późno.
Mściłam się, a jakże. Tylko, że robiłam to już jak był na kacu, jak nie musiałam się go bać. Robiłam wymówki, groziłam, że odejdę. Widziałam w jego oczach wtedy skruchę i obietnicę. Niestety choć wydawały się one szczere, to następnym razem było tak samo. I jak tu nadal mieć nadzieję i wierzyć?
Mimo to, nie potrafiłam nic więcej zrobić. I tak w tym tkwiliśmy. Ja coraz bardziej udręczona i on coraz bardziej zatracony w swoim nałogu. Ja tego wtedy nie rozumiałam jak można tak robić ze swoim życiem i bliskimi.

Cały czas jednak była między nami miłość. Toksyczna, ale miłość.

rozdział 3: proza życia


Jak nie pił był świetnym człowiekiem i chyba tylko to mnie zwodziło, żeby w tym tkwić. Myślałam wtedy, że jakby był tylko zły, to bym odeszła, ale nie był. I tak mydliłam sobie oczy.
Dziś wiem, że trwało to tyle, bo na tyle pozwoliłam i pomogłam mu w tym, choć to nie moja wina, że ktoś jest chory, to jednak przyczyniłam się do tego.
Jest bardzo wartościową i uczciwą moralnie osobą tylko to picie jakby niszczyło jego wartości. Nie potrafiłam tego pojąć.
Wiedziałam, że jestem dla niego wszystkim, że jestem całym jego światem, że kocha mnie bezgranicznie i nie ma nigdzie indziej takiego uczucia jak między nami. Brak słów, żeby to wszystko opisać. Tylko to chlanie sprawiało, że to wszystko legło w gruzach, a potem znów od nowa to samo. Same paradoksy.
Cały czas byliśmy na tej karuzeli. Było dobrze już tylko wtedy gdy nie wychodził z domu, bo jak wychodził to 90% (sic!) jego wyjść kończyło się tak samo. Wracał nawalony i nie przestawał dopóki nie padł z upojenia. I prawie zawsze robił mi jazdy i terroryzował mnie. Wyżywał się nawet za to, że miał źle w dzieciństwie. To pewnie było z jego strony wołanie o pomoc, ale w zły sposób.
Teściowa bała się go w takim stanie, mówiła, że od razu widzi jego ojca, ktory urządał pieklo swojej rodzinie. Myślę, że to przez obciążenie psychiczne przez dom rodzinny i genetyczne przez nałog jego ojca zaczynało się dziać z nim coś złego.

Żyliśmy normalnie póki był w domu, ale czułam, że to nie tak ma wyglądać życie, że albo w domu jak w klatce albo powtórka z rozrywki terroru. Jak ja wtedy zazdrościłam ludziom normalnego życia. Czasem idąc gdzieś, przeważnie sama albo sama z dziećmi, bo on albo nie chciał albo miał kaca, patrzyłam na szczęśliwych ludzi z zazdrością i łzami w oczach.
Z czasem przestałam już marzyć o szczęściu a marzyłam wyłącznie o świętym spokoju i końcu tego stresu. Byłam strzępkiem nerwow i stresu, a mimo to zmuszałam się trzymać pion i pchać ten wózek zwany życiem powoli do przodu. Choć nie wierzyłam w to, wmawiałam sobie, że kiedyś będę jeszcze szczęśliwa, bo inaczej bym chyba nie dała rady.
Wydaje mi się, że wtedy straciłam siebie. Zgorzkniałam.

To dopiero połowa mojej historii, ale nie wiem czy będę mieć dziś siłę by dalej pisać. Na pewno dopiszę, bo to jakby jakaś terpia dla mnie, a może i komuś się przyda i znajdzie jakieś informacje zwrotne dla siebie zanim dopuści, aby jego życie legło na kolanach

rozdział 4: kolejne lata

Nie sposób opisać wszystkich złych incydentów jakie miały miejsce, tkwiłam w tym po uszy bez szansy na odseparowanie się od tego, ale nadal wierzyłam, że to sie zmieni. I tak jak wcześniej zmieniało się tylko wtedy gdy nie wychodził i mialam go pod kontrolą. A jak miał już niepowstrzymany głód to i tak zrobił wszystko, żeby wyjść. Ile ja spędziłam nocy w kuchni wpatrzona w okno czekając na jego powrot. I ten ból, strach przed tym, co nieuniknione czyli kolejny terror , nic więcej nie potrafiłam. Tylko czekać jak ofiara na swoją dolę. Jedyną pociechą było tylko to, że moze i tym razem uda mi się szybko go ululać" zanim narozrabia tak, ze dojdzie do tragedii. Przytakiwałam i robiłam wszystko, żeby zgasić agresję. Bardzo mnie to niszczyło. Nie wiem jak znalazłam siły by dalej żyć. Może jakbym mieszkała u niego, to bym uciekła, ale nie miałam gdzie. Nikt też nie potrafił czy nie chciał tak naprawdę pomóc. Dużo też sama ukrywałam przed światem.
Doszło do tego, że cieszyłam się jak nie pracował, bo wtedy nie wychodził, a jak nie wychodził to nie pił. Takie błędne koło.
Było pozornie fajnie, bo spokojnie, ale coś czułam w środku, że nie na tym ma polegać życie.
Były długie tygodnie nawet może i miesiące gdy nie pił, ale wtedy sam się chyba haltował przed wszystkim, bo siedział w domu. W nocy siedział i grał albo zajmował się tego typu rzeczami a w dzień odsypiał. I tak dalej byłam sama z odczuciem, że wszystko jest na mojej głowie. Całe nasze życie. Było tylko spokojniej, ale chyba nie lepiej. Do dupy z taką alternatywą.
Nadal kochałam, bo nadal nie był tylko i wyłącznie zły. Szkoda, że wtedy nie wiedziałam jak pomóc jemu, jak pomóc nam. Skupiłam się chyba tylko na tym, że jest mi źle. Nie widziałam żadnego rozwiązania. Myślę, że jestem wspólwinna temu wszystkiemu. Nie miałam siły. Żyłam tylko dniem dzisiejszym bez żadnych perspektyw.
Jak już było miło i przyjemnie to nauczyłam się, ze to schemat, że to ciszą przed burzą i zaraz coś znów walnie.I nie myliłam się.I tak w kółko i tak do znudzenia.
Szkoda, że nie widziałam wówczas jego "wnętrza", to wyszło dopiero potem,już w trakcie terapii,  jak zmagał się z samym sobą, co w efekcie tylko pogłebiało nasze problemy. On sobie dusił problem i ja sobie pielęgnowałam kolejne rany.

rozdział 5: pierwszy impuls
Ponad 3 lata temu nagle zmarł mój ojciec, przeżyłam to strasznie, przez pół roku straciłam całą siłę, optymizm i chęci życia. Nic mnie nie cieszyło. Wtedy mąż mnie bardzo wspierał, przyszła chyba jakaś refleksja. Był przy mnie, kochal, czułam to i w końcu zobaczyłam światełko w tunelu. Ten rok po  śmierci mojego taty jakby nadawał lepszy bieg naszemu życiu. Takie szczęście w nieszczęściu.
Niestety to wszystko było tylko zaleczone, a nie wyleczone i powoli zaczynało rozbudzać się na nowo.
Nie powiem, mąż miał trochę pecha, ale nie można na każdym kroku szukać pretekstów do ponownego złamania się czyli w tym przypadku do picia.
Praca na wyjeździe była nieudana i znów był powód do chlania.
Potem następna, tym razem za granicą. Źle trafił. Znów miał powód do zawalenia wszystkiego. Zamiast wrócić do domu wydzwaniał do mnie stamtąd nawalony. W pewnym momencie rozmowa się urwała i spodziewałam się najgorszego, tym bardziej, że dawał mi do zrozumienia, że nie chce mu się żyć.
Przez 4 długie kolejne dni i noce prawie nie spałam. I jeszcze udawałam przed dziećmi, że nic się nie dzieje, żeby ich nie straszyc. Spodziewałam się najgorszego. Byłam zrozpaczona Nie od razu zawiadomiłam rodzinę, że coś jest nie tak, bo znów byłoby, że robię raban, a on kolejny raz tylko narozrabiał. W końcu powaga sytuacji sięgnęła apogeum i juz nie miałam siły sama przez to przejść.
Piątego dnia wrócił załamy do domu. Styrany, zmęczony i bardzo bardzo smutny. Potrafiłam tylko rozpłakać się z radości, ze nic mu nie jest. Ten tydzień był wydawałoby sie zwrotny w naszym życiu. Ktoś mu tam pomógł i nawet pożyczył na bilet do Polski. Nie potrafiłam tylko zrozumieć dlaczego przez 5 dni nie znalazł sposobu, żeby dać znać, że nic mu nie jest. Nie drążyłam jednak tematu widząc jak bardzo jest dobity tym wszystkim. Cieszylam się i wierzyłam, że może to było to coś, co spowoduje, że zmieni bieg swojego i naszego życia.

Przez jakiś czas był spokój. Potem znalazłam nową pracę. Na początku było niby OK, ale z powrotem zaczęło budzić się " to złe" na nowo. Poszedł z wujkiem do pracy i znów zaglądać w picie. Czasem nachodził mnie w takim stanie w pracy. Pracowałam na dwie zmiany; nocną i dzienną.
To wtedy chyba coś zaczęło we mnie pękać. Mąż posunął się o jeden krok za daleko choć zaczynał myśleć o leczeniu, a ja o krok za wcześnie zrezygnowałam z walki o nas, nie miałam już siły i wiary w lepsze jutro. Zrozumiałam, że przegram i nie dam rady więcej tego znosić.
I wtedy pojawił się "on" ......

rozdział 6: On

Na początku nic nie wskazywało, ani nie dawało cienia podejrzeń, że z czymś takim będę musiała się zmierzyć.
Owszem, troszkę mnie podrywał, ale było to tak subtelne, że zaczęłam sobie wmawiać, że mi się tylko wydaje.
Tym bardziej, że pracując w miejscu gdzie przewija się mnóstwo ludzi, ludzie są po prostu sympatyczni w większości. Zdawałam sobie sprawę, że mam powodzenie, może nawet mam w sobie to "coś", choć to może moja próżność kazała mi tak sądzić - tak sobie wmawiałam. Byłam odporna na wszelakie podrywy, niektóre były nawet miłe, ale nie traktowałam tego poważnie. Miałam dystans do nich, może miałam też zaburzone poczucie własnej wartości przez życie jakie wiodłam do tej pory.
On był miły, sympatyczny, zawsze wesoły i kulturalny, ale w delikatny sposób. Dlatego też nie przyszło mi do głowy, że to w ogóle do czegoś doprowadzi.
Przychodził sporadycznie, a nawet rzadziej. Sama nawet nie wiem czemu czasem o nim myslałam, ale w tych myślach nie było nic z gatunku emocjonalnego. Po prostu może też miał w sobie to coś i dlatego utkwił mi w pamięci.
Ot, taka odskocznia od mojego smutnego życia.
Po dłuższej nieobecności przyszedł i jakoś tak wyszło, że wdaliśmy się w dłuższą rozmowę. Na początku na luzie, dawno mi się z nikim tak dobrze i sympatycznie nie rozmawiało jakbyśmy znali się od lat.
Mówił coś tam o swojej dziewczynie, ale w sumie rozmawialiśmy na wesoło, ale dostrzegłam, że te jego sygnały wobec mojej osoby są wyraźniejsze. Znów wmawiałam sobie, że mi się zdaje.
Po prostu dobrze nam się rozmawiało, wyczułam taką bratnią duszę. Ja z natury jestem towarzyska i wesoła (nawet jak mi źle), ale rzadko nawiązuje z kimś tak dobre relacje, po prostu mało jest ludzi, z którymi znajdę "wspólną falę", a tu tak było.
O sobie nie mówiłam za wiele,  nie narzekałam. Dowiedział się tylko, że mam męża i dzieci, co go trochę zaskoczyło, ale chyba oboje nas bardziej zaskoczyło, że jestem od niego 5 lat starsza.
Dał mi do zrozumienia, że mu się podobam. Było to miłe, ale nic więcej. Miałam swoje życie i swoją rzeczywistość , taką a nie inną.
Przegadaliśmy całą noc, mimo, że rano miał iść do pracy. Na koniec tylko rzucił spokojnie " wiem, że nie jesteś szczęśliwa, widzę to w twoich oczach". Oczywiście nie byłabym sobą jakby nie założyła maski i udawała, że nic się nie dzieje, że nie rozumiem i odbiegłam od tematu. Potem wyszedł.
Nie było go dłuższy czas, czasem wpadal na pogawedkę i tyle.
Nie myślałam dużo o nim, poza faktem, ze jest fajnym człowiekiem i fajnie byłoby wreszcie znów mieć przyjaciela (bo przyjaciółek już od dawna nie miałam) nie zastanawiając się nad sensem przyjaźni damsko-męskiej a ogólnie o przyjaźni .
Minęło chyba ze 2 m-ce, nie było go przez ten czas, aż do pewnego grudniowego wieczoru. Byłam zajęta pracą, miałam całą dostawę do wyłożenia przez noc. Wpadł na chwilę a jak wychodził to rzucił "kiedy skończysz to co robisz i będziesz mieć chwilę?" powiedział to tak lekko, że nawet nie pomyślałam, że to na poważnie i nie zastanawiałam się nad sensem słów i rzuciłam żartem, że pewnie o 1 w nocy.
Wyszedł ..............

30

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Jedno mogę stwierdzić z całym uznaniem - świetnie się Ciebie czyta.

Do jutra?

31 Ostatnio edytowany przez LonelyM (2014-10-03 13:28:14)

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:

Jedno mogę stwierdzić z całym uznaniem - świetnie się Ciebie czyta.

Do jutra?

brzmi jak kiepskie love-story?
niestety, to true-story

mimo bólu i poczucia powagi wątku, delikatnie się uśmiechnęłam w tej goryczy.

No cóż, myślę, że dużo dojrzałam w ostatnich miesiącach, pora rozliczyć się z losem i swoimi winami, choćby w postaci pisania na początek. Staram się pisać na spokojnie, najbardziej obiektywnie w tej w gruncie rzeczy subiektywnej historii, bo mogę to tylko opisać z perspektywy własnych oczu i odczuć.
Pozwoliłam sobie przejrzeć Twoje wypowiedzi, mądry i wartościowy z Ciebie człowiek.

Jak tylko będę w stanie, to będę kontynuować. Tak postanowiłam. Za wiele razy w życiu zaczynałam i nie kończyłam. Ponoć z tym mam problem.

32

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:
Excop napisał/a:

Jedno mogę stwierdzić z całym uznaniem - świetnie się Ciebie czyta.

Do jutra?

brzmi jak kiepskie love-story?
niestety, to true-story

mimo bólu i poczucia powagi wątku, delikatnie się uśmiechnęłam w tej goryczy.

No cóż, myślę, że dużo dojrzałam w ostatnich miesiącach, pora rozliczyć się z losem i swoimi winami, choćby w postaci pisania na początek. Staram się pisać na spokojnie, najbardziej obiektywnie w tej w gruncie rzeczy subiektywnej historii, bo mogę to tylko opisać z perspektywy własnych oczu i odczuć.
Pozwoliłam sobie przejrzeć Twoje wypowiedzi, mądry i wartościowy z Ciebie człowiek.

Jak tylko będę w stanie, to będę kontynuować. Tak postanowiłam. Za wiele razy w życiu zaczynałam i nie kończyłam. Ponoć z tym mam problem.

Każde z nas ma swoje za uszami, Lonely.
W tym rzecz, by odnosząc się do problemów innych, nie oceniać, lecz "wejść w skórę" takiego człowieka i przekazać coś sensownego od siebie, przez pryzmat własnych doświadczeń. Tych dobrych i tych złych. Zwłaszcza złych.

Pozdrawiam.

33

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Każde z nas ma swoje za uszami, Lonely.
W tym rzecz, by odnosząc się do problemów innych, nie oceniać, lecz "wejść w skórę" takiego człowieka i przekazać coś sensownego od siebie, przez pryzmat własnych doświadczeń. Tych dobrych i tych złych. Zwłaszcza złych.

Pozdrawiam.



Z perspektywy czasu dojrzałam do wielu rzeczy, wcześniej skupiałam się wyłącznie na swoich odczuciach i żalach, oczywiście stawiałam się w skórze drugiego człowieka, ale było to tylko powierzchowne - tak dziś uważam. Mimo, że większość ludzi tak robi, to wcale nie czuję się mniej winna.
Zrozumiałam, że tu nie ma jedynego winnego, na całokształt sytuacji składa się wiele czynników i po jednej i po drugiej stronie, choć ostateczną decyzję i tak podejmujemy my sami nawet jak nam się wydaje, że zostaliśmy zmuszeni przez okoliczności, bo tak prościej umniejszyć swoje winy czy słabości. To reakcja obronna własnej psychiki.

U mnie problemem było  udawanie przed całym światem. To przez przerost własnej ambicji, własnego poczucia wartości. W domu trauma, stres a na zewnątrz udawanie, że jest OK. Wstydziłam się, że ktoś taki jak ja pozwala na to wszystko, nie chciałam, żeby ludzie patrzyli na mnie z politowaniem. To było takie upokarzające. W gruncie rzeczy i tak pewnie było to widoczne, a ja oszukiwałam samą siebie, że udaje mi się zachować jako takie pozory. Takich rzeczy do końca nie ukryjesz, ludzie i tak widzą, co się dzieje.
Nie mogłam znieść myśli, że będę postrzegana jako ofiara.

Wiem też, że do pewnego stopnia przyczyniałam się do zachowania męża, ale też nie godziłam się na bycie winną za całe jego życie, zwłaszcza krzywdy wyniesione z jego domu rodzinnego, a tak zaczynało się dziać, bo wyżywał się na mnie za wszystko.Bo byłam pod ręką.

Słowo przykro to za malo, ale jak ubrać w słowa poczucie winy? Przykro mi, że ja też zniszczyłam jego marzenia. Jak mnie spotkał, to stałam się jego wymarzoną księżniczką. Byłam pierwszą osobą dla niego, która okazała mu tyle uczucia. Naprawdę byliśmy dla siebie wszystkim. Tylko księżniczka nie była idealna, miała wady, była też niedojrzała. Nie zmienia to jednak faktu, że kochała szczerze i bezgranicznie. Nie chcę szukać jednostronnej winy, ale sądzę, że to właśnie alkoholizm niszczył nas każdego dnia bardziej i bardziej. Wszystko inne można byłoby chyba wypracować sztuką rozmowy i kompromisu, bo świata poza sobą nie widzieliśmy. A tak cząstka każdego z nas umierała po kawałku w ciągu całego tego czasu.

Nie, nie jestem winna tego, że pił i tego muszę się nauczyć. Pił, bo chciał, bo był/jest chory i nie dawał sobie rady bez właściwej pomocy, której nie dostał. Pił, nie dlatego, że był zły i wyrachowany względem mojej osoby tak jak zaczęłam to odbierać, że przez niego cierpiałam. Było tak, bo na to pozwalałam, bez żadnego ALE. To współuzależnienie, o którym nie miałam pojęcia. Myślałam, że jestem tylko zaszczutym zwierzęciem.

34 Ostatnio edytowany przez Excop (2014-10-04 17:12:34)

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:

Każde z nas ma swoje za uszami, Lonely.
W tym rzecz, by odnosząc się do problemów innych, nie oceniać, lecz "wejść w skórę" takiego człowieka i przekazać coś sensownego od siebie, przez pryzmat własnych doświadczeń. Tych dobrych i tych złych. Zwłaszcza złych.

Pozdrawiam.



Z perspektywy czasu dojrzałam do wielu rzeczy, wcześniej skupiałam się wyłącznie na swoich odczuciach i żalach, oczywiście stawiałam się w skórze drugiego człowieka, ale było to tylko powierzchowne - tak dziś uważam. Mimo, że większość ludzi tak robi, to wcale nie czuję się mniej winna.
Zrozumiałam, że tu nie ma jedynego winnego, na całokształt sytuacji składa się wiele czynników i po jednej i po drugiej stronie, choć ostateczną decyzję i tak podejmujemy my sami nawet jak nam się wydaje, że zostaliśmy zmuszeni przez okoliczności, bo tak prościej umniejszyć swoje winy czy słabości. To reakcja obronna własnej psychiki.

U mnie problemem było  udawanie przed całym światem. To przez przerost własnej ambicji, własnego poczucia wartości. W domu trauma, stres a na zewnątrz udawanie, że jest OK. Wstydziłam się, że ktoś taki jak ja pozwala na to wszystko, nie chciałam, żeby ludzie patrzyli na mnie z politowaniem. To było takie upokarzające. W gruncie rzeczy i tak pewnie było to widoczne, a ja oszukiwałam samą siebie, że udaje mi się zachować jako takie pozory. Takich rzeczy do końca nie ukryjesz, ludzie i tak widzą, co się dzieje.
Nie mogłam znieść myśli, że będę postrzegana jako ofiara.

Wiem też, że do pewnego stopnia przyczyniałam się do zachowania męża, ale też nie godziłam się na bycie winną za całe jego życie, zwłaszcza krzywdy wyniesione z jego domu rodzinnego, a tak zaczynało się dziać, bo wyżywał się na mnie za wszystko.Bo byłam pod ręką.

Słowo przykro to za malo, ale jak ubrać w słowa poczucie winy? Przykro mi, że ja też zniszczyłam jego marzenia. Jak mnie spotkał, to stałam się jego wymarzoną księżniczką. Byłam pierwszą osobą dla niego, która okazała mu tyle uczucia. Naprawdę byliśmy dla siebie wszystkim. Tylko księżniczka nie była idealna, miała wady, była też niedojrzała. Nie zmienia to jednak faktu, że kochała szczerze i bezgranicznie. Nie chcę szukać jednostronnej winy, ale sądzę, że to właśnie alkoholizm niszczył nas każdego dnia bardziej i bardziej. Wszystko inne można byłoby chyba wypracować sztuką rozmowy i kompromisu, bo świata poza sobą nie widzieliśmy. A tak cząstka każdego z nas umierała po kawałku w ciągu całego tego czasu.

Nie, nie jestem winna tego, że pił i tego muszę się nauczyć. Pił, bo chciał, bo był/jest chory i nie dawał sobie rady bez właściwej pomocy, której nie dostał. Pił, nie dlatego, że był zły i wyrachowany względem mojej osoby tak jak zaczęłam to odbierać, że przez niego cierpiałam. Było tak, bo na to pozwalałam, bez żadnego ALE. To współuzależnienie, o którym nie miałam pojęcia. Myślałam, że jestem tylko zaszczutym zwierzęciem.

Otóż to. Współuzależnienie partnera w związku z alkoholikiem bierze się, moim zdaniem, z nieuprawnionego często przekonania, że dany alkoholik nie chce wyjść z nałogu, bo gdyby chciał, to przestałby pić albo podjął kurację.
W związku z tym, że prośby i groźby oraz prawdopodobieństwo zrujnowania wizerunku tego człowieka w otoczeniu i w środowisku zawodowym nie skutkują, rozpoczyna się współuzależnienie. Ma ono różną  postać. Może przybrać taką, którą obserwujesz u siebie ("zrobiłam wszystko, nic więcej zrobić nie mogłam, bo on nie chciał słyszeć o odwyku") - unikanie kolejnych rozmów, bo on reaguje agresją, pragnienie "świetego spokoju" i wstyd ze świadomości  własnego zakłamania prezentowanego na zewnątrz.
To może złamać. Dlatego mogę zrozumieć że sama miłość nie wystarcza, by opanować pragnienie bliskości, której chory człowiek już dać nie potrafi, ale jest na tyle silna, że człowiek ma nadzieję, że on jeszcze wróci takim, jakim był na początku.
Najłatwiej jest wtedy radzić  (gdy jeszcze nic złego, np. historia Twojego romansu jeszcze się nie dzieje) "rzuć go, odejdź, sam tego chciał, pijaczyna jedna" itd.
Łatwo takich rad posłuchać, gdy jest się z kimś z wyrachowania lub wygody.
Najłatwiej jest pokazywać drogę cnoty, którą należało iść, już po fakcie, tak, jak, między innymi tu, na forum.
Gdy w grę wchodzi uczucie i poczucie odpowiedzialności za partnera, nic nie jest proste.

Mimo, że ja chlałem ostro dzień w dzień przez 10 lat, potrafiłem sobie poradzić sam.
Czy to oznacza, że nie jestem alkoholikiem?
Nie. Uważam, że zawdzięczam to moim predyspozycjom psychicznym, charakterowi.
Niektóre Panie mogłyby mnie nazwać "ciepłą kluchą", bo jestem ugodowy, bardzo trudno było mnie sprowokować do kłótni (o wstręcie do przemocy wobec kobiet nawet nie wspomnę), gdy byłem na bani.
A przecież jestem synem alkoholika i w naszej rodzinie działy się niekiedy cuda.

Twój maż widocznie jest innej konstrukcji psychicznej i potrzebny był mu ten niezamierzony wstrząs, który kazał mu wreszcie wziąć się w garść.

Twoją winą w alkoholizmie męża było, moim zdaniem, właśnie to, że wpadłaś we współuzależnienie, które przeobraziło się w rezygnację.

Pozdrawiam.

35

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:
LonelyM napisał/a:

Każde z nas ma swoje za uszami, Lonely.
W tym rzecz, by odnosząc się do problemów innych, nie oceniać, lecz "wejść w skórę" takiego człowieka i przekazać coś sensownego od siebie, przez pryzmat własnych doświadczeń. Tych dobrych i tych złych. Zwłaszcza złych.

Pozdrawiam.

Otóż to. Współuzależnienie partnera w związku z alkoholikiem bierze się, moim zdaniem, z nieuprawnionego często przekonania, że dany alkoholik nie chce wyjść z nałogu, bo gdyby chciał, to przestałby pić albo podjął kurację.
W związku z tym, że prośby i groźby oraz prawdopodobieństwo zrujnowania wizerunku tego człowieka w otoczeniu i w środowisku zawodowym nie skutkują, rozpoczyna się współuzależnienie. Ma ono różną  postać. Może przybrać taką, którą obserwujesz u siebie ("zrobiłam wszystko, nic więcej zrobić nie mogłam, bo on nie chciał słyszeć o odwyku") - unikanie kolejnych rozmów, bo on reaguje agresją, pragnienie "świetego spokoju" i wstyd ze świadomości  własnego zakłamania prezentowanego na zewnątrz.
To może złamać. Dlatego mogę zrozumieć że sama miłość nie wystarcza, by opanować pragnienie bliskości, której chory człowiek już dać nie potrafi, ale jest na tyle silna, że człowiek ma nadzieję, że on jeszcze wróci takim, jakim był na początku.
Najłatwiej jest wtedy radzić  (gdy jeszcze nic złego, np. historia Twojego romansu jeszcze się nie dzieje) "rzuć go, odejdź, sam tego chciał, pijaczyna jedna" itd.
Łatwo takich rad posłuchać, gdy jest się z kimś z wyrachowania lub wygody.
Najłatwiej jest pokazywać drogę cnoty, którą należało iść, już po fakcie, tak, jak, między innymi tu, na forum.
Gdy w grę wchodzi uczucie i poczucie odpowiedzialności za partnera, nic nie jest proste.

Mimo, że ja chlałem ostro dzień w dzień przez 10 lat, potrafiłem sobie poradzić sam.
Czy to oznacza, że nie jestem alkoholikiem?
Nie. Uważam, że zawdzięczam to moim predyspozycjom psychicznym, charakterowi.
Niektóre Panie mogłyby mnie nazwać "ciepłą kluchą", bo jestem ugodowy, bardzo trudno było mnie sprowokować do kłótni (o wstręcie do przemocy wobec kobiet nawet nie wspomnę), gdy byłem na bani.
A przecież jestem synem alkoholika i w naszej rodzinie działy się niekiedy cuda.

Twój maż widocznie jest innej konstrukcji psychicznej i potrzebny był mu ten niezamierzony wstrząs, który kazał mu wreszcie wziąć się w garść.

Twoją winą w alkoholizmie męża było, moim zdaniem, właśnie to, że wpadłaś we współuzależnienie, które przeobraziło się w rezygnację.

Pozdrawiam.

Masz dużo, dużo racji w powyższym tekście.

Maż chyba zaczynał dojrzewać do wyrwania się z nałogu chyba ciut przed moją zdradą, ale ja tego już nie zauważałam. Tak jak napisałam gdzieś na początku, on spóźnił się o krok w działaniu, a ja o jeden krok za szybko zrezygnowałam. Minęliśmy się. Po prostu po wielu nadziejach, tym razem nie uwierzyłam, że kiedyś to się zmieni. Nadzieja też kiedyś umiera.
Decydującym dla mnie momentem był jego powrót z zagranicy i jego traumatyczne przeżycia tam. Byłam pewna, że to dało mu wiele do myślenia i w końcu się ocknął. Przez ten okres, po jego powrocie wydawało się, że wreszcie będzie dobrze, że oboje zrozumieliśmy jak wiele mogliśmy stracić i nie zaprzepaścimy tej szansy, za dużo życia już straciliśmy. I na początku faktycznie tak było.
Niestety, zaczął powielać stare schematy. Byłam przeciwna, żeby wracał do pracy do wujka, bo nie powinno się wchodzić do paszczy lwa czyli tam gdzie jest alkohol.
Na początku nawet dawał radę, ale stopniowo wracaliśmy do punktu wyjścia. Granica między abstynencją a tkwieniem w środowisku pijących jest bardzo cienka.
Czy to miało szansę się udać?
Zaczął nawiedzać mnie w pracy, podpity, a ja z powrotem stawałam się kłębkiem nerwów. Za dużo złych wspomnień. To chyba wtedy zwątpiłam ostatecznie. On się wówczas obudził, ale ja już chyba tego nie zauważałam. Odciął się i zaczął siedzieć w domu, a ja znów cieszyłam się z chwili spokoju czyli, że mam go pod kontrolą. To znów stary schemat, tym razem mój. Tylko już wtedy nie wierzyłam w nic i żyłam chwilą, bo wiedziałam, nauczona doświadczeniem, że to następna cisza przed burzą. A potem i tak koło zatoczy krąg. Łudziłam się 100 razy a za 101-szym złudzenia umarły.
I to wszystko miało dalsze konsekwencje.

36

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:
LonelyM napisał/a:
LonelyM napisał/a:

rozdział 3: proza życia


Jak nie pił był świetnym człowiekiem i chyba tylko to mnie zwodziło, żeby w tym tkwić. Myślałam wtedy, że jakby był tylko zły, to bym odeszła, ale nie był. I tak mydliłam sobie oczy.
Dziś wiem, że trwało to tyle, bo na tyle pozwoliłam i pomogłam mu w tym, choć to nie moja wina, że ktoś jest chory, to jednak przyczyniłam się do tego.
Jest bardzo wartościową i uczciwą moralnie osobą tylko to picie jakby niszczyło jego wartości. Nie potrafiłam tego pojąć.
Wiedziałam, że jestem dla niego wszystkim, że jestem całym jego światem, że kocha mnie bezgranicznie i nie ma nigdzie indziej takiego uczucia jak między nami. Brak słów, żeby to wszystko opisać. Tylko to chlanie sprawiało, że to wszystko legło w gruzach, a potem znów od nowa to samo. Same paradoksy.
Cały czas byliśmy na tej karuzeli. Było dobrze już tylko wtedy gdy nie wychodził z domu, bo jak wychodził to 90% (sic!) jego wyjść kończyło się tak samo. Wracał nawalony i nie przestawał dopóki nie padł z upojenia. I prawie zawsze robił mi jazdy i terroryzował mnie. Wyżywał się nawet za to, że miał źle w dzieciństwie. To pewnie było z jego strony wołanie o pomoc, ale w zły sposób.
Teściowa bała się go w takim stanie, mówiła, że od razu widzi jego ojca, ktory urządał pieklo swojej rodzinie. Myślę, że to przez obciążenie psychiczne przez dom rodzinny i genetyczne przez nałog jego ojca zaczynało się dziać z nim coś złego.

Żyliśmy normalnie póki był w domu, ale czułam, że to nie tak ma wyglądać życie, że albo w domu jak w klatce albo powtórka z rozrywki terroru. Jak ja wtedy zazdrościłam ludziom normalnego życia. Czasem idąc gdzieś, przeważnie sama albo sama z dziećmi, bo on albo nie chciał albo miał kaca, patrzyłam na szczęśliwych ludzi z zazdrością i łzami w oczach.
Z czasem przestałam już marzyć o szczęściu a marzyłam wyłącznie o świętym spokoju i końcu tego stresu. Byłam strzępkiem nerwow i stresu, a mimo to zmuszałam się trzymać pion i pchać ten wózek zwany życiem powoli do przodu. Choć nie wierzyłam w to, wmawiałam sobie, że kiedyś będę jeszcze szczęśliwa, bo inaczej bym chyba nie dała rady.
Wydaje mi się, że wtedy straciłam siebie. Zgorzkniałam.

To dopiero połowa mojej historii, ale nie wiem czy będę mieć dziś siłę by dalej pisać. Na pewno dopiszę, bo to jakby jakaś terpia dla mnie, a może i komuś się przyda i znajdzie jakieś informacje zwrotne dla siebie zanim dopuści, aby jego życie legło na kolanach

rozdział 4: kolejne lata

Nie sposób opisać wszystkich złych incydentów jakie miały miejsce, tkwiłam w tym po uszy bez szansy na odseparowanie się od tego, ale nadal wierzyłam, że to sie zmieni. I tak jak wcześniej zmieniało się tylko wtedy gdy nie wychodził i mialam go pod kontrolą. A jak miał już niepowstrzymany głód to i tak zrobił wszystko, żeby wyjść. Ile ja spędziłam nocy w kuchni wpatrzona w okno czekając na jego powrot. I ten ból, strach przed tym, co nieuniknione czyli kolejny terror , nic więcej nie potrafiłam. Tylko czekać jak ofiara na swoją dolę. Jedyną pociechą było tylko to, że moze i tym razem uda mi się szybko go ululać" zanim narozrabia tak, ze dojdzie do tragedii. Przytakiwałam i robiłam wszystko, żeby zgasić agresję. Bardzo mnie to niszczyło. Nie wiem jak znalazłam siły by dalej żyć. Może jakbym mieszkała u niego, to bym uciekła, ale nie miałam gdzie. Nikt też nie potrafił czy nie chciał tak naprawdę pomóc. Dużo też sama ukrywałam przed światem.
Doszło do tego, że cieszyłam się jak nie pracował, bo wtedy nie wychodził, a jak nie wychodził to nie pił. Takie błędne koło.
Było pozornie fajnie, bo spokojnie, ale coś czułam w środku, że nie na tym ma polegać życie.
Były długie tygodnie nawet może i miesiące gdy nie pił, ale wtedy sam się chyba haltował przed wszystkim, bo siedział w domu. W nocy siedział i grał albo zajmował się tego typu rzeczami a w dzień odsypiał. I tak dalej byłam sama z odczuciem, że wszystko jest na mojej głowie. Całe nasze życie. Było tylko spokojniej, ale chyba nie lepiej. Do dupy z taką alternatywą.
Nadal kochałam, bo nadal nie był tylko i wyłącznie zły. Szkoda, że wtedy nie wiedziałam jak pomóc jemu, jak pomóc nam. Skupiłam się chyba tylko na tym, że jest mi źle. Nie widziałam żadnego rozwiązania. Myślę, że jestem wspólwinna temu wszystkiemu. Nie miałam siły. Żyłam tylko dniem dzisiejszym bez żadnych perspektyw.
Jak już było miło i przyjemnie to nauczyłam się, ze to schemat, że to ciszą przed burzą i zaraz coś znów walnie.I nie myliłam się.I tak w kółko i tak do znudzenia.
Szkoda, że nie widziałam wówczas jego "wnętrza", to wyszło dopiero potem,już w trakcie terapii,  jak zmagał się z samym sobą, co w efekcie tylko pogłebiało nasze problemy. On sobie dusił problem i ja sobie pielęgnowałam kolejne rany.

rozdział 5: pierwszy impuls
Ponad 3 lata temu nagle zmarł mój ojciec, przeżyłam to strasznie, przez pół roku straciłam całą siłę, optymizm i chęci życia. Nic mnie nie cieszyło. Wtedy mąż mnie bardzo wspierał, przyszła chyba jakaś refleksja. Był przy mnie, kochal, czułam to i w końcu zobaczyłam światełko w tunelu. Ten rok po  śmierci mojego taty jakby nadawał lepszy bieg naszemu życiu. Takie szczęście w nieszczęściu.
Niestety to wszystko było tylko zaleczone, a nie wyleczone i powoli zaczynało rozbudzać się na nowo.
Nie powiem, mąż miał trochę pecha, ale nie można na każdym kroku szukać pretekstów do ponownego złamania się czyli w tym przypadku do picia.
Praca na wyjeździe była nieudana i znów był powód do chlania.
Potem następna, tym razem za granicą. Źle trafił. Znów miał powód do zawalenia wszystkiego. Zamiast wrócić do domu wydzwaniał do mnie stamtąd nawalony. W pewnym momencie rozmowa się urwała i spodziewałam się najgorszego, tym bardziej, że dawał mi do zrozumienia, że nie chce mu się żyć.
Przez 4 długie kolejne dni i noce prawie nie spałam. I jeszcze udawałam przed dziećmi, że nic się nie dzieje, żeby ich nie straszyc. Spodziewałam się najgorszego. Byłam zrozpaczona Nie od razu zawiadomiłam rodzinę, że coś jest nie tak, bo znów byłoby, że robię raban, a on kolejny raz tylko narozrabiał. W końcu powaga sytuacji sięgnęła apogeum i juz nie miałam siły sama przez to przejść.
Piątego dnia wrócił załamy do domu. Styrany, zmęczony i bardzo bardzo smutny. Potrafiłam tylko rozpłakać się z radości, ze nic mu nie jest. Ten tydzień był wydawałoby sie zwrotny w naszym życiu. Ktoś mu tam pomógł i nawet pożyczył na bilet do Polski. Nie potrafiłam tylko zrozumieć dlaczego przez 5 dni nie znalazł sposobu, żeby dać znać, że nic mu nie jest. Nie drążyłam jednak tematu widząc jak bardzo jest dobity tym wszystkim. Cieszylam się i wierzyłam, że może to było to coś, co spowoduje, że zmieni bieg swojego i naszego życia.

Przez jakiś czas był spokój. Potem znalazłam nową pracę. Na początku było niby OK, ale z powrotem zaczęło budzić się " to złe" na nowo. Poszedł z wujkiem do pracy i znów zaglądać w picie. Czasem nachodził mnie w takim stanie w pracy. Pracowałam na dwie zmiany; nocną i dzienną.
To wtedy chyba coś zaczęło we mnie pękać. Mąż posunął się o jeden krok za daleko choć zaczynał myśleć o leczeniu, a ja o krok za wcześnie zrezygnowałam z walki o nas, nie miałam już siły i wiary w lepsze jutro. Zrozumiałam, że przegram i nie dam rady więcej tego znosić.
I wtedy pojawił się "on" ......

rozdział 6: On

Na początku nic nie wskazywało, ani nie dawało cienia podejrzeń, że z czymś takim będę musiała się zmierzyć.
Owszem, troszkę mnie podrywał, ale było to tak subtelne, że zaczęłam sobie wmawiać, że mi się tylko wydaje.
Tym bardziej, że pracując w miejscu gdzie przewija się mnóstwo ludzi, ludzie są po prostu sympatyczni w większości. Zdawałam sobie sprawę, że mam powodzenie, może nawet mam w sobie to "coś", choć to może moja próżność kazała mi tak sądzić - tak sobie wmawiałam. Byłam odporna na wszelakie podrywy, niektóre były nawet miłe, ale nie traktowałam tego poważnie. Miałam dystans do nich, może miałam też zaburzone poczucie własnej wartości przez życie jakie wiodłam do tej pory.
On był miły, sympatyczny, zawsze wesoły i kulturalny, ale w delikatny sposób. Dlatego też nie przyszło mi do głowy, że to w ogóle do czegoś doprowadzi.
Przychodził sporadycznie, a nawet rzadziej. Sama nawet nie wiem czemu czasem o nim myslałam, ale w tych myślach nie było nic z gatunku emocjonalnego. Po prostu może też miał w sobie to coś i dlatego utkwił mi w pamięci.
Ot, taka odskocznia od mojego smutnego życia.
Po dłuższej nieobecności przyszedł i jakoś tak wyszło, że wdaliśmy się w dłuższą rozmowę. Na początku na luzie, dawno mi się z nikim tak dobrze i sympatycznie nie rozmawiało jakbyśmy znali się od lat.
Mówił coś tam o swojej dziewczynie, ale w sumie rozmawialiśmy na wesoło, ale dostrzegłam, że te jego sygnały wobec mojej osoby są wyraźniejsze. Znów wmawiałam sobie, że mi się zdaje.
Po prostu dobrze nam się rozmawiało, wyczułam taką bratnią duszę. Ja z natury jestem towarzyska i wesoła (nawet jak mi źle), ale rzadko nawiązuje z kimś tak dobre relacje, po prostu mało jest ludzi, z którymi znajdę "wspólną falę", a tu tak było.
O sobie nie mówiłam za wiele,  nie narzekałam. Dowiedział się tylko, że mam męża i dzieci, co go trochę zaskoczyło, ale chyba oboje nas bardziej zaskoczyło, że jestem od niego 5 lat starsza.
Dał mi do zrozumienia, że mu się podobam. Było to miłe, ale nic więcej. Miałam swoje życie i swoją rzeczywistość , taką a nie inną.
Przegadaliśmy całą noc, mimo, że rano miał iść do pracy. Na koniec tylko rzucił spokojnie " wiem, że nie jesteś szczęśliwa, widzę to w twoich oczach". Oczywiście nie byłabym sobą jakby nie założyła maski i udawała, że nic się nie dzieje, że nie rozumiem i odbiegłam od tematu. Potem wyszedł.
Nie było go dłuższy czas, czasem wpadal na pogawedkę i tyle.
Nie myślałam dużo o nim, poza faktem, ze jest fajnym człowiekiem i fajnie byłoby wreszcie znów mieć przyjaciela (bo przyjaciółek już od dawna nie miałam) nie zastanawiając się nad sensem przyjaźni damsko-męskiej a ogólnie o przyjaźni .
Minęło chyba ze 2 m-ce, nie było go przez ten czas, aż do pewnego grudniowego wieczoru. Byłam zajęta pracą, miałam całą dostawę do wyłożenia przez noc. Wpadł na chwilę a jak wychodził to rzucił "kiedy skończysz to co robisz i będziesz mieć chwilę?" powiedział to tak lekko, że nawet nie pomyślałam, że to na poważnie i nie zastanawiałam się nad sensem słów i rzuciłam żartem, że pewnie o 1 w nocy.
Wyszedł ..............

rozdział 7: Pierwszy raz

Zajęłam się pracą, szło mi nawet nieźle, bo zapomniałam nawet co się dzieje wokół i po prostu robiłam swoje byle wytrwać do rana. Nagle usłyszałam " dobry wieczór, jest pierwsza", zaniemówiłam z wrażenia, bo naprawdę zapomniałam o tamtym incydencie, zresztą i tak nie wzięłam tego na serio.
Po chwili konsternacji zaczęliśmy rozmowę, ja cały czas udawałam, że nie widzę i nie czuję tej dziwnej aury, która nas otacza. Zaczął mi mówić, że nie mógł przestać o mnie myśleć od chwili kiedy pierwszy raz mnie zobaczył, mimo, że próbował przez pewien czas nawet nie przychodzić. Taki niby banał. I chyba się we mnie zakochał, co wydawało mi się niedorzeczne, próbowałam wszystko obracać w żart, zresztą nie jestem zbyt ufna, żeby mnie byle słówkami omamić.
Mimo to, czułam, że dzieje się coś dziwnego ze mną, że chyba mi się to wszystko śni. Zapytał czy zapalimy. Wyszliśmy więc zapalić na zewnątrz i dalej już nie pamiętam, czy zdążyliśmy zapalić czy też nie. Nasz wzrok spotkał się i już nie byłam w stanie nic zrobić. Zaczęliśmy się całować, a ja nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Przeplatały mi się w głowie dziwne myśli i obrazy; to nie dzieje się naprawdę, to chyba sen, co ja robię, nie wiem co się dzieje i to błogie uczucie do tego. Poddałam się temu. Byłam oszołomiona i nie byłam w stanie w ogóle myśleć. To wszystko coś w nas rozbudziło i nie chodziło o samo pożądanie. Został ze mną do rana i wówczas zaczęliśmy ze sobą otwarcie rozmawiać. Powiedział, że nie chce tego tak zostawiać i żebym mu dała nr telefonu. Nie zgodziłam się. Mogę co najwyżej wziąć jego i ewentualnie zadzwonić.Nie uwierzył, że się odezwę.
Po pracy odprowadził mnie na autobus, gdzie jeszcze staliśmy chwilę i rozmawialiśmy. Wtedy zaczęło do mnie docierać co się stało i co ja zrobiłam. Nie dawałam sobie rady z własnym myśleniem. To nie mogłam być ja, nie wierzyłam. Nie wiem jak dojechałam do domu.
W domu wszyscy spali i ja też szybko usnęłam.
Obudziłam się około południa, była sobota. Miałam mieć 2 dni wolnego teraz i nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Poszłam do centrum handlowego, ale nie mogłam normalnie funkcjonować. Nie wiedziałam czy to wszystko wydarzyło się naprawdę. I tak nie mogłam się na niczym skupić. Plątałam się bez celu tam i z powrotem nie radząc sobie z sytuacją. Stwierdziłam, że zadzwonię do niego  spadnę wówczas z obłok, że to wszystko jakiś blef. W sumie zadzwoniłam tylko po to, ustawiłam w telefonie, żeby nie pokazywał się mój nr telefonu. Odebrał. Chwila ciszy. A potem samo poszło, zapytał kiedy się zobaczymy, mówiłam chyba jakieś głupoty od rzeczy. I skończyła mi się karta w telefonie. Urwało rozmowę.
Dalej byłam w punkcie wyjścia. Wróciłam do domu. Nie wiem już jak przetrwałam cały weekend.
W poniedziałek miałam na dzienną zmianę. Do popołudnia jakoś zleciało, zajmowałam myśli czym innym. Potem zaczęłam być zestresowana, bo zbliżał się wieczór. I wtedy usłyszałam znajmy głos. Nie musiałam się nawet odwracać. To był on. Mówił, że nie wiedział czy będzie mógł dziś przyjść. Nie było za wiele okazji do rozmowy, bo klienci i inne rzeczy przeszkadzały. Podobnie było we wtorek. Zapytał chyba kiedy będziemy mogli porozmawiać.Umówiliśmy się na czwartek przed moją pracą pod wieczór.
Nic nie myślałam, nie potrafiłam po prostu o tym myśleć czegokolwiek. Żyłam jak w półśnie.
....

37

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Wiesz co powiem ci szczerze ze kazdy zasługuje na druga szanse. Wiem to z własnego doswiadczenia. Jezeli bedzkesz chciala pogadac to zawsze mozesz napisac...

38

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Emcia73 napisał/a:

Wiesz co powiem ci szczerze ze kazdy zasługuje na druga szanse. Wiem to z własnego doswiadczenia. Jezeli bedzkesz chciala pogadac to zawsze mozesz napisac...

dzięki
chętnie porozmawiam i o sobie i o innych
wiesz, bałam się i chyba nadal się boję, że nie będę potrafiła się już przed nikim otworzyć, bo ludzie wielu spraw nie rozumieją tzn rozumieją, ale powierzchownie i uznają tylko swój punkt widzenia, bez empatii
cieszę się jednak, że gdzieś tam we mnie nadal jest optymizm, wierzę, że po prostu w pewnym wieku trudniej nawiązać przyjaźnie, które będę trwałe i prawdziwe i tylko dlatego nie mogę trafić na dobrych znajomych w związku z czym czuję się samotna

39

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:
Emcia73 napisał/a:

Wiesz co powiem ci szczerze ze kazdy zasługuje na druga szanse. Wiem to z własnego doswiadczenia. Jezeli bedzkesz chciala pogadac to zawsze mozesz napisac...

dzięki
chętnie porozmawiam i o sobie i o innych
wiesz, bałam się i chyba nadal się boję, że nie będę potrafiła się już przed nikim otworzyć, bo ludzie wielu spraw nie rozumieją tzn rozumieją, ale powierzchownie i uznają tylko swój punkt widzenia, bez empatii
cieszę się jednak, że gdzieś tam we mnie nadal jest optymizm, wierzę, że po prostu w pewnym wieku trudniej nawiązać przyjaźnie, które będę trwałe i prawdziwe i tylko dlatego nie mogę trafić na dobrych znajomych w związku z czym czuję się samotna

To normalne, że po takich przeżyciach trudno komukolwiek z zewnątrz zaufać, choć wewnętrzna potrzeba wyrzucenia z siebie całej frustracji przed żywą osobą jest nie do wytrzymania.
Psycholog może wysłuchać, doradzić, wesprzeć.
To jednak nie zastąpi kontaktu ze zwykłym człowiekiem, przyjaciółką, czy przyjacielem, którzy - nie oceniając, pomogą przetrwać ciężkie chwile.
Obawa przed wywołaniem u męża odczucia niezamierzonej przez Ciebie dwuznaczności, w kontekście Twojej obecnej sytuacji, znacznie utrudnia swobodę w kontaktach z ludźmi.
Bez nich przyjaciół nie znajdziesz jednak.
Ja bym próbował.

Pozdrawiam.

40

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:
LonelyM napisał/a:
LonelyM napisał/a:

rozdział 4: kolejne lata

Nie sposób opisać wszystkich złych incydentów jakie miały miejsce, tkwiłam w tym po uszy bez szansy na odseparowanie się od tego, ale nadal wierzyłam, że to sie zmieni. I tak jak wcześniej zmieniało się tylko wtedy gdy nie wychodził i mialam go pod kontrolą. A jak miał już niepowstrzymany głód to i tak zrobił wszystko, żeby wyjść. Ile ja spędziłam nocy w kuchni wpatrzona w okno czekając na jego powrot. I ten ból, strach przed tym, co nieuniknione czyli kolejny terror , nic więcej nie potrafiłam. Tylko czekać jak ofiara na swoją dolę. Jedyną pociechą było tylko to, że moze i tym razem uda mi się szybko go ululać" zanim narozrabia tak, ze dojdzie do tragedii. Przytakiwałam i robiłam wszystko, żeby zgasić agresję. Bardzo mnie to niszczyło. Nie wiem jak znalazłam siły by dalej żyć. Może jakbym mieszkała u niego, to bym uciekła, ale nie miałam gdzie. Nikt też nie potrafił czy nie chciał tak naprawdę pomóc. Dużo też sama ukrywałam przed światem.
Doszło do tego, że cieszyłam się jak nie pracował, bo wtedy nie wychodził, a jak nie wychodził to nie pił. Takie błędne koło.
Było pozornie fajnie, bo spokojnie, ale coś czułam w środku, że nie na tym ma polegać życie.
Były długie tygodnie nawet może i miesiące gdy nie pił, ale wtedy sam się chyba haltował przed wszystkim, bo siedział w domu. W nocy siedział i grał albo zajmował się tego typu rzeczami a w dzień odsypiał. I tak dalej byłam sama z odczuciem, że wszystko jest na mojej głowie. Całe nasze życie. Było tylko spokojniej, ale chyba nie lepiej. Do dupy z taką alternatywą.
Nadal kochałam, bo nadal nie był tylko i wyłącznie zły. Szkoda, że wtedy nie wiedziałam jak pomóc jemu, jak pomóc nam. Skupiłam się chyba tylko na tym, że jest mi źle. Nie widziałam żadnego rozwiązania. Myślę, że jestem wspólwinna temu wszystkiemu. Nie miałam siły. Żyłam tylko dniem dzisiejszym bez żadnych perspektyw.
Jak już było miło i przyjemnie to nauczyłam się, ze to schemat, że to ciszą przed burzą i zaraz coś znów walnie.I nie myliłam się.I tak w kółko i tak do znudzenia.
Szkoda, że nie widziałam wówczas jego "wnętrza", to wyszło dopiero potem,już w trakcie terapii,  jak zmagał się z samym sobą, co w efekcie tylko pogłebiało nasze problemy. On sobie dusił problem i ja sobie pielęgnowałam kolejne rany.

rozdział 5: pierwszy impuls
Ponad 3 lata temu nagle zmarł mój ojciec, przeżyłam to strasznie, przez pół roku straciłam całą siłę, optymizm i chęci życia. Nic mnie nie cieszyło. Wtedy mąż mnie bardzo wspierał, przyszła chyba jakaś refleksja. Był przy mnie, kochal, czułam to i w końcu zobaczyłam światełko w tunelu. Ten rok po  śmierci mojego taty jakby nadawał lepszy bieg naszemu życiu. Takie szczęście w nieszczęściu.
Niestety to wszystko było tylko zaleczone, a nie wyleczone i powoli zaczynało rozbudzać się na nowo.
Nie powiem, mąż miał trochę pecha, ale nie można na każdym kroku szukać pretekstów do ponownego złamania się czyli w tym przypadku do picia.
Praca na wyjeździe była nieudana i znów był powód do chlania.
Potem następna, tym razem za granicą. Źle trafił. Znów miał powód do zawalenia wszystkiego. Zamiast wrócić do domu wydzwaniał do mnie stamtąd nawalony. W pewnym momencie rozmowa się urwała i spodziewałam się najgorszego, tym bardziej, że dawał mi do zrozumienia, że nie chce mu się żyć.
Przez 4 długie kolejne dni i noce prawie nie spałam. I jeszcze udawałam przed dziećmi, że nic się nie dzieje, żeby ich nie straszyc. Spodziewałam się najgorszego. Byłam zrozpaczona Nie od razu zawiadomiłam rodzinę, że coś jest nie tak, bo znów byłoby, że robię raban, a on kolejny raz tylko narozrabiał. W końcu powaga sytuacji sięgnęła apogeum i juz nie miałam siły sama przez to przejść.
Piątego dnia wrócił załamy do domu. Styrany, zmęczony i bardzo bardzo smutny. Potrafiłam tylko rozpłakać się z radości, ze nic mu nie jest. Ten tydzień był wydawałoby sie zwrotny w naszym życiu. Ktoś mu tam pomógł i nawet pożyczył na bilet do Polski. Nie potrafiłam tylko zrozumieć dlaczego przez 5 dni nie znalazł sposobu, żeby dać znać, że nic mu nie jest. Nie drążyłam jednak tematu widząc jak bardzo jest dobity tym wszystkim. Cieszylam się i wierzyłam, że może to było to coś, co spowoduje, że zmieni bieg swojego i naszego życia.

Przez jakiś czas był spokój. Potem znalazłam nową pracę. Na początku było niby OK, ale z powrotem zaczęło budzić się " to złe" na nowo. Poszedł z wujkiem do pracy i znów zaglądać w picie. Czasem nachodził mnie w takim stanie w pracy. Pracowałam na dwie zmiany; nocną i dzienną.
To wtedy chyba coś zaczęło we mnie pękać. Mąż posunął się o jeden krok za daleko choć zaczynał myśleć o leczeniu, a ja o krok za wcześnie zrezygnowałam z walki o nas, nie miałam już siły i wiary w lepsze jutro. Zrozumiałam, że przegram i nie dam rady więcej tego znosić.
I wtedy pojawił się "on" ......

rozdział 6: On

Na początku nic nie wskazywało, ani nie dawało cienia podejrzeń, że z czymś takim będę musiała się zmierzyć.
Owszem, troszkę mnie podrywał, ale było to tak subtelne, że zaczęłam sobie wmawiać, że mi się tylko wydaje.
Tym bardziej, że pracując w miejscu gdzie przewija się mnóstwo ludzi, ludzie są po prostu sympatyczni w większości. Zdawałam sobie sprawę, że mam powodzenie, może nawet mam w sobie to "coś", choć to może moja próżność kazała mi tak sądzić - tak sobie wmawiałam. Byłam odporna na wszelakie podrywy, niektóre były nawet miłe, ale nie traktowałam tego poważnie. Miałam dystans do nich, może miałam też zaburzone poczucie własnej wartości przez życie jakie wiodłam do tej pory.
On był miły, sympatyczny, zawsze wesoły i kulturalny, ale w delikatny sposób. Dlatego też nie przyszło mi do głowy, że to w ogóle do czegoś doprowadzi.
Przychodził sporadycznie, a nawet rzadziej. Sama nawet nie wiem czemu czasem o nim myslałam, ale w tych myślach nie było nic z gatunku emocjonalnego. Po prostu może też miał w sobie to coś i dlatego utkwił mi w pamięci.
Ot, taka odskocznia od mojego smutnego życia.
Po dłuższej nieobecności przyszedł i jakoś tak wyszło, że wdaliśmy się w dłuższą rozmowę. Na początku na luzie, dawno mi się z nikim tak dobrze i sympatycznie nie rozmawiało jakbyśmy znali się od lat.
Mówił coś tam o swojej dziewczynie, ale w sumie rozmawialiśmy na wesoło, ale dostrzegłam, że te jego sygnały wobec mojej osoby są wyraźniejsze. Znów wmawiałam sobie, że mi się zdaje.
Po prostu dobrze nam się rozmawiało, wyczułam taką bratnią duszę. Ja z natury jestem towarzyska i wesoła (nawet jak mi źle), ale rzadko nawiązuje z kimś tak dobre relacje, po prostu mało jest ludzi, z którymi znajdę "wspólną falę", a tu tak było.
O sobie nie mówiłam za wiele,  nie narzekałam. Dowiedział się tylko, że mam męża i dzieci, co go trochę zaskoczyło, ale chyba oboje nas bardziej zaskoczyło, że jestem od niego 5 lat starsza.
Dał mi do zrozumienia, że mu się podobam. Było to miłe, ale nic więcej. Miałam swoje życie i swoją rzeczywistość , taką a nie inną.
Przegadaliśmy całą noc, mimo, że rano miał iść do pracy. Na koniec tylko rzucił spokojnie " wiem, że nie jesteś szczęśliwa, widzę to w twoich oczach". Oczywiście nie byłabym sobą jakby nie założyła maski i udawała, że nic się nie dzieje, że nie rozumiem i odbiegłam od tematu. Potem wyszedł.
Nie było go dłuższy czas, czasem wpadal na pogawedkę i tyle.
Nie myślałam dużo o nim, poza faktem, ze jest fajnym człowiekiem i fajnie byłoby wreszcie znów mieć przyjaciela (bo przyjaciółek już od dawna nie miałam) nie zastanawiając się nad sensem przyjaźni damsko-męskiej a ogólnie o przyjaźni .
Minęło chyba ze 2 m-ce, nie było go przez ten czas, aż do pewnego grudniowego wieczoru. Byłam zajęta pracą, miałam całą dostawę do wyłożenia przez noc. Wpadł na chwilę a jak wychodził to rzucił "kiedy skończysz to co robisz i będziesz mieć chwilę?" powiedział to tak lekko, że nawet nie pomyślałam, że to na poważnie i nie zastanawiałam się nad sensem słów i rzuciłam żartem, że pewnie o 1 w nocy.
Wyszedł ..............

rozdział 7: Pierwszy raz

Zajęłam się pracą, szło mi nawet nieźle, bo zapomniałam nawet co się dzieje wokół i po prostu robiłam swoje byle wytrwać do rana. Nagle usłyszałam " dobry wieczór, jest pierwsza", zaniemówiłam z wrażenia, bo naprawdę zapomniałam o tamtym incydencie, zresztą i tak nie wzięłam tego na serio.
Po chwili konsternacji zaczęliśmy rozmowę, ja cały czas udawałam, że nie widzę i nie czuję tej dziwnej aury, która nas otacza. Zaczął mi mówić, że nie mógł przestać o mnie myśleć od chwili kiedy pierwszy raz mnie zobaczył, mimo, że próbował przez pewien czas nawet nie przychodzić. Taki niby banał. I chyba się we mnie zakochał, co wydawało mi się niedorzeczne, próbowałam wszystko obracać w żart, zresztą nie jestem zbyt ufna, żeby mnie byle słówkami omamić.
Mimo to, czułam, że dzieje się coś dziwnego ze mną, że chyba mi się to wszystko śni. Zapytał czy zapalimy. Wyszliśmy więc zapalić na zewnątrz i dalej już nie pamiętam, czy zdążyliśmy zapalić czy też nie. Nasz wzrok spotkał się i już nie byłam w stanie nic zrobić. Zaczęliśmy się całować, a ja nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Przeplatały mi się w głowie dziwne myśli i obrazy; to nie dzieje się naprawdę, to chyba sen, co ja robię, nie wiem co się dzieje i to błogie uczucie do tego. Poddałam się temu. Byłam oszołomiona i nie byłam w stanie w ogóle myśleć. To wszystko coś w nas rozbudziło i nie chodziło o samo pożądanie. Został ze mną do rana i wówczas zaczęliśmy ze sobą otwarcie rozmawiać. Powiedział, że nie chce tego tak zostawiać i żebym mu dała nr telefonu. Nie zgodziłam się. Mogę co najwyżej wziąć jego i ewentualnie zadzwonić.Nie uwierzył, że się odezwę.
Po pracy odprowadził mnie na autobus, gdzie jeszcze staliśmy chwilę i rozmawialiśmy. Wtedy zaczęło do mnie docierać co się stało i co ja zrobiłam. Nie dawałam sobie rady z własnym myśleniem. To nie mogłam być ja, nie wierzyłam. Nie wiem jak dojechałam do domu.
W domu wszyscy spali i ja też szybko usnęłam.
Obudziłam się około południa, była sobota. Miałam mieć 2 dni wolnego teraz i nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Poszłam do centrum handlowego, ale nie mogłam normalnie funkcjonować. Nie wiedziałam czy to wszystko wydarzyło się naprawdę. I tak nie mogłam się na niczym skupić. Plątałam się bez celu tam i z powrotem nie radząc sobie z sytuacją. Stwierdziłam, że zadzwonię do niego  spadnę wówczas z obłok, że to wszystko jakiś blef. W sumie zadzwoniłam tylko po to, ustawiłam w telefonie, żeby nie pokazywał się mój nr telefonu. Odebrał. Chwila ciszy. A potem samo poszło, zapytał kiedy się zobaczymy, mówiłam chyba jakieś głupoty od rzeczy. I skończyła mi się karta w telefonie. Urwało rozmowę.
Dalej byłam w punkcie wyjścia. Wróciłam do domu. Nie wiem już jak przetrwałam cały weekend.
W poniedziałek miałam na dzienną zmianę. Do popołudnia jakoś zleciało, zajmowałam myśli czym innym. Potem zaczęłam być zestresowana, bo zbliżał się wieczór. I wtedy usłyszałam znajmy głos. Nie musiałam się nawet odwracać. To był on. Mówił, że nie wiedział czy będzie mógł dziś przyjść. Nie było za wiele okazji do rozmowy, bo klienci i inne rzeczy przeszkadzały. Podobnie było we wtorek. Zapytał chyba kiedy będziemy mogli porozmawiać.Umówiliśmy się na czwartek przed moją pracą pod wieczór.
Nic nie myślałam, nie potrafiłam po prostu o tym myśleć czegokolwiek. Żyłam jak w półśnie.
....

rozdział 8: rozkwit uczuć
W czwartek wyszłam z domu trochę wcześniej, żeby mieć czas na nasze spotkanie, ponadto poprosiłam zmienniczkę, żeby została dłużej, bo mi coś wypadło.
Przyjechał po mnie samochodem. Dziwnie się czułam. Zapytał gdzie mam ochotę "iść". Stwierdziłam, że w jakieś fajne spokojne miejsce. Nie chciałam do żadnego publicznego lokalu z obawy przed tym, że ktoś nas zobaczy, mimo, że jakoś wtedy nie docierało do mnie, że ja właśnie zdradzam. Po prostu wolę spokojne, klimatyczne miejsca bardziej od tłumów. Pojechaliśmy.

Rozmawialiśmy sporo, nie umiem przytoczyć każdego słowa, troszkę się otworzyłam i powiedziałam, że miał rację, że nie jestem szczęśliwa. Nie umiałam jednak opowiedzieć o wszystkim, co przeszłam. Takie zażenowanie, poczucie wstydu. Po prostu spędziliśmy razem czas. Było trochę pocałunków, ale przede wszystkim rozmowa i bliskość. Czas szybko mijał i musiałam wracać do pracy. Podwiózł mnie i się rozstaliśmy. Ja chyba już wtedy się zakochiwałam w nim. Był dla mnie dobry, czuły i delikatny.

Po kilku godzinach przyszedł do mnie do pracy. Znów został do rana, mimo że miał iść nazajutrz do pracy.
I tak było coraz częściej. Widywaliśmy się kilka razy w tygodniu. Albo zarywał noce i spędzał je ze mną albo jak miałam ranną zmianę przyjeżdżał po mnie i urywałam godzinkę na spotkania z nim.
Zaczęliśmy żyć prawie jak para. Jak miałam wolne i nie mogłam wytrzymać bez niego, to szłam gdzieś na szybkie zakupy, a potem spotykaliśmy się .
Gdzieś w środku wiedziałam, że źle robię, ale jakoś to do mnie nie docierało. Żyłam tym naszym uczuciem. Wreszcie po latach bólu spotkało mnie coś fajnego,troszkę szczęścia i zachłysnęłam się tym.
Nie widziałam co dzieje się wokół. Robiłam wszystko, co powinnam,zwykłe obowiązki codzienne,  by potem znów być przy nim.
Męża prawie nie dostrzegałam. Zaczęłam podwójne życie. Zresztą i tak sądziłam, że mąż nie pozwoli mi odejść.

Czasami zastanawialiśmy się, co z nami będzie, chyba każdy miał jednak te wyrzuty sumienia, że robimy coś złego, a jednak to co było między nami było silniejsze. Może i poszliśmy na łatwiznę.
On nadal miał dziewczynę, widywali się co tydzień. Na początku mi to nie przeszkadzało, może i traktowałam to jako zasłonę dla nas. Kiedyś tylko zapytałam czy rzuciłby ją jakbym była wolna.  Odpowiedź była twierdząca, a czy prawdziwa, to tego pewnie się już nie dowiem. Więcej do tego nie wracałam, bo podświadomie obawiałam się, że jakby to zrobił to przyszedłby czas na mój ruch, a chyba nie byłam gotowa na taki krok. Blokował mnie też strach.

Kiedyś przyjechał od niej po kilku godzinach, bo nie miał po co tam być, ona i tak nie miała czasu, a sam próbując ją przytulić myślał o mnie, a to jest nie fair.
Nie mogłam zrozumieć czemu tak jest między nimi, są na starcie wspólnego życia i już nie dbają o swój związek. Może to ja dałam mu to, czego mu było brak tak jak on mnie? Dziś już nie wiem. Przecież jak się kocha to nie szuka się innej miłości. On chciał mnie. Po co? A może chciał obie? Ale po co? Wierzyłam, że mnie kocha, bo i po co mu takie problemy, po co by się narażał , no i nie wierzę, że można by tak kłamać w uczuciach, chyba wyczułabym to.

I ja i on powinniśmy byli najpierw skończyć swoje związki zanim zaczęliśmy iść jedną drogą.

Przyszła raz z nim do mnie do pracy. To sklep. Nie udało mu się bez podejrzeń wykręcić. Chora sytuacja, ale zachowałam kamienną twarz, mimo, że byłam roztrzęsiona. Na koniec powiedział mi "do zobaczenia potem"
Potem dostałam wiadomość " jedno wiem, kocham tylko ciebie". Prawie się rozpłakałam. Mieli chyba gości w domu, ona się upiła i poszła spać, a on do mnie przyszedł i został już do rana. Byliśmy tylko dla siebie. Cieszyliśmy się każdą wspólna chwilą, nawet tą skradzioną.

Po miesiącu naszych spotkań już wiedziałam, że go kocham. Pisaliśmy do siebie dziesiątki smsów i odliczaliśmy czas do zobaczenia się. Kiedy się dowiedział, że czuję to samo co on był bardzo poruszony.
Dopiero wtedy zaczęłam myśleć o zbliżeniu. Wcześniej nie byłam gotowa. Nie traktuję seksu jako sportu byle jak i z byle kim. Kilkakrotnie upewniał się czy jestem tego pewna czy naprawdę chcę.
Nie będę opisywać o szczegółach, ale było mi z nim dobrze, bo łączyło nas coś szczególnego, a nie sam akt.

Wtedy przyszło mi przez głowę, że może jak dostał to, co chciał, to mnie oleje i porzuci, ale nic takiego się nie stało. Nasz "związek" nadal kwitł.
To ponownie pozwoliło mi uwierzyć, że kocha mnie prawdziwie.
Tylko co dalej z nami będzie? Ta myśl mnie przerażała, w gruncie rzeczy spychałam ten problem pod dywan i nadal tkwiliśmy w tej sytuacji.
.....
W Sylwestra w domu byłam z mężem i dziećmi, koło północy mąż się upił, o dziwo obyło się bez żadnej jazdy z jego strony, powiedział mi tylko coś po cichu " wiem, że wolałabyś być z nim". Nie wiedziałam czy dobrze usłyszałam, czy to sumienie płata mi figle. Nie odezwałam się a on usnął.
Nigdy wcześniej nie dał mi znaku, że być może coś podejrzewa. Trochę to zbagatelizowałam.
...
Nadal spotykałam się z nim,  czułam że mu na mnie zależy, czułam się potrzebna i kochana, aż do lutego .....

41

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:
LonelyM napisał/a:
Emcia73 napisał/a:

Wiesz co powiem ci szczerze ze kazdy zasługuje na druga szanse. Wiem to z własnego doswiadczenia. Jezeli bedzkesz chciala pogadac to zawsze mozesz napisac...

To normalne, że po takich przeżyciach trudno komukolwiek z zewnątrz zaufać, choć wewnętrzna potrzeba wyrzucenia z siebie całej frustracji przed żywą osobą jest nie do wytrzymania.
Psycholog może wysłuchać, doradzić, wesprzeć.
To jednak nie zastąpi kontaktu ze zwykłym człowiekiem, przyjaciółką, czy przyjacielem, którzy - nie oceniając, pomogą przetrwać ciężkie chwile.
Obawa przed wywołaniem u męża odczucia niezamierzonej przez Ciebie dwuznaczności, w kontekście Twojej obecnej sytuacji, znacznie utrudnia swobodę w kontaktach z ludźmi.
Bez nich przyjaciół nie znajdziesz jednak.
Ja bym próbował.

Pozdrawiam.

Skąd Ty tyle wiesz?
I trafiasz w sedno.
Ku pocieszeniu wiem, że nawet jak zwątpię, to się nie poddam. Będę upadać i wstawać. Aż do skutku. Nie pozwolę sobie już nigdy stracić siebie, choć moja droga jest jeszcze bardzo daleka.

42

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:
LonelyM napisał/a:
Emcia73 napisał/a:

Wiesz co powiem ci szczerze ze kazdy zasługuje na druga szanse. Wiem to z własnego doswiadczenia. Jezeli bedzkesz chciala pogadac to zawsze mozesz napisac...

To normalne, że po takich przeżyciach trudno komukolwiek z zewnątrz zaufać, choć wewnętrzna potrzeba wyrzucenia z siebie całej frustracji przed żywą osobą jest nie do wytrzymania.
Psycholog może wysłuchać, doradzić, wesprzeć.
To jednak nie zastąpi kontaktu ze zwykłym człowiekiem, przyjaciółką, czy przyjacielem, którzy - nie oceniając, pomogą przetrwać ciężkie chwile.
Obawa przed wywołaniem u męża odczucia niezamierzonej przez Ciebie dwuznaczności, w kontekście Twojej obecnej sytuacji, znacznie utrudnia swobodę w kontaktach z ludźmi.
Bez nich przyjaciół nie znajdziesz jednak.
Ja bym próbował.

Pozdrawiam.

Skąd Ty tyle wiesz?
I trafiasz w sedno.
Ku pocieszeniu wiem, że nawet jak zwątpię, to się nie poddam. Będę upadać i wstawać. Aż do skutku. Nie pozwolę sobie już nigdy stracić siebie, choć moja droga jest jeszcze bardzo daleka.

43

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:
LonelyM napisał/a:
Emcia73 napisał/a:

Wiesz co powiem ci szczerze ze kazdy zasługuje na druga szanse. Wiem to z własnego doswiadczenia. Jezeli bedzkesz chciala pogadac to zawsze mozesz napisac...

dzięki
chętnie porozmawiam i o sobie i o innych
wiesz, bałam się i chyba nadal się boję, że nie będę potrafiła się już przed nikim otworzyć, bo ludzie wielu spraw nie rozumieją tzn rozumieją, ale powierzchownie i uznają tylko swój punkt widzenia, bez empatii
cieszę się jednak, że gdzieś tam we mnie nadal jest optymizm, wierzę, że po prostu w pewnym wieku trudniej nawiązać przyjaźnie, które będę trwałe i prawdziwe i tylko dlatego nie mogę trafić na dobrych znajomych w związku z czym czuję się samotna

To normalne, że po takich przeżyciach trudno komukolwiek z zewnątrz zaufać, choć wewnętrzna potrzeba wyrzucenia z siebie całej frustracji przed żywą osobą jest nie do wytrzymania.
Psycholog może wysłuchać, doradzić, wesprzeć.
To jednak nie zastąpi kontaktu ze zwykłym człowiekiem, przyjaciółką, czy przyjacielem, którzy - nie oceniając, pomogą przetrwać ciężkie chwile.
Obawa przed wywołaniem u męża odczucia niezamierzonej przez Ciebie dwuznaczności, w kontekście Twojej obecnej sytuacji, znacznie utrudnia swobodę w kontaktach z ludźmi.
Bez nich przyjaciół nie znajdziesz jednak.
Ja bym próbował.

Pozdrawiam.

Skąd Ty tyle wiesz?
I trafiasz w sedno.
Ku pocieszeniu wiem, że nawet jak zwątpię, to się nie poddam. Będę upadać i wstawać. Aż do skutku. Nie pozwolę sobie już nigdy stracić siebie, choć moja droga jest jeszcze bardzo daleka.

44

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:
LonelyM napisał/a:
Emcia73 napisał/a:

Wiesz co powiem ci szczerze ze kazdy zasługuje na druga szanse. Wiem to z własnego doswiadczenia. Jezeli bedzkesz chciala pogadac to zawsze mozesz napisac...

dzięki
chętnie porozmawiam i o sobie i o innych
wiesz, bałam się i chyba nadal się boję, że nie będę potrafiła się już przed nikim otworzyć, bo ludzie wielu spraw nie rozumieją tzn rozumieją, ale powierzchownie i uznają tylko swój punkt widzenia, bez empatii
cieszę się jednak, że gdzieś tam we mnie nadal jest optymizm, wierzę, że po prostu w pewnym wieku trudniej nawiązać przyjaźnie, które będę trwałe i prawdziwe i tylko dlatego nie mogę trafić na dobrych znajomych w związku z czym czuję się samotna

To normalne, że po takich przeżyciach trudno komukolwiek z zewnątrz zaufać, choć wewnętrzna potrzeba wyrzucenia z siebie całej frustracji przed żywą osobą jest nie do wytrzymania.
Psycholog może wysłuchać, doradzić, wesprzeć.
To jednak nie zastąpi kontaktu ze zwykłym człowiekiem, przyjaciółką, czy przyjacielem, którzy - nie oceniając, pomogą przetrwać ciężkie chwile.
Obawa przed wywołaniem u męża odczucia niezamierzonej przez Ciebie dwuznaczności, w kontekście Twojej obecnej sytuacji, znacznie utrudnia swobodę w kontaktach z ludźmi.
Bez nich przyjaciół nie znajdziesz jednak.
Ja bym próbował.

Pozdrawiam.

Skąd Ty tyle wiesz?
I trafiasz w sedno.
Ku pocieszeniu wiem, że nawet jak zwątpię, to się nie poddam. Będę upadać i wstawać. Aż do skutku. Nie pozwolę sobie już nigdy stracić siebie, choć moja droga jest jeszcze bardzo daleka.

45

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Lonely trzymam za Ciebie kciuki
mi wystarczyły ostatnie 3 dni, żebym spojrzała inaczej na siebie i na wszystko.

Po prawie pół roku odżywam, nie przeżywam tego - czas leczy chociaż na początku myśli się, że to nie prawda i co ci wszyscy ludzie pier...ą ...

leczy

boli, ale już inaczej


ściskam

46

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:
Excop napisał/a:
LonelyM napisał/a:

dzięki
chętnie porozmawiam i o sobie i o innych
wiesz, bałam się i chyba nadal się boję, że nie będę potrafiła się już przed nikim otworzyć, bo ludzie wielu spraw nie rozumieją tzn rozumieją, ale powierzchownie i uznają tylko swój punkt widzenia, bez empatii
cieszę się jednak, że gdzieś tam we mnie nadal jest optymizm, wierzę, że po prostu w pewnym wieku trudniej nawiązać przyjaźnie, które będę trwałe i prawdziwe i tylko dlatego nie mogę trafić na dobrych znajomych w związku z czym czuję się samotna

To normalne, że po takich przeżyciach trudno komukolwiek z zewnątrz zaufać, choć wewnętrzna potrzeba wyrzucenia z siebie całej frustracji przed żywą osobą jest nie do wytrzymania.
Psycholog może wysłuchać, doradzić, wesprzeć.
To jednak nie zastąpi kontaktu ze zwykłym człowiekiem, przyjaciółką, czy przyjacielem, którzy - nie oceniając, pomogą przetrwać ciężkie chwile.
Obawa przed wywołaniem u męża odczucia niezamierzonej przez Ciebie dwuznaczności, w kontekście Twojej obecnej sytuacji, znacznie utrudnia swobodę w kontaktach z ludźmi.
Bez nich przyjaciół nie znajdziesz jednak.
Ja bym próbował.

Pozdrawiam.

Skąd Ty tyle wiesz?
I trafiasz w sedno.
Ku pocieszeniu wiem, że nawet jak zwątpię, to się nie poddam. Będę upadać i wstawać. Aż do skutku. Nie pozwolę sobie już nigdy stracić siebie, choć moja droga jest jeszcze bardzo daleka.

Nie pamiętam, czy Ci wspominałem, że byłem 30 lat gliną pionu kryminalnego, więc widziałem i słyszałem rzeczy dla przeciętnego człowieka niepojęte. Także te ze sfery osobistej osób związanych z wydarzeniami, których, ze względów zawodowych, byłem uczestnikiem.
Poza tym, moje życie, między innymi z powyższych względów, to też nie był spacerek po parku...

47

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Mruffka napisał/a:

Lonely trzymam za Ciebie kciuki
mi wystarczyły ostatnie 3 dni, żebym spojrzała inaczej na siebie i na wszystko.

Po prawie pół roku odżywam, nie przeżywam tego - czas leczy chociaż na początku myśli się, że to nie prawda i co ci wszyscy ludzie pier...ą ...

leczy

boli, ale już inaczej


ściskam

i wzajemnie ściskam i dzięki za wsparcie i myślę, że ewentualne kopy w tyłek też nie zaszkodzą

Zauważyłam, że to pisanie tutaj sporo mi daje, może jak uda mi się skończyć, to przeczytam to jeszcze raz i będę mieć inny, nowy pogląd na to wszystko - czuję potrzebę wyrzucenia tego z siebie, ale nie mam komu opowiedzieć o czymkolwiek

Najlepsze jest to, że psychologicznie ja to wszystko potrafię przeanalizować, zrozumieć, wyciągnąć wnioski i wytłumaczyć, ale....... no właśnie ALE nie sobie, komuś innemu bym potrafiła, sobie pomóc jeszcze nie umiem.
Teraz walczę ze swoimi pragnieniami, które nie wiadomo jakie są. Tracę wiarę, że bez męża będę szczęśliwa, tak jak i nie będę szczęśliwa z nim. To wszystko jest chore. A mam to wszystko na własne życzenie, może i nieświadome, ale tak jest.
Na razie zaczęłam terapię dla współuzależnionym, bo może to mnie właśnie blokuje, jednakże muszę zmienić równolegle swój sposób na życie.

48

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:
LonelyM napisał/a:
Excop napisał/a:

To normalne, że po takich przeżyciach trudno komukolwiek z zewnątrz zaufać, choć wewnętrzna potrzeba wyrzucenia z siebie całej frustracji przed żywą osobą jest nie do wytrzymania.
Psycholog może wysłuchać, doradzić, wesprzeć.
To jednak nie zastąpi kontaktu ze zwykłym człowiekiem, przyjaciółką, czy przyjacielem, którzy - nie oceniając, pomogą przetrwać ciężkie chwile.
Obawa przed wywołaniem u męża odczucia niezamierzonej przez Ciebie dwuznaczności, w kontekście Twojej obecnej sytuacji, znacznie utrudnia swobodę w kontaktach z ludźmi.
Bez nich przyjaciół nie znajdziesz jednak.
Ja bym próbował.

Pozdrawiam.

Skąd Ty tyle wiesz?
I trafiasz w sedno.
Ku pocieszeniu wiem, że nawet jak zwątpię, to się nie poddam. Będę upadać i wstawać. Aż do skutku. Nie pozwolę sobie już nigdy stracić siebie, choć moja droga jest jeszcze bardzo daleka.

Nie pamiętam, czy Ci wspominałem, że byłem 30 lat gliną pionu kryminalnego, więc widziałem i słyszałem rzeczy dla przeciętnego człowieka niepojęte. Także te ze sfery osobistej osób związanych z wydarzeniami, których, ze względów zawodowych, byłem uczestnikiem.
Poza tym, moje życie, między innymi z powyższych względów, to też nie był spacerek po parku...

Tak, wiem. Gdzieś doczytałam o Tobie.
A no właśnie. Najlepszym uniwersytetem na świecie jest samo życie, tylko nie każdy jest jego dobrym studentem. Ty nim jesteś. Bardzo cenię takich ludzi.
Wiesz , po co to wszystko piszę?
Przede wszystkim po to, aby wyrzucić to z siebie. A jak już skończę, może uda się w ciągu tygodnia, to chciałabym poznać opinię innych na temat tej całej sytuacji. Nie przytaknięcia, głaskania, że miałam źle i miałam prawo się pogubić, a właśnie obiektywnej oceny ludzi postronnych. Może przez to też coś zrozumiem.

49

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Czekamy więc na ciąg dalszy, Lonely

50

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Twoja sytuacja jest typowa. Nawet nie czytalem calego opisu bo to nie ma znaczenia. Ma moze w terapii malzenskiej ale nie dla mnie. Kwestia jest czy maz wie i czy te sytuacje rozwiazujecie razem czy jestes  z tym sama. Jesli jestes sama to jestes w takiej samej sytuacji jak moja zona zanim mi powiedziala. Mimo ze sama zerwala to jednak przez kilka miesiecy byla w depresji, dobijalo ja poczucie winy. Przyczyny zawsze sa ale co dalej. Zonie pomogla gleboka wiara i nawrocenie sie chrzesijanskie, dluga modlitwa, uczestnictwo w pielgrzymce i kontakt tam z dobrym ksiedzem i innymi osobami. Akurat sie udalo. Nie musiala mi mowic gdyby nie to ze kochanek dalej nekal ja do spotkan co niszczylo nasz spokoj. Mi nie jest latwo ale gdyby nie to nekanie moze nigdy bym sie nie dowiedzial a Ona i tak sobie przebaczyla wiec z jej strony nie ma problemu. Z twojego punktu widzenia jest wiec 1. Wybor, czy chcesz zyc z mezem. 2. Nawrocenie i wybaczenie sobie, oparcie sie na czyms, mojej zonie pomaga jedynie codzienna koronka bo inaczej jak sama mowi jest gorsza. Jesli natomiast dalej myslisz o tamtym, brakuje czegos w waszym malzenstwie to tylko terapia malzenska moze wam pomoc, bo potrzebne sa rozmowy i znalezienie przyczyn, wskazanie ich Tobie i mezowi. Natomiast u mnie ja sie w koncu dowiedzialem, czuje bol i goryczy ale rozumiem przyczyny i jakos wybaczyle zonie bo 1. Sama z tego zrezygnowala wczesniej. 2 Zaluje i widze zel skutki tego dla naszej rodziny, ktora jest dla niej wartoscia (co rowniez widze). Niestety alkoholizm Twojego meza jest tu problemem gdyz ja mimo ze nie jestem alkoholikiem to 1 miesiac duzo pilem, przez co bylo kilka awantur i nie zawsze panowalem nad tym co mowilem. Albo wiec sama sie w cos zaangazujesz co Ci pozwoli stanac na nogi albo poddacie sie oboje terapii tak ze skutkiem tego bedzie dbalosc o siebie, wspolne rozmowy i wspolne rozwiazywanie waszych problemow uczuciowo-emocjonalnych. Maz nie musi wiedziec ale musi wiedziec o tych przyczynach, ktore chyba dalej sa przyczynami. Kto musi Tobie i jemu je wyluszczyc.

51

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

ad. cz. I Twojego opisu, jak bedzie czas skomentuje kolejne

Zaniepokoil mnie Twoj wpis ze to czy to nie bedzie dobrym rozwiazaniem. To bledne podejscie, bledne myslenie. Bo myslisz blednie poniewaz to jest kwestia wyboru i jego konsekwnecji.

1. Pozostanie z mezem oznacza rezygnacje z kochanka i koniecznosc przeprowadzenia jakiejs terapii malzenskiej.

2. Rezygnacja z rodziny dla kochanka oznacza rozstanie z mezem, konsekwnecje dla niego, i zycie z innym czlowiekiem gdzie pojawia sie inne lub te same problemy.

3. Podwojne zycie oznacza rozdarcie i brak zmian, to chyba najgorsze rozwiazanie a przynajmniej tymczasowe, w koncu ktos sie znudzi ta sytuacja.

Widze po prostu, ze chec bycia zony ze mna wynika ze zmian, ktore nastapily w naszym malzenstwie. Nastapily one w wyniku nawrocenia sie zony na wiare, oraz na zmiane mojego postepowania, pod wplywem innych, posrednich ale waznych wydarzen. Spowodowalo to mnostwo przemyslen i refleksji. To samo moze dac tylko terapia malzenska. Zeby nie zyc w zawieszeniu, wiedziec co sie dzieje. Zwiazek uczuciowy z innym mezczyzna wydaje sie piekny ale to jaki jest naprawde wynika ze skutków. Jesli skutkiem jest wewnetrzne rozdarcie, niepokoj to w rezultacie nie jest to nic dobrego. A to czego brakuje w malzenstwie mozna uzyskac do malzonka tylko musi on byc swiadomy tych brakow i waszych wzajemnych potrzeb, spedzania czasu razem, rozmow, codziennego kontaktu, zyczliwosci, jeszcze raz rozmow. Rozpamietywanie "pieknych" chwil z innym nic nie da, bo tylko wprowadza niepokoj. Tez mialem tak samo, wiele lat wczesniej ale czy skutki tej milosci byly dobre dla mojej rodziny, bylyby dobre dla moich dzieci?, podczas gdy oboje z zona chcielismy dalej budowac? O tyle dzis jest "lepiej" ze znamy skutki i konsekwencje swojego postepowania. Ale pracowac trzeba dalej. Bez tej wiedzy nie mozna tworzyc pozytywnego zwiazku. W jakis sposob oboje musicie ja uzyskac.

52

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

ad. cz 2.

To powoli wchodzenie w relacje wzajemnych pretensji, nawet zlosliwosci wynikajacych z konkretnych przyczyn, ktore nie byly usuniete i musza byc bezwzglednie usuniete:

1. Alkoholizm meza - potrzebna zmiana, terapia.

2. Zycie z tesciowa, konieczne zycie osobno.

3. Braki na utrzymanie, potrzebne rozmowy i wspolny rozdzial środków.

Z tego co piszesz wynika, że pamiętasz pierwszy raz (sytuacja z wozkiem) a nie piszesz o setkach potem. Oznacza to ze rozumiesz przyczyny. Rozmawiaj o tym z mezem. Potrzeba zmiany tego co napisalem powyzej to chyba oczywiste. Trzeba usunac te przyczyny, ktore negatywnie wplywaja na wasze malzenstwo.

53

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

ad. 3 cz.

Dostrzegalas i nadal dostrzegasz to co jest istota problemu. Sama moglabys rozwiazywac problemy innych ludzi. Juz widze ze niektore przyczyny zostaly usuniete. Puntktowanie nic tu nie da bo sie albo wybacza albo nie. Rozumiejac skutki i przyczyny trzeba sie po prostu pogodzic, choc to nielatwe, ze skutkami nawet jesli wynikalyby one z zupelnie prozaicznych przyczyn. To radze Twojemu mezowi. Jesli wybaczyl sobie, powinien wybaczyc i tobie. Jesli Ty wybaczylas jemu powinnas wybaczyc sobie. Powinniscie wybaczyc sobie nawzajem a nie sie puntkowac bo to jest rodzaj manipulacji kto jest bardziej winny i kto sie powinien bardziej podporzadkowac. Zupelnie naturalne jest to ze maz obarcza Cie wieksza wina i to ze TY moglabys obarczas jego wieksza wina. Twoja naturalna pokora powoduje ze poddajesz sie tej retoryce. Ale jesli sprawa jest zakonczona to nie rozmawiajcie o tym chyba ze to wam pomaga. Moja zona kiedy wracam do tematu mowi ze myslmy o przyszlosci, skoro podjelismy decyzje bycia razem, ze wracanie do przeszlosci powoduje u niej traume, ze zaluje i nie chce o tym ciagle rozmawiac, rozpamietywac. Oczywiscie pamietam ale rzeczywiscie rozpamietywanie niszczy. Moj kuzyn poradzil mi cos i jego slowa mam w pamieci, polecam je Twojemu mezowi, bo moze nie ma takiego kuzyna jak, ja. Otoz kuzyn powiedzial mi w koncu, ze zostaw to jesli nie chcesz zniszczyc zycia swojej rodziny i swoich dzieci, To ciagle sobie powtarzam w trudnych chwilach bo te mysli niszcza przede wszystkim mnie. Zona traktuje to jako przeszlosc i nie podejmuje juz dyskusji ze mna. I moze ma racje ze swojego punktu widzenia. Nie chce sie w to anagazowac emocjonalnie. ZE swoje strony mysle ze skoro sie zdecydowalem zyc dalej, to tez juz nie powinienem wracac do tego co bylo. To moj problem, ale to jest niedogodnosc a nie tragedia jak smierc czy kalectwo. Tylko brak porownania powoduje ze czepiamy sie tych niedogodnosci. Lepiej jest tak czy zeby zona umarla. Niech Twoj maz postawi sobie to pytanie. Mozecie dalej zyc razem. Nie kazdy ma taka mozliwosc. Jak mam trudne chwile staram sie byc sam i to zwykle mija po 1-2 h. Nie jest ot czesto ale jest. W tym czasie staram sie nie mowic i jak zona jest w poblizu to mnie przytula. TRudniej mi jest tez w lozku ale to teraz zona jes aktywniejsza. Powiedzialem jej to, i robi tak. Takze mysle ze mozna sie jakos dogadac byle powiedziec ze wracanie do przeszlosci nie ma sensu. Brak wybaczenia oznacza niemoznosc zycia dalej razem ale mysli, pamiec, nie sa nie wybaczeniem. Sa wspomnieniem i to czy rodza emocje czy nie zalezy od naszego wyboru czy w nie wchodzimy czy kierujemy uwage na cos innego.

54

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Droga Lonely..
A ja nie potępiam CIę Droga Lonely.  Uważam , że każdy popełnia błędy. Najważniejsze to umieć wyciągnąc wnioski.
Wszystko zależy od tego czego pragniesz w życiu.
Jestem córką alkoholika i dobrze wiem jak takie życie wygląda. Moj tato opamiętał się dopiero wtedy jak mama zagroziła mu odejściem ( to jest naprawdę skuteczne) , a do tego my córki wziełyśmy sprawę w swoje ręce i zapisałyśmy na siłę na terapie AA. Razem rodzinnie woziliśmy go na tę terapię. Jak widział nasze wsparcie to zrozumiał , że ma rodzinę której zależy na nim . Mimo że wyrządził nam wiele krzywdy.
Co do zdrady , sama się w to wpakowałam. Z tym że ja nikogo nie zdradzałam , to ja byłam kochanką.  Brakowało mi miłości całe życie. I tu ją dostałam. Mężczyzna ten jednak myślał tylko o sobie. Mówił , że bardzo  kocha , ale tak naprawdę nigdy nie chciał ze mną być. Choć zaklinał , że chciał. Pytanie tylko kiedy. ( straciłam 6 lat życia). Popełniłam błąd i wychodziłam z tego bardzo długo.:(nadal nie umiem sobie do końca wybaczyć.
Dlatego ja nigdy nikogo nie krytykuje. Życie nie jest takie czarno-białe.  Ciekawi mnie, czy ten mężczyzna  w którym się zakochałaś zostawiłby dla ciebie tę dziewczynę? 
Uzyskanie odpowiedzi pomogłoby Ci podjąć decyzje co dalej robić w swoim życiu......
A co do moich rodziców. Po wielu latach pijaństwa ojca są szczęśliwi. Także wszystko jest możliwe.:)
I jeszcze jedno , nie obwiniaj się. Twój mąż w dużej mierze pchnął CIe do tego.
Myśl o sobie i o tym czego Ty pragniesz w życiu. TO  pomaga żyć szczęśliwie.
A czas leczy rany i pomaga zapomnieć.
Jesteśmy tylko ludźmi i popełniamy błędy. Trzeba umieć sobie je wybaczać.
POzdrawiam.:)

55

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

ad Twoja odpowiedz o czastce.
Otoz jest tak ze wszyscy jestesmy elementem calosci. Nie mozna wiec komus czegos zabrac przez danie, bo nigdy nie tracimy siebie. Jesli po smierci nie ma malzenstw to tylko obecne nalecialosci spoleczno-psychologiczne powoduja ze oddanie siebie komus w jakims momencie skutkuje mysleniem ze cos sie traci, ktos cos traci? A przeciez oddajemy sie codzinnie roznym myslom, dzieciom, pracy czy to oznacza ze nie oddajemy sie osobie bliskiej, mezowi, zonie? Kochajac dzieci, rodzicow kochamy rowniez partnera. Wasze myslenie jest bledne bo nie mozna zastapic milosci miloscia gdzy ona istnieje. To ze kiedys kochalem inna kobiete nie oznacza ze jej nie kocham obecnie. Zwlaszcza dotyczy to mojej pierwszej miloscu, z ktora nawet nie wspolzylem a dzis moze jest starsza i nieladna z wygladu kobieta? Czy to zle ze sie ktos nam podoba? Ale kocham i zdecydowalem sie na zycie z zona. Czy to cos jest zabralo? Czy mozna "posiasc" kogos w 100% skoro nie zna sie i nie posiada nawet samego siebie? Czy skoro pielegniarka w szpitalu poswieca uczucie pacjentowi to drugi mysli ze to go zubaza, cos mu zabiera? Skoro poswiecasz czas mezowi, doceniasz go i jak mniemam ciagle kochasz to to jest to co mu dajesz od siebie. To samo dajesz innym ludziom, np. na ulicy, w pracy, w sklepie, dzieciom, rodzicom. Czy to zubaza Twojego meza? Raczej tkwisz w naiwnosci ze cos bylo dobre. Cos Ci to pokazalo ale dobre nie bylo bo nie prowadzilo do dobrego. W moim przypadku bylo podobnie i dopiero po 6-7 latach poczulem zal, ktorego wczesniej nie czulem. Bo nie czulem sie winny. Ale poprzed refleksje, zrozumienie tego co robilem drugiej osobie, przez rozum doszedlem do tego ze to nie bylo dobre tak jak myslalem wczesniej. Skoro wiec wybralas meza, z czasem moze zrozumiesz ze ta "konkurencja" Cie gdzies doprowadzila ale nie byla "dobra". Dobro stworzysz w rodzinie a nie w uniesieniach romantycznych. To mozna zrobic w rodzinie i to dodatkowo bez poczucia winy, bo to naturalne.

56

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

To prawda co pisze ona80. a co do ad. 4, to nie podjeliscie zadnej terapii i rozmow wiec skutki tego sa oczywiste...

57

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

ad 5.
Co ciekawe widac wasza obopolna troske o siebie nawzajem. Obawiam sie ze wtedy maz byl w ciagu, gdzie nieprzytomny, pij to sie z Toba nie kontaktowal, moze nie mogl. Ciagle widac ze mysleliscie o sobie nawzajem. Ale dalej nie bylo rozmow, terapii tylko rozwiazywaliscie swoje problemy sami, kazde na swoj sposob. Chcieliscie bys silni, sami na swoj sposob. A to pycha i najlatwiejsza i najpierwsza z pokus danych czlowiekowi. Ze jest silny, ze sam moze, ze sam rozwiaze swoje problemy, ze nikogo nie potrzebuje, nawet przez zludne poczucie wstydu ludzie sa pchani przez zło w te falszywą spiralę myślenia zamiast oddać swoje problemy, wspólnie je rozwiązywać. Dziś to wiesz, wiecie że to było błędne koło bez wyjścia.

58

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Twoje posty, Mańku z Maniek, poza fragmentami dotyczącymi Twojego małżeństwa oraz odniesień do sytuacji LonelyM i jej męża brzmią wprawdzie, jak wprawki filozoficzne z domieszką metafizyki, to jednak trudno się z Tobą nie zgodzić.
Dobrze, że tu zajrzałeś.

Pozdrawiam.

59

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
maniek_z_maniek napisał/a:

Twoja sytuacja jest typowa. Nawet nie czytalem calego opisu bo to nie ma znaczenia. Ma moze w terapii malzenskiej ale nie dla mnie. Kwestia jest czy maz wie i czy te sytuacje rozwiazujecie razem czy jestes  z tym sama. Jesli jestes sama to jestes w takiej samej sytuacji jak moja zona zanim mi powiedziala. Mimo ze sama zerwala to jednak przez kilka miesiecy byla w depresji, dobijalo ja poczucie winy. Przyczyny zawsze sa ale co dalej. Zonie pomogla gleboka wiara i nawrocenie sie chrzesijanskie, dluga modlitwa, uczestnictwo w pielgrzymce i kontakt tam z dobrym ksiedzem i innymi osobami. Akurat sie udalo. Nie musiala mi mowic gdyby nie to ze kochanek dalej nekal ja do spotkan co niszczylo nasz spokoj. Mi nie jest latwo ale gdyby nie to nekanie moze nigdy bym sie nie dowiedzial a Ona i tak sobie przebaczyla wiec z jej strony nie ma problemu. Z twojego punktu widzenia jest wiec 1. Wybor, czy chcesz zyc z mezem. 2. Nawrocenie i wybaczenie sobie, oparcie sie na czyms, mojej zonie pomaga jedynie codzienna koronka bo inaczej jak sama mowi jest gorsza. Jesli natomiast dalej myslisz o tamtym, brakuje czegos w waszym malzenstwie to tylko terapia malzenska moze wam pomoc, bo potrzebne sa rozmowy i znalezienie przyczyn, wskazanie ich Tobie i mezowi. Natomiast u mnie ja sie w koncu dowiedzialem, czuje bol i goryczy ale rozumiem przyczyny i jakos wybaczyle zonie bo 1. Sama z tego zrezygnowala wczesniej. 2 Zaluje i widze zel skutki tego dla naszej rodziny, ktora jest dla niej wartoscia (co rowniez widze). Niestety alkoholizm Twojego meza jest tu problemem gdyz ja mimo ze nie jestem alkoholikiem to 1 miesiac duzo pilem, przez co bylo kilka awantur i nie zawsze panowalem nad tym co mowilem. Albo wiec sama sie w cos zaangazujesz co Ci pozwoli stanac na nogi albo poddacie sie oboje terapii tak ze skutkiem tego bedzie dbalosc o siebie, wspolne rozmowy i wspolne rozwiazywanie waszych problemow uczuciowo-emocjonalnych. Maz nie musi wiedziec ale musi wiedziec o tych przyczynach, ktore chyba dalej sa przyczynami. Kto musi Tobie i jemu je wyluszczyc.

Tak, wie wszystko.
Bałam się mu powiedzieć. Sam zapytał. Przyznałam się od razu.

Mnie głęboka wiara nie pomoże, nie przywiązuje zbytniej wagi do tego.
Wydawałoby się, że to już wszystko za nami, a jednak myliłam się sądząc, że tylko jemu trudno się z tym uporać przez co nas blokuje. Teraz okazuje się, że ze mnie również to wychodzi

60

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
maniek_z_maniek napisał/a:

ad. cz. I Twojego opisu, jak bedzie czas skomentuje kolejne

Zaniepokoil mnie Twoj wpis ze to czy to nie bedzie dobrym rozwiazaniem. To bledne podejscie, bledne myslenie. Bo myslisz blednie poniewaz to jest kwestia wyboru i jego konsekwnecji.

1. Pozostanie z mezem oznacza rezygnacje z kochanka i koniecznosc przeprowadzenia jakiejs terapii malzenskiej.

2. Rezygnacja z rodziny dla kochanka oznacza rozstanie z mezem, konsekwnecje dla niego, i zycie z innym czlowiekiem gdzie pojawia sie inne lub te same problemy.

3. Podwojne zycie oznacza rozdarcie i brak zmian, to chyba najgorsze rozwiazanie a przynajmniej tymczasowe, w koncu ktos sie znudzi ta sytuacja.

Widze po prostu, ze chec bycia zony ze mna wynika ze zmian, ktore nastapily w naszym malzenstwie. Nastapily one w wyniku nawrocenia sie zony na wiare, oraz na zmiane mojego postepowania, pod wplywem innych, posrednich ale waznych wydarzen. Spowodowalo to mnostwo przemyslen i refleksji. To samo moze dac tylko terapia malzenska. Zeby nie zyc w zawieszeniu, wiedziec co sie dzieje. Zwiazek uczuciowy z innym mezczyzna wydaje sie piekny ale to jaki jest naprawde wynika ze skutków. Jesli skutkiem jest wewnetrzne rozdarcie, niepokoj to w rezultacie nie jest to nic dobrego. A to czego brakuje w malzenstwie mozna uzyskac do malzonka tylko musi on byc swiadomy tych brakow i waszych wzajemnych potrzeb, spedzania czasu razem, rozmow, codziennego kontaktu, zyczliwosci, jeszcze raz rozmow. Rozpamietywanie "pieknych" chwil z innym nic nie da, bo tylko wprowadza niepokoj. Tez mialem tak samo, wiele lat wczesniej ale czy skutki tej milosci byly dobre dla mojej rodziny, bylyby dobre dla moich dzieci?, podczas gdy oboje z zona chcielismy dalej budowac? O tyle dzis jest "lepiej" ze znamy skutki i konsekwencje swojego postepowania. Ale pracowac trzeba dalej. Bez tej wiedzy nie mozna tworzyc pozytywnego zwiazku. W jakis sposob oboje musicie ja uzyskac.

Nie wiem, które rozwiązanie jest dobre, bo każde wymaga poświęcenia, no ale taka jest tego cena.
Mąż jest zraniony, a ja rozchwiana.
Nic mnie już nie łączy z nikim innym.
Pewne rzeczy wyjdą dopiero w dalszej części mojej historii, gdzie może tkwić przyczyna i odpowiedź dlaczego teraz jest tak, a nie inaczej

61

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
maniek_z_maniek napisał/a:

ad. cz 2.

To powoli wchodzenie w relacje wzajemnych pretensji, nawet zlosliwosci wynikajacych z konkretnych przyczyn, ktore nie byly usuniete i musza byc bezwzglednie usuniete:

1. Alkoholizm meza - potrzebna zmiana, terapia.

2. Zycie z tesciowa, konieczne zycie osobno.

3. Braki na utrzymanie, potrzebne rozmowy i wspolny rozdzial środków.

Z tego co piszesz wynika, że pamiętasz pierwszy raz (sytuacja z wozkiem) a nie piszesz o setkach potem. Oznacza to ze rozumiesz przyczyny. Rozmawiaj o tym z mezem. Potrzeba zmiany tego co napisalem powyzej to chyba oczywiste. Trzeba usunac te przyczyny, ktore negatywnie wplywaja na wasze malzenstwo.

Mąż już jest po terapii, naprawdę go podziwiam, że on z jego charakterem jednak się na to zdobył. Nie pije od ponad roku i daje radę. Dzięki temu w końcu może realizować się tak jak zawsze chciał i jak zawsze próbowałam go motywować, ale jego picie przekreślało wtedy wszystko.
Nie mieszkamy z moją matką już od dawna, od 9 lat, więc nie z tego powodu jest problem.
Mamy już pewną stabilizację finansową, właśnie dzięki temu, że nie pije. Ja niestety nigdy nie byłabym w stanie sama zarobić nawet połowy tego, co on.

Z tych punktów podanych przez ciebie wszystko jest zmienione.
Wydaje mi się, że teraz problemem jest moja zdrada i to co zmieniła ona w moim i jego życiu.

62

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
maniek_z_maniek napisał/a:

ad. 3 cz.

Dostrzegalas i nadal dostrzegasz to co jest istota problemu. Sama moglabys rozwiazywac problemy innych ludzi. Juz widze ze niektore przyczyny zostaly usuniete. Puntktowanie nic tu nie da bo sie albo wybacza albo nie. Rozumiejac skutki i przyczyny trzeba sie po prostu pogodzic, choc to nielatwe, ze skutkami nawet jesli wynikalyby one z zupelnie prozaicznych przyczyn. To radze Twojemu mezowi. Jesli wybaczyl sobie, powinien wybaczyc i tobie. Jesli Ty wybaczylas jemu powinnas wybaczyc sobie. Powinniscie wybaczyc sobie nawzajem a nie sie puntkowac bo to jest rodzaj manipulacji kto jest bardziej winny i kto sie powinien bardziej podporzadkowac. Zupelnie naturalne jest to ze maz obarcza Cie wieksza wina i to ze TY moglabys obarczas jego wieksza wina. Twoja naturalna pokora powoduje ze poddajesz sie tej retoryce. Ale jesli sprawa jest zakonczona to nie rozmawiajcie o tym chyba ze to wam pomaga. Moja zona kiedy wracam do tematu mowi ze myslmy o przyszlosci, skoro podjelismy decyzje bycia razem, ze wracanie do przeszlosci powoduje u niej traume, ze zaluje i nie chce o tym ciagle rozmawiac, rozpamietywac. Oczywiscie pamietam ale rzeczywiscie rozpamietywanie niszczy. Moj kuzyn poradzil mi cos i jego slowa mam w pamieci, polecam je Twojemu mezowi, bo moze nie ma takiego kuzyna jak, ja. Otoz kuzyn powiedzial mi w koncu, ze zostaw to jesli nie chcesz zniszczyc zycia swojej rodziny i swoich dzieci, To ciagle sobie powtarzam w trudnych chwilach bo te mysli niszcza przede wszystkim mnie. Zona traktuje to jako przeszlosc i nie podejmuje juz dyskusji ze mna. I moze ma racje ze swojego punktu widzenia. Nie chce sie w to anagazowac emocjonalnie. ZE swoje strony mysle ze skoro sie zdecydowalem zyc dalej, to tez juz nie powinienem wracac do tego co bylo. To moj problem, ale to jest niedogodnosc a nie tragedia jak smierc czy kalectwo. Tylko brak porownania powoduje ze czepiamy sie tych niedogodnosci. Lepiej jest tak czy zeby zona umarla. Niech Twoj maz postawi sobie to pytanie. Mozecie dalej zyc razem. Nie kazdy ma taka mozliwosc. Jak mam trudne chwile staram sie byc sam i to zwykle mija po 1-2 h. Nie jest ot czesto ale jest. W tym czasie staram sie nie mowic i jak zona jest w poblizu to mnie przytula. TRudniej mi jest tez w lozku ale to teraz zona jes aktywniejsza. Powiedzialem jej to, i robi tak. Takze mysle ze mozna sie jakos dogadac byle powiedziec ze wracanie do przeszlosci nie ma sensu. Brak wybaczenia oznacza niemoznosc zycia dalej razem ale mysli, pamiec, nie sa nie wybaczeniem. Sa wspomnieniem i to czy rodza emocje czy nie zalezy od naszego wyboru czy w nie wchodzimy czy kierujemy uwage na cos innego.

Tak, pomagać innym w takich rozterkach to ja umiem, no ale jak to bywa najtrudniej pomóc sobie.
Myślenie, że albo się wybacza albo nie, to prędzej moje myślenie, nie męża. I to też rozumiem.
Zawsze się bałam, że to on mnie zdradzi Nie, nie dlatego, że mi dawał powody, ale to taki strach na zapas wynikajacy z obserwacji tego, co się dzieje wokół i ze stereotypów. Bo niby faceci prędzej czy później zdradzają, a ja byłam i jestem (?) jego pierwszą i jedyną kobietą, że będzie chciał spróbować z kimś innym. Ja zdrady bym nie wybaczyła. Tak myślałam. Wiedziałam z czym się to wiąże, że już nigdy nie potrafiłabym z tym żyć i robiłabym wyrzuty, co w ostateczności prowadziłoby do rozpadu związku. Moja zdrada w ogóle nie wchodziła w grę. Jednak życie każe weryfikować poglądy. Zdradziłam ja, a on robi to, czego obawiałam się, że będę robić sama w takiej sytuacji.

63

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
ona80 napisał/a:

Droga Lonely..
A ja nie potępiam CIę Droga Lonely.  Uważam , że każdy popełnia błędy. Najważniejsze to umieć wyciągnąc wnioski.
Wszystko zależy od tego czego pragniesz w życiu.
Jestem córką alkoholika i dobrze wiem jak takie życie wygląda. Moj tato opamiętał się dopiero wtedy jak mama zagroziła mu odejściem ( to jest naprawdę skuteczne) , a do tego my córki wziełyśmy sprawę w swoje ręce i zapisałyśmy na siłę na terapie AA. Razem rodzinnie woziliśmy go na tę terapię. Jak widział nasze wsparcie to zrozumiał , że ma rodzinę której zależy na nim . Mimo że wyrządził nam wiele krzywdy.
Co do zdrady , sama się w to wpakowałam. Z tym że ja nikogo nie zdradzałam , to ja byłam kochanką.  Brakowało mi miłości całe życie. I tu ją dostałam. Mężczyzna ten jednak myślał tylko o sobie. Mówił , że bardzo  kocha , ale tak naprawdę nigdy nie chciał ze mną być. Choć zaklinał , że chciał. Pytanie tylko kiedy. ( straciłam 6 lat życia). Popełniłam błąd i wychodziłam z tego bardzo długo.:(nadal nie umiem sobie do końca wybaczyć.
Dlatego ja nigdy nikogo nie krytykuje. Życie nie jest takie czarno-białe.  Ciekawi mnie, czy ten mężczyzna  w którym się zakochałaś zostawiłby dla ciebie tę dziewczynę? 
Uzyskanie odpowiedzi pomogłoby Ci podjąć decyzje co dalej robić w swoim życiu......
A co do moich rodziców. Po wielu latach pijaństwa ojca są szczęśliwi. Także wszystko jest możliwe.:)
I jeszcze jedno , nie obwiniaj się. Twój mąż w dużej mierze pchnął CIe do tego.
Myśl o sobie i o tym czego Ty pragniesz w życiu. TO  pomaga żyć szczęśliwie.
A czas leczy rany i pomaga zapomnieć.
Jesteśmy tylko ludźmi i popełniamy błędy. Trzeba umieć sobie je wybaczać.
POzdrawiam.:)

Życie nie jest takie czarno-białe, tu się zgodzę, ale mój mąż uważa inaczej i to nas różni.
Ja Ciebie też nie potępiam, a nawet rozumiem. Nauczona życiem, wiem, że nie należy nikogo od razu oceniać zwłaszcza po pozorach, bo każda sytuacja jest złożona. Jeśli nawet wyrabiam sobie o kimś zdanie, to wcześniej analizuję dlaczego ktoś robi tak a nie inaczej, bo muszą być ku temu powody. Czasem są to ważne powody, a czasem zwyczajna głupota , wyrachowanie i bezmyślność. Chodzi po prostu o to, żeby nie wrzucać wszystkich do jednego wora, a ludzie przeważnie tak czynią i to jest przykre.

Tak mnie też potraktowała rodzina męża. Moja ( mam w sumie tylko matkę i babcię) nic nie wie, bo uznałam, ze to nie ich sprawa, a nie lubię się użalać naokoło. Mąż powiedział bratu przy bardzo przykrej okazji. Z tego co wiem, mąż wtedy chciał czy myślał, że wybaczy a brat na to " To ty będziesz musiał z tym żyć". Niepotrzebnie przekazał dalszej rodzinie, bo zrobili sobie z tego sensację rodzinną,a w gruncie rzeczy doprowadziło to do tego, że mąż czuje się bardziej upokorzony. Uważam, że to było niepotrzebne.
Teściowa mnie mocno skrytykowała i nie rozumie, mimo , że wie doskonale jak wyglądało nasze życie.  Sama jednak miała i ma przekichane życie, ale ona do końca zrobiła z siebie ofiarę, co się mści do dnia dzisiejszego na niej. Zrezygnowała ze wszystkiego poddała się temu złu, którego doświadczyła i teraz ponosi tego cenę. Ja tak nie chciałam.Następnie szwagierka najechała na mnie. Tego akurat nie rozumiem. Jakim prawem miała tupet tak postąpić? To już chyba wścibstwo i mentalność przekupy. Nasze kontakty się rozluźniły i chyba dobrze mi z tym. Nie cierpię obłudnych ludzi, którzy nie widzą co dzieje się w ich otoczeniu, ale za to pierwsi robią sądy na innych. Mniejsza z tym.

Czy zostawiłby dziewczynę?
Nie wiem.
Jakbym była wolna, to bardzo możliwe, jeśli faktycznie mnie kochał.
Wydaje mi się, że w mojej sytuacji i tego, co wynikło potem to by się raczej nie odważył. Za dużo problemów i konsekwencji. To jednak już bardziej złożona odpowiedź. Nie chcę tu źle jego oceniać , ani sama siebie oszukiwać, że na pewno miłość wygrałaby ze strachem i racjonalizmem. O ile mnie kochał. Dziś już nic nie jest dla mnie oczywiste. A jak jest naprawdę to być może już nigdy się nie dowiem.  Może to też jest problemem, ta niewiedza. Nie dane było nam już porozmawiać.

Czas leczy rany mimo pozostawionych blizn. Problemem jest chyba to, że my sami nie jesteśmy 100% pewni czego chcemy. Sztuką będzie zmierzenie się z tym i obraniem właściwej drogi, bo to co było już się nie odstanie.

64

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:

Czekamy więc na ciąg dalszy, Lonely

Staram się. Tylko wiesz co mnie przeraziło?
Wydawało by się, że już jestem w połowie, a tu dociera do mnie, że jest jeszcze tyle do napisania, że szok. I muszę napisać wszystko, żeby rzucony obraz na sytuację był pełny, a nie wyrwany z kontekstu całości.

65

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:
Excop napisał/a:

Czekamy więc na ciąg dalszy, Lonely

Staram się. Tylko wiesz co mnie przeraziło?
Wydawało by się, że już jestem w połowie, a tu dociera do mnie, że jest jeszcze tyle do napisania, że szok. I muszę napisać wszystko, żeby rzucony obraz na sytuację był pełny, a nie wyrwany z kontekstu całości.

Wydaje mi się, że, mimo wszystko, nie doceniałaś wcześniej w pełni wartości tego, co piszesz, dla przywrócenia własnej równowagi emocjonalnej.

Jestem pewien, że to, co siedziało w Twojej głowie w chwili, gdy zdecydowałaś się, co prawda anonimowo, ale jednak publicznie opowiedzieć, wraz z postępem w przedstawianiu historii, zmusza Cię do korygowania wstępnego spojrzenia oraz wzięcia pod uwagę aspektów, które umykały dotąd Twojej uwadze.
Nieskromnie zauważę, że mam w tym swój mały udział.

Dlatego widzisz, że droga od pierwszych oznak zwątpienia w męża, że się zmieni, do otwarcia się na subtelne zaloty przyszłego kochanka to nie była australijska autostrada, lecz górska serpentyna pobocznych, co prawda, lecz istotnych szczegółów mających wpływ na Twoje dalsze zachowanie.
Pisz więc.

Pozdrawiam.

Posty [ 1 do 65 z 342 ]

Strony 1 2 3 … 6 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Życie po zdradzie, co dalej?

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026