LonelyM napisał/a:LonelyM napisał/a:LonelyM napisał/a:rozdział 4: kolejne lata
Nie sposób opisać wszystkich złych incydentów jakie miały miejsce, tkwiłam w tym po uszy bez szansy na odseparowanie się od tego, ale nadal wierzyłam, że to sie zmieni. I tak jak wcześniej zmieniało się tylko wtedy gdy nie wychodził i mialam go pod kontrolą. A jak miał już niepowstrzymany głód to i tak zrobił wszystko, żeby wyjść. Ile ja spędziłam nocy w kuchni wpatrzona w okno czekając na jego powrot. I ten ból, strach przed tym, co nieuniknione czyli kolejny terror , nic więcej nie potrafiłam. Tylko czekać jak ofiara na swoją dolę. Jedyną pociechą było tylko to, że moze i tym razem uda mi się szybko go ululać" zanim narozrabia tak, ze dojdzie do tragedii. Przytakiwałam i robiłam wszystko, żeby zgasić agresję. Bardzo mnie to niszczyło. Nie wiem jak znalazłam siły by dalej żyć. Może jakbym mieszkała u niego, to bym uciekła, ale nie miałam gdzie. Nikt też nie potrafił czy nie chciał tak naprawdę pomóc. Dużo też sama ukrywałam przed światem.
Doszło do tego, że cieszyłam się jak nie pracował, bo wtedy nie wychodził, a jak nie wychodził to nie pił. Takie błędne koło.
Było pozornie fajnie, bo spokojnie, ale coś czułam w środku, że nie na tym ma polegać życie.
Były długie tygodnie nawet może i miesiące gdy nie pił, ale wtedy sam się chyba haltował przed wszystkim, bo siedział w domu. W nocy siedział i grał albo zajmował się tego typu rzeczami a w dzień odsypiał. I tak dalej byłam sama z odczuciem, że wszystko jest na mojej głowie. Całe nasze życie. Było tylko spokojniej, ale chyba nie lepiej. Do dupy z taką alternatywą.
Nadal kochałam, bo nadal nie był tylko i wyłącznie zły. Szkoda, że wtedy nie wiedziałam jak pomóc jemu, jak pomóc nam. Skupiłam się chyba tylko na tym, że jest mi źle. Nie widziałam żadnego rozwiązania. Myślę, że jestem wspólwinna temu wszystkiemu. Nie miałam siły. Żyłam tylko dniem dzisiejszym bez żadnych perspektyw.
Jak już było miło i przyjemnie to nauczyłam się, ze to schemat, że to ciszą przed burzą i zaraz coś znów walnie.I nie myliłam się.I tak w kółko i tak do znudzenia.
Szkoda, że nie widziałam wówczas jego "wnętrza", to wyszło dopiero potem,już w trakcie terapii, jak zmagał się z samym sobą, co w efekcie tylko pogłebiało nasze problemy. On sobie dusił problem i ja sobie pielęgnowałam kolejne rany.
rozdział 5: pierwszy impuls
Ponad 3 lata temu nagle zmarł mój ojciec, przeżyłam to strasznie, przez pół roku straciłam całą siłę, optymizm i chęci życia. Nic mnie nie cieszyło. Wtedy mąż mnie bardzo wspierał, przyszła chyba jakaś refleksja. Był przy mnie, kochal, czułam to i w końcu zobaczyłam światełko w tunelu. Ten rok po śmierci mojego taty jakby nadawał lepszy bieg naszemu życiu. Takie szczęście w nieszczęściu.
Niestety to wszystko było tylko zaleczone, a nie wyleczone i powoli zaczynało rozbudzać się na nowo.
Nie powiem, mąż miał trochę pecha, ale nie można na każdym kroku szukać pretekstów do ponownego złamania się czyli w tym przypadku do picia.
Praca na wyjeździe była nieudana i znów był powód do chlania.
Potem następna, tym razem za granicą. Źle trafił. Znów miał powód do zawalenia wszystkiego. Zamiast wrócić do domu wydzwaniał do mnie stamtąd nawalony. W pewnym momencie rozmowa się urwała i spodziewałam się najgorszego, tym bardziej, że dawał mi do zrozumienia, że nie chce mu się żyć.
Przez 4 długie kolejne dni i noce prawie nie spałam. I jeszcze udawałam przed dziećmi, że nic się nie dzieje, żeby ich nie straszyc. Spodziewałam się najgorszego. Byłam zrozpaczona Nie od razu zawiadomiłam rodzinę, że coś jest nie tak, bo znów byłoby, że robię raban, a on kolejny raz tylko narozrabiał. W końcu powaga sytuacji sięgnęła apogeum i juz nie miałam siły sama przez to przejść.
Piątego dnia wrócił załamy do domu. Styrany, zmęczony i bardzo bardzo smutny. Potrafiłam tylko rozpłakać się z radości, ze nic mu nie jest. Ten tydzień był wydawałoby sie zwrotny w naszym życiu. Ktoś mu tam pomógł i nawet pożyczył na bilet do Polski. Nie potrafiłam tylko zrozumieć dlaczego przez 5 dni nie znalazł sposobu, żeby dać znać, że nic mu nie jest. Nie drążyłam jednak tematu widząc jak bardzo jest dobity tym wszystkim. Cieszylam się i wierzyłam, że może to było to coś, co spowoduje, że zmieni bieg swojego i naszego życia.
Przez jakiś czas był spokój. Potem znalazłam nową pracę. Na początku było niby OK, ale z powrotem zaczęło budzić się " to złe" na nowo. Poszedł z wujkiem do pracy i znów zaglądać w picie. Czasem nachodził mnie w takim stanie w pracy. Pracowałam na dwie zmiany; nocną i dzienną.
To wtedy chyba coś zaczęło we mnie pękać. Mąż posunął się o jeden krok za daleko choć zaczynał myśleć o leczeniu, a ja o krok za wcześnie zrezygnowałam z walki o nas, nie miałam już siły i wiary w lepsze jutro. Zrozumiałam, że przegram i nie dam rady więcej tego znosić.
I wtedy pojawił się "on" ......
rozdział 6: On
Na początku nic nie wskazywało, ani nie dawało cienia podejrzeń, że z czymś takim będę musiała się zmierzyć.
Owszem, troszkę mnie podrywał, ale było to tak subtelne, że zaczęłam sobie wmawiać, że mi się tylko wydaje.
Tym bardziej, że pracując w miejscu gdzie przewija się mnóstwo ludzi, ludzie są po prostu sympatyczni w większości. Zdawałam sobie sprawę, że mam powodzenie, może nawet mam w sobie to "coś", choć to może moja próżność kazała mi tak sądzić - tak sobie wmawiałam. Byłam odporna na wszelakie podrywy, niektóre były nawet miłe, ale nie traktowałam tego poważnie. Miałam dystans do nich, może miałam też zaburzone poczucie własnej wartości przez życie jakie wiodłam do tej pory.
On był miły, sympatyczny, zawsze wesoły i kulturalny, ale w delikatny sposób. Dlatego też nie przyszło mi do głowy, że to w ogóle do czegoś doprowadzi.
Przychodził sporadycznie, a nawet rzadziej. Sama nawet nie wiem czemu czasem o nim myslałam, ale w tych myślach nie było nic z gatunku emocjonalnego. Po prostu może też miał w sobie to coś i dlatego utkwił mi w pamięci.
Ot, taka odskocznia od mojego smutnego życia.
Po dłuższej nieobecności przyszedł i jakoś tak wyszło, że wdaliśmy się w dłuższą rozmowę. Na początku na luzie, dawno mi się z nikim tak dobrze i sympatycznie nie rozmawiało jakbyśmy znali się od lat.
Mówił coś tam o swojej dziewczynie, ale w sumie rozmawialiśmy na wesoło, ale dostrzegłam, że te jego sygnały wobec mojej osoby są wyraźniejsze. Znów wmawiałam sobie, że mi się zdaje.
Po prostu dobrze nam się rozmawiało, wyczułam taką bratnią duszę. Ja z natury jestem towarzyska i wesoła (nawet jak mi źle), ale rzadko nawiązuje z kimś tak dobre relacje, po prostu mało jest ludzi, z którymi znajdę "wspólną falę", a tu tak było.
O sobie nie mówiłam za wiele, nie narzekałam. Dowiedział się tylko, że mam męża i dzieci, co go trochę zaskoczyło, ale chyba oboje nas bardziej zaskoczyło, że jestem od niego 5 lat starsza.
Dał mi do zrozumienia, że mu się podobam. Było to miłe, ale nic więcej. Miałam swoje życie i swoją rzeczywistość , taką a nie inną.
Przegadaliśmy całą noc, mimo, że rano miał iść do pracy. Na koniec tylko rzucił spokojnie " wiem, że nie jesteś szczęśliwa, widzę to w twoich oczach". Oczywiście nie byłabym sobą jakby nie założyła maski i udawała, że nic się nie dzieje, że nie rozumiem i odbiegłam od tematu. Potem wyszedł.
Nie było go dłuższy czas, czasem wpadal na pogawedkę i tyle.
Nie myślałam dużo o nim, poza faktem, ze jest fajnym człowiekiem i fajnie byłoby wreszcie znów mieć przyjaciela (bo przyjaciółek już od dawna nie miałam) nie zastanawiając się nad sensem przyjaźni damsko-męskiej a ogólnie o przyjaźni .
Minęło chyba ze 2 m-ce, nie było go przez ten czas, aż do pewnego grudniowego wieczoru. Byłam zajęta pracą, miałam całą dostawę do wyłożenia przez noc. Wpadł na chwilę a jak wychodził to rzucił "kiedy skończysz to co robisz i będziesz mieć chwilę?" powiedział to tak lekko, że nawet nie pomyślałam, że to na poważnie i nie zastanawiałam się nad sensem słów i rzuciłam żartem, że pewnie o 1 w nocy.
Wyszedł ..............
rozdział 7: Pierwszy raz
Zajęłam się pracą, szło mi nawet nieźle, bo zapomniałam nawet co się dzieje wokół i po prostu robiłam swoje byle wytrwać do rana. Nagle usłyszałam " dobry wieczór, jest pierwsza", zaniemówiłam z wrażenia, bo naprawdę zapomniałam o tamtym incydencie, zresztą i tak nie wzięłam tego na serio.
Po chwili konsternacji zaczęliśmy rozmowę, ja cały czas udawałam, że nie widzę i nie czuję tej dziwnej aury, która nas otacza. Zaczął mi mówić, że nie mógł przestać o mnie myśleć od chwili kiedy pierwszy raz mnie zobaczył, mimo, że próbował przez pewien czas nawet nie przychodzić. Taki niby banał. I chyba się we mnie zakochał, co wydawało mi się niedorzeczne, próbowałam wszystko obracać w żart, zresztą nie jestem zbyt ufna, żeby mnie byle słówkami omamić.
Mimo to, czułam, że dzieje się coś dziwnego ze mną, że chyba mi się to wszystko śni. Zapytał czy zapalimy. Wyszliśmy więc zapalić na zewnątrz i dalej już nie pamiętam, czy zdążyliśmy zapalić czy też nie. Nasz wzrok spotkał się i już nie byłam w stanie nic zrobić. Zaczęliśmy się całować, a ja nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Przeplatały mi się w głowie dziwne myśli i obrazy; to nie dzieje się naprawdę, to chyba sen, co ja robię, nie wiem co się dzieje i to błogie uczucie do tego. Poddałam się temu. Byłam oszołomiona i nie byłam w stanie w ogóle myśleć. To wszystko coś w nas rozbudziło i nie chodziło o samo pożądanie. Został ze mną do rana i wówczas zaczęliśmy ze sobą otwarcie rozmawiać. Powiedział, że nie chce tego tak zostawiać i żebym mu dała nr telefonu. Nie zgodziłam się. Mogę co najwyżej wziąć jego i ewentualnie zadzwonić.Nie uwierzył, że się odezwę.
Po pracy odprowadził mnie na autobus, gdzie jeszcze staliśmy chwilę i rozmawialiśmy. Wtedy zaczęło do mnie docierać co się stało i co ja zrobiłam. Nie dawałam sobie rady z własnym myśleniem. To nie mogłam być ja, nie wierzyłam. Nie wiem jak dojechałam do domu.
W domu wszyscy spali i ja też szybko usnęłam.
Obudziłam się około południa, była sobota. Miałam mieć 2 dni wolnego teraz i nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Poszłam do centrum handlowego, ale nie mogłam normalnie funkcjonować. Nie wiedziałam czy to wszystko wydarzyło się naprawdę. I tak nie mogłam się na niczym skupić. Plątałam się bez celu tam i z powrotem nie radząc sobie z sytuacją. Stwierdziłam, że zadzwonię do niego spadnę wówczas z obłok, że to wszystko jakiś blef. W sumie zadzwoniłam tylko po to, ustawiłam w telefonie, żeby nie pokazywał się mój nr telefonu. Odebrał. Chwila ciszy. A potem samo poszło, zapytał kiedy się zobaczymy, mówiłam chyba jakieś głupoty od rzeczy. I skończyła mi się karta w telefonie. Urwało rozmowę.
Dalej byłam w punkcie wyjścia. Wróciłam do domu. Nie wiem już jak przetrwałam cały weekend.
W poniedziałek miałam na dzienną zmianę. Do popołudnia jakoś zleciało, zajmowałam myśli czym innym. Potem zaczęłam być zestresowana, bo zbliżał się wieczór. I wtedy usłyszałam znajmy głos. Nie musiałam się nawet odwracać. To był on. Mówił, że nie wiedział czy będzie mógł dziś przyjść. Nie było za wiele okazji do rozmowy, bo klienci i inne rzeczy przeszkadzały. Podobnie było we wtorek. Zapytał chyba kiedy będziemy mogli porozmawiać.Umówiliśmy się na czwartek przed moją pracą pod wieczór.
Nic nie myślałam, nie potrafiłam po prostu o tym myśleć czegokolwiek. Żyłam jak w półśnie.
....
rozdział 8: rozkwit uczuć
W czwartek wyszłam z domu trochę wcześniej, żeby mieć czas na nasze spotkanie, ponadto poprosiłam zmienniczkę, żeby została dłużej, bo mi coś wypadło.
Przyjechał po mnie samochodem. Dziwnie się czułam. Zapytał gdzie mam ochotę "iść". Stwierdziłam, że w jakieś fajne spokojne miejsce. Nie chciałam do żadnego publicznego lokalu z obawy przed tym, że ktoś nas zobaczy, mimo, że jakoś wtedy nie docierało do mnie, że ja właśnie zdradzam. Po prostu wolę spokojne, klimatyczne miejsca bardziej od tłumów. Pojechaliśmy.
Rozmawialiśmy sporo, nie umiem przytoczyć każdego słowa, troszkę się otworzyłam i powiedziałam, że miał rację, że nie jestem szczęśliwa. Nie umiałam jednak opowiedzieć o wszystkim, co przeszłam. Takie zażenowanie, poczucie wstydu. Po prostu spędziliśmy razem czas. Było trochę pocałunków, ale przede wszystkim rozmowa i bliskość. Czas szybko mijał i musiałam wracać do pracy. Podwiózł mnie i się rozstaliśmy. Ja chyba już wtedy się zakochiwałam w nim. Był dla mnie dobry, czuły i delikatny.
Po kilku godzinach przyszedł do mnie do pracy. Znów został do rana, mimo że miał iść nazajutrz do pracy.
I tak było coraz częściej. Widywaliśmy się kilka razy w tygodniu. Albo zarywał noce i spędzał je ze mną albo jak miałam ranną zmianę przyjeżdżał po mnie i urywałam godzinkę na spotkania z nim.
Zaczęliśmy żyć prawie jak para. Jak miałam wolne i nie mogłam wytrzymać bez niego, to szłam gdzieś na szybkie zakupy, a potem spotykaliśmy się .
Gdzieś w środku wiedziałam, że źle robię, ale jakoś to do mnie nie docierało. Żyłam tym naszym uczuciem. Wreszcie po latach bólu spotkało mnie coś fajnego,troszkę szczęścia i zachłysnęłam się tym.
Nie widziałam co dzieje się wokół. Robiłam wszystko, co powinnam,zwykłe obowiązki codzienne, by potem znów być przy nim.
Męża prawie nie dostrzegałam. Zaczęłam podwójne życie. Zresztą i tak sądziłam, że mąż nie pozwoli mi odejść.
Czasami zastanawialiśmy się, co z nami będzie, chyba każdy miał jednak te wyrzuty sumienia, że robimy coś złego, a jednak to co było między nami było silniejsze. Może i poszliśmy na łatwiznę.
On nadal miał dziewczynę, widywali się co tydzień. Na początku mi to nie przeszkadzało, może i traktowałam to jako zasłonę dla nas. Kiedyś tylko zapytałam czy rzuciłby ją jakbym była wolna. Odpowiedź była twierdząca, a czy prawdziwa, to tego pewnie się już nie dowiem. Więcej do tego nie wracałam, bo podświadomie obawiałam się, że jakby to zrobił to przyszedłby czas na mój ruch, a chyba nie byłam gotowa na taki krok. Blokował mnie też strach.
Kiedyś przyjechał od niej po kilku godzinach, bo nie miał po co tam być, ona i tak nie miała czasu, a sam próbując ją przytulić myślał o mnie, a to jest nie fair.
Nie mogłam zrozumieć czemu tak jest między nimi, są na starcie wspólnego życia i już nie dbają o swój związek. Może to ja dałam mu to, czego mu było brak tak jak on mnie? Dziś już nie wiem. Przecież jak się kocha to nie szuka się innej miłości. On chciał mnie. Po co? A może chciał obie? Ale po co? Wierzyłam, że mnie kocha, bo i po co mu takie problemy, po co by się narażał , no i nie wierzę, że można by tak kłamać w uczuciach, chyba wyczułabym to.
I ja i on powinniśmy byli najpierw skończyć swoje związki zanim zaczęliśmy iść jedną drogą.
Przyszła raz z nim do mnie do pracy. To sklep. Nie udało mu się bez podejrzeń wykręcić. Chora sytuacja, ale zachowałam kamienną twarz, mimo, że byłam roztrzęsiona. Na koniec powiedział mi "do zobaczenia potem"
Potem dostałam wiadomość " jedno wiem, kocham tylko ciebie". Prawie się rozpłakałam. Mieli chyba gości w domu, ona się upiła i poszła spać, a on do mnie przyszedł i został już do rana. Byliśmy tylko dla siebie. Cieszyliśmy się każdą wspólna chwilą, nawet tą skradzioną.
Po miesiącu naszych spotkań już wiedziałam, że go kocham. Pisaliśmy do siebie dziesiątki smsów i odliczaliśmy czas do zobaczenia się. Kiedy się dowiedział, że czuję to samo co on był bardzo poruszony.
Dopiero wtedy zaczęłam myśleć o zbliżeniu. Wcześniej nie byłam gotowa. Nie traktuję seksu jako sportu byle jak i z byle kim. Kilkakrotnie upewniał się czy jestem tego pewna czy naprawdę chcę.
Nie będę opisywać o szczegółach, ale było mi z nim dobrze, bo łączyło nas coś szczególnego, a nie sam akt.
Wtedy przyszło mi przez głowę, że może jak dostał to, co chciał, to mnie oleje i porzuci, ale nic takiego się nie stało. Nasz "związek" nadal kwitł.
To ponownie pozwoliło mi uwierzyć, że kocha mnie prawdziwie.
Tylko co dalej z nami będzie? Ta myśl mnie przerażała, w gruncie rzeczy spychałam ten problem pod dywan i nadal tkwiliśmy w tej sytuacji.
.....
W Sylwestra w domu byłam z mężem i dziećmi, koło północy mąż się upił, o dziwo obyło się bez żadnej jazdy z jego strony, powiedział mi tylko coś po cichu " wiem, że wolałabyś być z nim". Nie wiedziałam czy dobrze usłyszałam, czy to sumienie płata mi figle. Nie odezwałam się a on usnął.
Nigdy wcześniej nie dał mi znaku, że być może coś podejrzewa. Trochę to zbagatelizowałam.
...
Nadal spotykałam się z nim, czułam że mu na mnie zależy, czułam się potrzebna i kochana, aż do lutego .....