Lonely
ja zawsze powtarzałam, że strach paraliżuje. Jak się przestaniemy bać to zczniemy działać. A moze u Ciebie to jest tak, że romans uświadomił Ci, że możesz funkcjonować bez męża i dlatego jest lepiej?
Podobne tematy
197 2014-10-16 08:28:13 Ostatnio edytowany przez LonelyM (2014-10-16 08:44:39)
Lonely
ja zawsze powtarzałam, że strach paraliżuje. Jak się przestaniemy bać to zaczniemy działać. A moze u Ciebie to jest tak, że romans uświadomił Ci, że możesz funkcjonować bez męża i dlatego jest lepiej?
Widzisz, to nie sam strach, ja jestem odważna, nie boję się prawdy, nie boję się szczerości. To zaszczucie, zabójstwo mojej psychiki. Katuj psa, zadręczaj, terroryzuj, szantażuj, że jak coś zrobi to spotka go to i owo, rób to latami, systematycznie, małymi krokami nawet. A potem zostaw mu otwartą klatkę. Nawet nie ucieknie. Nie będzie umiał już normalnie funkcjonować bez swojej doli, bez swojego oprawcy. Będzie się dostosowywał do "opiekuna", żeby tylko było "pozornie" dobrze. To tak w skrócie. Nie mam na tyle wiedzy, żeby to profesjonalnie wytłumaczyć.
-----------------------------------------
może tak będzie łatwiej
"Syndrom sztokholmski to mechanizm przetrwania; jest walką o życie. Pojawia się w sytuacjach skrajnie traumatycznych..."
Ofiara:
- spostrzega, że jej przeżycie zależy od dobrej woli sprawcy;
- nie widzi możliwości ucieczki;
- dostrzega drobne uprzejmości ze strony sprawcy;
- jest izolowana od perspektyw odmiennych od perspektywy sprawcy.
"Oprawca może znęcać się psychicznie i fizycznie nad ofiarą, pokazując w ten sposób, że jej dalsze przeżycie jest zależne tylko i wyłącznie od jego woli. Ofiara nie może liczyć na pomoc innych ani ucieczkę. Z upływem czasu coraz lepiej poznaje sprawcę, wie, co wyzwala łańcuch agresywnych reakcji i co może temu zapobiec. Najmniejszy przejaw pozytywnych uczuć ze strony sprawcy sprawia, że ofiara zaczyna dostrzegać w nim wybawcę, a nawet przyjaciela.."
"
Wszystkie decyzje, jakie podejmuje ofiara, są podyktowane perspektywą sprawcy. Ofiara zastanawia się, co może zrobić, by zadowolić partnera, jak się zachować, żeby nie sprowokować wybuchu agresji. Jest osaczona przez jego potrzeby, pragnienia i przyzwyczajenia.
"Partner kontrolujący stara się izolować ofiarę od innych osób, które mogą chcieć jej pomóc i stosuje przy tym techniki manipulacyjne. Ofiara woli zerwać kontakt z najbliższymi, żeby nie wywoływać złości u partnera. Nie widzi możliwości zakończenia toksycznej relacji. Kiedy próbuje się wyzwolić, partner straszy ją, grozi popełnieniem samobójstwa, uprowadzeniem dzieci, podpaleniem domu itp. Sprawca odcina ofiarę od rodziny, przyjaciół, ale również od pieniędzy, więc ofiara wierzy, że nie ma za co, ani dokąd się udać. Osoba taka czuje się osamotniona, bezsilna, więc żyje dalej w toksycznym dla siebie układzie."
To jest bardzo rozległy temat, w którym jest wiele czynników ukazujących jak osoba zaszczuta postrzega swoje możliwości a raczej ich brak. Ja uwierzyłam, że nikt i nic mi nie pomoże. Miałam efekt domina, jak zrobię to, to z tego wyniknie to (coś gorszego)
Romans. Tak, obudził we mnie siłę. Pierwszy raz po 10 latach poczułam na nowo , że można żyć inaczej. Zaczęłam się budzić. Poczucie, ze można z kimś żyć i nie bać się go, że można być sobą w 100% i nie mieć wrażenia, że za każdy czyn, który nie spodoba się partnerowi nie poniesie się "kary". Jakbym odkryła inny świat.
W naszym przypadku; alkoholizm był zarządca i generatorem całego naszego życia. Wyzwalał wszystko, co najgorsze. Jakby nie on, nie byłoby tego wszystkiego. Ja przez to przestałam istnieć, mnie nie było. Byłam cieniem samej siebie.
To Twoje zdanie "Jak się przestaniemy bać to zaczniemy działać." 100% prawdy
----------------------------------------------
Mój mąż też był ofiarą swojej choroby, która tak zmieniała mu osobowość. Nie będę uczciwa, jeżeli nie stwierdzę, że to nie jest zły człowiek. To dobry człowiek. Ma wiele zalet i wyjątkowych wartości jak mało kto. Depresja z dzieciństwa, szpony nałogu go zeżarły. Po prostu połknęły go tworząc z niego "potwora". Sam nie umiał sobie pomóc. Nikt inny też nie potrafił. Ja nie miałam pojęcia jak działa cały ten mechanizm. Dla mnie to była premedytacja, no bo jak to; przecież my sami sterujemy swoim postępowaniem. No, niestety nie zawsze tak jest, ale mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Zostaliśmy wciągnięci w cały ten wir, w to bagno.
Musiało się, aż tyle wydarzyć, żeby coś drgnęło?
Trzeba na nowo nauczyć się żyć mając ten balast na własnej psychice.
Wiesz po co poszłam na terapię dla współuzależnionych?
Teraz, kiedy w sumie mogłabym utwierdzić się w przekonaniu, że już nie muszę się tak bać, bo nie pije. Właśnie po to, żeby mieć pewność, że nigdy więcej ten nurt mnie nie porwie, że muszę na nowo wgrać sobie całe oprogramowanie, żeby umieć żyć.
A decyzja o separacji bardzo nam to ułatwi, już widzę małe efekty.
Lonely JA też mam " Syndrom Sztokholmski " . Patrząc na swoje życie objawy są identyczne .A jego zdrada i znów zwalanie winy na mnie to tylko potwierdzenie .Dziwne ale to otworzyło Mi oczy .Pan musi wszystko wiedzieć zawsze być zadowolony a sługa zgadzać się z tym .To że szukam pomocy wzbudza w nim ogromną agresję .Nigdy bym się tego nie spodziewała .Ja też mogę stwierdzić że jest dobrym człowiekiem .Ale życie zrobiło z niego potwora .Teraz jak widzi że coś się zmienia i mu ofiara się wymyka znów próbuje swoich zagrywek .Temat bardzo rozległy .Teraz muszę poradzić sobie z uczuciami osoby zdradzonej .Chcę mu wybaczyć .Ale doszedł mi jeszcze ten problem .Nie wiem co zrobić czy skupić się na budowaniu życia po zdradzie czy wyrwaniu się z jego szpon .Mam nadzieję Ze wszyscy Ci mądrzy ludzie mi pomogą .Pozdrawiam.
Lonely JA też mam " Syndrom Sztokholmski " . Patrząc na swoje życie objawy są identyczne .A jego zdrada i znów zwalanie winy na mnie to tylko potwierdzenie .Dziwne ale to otworzyło Mi oczy .Pan musi wszystko wiedzieć zawsze być zadowolony a sługa zgadzać się z tym .To że szukam pomocy wzbudza w nim ogromną agresję .Nigdy bym się tego nie spodziewała .Ja też mogę stwierdzić że jest dobrym człowiekiem .Ale życie zrobiło z niego potwora .Teraz jak widzi że coś się zmienia i mu ofiara się wymyka znów próbuje swoich zagrywek .Temat bardzo rozległy .Teraz muszę poradzić sobie z uczuciami osoby zdradzonej .Chcę mu wybaczyć .Ale doszedł mi jeszcze ten problem .Nie wiem co zrobić czy skupić się na budowaniu życia po zdradzie czy wyrwaniu się z jego szpon .Mam nadzieję Ze wszyscy Ci mądrzy ludzie mi pomogą .Pozdrawiam.
Tu ci nie doradzę, sama musisz dojrzeć do decyzji na czym chcesz się skupić.
Ja zaczęłam od ratowania związku, ale niestety, poza chwilowym i złudnym poczuciu, że idzie do przodu nie udało się na chwilę obecną. Nie ma już chlania, ale jest dodatkowy bagaż obciążający psychikę, moja zdrada. I na tym (wg mnie niesłusznie) wszystko się skupia. To był błąd; ja nie mogłam będąc nadal "chora" leczyć "chory całokształt", dlatego zmieniłam taktykę i zaczynam od siebie. Już nie chcę usilnie naprawiać całego zła, a chcę prostować przyszłość. Nieważne z kim będę czy będę sama. Czuję, że tak muszę. I chcę.
Co do syndromu, ja to znalazłam u siebie w postaci zastraszenia i dało mi to odpowiedź dlaczego pozwoliłam na te wszystkie lata w koszmarze, bo przecież normalny człowiek nie postępowałby tak tylko już dawno uciekł.
Wczoraj mąż mnie przeprosił za poranne zachowanie. No dobra, ok, przyjmuję przeprosiny, nie będę kruszyć kopii o głupoty, tym bardziej, że wiem, że człowieka czasem ponosi jak ma presję, jak jest poirytowany i wszystko jest przeciwko niemu, puszczam w niepamięć, to tylko drobiazg, a myślę, że jednak jakieś wnioski wyciągnął.
Wieczorem było miło, w końcu normalnie, bez żadnych docinek, insynuacji, ze nawet poczułam wyrzuty , że zmieniłam taktykę odnośnie dalszego życia, ale nie zamierzam zmieniać obranego kursu, bo w ogólny rozrachunku tak będzie lepiej.
Trzymaj kurs.
Mąż wyciąga wnioski- czyli umie
Także to znak że dobrze robisz.
Trzymaj kurs.
Mąż wyciąga wnioski- czyli umie![]()
Także to znak że dobrze robisz.
Wiem, tak mniemam ![]()
A to motywuje dalej
Mruffka napisał/a:Trzymaj kurs.
Mąż wyciąga wnioski- czyli umie![]()
Także to znak że dobrze robisz.Wiem, tak mniemam
A to motywuje dalej
trzymam kciuki za wytrwałość ![]()
jak to dobrze pogodzić się z samą sobą - czujesz spokój?
ja jeszcze nie do końca, ale brakuje mi kilku % ![]()
amelka3007 napisał/a:Lonely JA też mam " Syndrom Sztokholmski " . Patrząc na swoje życie objawy są identyczne .A jego zdrada i znów zwalanie winy na mnie to tylko potwierdzenie .Dziwne ale to otworzyło Mi oczy .Pan musi wszystko wiedzieć zawsze być zadowolony a sługa zgadzać się z tym .To że szukam pomocy wzbudza w nim ogromną agresję .Nigdy bym się tego nie spodziewała .Ja też mogę stwierdzić że jest dobrym człowiekiem .Ale życie zrobiło z niego potwora .Teraz jak widzi że coś się zmienia i mu ofiara się wymyka znów próbuje swoich zagrywek .Temat bardzo rozległy .Teraz muszę poradzić sobie z uczuciami osoby zdradzonej .Chcę mu wybaczyć .Ale doszedł mi jeszcze ten problem .Nie wiem co zrobić czy skupić się na budowaniu życia po zdradzie czy wyrwaniu się z jego szpon .Mam nadzieję Ze wszyscy Ci mądrzy ludzie mi pomogą .Pozdrawiam.
Tu ci nie doradzę, sama musisz dojrzeć do decyzji na czym chcesz się skupić.
Ja zaczęłam od ratowania związku, ale niestety, poza chwilowym i złudnym poczuciu, że idzie do przodu nie udało się na chwilę obecną. Nie ma już chlania, ale jest dodatkowy bagaż obciążający psychikę, moja zdrada. I na tym (wg mnie niesłusznie) wszystko się skupia. To był błąd; ja nie mogłam będąc nadal "chora" leczyć "chory całokształt", dlatego zmieniłam taktykę i zaczynam od siebie. Już nie chcę usilnie naprawiać całego zła, a chcę prostować przyszłość. Nieważne z kim będę czy będę sama. Czuję, że tak muszę. I chcę.Co do syndromu, ja to znalazłam u siebie w postaci zastraszenia i dało mi to odpowiedź dlaczego pozwoliłam na te wszystkie lata w koszmarze, bo przecież normalny człowiek nie postępowałby tak tylko już dawno uciekł.
Wczoraj mąż mnie przeprosił za poranne zachowanie. No dobra, ok, przyjmuję przeprosiny, nie będę kruszyć kopii o głupoty, tym bardziej, że wiem, że człowieka czasem ponosi jak ma presję, jak jest poirytowany i wszystko jest przeciwko niemu, puszczam w niepamięć, to tylko drobiazg, a myślę, że jednak jakieś wnioski wyciągnął.
Wieczorem było miło, w końcu normalnie, bez żadnych docinek, insynuacji, ze nawet poczułam wyrzuty , że zmieniłam taktykę odnośnie dalszego życia, ale nie zamierzam zmieniać obranego kursu, bo w ogólny rozrachunku tak będzie lepiej.
Niezależnie od tego, czy masz poczucie, że robisz dobrze, czy czasami odwrotnie, ważne jest, abyś nie zbaczała z raz wytyczonej drogi.
Obecna postawa, paradoksalnie, może poprowadzić Wasze relacje do stopnia, może nie partnerstwa w związku, bo to bardzo trudne na tym etapie, ale ewentualnych przyszłych przyjaciół.
Od czegoś trzeba jednak zacząć.
LonelyM napisał/a:Mruffka napisał/a:Trzymaj kurs.
Mąż wyciąga wnioski- czyli umie![]()
Także to znak że dobrze robisz.Wiem, tak mniemam
A to motywuje dalejtrzymam kciuki za wytrwałość
jak to dobrze pogodzić się z samą sobą - czujesz spokój?ja jeszcze nie do końca, ale brakuje mi kilku %
jeszcze nie całkiem, ale jestem na najlepszej drodze
LonelyM napisał/a:amelka3007 napisał/a:Lonely JA też mam " Syndrom Sztokholmski " . Patrząc na swoje życie objawy są identyczne .A jego zdrada i znów zwalanie winy na mnie to tylko potwierdzenie .Dziwne ale to otworzyło Mi oczy .Pan musi wszystko wiedzieć zawsze być zadowolony a sługa zgadzać się z tym .To że szukam pomocy wzbudza w nim ogromną agresję .Nigdy bym się tego nie spodziewała .Ja też mogę stwierdzić że jest dobrym człowiekiem .Ale życie zrobiło z niego potwora .Teraz jak widzi że coś się zmienia i mu ofiara się wymyka znów próbuje swoich zagrywek .Temat bardzo rozległy .Teraz muszę poradzić sobie z uczuciami osoby zdradzonej .Chcę mu wybaczyć .Ale doszedł mi jeszcze ten problem .Nie wiem co zrobić czy skupić się na budowaniu życia po zdradzie czy wyrwaniu się z jego szpon .Mam nadzieję Ze wszyscy Ci mądrzy ludzie mi pomogą .Pozdrawiam.
Tu ci nie doradzę, sama musisz dojrzeć do decyzji na czym chcesz się skupić.
Ja zaczęłam od ratowania związku, ale niestety, poza chwilowym i złudnym poczuciu, że idzie do przodu nie udało się na chwilę obecną. Nie ma już chlania, ale jest dodatkowy bagaż obciążający psychikę, moja zdrada. I na tym (wg mnie niesłusznie) wszystko się skupia. To był błąd; ja nie mogłam będąc nadal "chora" leczyć "chory całokształt", dlatego zmieniłam taktykę i zaczynam od siebie. Już nie chcę usilnie naprawiać całego zła, a chcę prostować przyszłość. Nieważne z kim będę czy będę sama. Czuję, że tak muszę. I chcę.Co do syndromu, ja to znalazłam u siebie w postaci zastraszenia i dało mi to odpowiedź dlaczego pozwoliłam na te wszystkie lata w koszmarze, bo przecież normalny człowiek nie postępowałby tak tylko już dawno uciekł.
Wczoraj mąż mnie przeprosił za poranne zachowanie. No dobra, ok, przyjmuję przeprosiny, nie będę kruszyć kopii o głupoty, tym bardziej, że wiem, że człowieka czasem ponosi jak ma presję, jak jest poirytowany i wszystko jest przeciwko niemu, puszczam w niepamięć, to tylko drobiazg, a myślę, że jednak jakieś wnioski wyciągnął.
Wieczorem było miło, w końcu normalnie, bez żadnych docinek, insynuacji, ze nawet poczułam wyrzuty , że zmieniłam taktykę odnośnie dalszego życia, ale nie zamierzam zmieniać obranego kursu, bo w ogólny rozrachunku tak będzie lepiej.
Niezależnie od tego, czy masz poczucie, że robisz dobrze, czy czasami odwrotnie, ważne jest, abyś nie zbaczała z raz wytyczonej drogi.
Obecna postawa, paradoksalnie, może poprowadzić Wasze relacje do stopnia, może nie partnerstwa w związku, bo to bardzo trudne na tym etapie, ale ewentualnych przyszłych przyjaciół.
Od czegoś trzeba jednak zacząć.
no, mam nadzieję i to wielką, że wytrwam
niezależnie od przyszłości , z mężem chcę naprawić stosunki, po to, żeby normalnie funkcjonować, a z kim będę to pokaże życie, może nawet będę sama, mam taką głupią ideę - co nam pisane, to nas nie ominie - i nie jest ona jedynym wyznacznikiem, bo tak czy tak życiu należy trochę pomagać
Trudno będzie streścić to wszystko w jednym wątku, więc może podzielę to na etapy, bo nie wiem czy mam siłe, by to wszystko sensownie opisać. Może każdego dnia uzupełnię wpis, może ktoś ze mną porozmawia, zrozumie, skrytykuje i pozwoli to wszystko zrozumieć.
rozdział 1: wprowadzenie
--------------
Powinnam iść do psychologa, ale nie znam i nie znalazłam odpowiedniego, któremu mogę zaufać i tłamszę to wszystko w sobie, bo nie mam komu się zwierzyć, wygadać. Z każdym dniem jest coraz ciężej, może tu znajdę jakieś refleksje i sens.Kim jestem?
Mam na imię ....................., nie, to w sumie nieważne. Mam trzydzieści lat z groszami i nie wiem, co dalej zrobić ze swoim życiem.
Narozrabiałam.
Nie zamierzam się wybielać, choć pewne rzeczy były następstwem całego mojego/naszego życia.Zdradziłam męża.
To nie była tylko jednorazowa przygoda, skok w bok z nudów czy dla przyjemności. Wdałam się w romans, bo się zakochałam. Miałam nielekkie życie, sporo w tym mojej własnej winy, co nie zmienia faktu, że było źle. Wtedy pojawił się on.
Broniłam się przed tym, nigdy nie podejrzewalam, że mnie to spotka, już nawet pogodziłam się z tym, że jestem nieszczęśliwa, ale stało się.Niedługo minie 2 lata od kiedy to się działo. To było ciężkie pół roku mojego/naszego życia.
Dziś nadal to we mnie tkwi i nie potrafię się z tym uporać. Nie potrafię sobie wybaczyć, że tak postąpiłam, ale też nie potrafię zapomnieć o nim.
Próbujemy z mężem dalej żyć i choć mnie kocha, nie wybaczy mi tego.
A ja jestem rozdarta.
W którą stronę iść?
Z nim nie mam kontaktu od ponad roku, ale tęsknię.
Nie chcę też ponownie skrzywdzić męża, bo mi na nim zależy. Skrzywdziliśmy się nawzajem, zrobił mi wiele złego, ale też wiele dobrego.
Czego nie postanowię, nie będzię to dobre rozwiązanie.Jak to wszystko przetrwać i jaki wybrać kierunek dalszej drogi?
Znów czepiają się mnie wyrzuty, że napisałam to wszystko. Nie, nie żałuję, bo to było potrzebne, żeby w końcu uwolnić się od traumy i tego balastu, który zawsze musiałam dusić w sobie dla źle postrzeganego ogólnego dobra, ale jakaś słaba cząstka mnie próbuje zataić problem, fakty i zamieść pod dywan, bo to upokarzające i pokazujące, że mąż miał takie oblicze.
Znów podświadomie mój mózg próbuje mnie oszukać i zasłonić, usprawiedliwiać jego postępowanie, że przecież nie był tylko zły[ " ofiara dostrzega drobne uprzejmości ze strony sprawcy;"]
Tak robiłam zawsze, niełatwo się tego oduczyć.
Wiem, że dużo pracy przede mną skoro nadal dopadają mnie takie wątpliwości. Nie, siły nie straciłam. Idę dalej. Efekty są, więc warto. I tego się trzymam.
Człowiek, który nie może być sobą nigdy nie będzie szczęśliwy.
hmmm myślę, że nie powinnaś czytac tego co napisałaś - to było naprawdę "ciężkie" nawet dla czytającego - bynajmniej dla mnie
nie wracaj do tego - ktoś napisał , że pisał listy, a póżniej je palił - i to była jego forma oczyszczenia
ja wczoraj za postaem starr'a przeczytałam swój pierwszy wpis - i nie chcę już tego ponownie robić - wyrzuciłam z siebie, jest lepiej i zaczynam od początku.
trzymaj się ciepło ![]()
hmmm myślę, że nie powinnaś czytac tego co napisałaś - to było naprawdę "ciężkie" nawet dla czytającego - bynajmniej dla mnie
nie wracaj do tego - ktoś napisał , że pisał listy, a póżniej je palił - i to była jego forma oczyszczenia
ja wczoraj za postaem starr'a przeczytałam swój pierwszy wpis - i nie chcę już tego ponownie robić - wyrzuciłam z siebie, jest lepiej i zaczynam od początku.
trzymaj się ciepło
nie wątpię, że jest to ciężkie, mało tego - na pewno jest
uzyskałam swój cel - jak to napisałaś "oczyściłam" się z wiecznie chowanego żalu - wygadałam się, pomogło dużo
nie przeczytałam jeszcze całości jednym tchem, zaczynam i uciekam - trochę się boję na nowo to przejść, ale to zrobię, bo czuję, że potrzebuję, mam coś z masochistki, ale muszę się z tym zmierzyć, nie będe uciekać, bo to bardziej zaszkodzi niż pomoże
a potem już nie będę oglądać sie za siebie
Początkowo miałam dać mężowi do przeczytania całą historię, żeby zrozumiał jak to wyglądało z mojej strony, ale zrezygnowałam.
On jest trzeźwiejącym alkoholikiem, dodatkowo na depresantach. To byłby zamach albo gwóźdź do powrotu do punktu wyjścia, a tego robić mi nie wolno. Moją opinię popiera nawet psycholog.
Mąż doskonale zdaje sobie sprawę ze swoich win. Jedyne co mogłam zrobić to tylko wyostrzyć pewien sens.
Ostatnio powiedziałam mu "nie wiesz co mi zrobiłeś naprawdę, nie możesz wiedzieć, nie masz pojęcia, nie dlatego, że wypierasz czy umniejszasz, ale to po prostu nie jest możliwe, ponieważ ten największy dramat, który mi zgotowałeś robiłeś będąc w takim stanie, że nawet nie miałeś świadomości, co wyprawiasz..." Takie są fakty.
Ja wybaczyłam mu wszystko. Może i jestem głupia, ale wybaczam i wyrzucam całe zło w otchłań jak ktoś pokaże, że na to zasługuje. Wolę mieć więcej miejsca w sercu na wartościowe rzeczy, niż chowanie urazy. Podkreśliłam grubą krechą i nie wracam do tego, a mój wątek był moim ostatecznym rozliczeniem się z tym. Koniec.
On na to zasługuje, a to co mi robił ostatnio, to jest inny temat. Tamto dla mnie jest naprawione.
I teraz wszystko rozchodzi się, że po tym całokształcie niestety nigdy nic nie będzie takie samo. To jest cena, nieunikniona.
Każdy z nas musi na nowo odnaleźć swoja drogę , nawet jeśli rozejdziemy się bezpowrotnie. To też jest cena.
Nie będę winić nikogo, ani siebie, ani jego. To życie i okoliczności nas zniszczyło. Tak też bywa.
Ważne by dalej robić wszystko, co się da, żeby reszta życia nie była pomyłką.
Trzeba iść dalej, z optymizmem.
210 2014-10-17 10:26:24 Ostatnio edytowany przez laru (2014-10-17 10:27:23)
Nie jesteś głupia
Przeszłaś wiele i o to jesteś teraz bogatsza, chociaż nikt takich skarbów dobrowolnie nie szuka
Wyzwalacz Twoich zmian nie był najwyższych lotów, ale był skuteczny. Mądrze trzymaj się obranej drogi - separacja, znajdź pracę, bez oglądania się na męża (w końcu jesteście w separacji) i szukaj wewnętrznego spokoju, a znajdziesz prawdziwe szczęście.
Formy oczyszczania, zaczynania od nowa i resetowania zostaw zapalonym graczom. To co się stało, to też część Ciebie i ktoś za to jak sobie z tym poradziłaś na pewno również Cię pokocha.
i staraj się nie robić już więcej niczego przez co sama albo ktoś mógłby stracić szacunek do Ciebie ![]()
Nie jesteś głupia
Przeszłaś wiele i o to jesteś teraz bogatsza, chociaż nikt takich skarbów dobrowolnie nie szuka
Wyzwalacz Twoich zmian nie był najwyższych lotów, ale był skuteczny. Mądrze trzymaj się obranej drogi - separacja, znajdź pracę, bez oglądania się na męża (w końcu jesteście w separacji) i szukaj wewnętrznego spokoju, a znajdziesz prawdziwe szczęście.
Formy oczyszczania, zaczynania od nowa i resetowania zostaw zapalonym graczom. To co się stało, to też część Ciebie i ktoś za to jak sobie z tym poradziłaś na pewno również Cię pokocha.
i staraj się nie robić już więcej niczego przez co sama albo ktoś mógłby stracić szacunek do Ciebie
Dzięki
Wezmę sobie ten tekst do serca
Powtórzę zą Laru - nie jesteś głupia.
To, że wybaczyłaś mężowi oznacza, że jesteś empatyczna i świadoma własnych słabości.
Stąd już tylko krok do wybaczenia sobie, zarówno bezsensownego trwania w tak toksycznym związu, jak i zdrady, było nie było, w trakcie małżeństwa.
Życzę Ci, Lonely, abyś doszła do wniosku, kiedyś, że to wszystko złe, co przeżyłaś i co stało się przedmiotem Twojej "spowiedzi" pozostało jedynie mglistym wspomnieniem, które nie będzie zatruwać nowej, lepszej przyszłości.
Nie rozklejaj się więc i powodzenia.
Serdecznie pozdrawiam
Przeczytałem wszystkie wpisy do końca. Chyba to koniec wątku?
Wypowiedziałem się w początkowej fazie. Czy bym coś zmienił?
Pewnie tak... kosmetyczne zmiany - mąż wiedział... moja wizualizacja Twoich emocji - bez zmian...
Tamtego małżeństwa nie da się odbudować, ale można stworzyć coś innego - nowego, o ile będzie taka Wasza wola i decyzja.
Dalszych trafnych wyborów życzę
Przeczytałem wszystkie wpisy do końca. Chyba to koniec wątku?
Wypowiedziałem się w początkowej fazie. Czy bym coś zmienił?
Pewnie tak... kosmetyczne zmiany - mąż wiedział... moja wizualizacja Twoich emocji - bez zmian...
Tamtego małżeństwa nie da się odbudować, ale można stworzyć coś innego - nowego, o ile będzie taka Wasza wola i decyzja.
Dalszych trafnych wyborów życzę
Dziękuję.
Koniec jak koniec. Na pewno koniec pewnego etapu, a dalsze losy rozegra życie, ale to już inna kwestia
Powtórzę zą Laru - nie jesteś głupia.
To, że wybaczyłaś mężowi oznacza, że jesteś empatyczna i świadoma własnych słabości.
Stąd już tylko krok do wybaczenia sobie, zarówno bezsensownego trwania w tak toksycznym związu, jak i zdrady, było nie było, w trakcie małżeństwa.
Życzę Ci, Lonely, abyś doszła do wniosku, kiedyś, że to wszystko złe, co przeżyłaś i co stało się przedmiotem Twojej "spowiedzi" pozostało jedynie mglistym wspomnieniem, które nie będzie zatruwać nowej, lepszej przyszłości.
Nie rozklejaj się więc i powodzenia.Serdecznie pozdrawiam
Wiem. Nie jestem głupia, nie będzie fałszywej skromności. Waham się czasem, bo jak sobie wytłumaczyć, że ktoś taki jak ja, kto kiedyś miał wszelkie cechy przywódcze, mocną siłę przebicia, mocny charakter potrafił z lwa zamienić się w nieudolną myszkę. Może to właśnie to wysokie mniemanie o sobie mnie zgubiło, ponieważ nie potrafiłam przyznać się, że jednak nie jestem taka silna jak mnie wszyscy postrzegają, bo byłoby to zbyt upokarzające, co w rezultacie doprowadziło mnie do parteru.
Wybaczyłam, bo zasłużył. Odzyskuję dawną siebie, może nawet lepszą wersję, bo kopy od życia dały mi więcej wartościowych cech, nauczyły pokory, empatii i w ogóle wyższych uczuć.
Ten cały koszmar zamykam, przeszłości nie zmienię, a jeśli nie mamy wpływu, żeby zło (minusy) się odstało to trzeba doszukać się w tym czegoś pozytywnego (plusy), co zyskaliśmy dobrego dzięki temu cierpieniu.
Osądzając samą siebie; moje postępowanie było niemoralne, wbrew temu, co najbardziej cenię, często myślę- jak ja mogłam, to nie mogłam być ja - źle mi z tą szczyptą nieświadomej hipokryzji - jedno mówiłam, jedno hołdowałam, a zrobiłam jak zrobiłam . Usprawiedliwiam się, że to instynkt dążenia do odrobiny szczęścia, nie oszukujmy się, każdy chce być szczęśliwy, przykro mi, że w taki sposób, ale na tamten czas (moja bardzo słaba psychika) i tamte okoliczności (sytuacja życiowa) nie miałam innej możliwości, nie potrafiłam inaczej.
Nie wiem czy sobie wybaczę, ale muszę nauczyć się pogodzić ze sobą i zaakceptować swoje czyny.
Nadal będę dążyć do swojego szczęścia, ale teraz już mogę zrobić tak jak powinnam.
Trochę dziwnie się czuję.
Zaczynam zdawać sobie sprawę, że odczuwam taki spokój, jakiego nie zaznałam od nastu lat. Zapomniałam już jak to jest. Taki komfort psychiczny, takie niby nic, a dla mnie coś nowego, niesamowitego.
Zaczynam wierzyć, że za pewien czas będę wreszcie tam, gdzie chciałam być, bo wcześniej jakbym żyła nie swoim życiem.
Czy kanarek z klatki będzie potrafił na nowo żyć na wolności?
Wbrew wszelkim przeciwnościom powinien sobie poradzić, choć nie raz i nie dwa złamie sobie skrzydło po drodze, ale ma wolę życia.
LonelyM, coś mi się wydaje że mamy wiele cech wspólnych. Nasi mężowie, na całe szczęście, zupełnie inni.
Przeczytałam Twój topić, bardzo bym chciała być teraz w tym miejscu, gdzie Ty.
Niestety nie jestem nawet w połowie, nawet w 1/4 nie.
Życzę sobie, by któregoś dnia się obudzić i faktycznie poczuć spokój.
Jak na złość wybaczenie sobie okazuje się najtrudniejszą rzeczą, z jaką dotąd zmierzyłam się w całym moim życiu.
Z teorii jestem świetnie obcykana, gorzej z praktyką.
Wiem że nijak nie ruszę do przodu, póki te wszystkie ciemne emocje nie ustąpią miejsca czemuś lepszemu.
Powodzenia Lonely
xx
218 2014-10-18 13:41:23 Ostatnio edytowany przez LonelyM (2014-10-18 13:50:52)
LonelyM, coś mi się wydaje że mamy wiele cech wspólnych. Nasi mężowie, na całe szczęście, zupełnie inni.
Przeczytałam Twój topić, bardzo bym chciała być teraz w tym miejscu, gdzie Ty.
Niestety nie jestem nawet w połowie, nawet w 1/4 nie.
Życzę sobie, by któregoś dnia się obudzić i faktycznie poczuć spokój.
Jak na złość wybaczenie sobie okazuje się najtrudniejszą rzeczą, z jaką dotąd zmierzyłam się w całym moim życiu.
Z teorii jestem świetnie obcykana, gorzej z praktyką.
Wiem że nijak nie ruszę do przodu, póki te wszystkie ciemne emocje nie ustąpią miejsca czemuś lepszemu.
Powodzenia Lonelyxx
Dużego powera dał mi właśnie ten wątek, może dla kogoś to śmieszne, niepoważne, taka autoterapia, ale jak widać dusiłam się tym wszystkim w sobie i dopiero tutaj mogłam to wypluć. Cały żal, całą rozpacz z kilkunastu lat. Pisząc przeanalizowałam całe swoje życie i coś mnie olśniło. Nie umiem tego wytłumaczyć.
Żałuję tylko, że tak późno. Wcześniej nie miałam odpowiednich narzędzi (wpadałam w bagno gdzieś od 2002r.), internetu, bliskich osób i w ogóle żadnego wsparcia, ani pojęcia, że można sobie pomóc.
Nie stąpam jeszcze twardo , nie ma tak łatwo, nie da się odzyskać kilkunastu lat życia i siebie w zaledwie parę dni, ale myślę, że sukcesywnie do celu.
Mam jeszcze pewną i dość poważną bolączkę; boję się iż, żeby więcej nie skrzywdzić będę musiała skrzywdzić siebie.
219 2014-10-18 15:51:40 Ostatnio edytowany przez Elle88 (2014-10-18 15:52:32)
Nie wiem czy sobie wybaczę, ale muszę nauczyć się pogodzić ze sobą i zaakceptować swoje czyny.
Jeśli potrafisz przyznać się do swoich błędów - za co masz u mnie szacunek - tzn., że wzięłaś już całą SWOJĄ część odpowiedzialności.
Żeby sobie wybaczyć wcale nie musisz do tego celu mieć ani przyzwolenia męża w postaci słów "Tak, Kochana, ja też Ci przebaczam - te naście lat odpokutowałaś już swoją winę..wspaniałomyślnie Ci więc odpuszczam." i krzyżyk na czółko
, ani brać na siebie winy w całości.
Ale o tym wiesz.
Dostęp do przebaczenia jest zawsze tylko w naszej głowie, nie potrzeba do tego osoby poszkodowanej (czy oprawcy, przed którym się kajamy), liczy się tylko to czy dajemy sobie na to 'przyzwolenie' i to jest inna bajka.
Każdy ustala ze sobą swoje warunki, które uważa, że musi spełnić by to przebaczenie móc sobie dać.
Dla mnie te warunki nie różnią się niczym od tych, które trzeba spełnić by podnieść świadomość - bo to w istocie jedno i to samo: Rozumiesz swoje błędy, bierzesz za nie odpowiedzialność (tzn. decydujesz się ich nie powtarzać i dobrze rozumiesz dlaczego - więc jest gwarancja, że to nie puste słowa) i z tego miejsca możesz tylko iść wyżej. Poczucie winy tylko by ten rozwój zatrzymywało.
Z tej perspektywy przebaczenie jest jedynym słusznym wyborem ![]()
Nie wiem czy sobie wybaczę, ale muszę nauczyć się pogodzić ze sobą i zaakceptować swoje czyny.
Jeśli potrafisz przyznać się do swoich błędów - za co masz u mnie szacunek - tzn., że wzięłaś już całą SWOJĄ część odpowiedzialności.
Żeby sobie wybaczyć wcale nie musisz do tego celu mieć ani przyzwolenia męża w postaci słów "Tak, Kochana, ja też Ci przebaczam - te naście lat odpokutowałaś już swoją winę..wspaniałomyślnie Ci więc odpuszczam." i krzyżyk na czółko, ani brać na siebie winy w całości.
Ale o tym wiesz.Dostęp do przebaczenia jest zawsze tylko w naszej głowie, nie potrzeba do tego osoby poszkodowanej (czy oprawcy, przed którym się kajamy), liczy się tylko to czy dajemy sobie na to 'przyzwolenie' i to jest inna bajka.
Każdy ustala ze sobą swoje warunki, które uważa, że musi spełnić by to przebaczenie móc sobie dać.Dla mnie te warunki nie różnią się niczym od tych, które trzeba spełnić by podnieść świadomość - bo to w istocie jedno i to samo: Rozumiesz swoje błędy, bierzesz za nie odpowiedzialność (tzn. decydujesz się ich nie powtarzać i dobrze rozumiesz dlaczego - więc jest gwarancja, że to nie puste słowa) i z tego miejsca możesz tylko iść wyżej. Poczucie winy tylko by ten rozwój zatrzymywało.
Z tej perspektywy przebaczenie jest jedynym słusznym wyborem
I dlatego jeśli o mnie chodzi tylko się potwierdza, że z teorii zdałabym celująco ![]()
Gorzej z wprowadzeniem tego w czyny, chociaż ja mam dużo łatwiej od Lonely. Mój mąż nie rzuca obelgami, nie pije. Zbiera się. Mamy dość dobry, jak na te warunki kontakt. Tyle że we mnie to wszytko strasznie siedzi. Nie mogę jeszcze puścić się przeszłości, myśli o wyrządzonej przeze mnie krzywdzie gdzieś zawsze z tyłu głowy. Non stop. Chyba sama sobie wymierzam karę w ten sposób.
Może to część procesu, który w konsekwencji doprowadzi mnie do bycia lepszym człowiekiem. Zyczylabym tego wszystkim, którzy zdradzili.
Teorię od praktyki różni stopień niezachwianej niczym wiary w słuszność tego, co mamy zamiar zrobić.
Jeśli gdzie pomiędzy występuje dysonans w postaci wątpliwości co do tego czy spełniliśmy 'warunki', o których pisałam post wyżej, albo czy po drugiej str. zostały spełnione inne warunki - to przejście do praktyki jest skutecznie zablokowane.
Tu nie potrzeba żadnej 'magii'. By przejść do kolejnego etapu wystarczy podnieść świadomość. Tylko tyle i aż tyle ![]()
Nie wiem czy sobie wybaczę, ale muszę nauczyć się pogodzić ze sobą i zaakceptować swoje czyny.
Jeśli potrafisz przyznać się do swoich błędów - za co masz u mnie szacunek - tzn., że wzięłaś już całą SWOJĄ część odpowiedzialności.
Żeby sobie wybaczyć wcale nie musisz do tego celu mieć ani przyzwolenia męża w postaci słów "Tak, Kochana, ja też Ci przebaczam - te naście lat odpokutowałaś już swoją winę..wspaniałomyślnie Ci więc odpuszczam." i krzyżyk na czółko, ani brać na siebie winy w całości.
Ale o tym wiesz.Dostęp do przebaczenia jest zawsze tylko w naszej głowie, nie potrzeba do tego osoby poszkodowanej (czy oprawcy, przed którym się kajamy), liczy się tylko to czy dajemy sobie na to 'przyzwolenie' i to jest inna bajka.
Każdy ustala ze sobą swoje warunki, które uważa, że musi spełnić by to przebaczenie móc sobie dać.Dla mnie te warunki nie różnią się niczym od tych, które trzeba spełnić by podnieść świadomość - bo to w istocie jedno i to samo: Rozumiesz swoje błędy, bierzesz za nie odpowiedzialność (tzn. decydujesz się ich nie powtarzać i dobrze rozumiesz dlaczego - więc jest gwarancja, że to nie puste słowa) i z tego miejsca możesz tylko iść wyżej. Poczucie winy tylko by ten rozwój zatrzymywało.
Z tej perspektywy przebaczenie jest jedynym słusznym wyborem
Jest tak jak piszesz tylko najtrudniej przekonać samą siebie
Dobrze, ze już poniedziałek, ostatnio weekendy bardzo mnie męczą.
Mąż jest obrażony o moją decyzję (choć sam tego chciał od pół roku), ale stara się to ukrywać poprzez dystans i obojętność.
Powiedziałam, że czas pokaże dokąd nas to doprowadzi i czy będzie to wspólny kierunek. Próbowaliśmy to naprawić po mojemu (przyznaję, moje przymuszanie) i nie udało się przez jego podejście (rozumiem, że nie potrafił, choć mam inne zdanie, no ale nikt nie musi być mną ). Więc w takim razie zdecydowałam się na jego sposób godząc się na separację jak chciał. To faktycznie najlepsze wyjście, po co mamy dusić się nawzajem. Teraz ma mi to złe. No, trudno. Jeden sposób zawiódł , mój, to zrobimy inaczej. I muszę się tego trzymać, choć jest on mistrzem odwracania kota ogonem.
" teraz jesteś wolna jak zawsze tego chciałaś" - wywoływanie poczucia winy u mnie
Nie mam zamiarów wdawać się w żadne gierki, zbyt często mu się to udaje wobec mojej osoby.
Powiedziałam, że tak będzie najzdrowiej i teraz walczę o swoje zdrowie psychiczne. Nie będę już żebrać o wybaczenie. ile mogłam, to zrobiłam, żeby to naprawić.
Nie chcę skończyć jak jego matka. To go chyba ugryzło - nic nie powiedział, wie, że mam rację.
Teściowa to dobra kobieta, zawsze żyła tak, żeby wszystkim robić "dobrze" zapominając całkowicie o sobie. Błędne spostrzeganie czynienia dobra obróciło się przeciwko niej. Nie wolno poświęcać całej siebie dla ogólnego dobra, bo to się zemści. Konstrukcja naszej psychiki na to nie pozwoli.
Miała mi za złe wszystko, że dla dzieci powinnam tylko myśleć o tym, a nie o choćby odrobinie własnego szczęścia i odmianie życia. Nie miała na myśli naprawiania a o odnajdywaniu się w sytuacji.
!#@%$ a co ja robiłam przez te naście lat? I co mi to dało? Nic. Koszmar i dno.
A ona co zyskała? Jeszcze większe gówno. Rezygnując całkowicie z siebie w rezultacie jest prawie na dnie. Mąż (nadal oficjalny) zostawił ją w koszmarnych kłopotach 20 lat temu. Nie ułożyła sobie życia wolała żyć z piętnem cierpiętnicy, niż cokolwiek zrobić. Dziś jest sama, dzieci dorosłe, poszły w swoją stronę, a ona nadal daje się wszystkim wokół wykorzystywać , bo ona "niczego nie potrzebuje" Gówno prawda. Ze współuzależnienia wpadła w uzależnienie i okropną depresję. Chyba nie bez powodu? Codziennie do poduszki pije, bo jej źle, bo czuje się samotna, niepotrzebna i wykorzystywana, a nadal robi tak samo źle jak robiła tylko teraz w takim stanie ciężej będzie jej się podnieść. Nie warto poświęcać wszystkiego, bo to się na ogół źle kończy.
Mogę jej odrobinę pomóc, mimo, że to ja, ta najgorsza ze wszystkich nich, widzę, że mimo to lgnie do mnie, bo chcąc nie chcąc wie, że ja jestem inna niż wszyscy oni. Pomogę na tyle ile mogę nie tracąc z siebie za dużo. Tak po ludzku, bo nie zamierzam dobierać sobie następnego ciężaru na kark. Tak, jest to egoistyczne, ale ma czwórkę dzieci przede wszystkim, a ja jestem obca i muszę mieć inne priorytety.
Ja z siebie nie zrobię świętej i nie zamierzam poświęcać wszystkiego dla źle pojmowanego dobra.
Wszędzie potrzebna jest równowaga. I w robieniu dobroci i w dbaniu o siebie.
-----------------------------------------------------------------------
Męczy mnie ta oschła atmosfera w domu, ale to przejdzie. Nauczymy się nowej sytuacji. Wierzę.
224 2014-10-20 16:08:29 Ostatnio edytowany przez Elle88 (2014-10-20 16:09:39)
Wiesz, co Ci powiem a propos 'oschłej atmosfery w domu' .. Przynajmniej teraz jest prawdziwie
wiem, że boli i męczy, ale wreszcie oboje zachowujecie się ADEKWATNIE do tego co się wydarzyło i co czujecie. Wcześniej była jedna wielka szopka: Ty się przymuszałaś albo uciekałaś w swoje drugie życie, mąż - uciekał w alkohol i odwracał uwagę od głównego problemu z agresją. A w tym wszystkim oboje nie mogliście odreagować prawdziwych emocji w stosunku do siebie, bo odreagować można tylko w sposób JAWNY.
Teraz to wreszcie robicie: jest i dystans i żal i złość i obojętność, pretensje (już coraz rzadziej chyba
) ..dzięki temu mogła zaistnieć ta przestrzeń, w której mąż potrafi czasem spuścić głowę z pokora na Twoje słowa, a nie reaguje jak wcześniej odgryzając się.
Nikt nie ma już nic do ugrania swoim poprzednim sposobem zachowania, bo wszystkie karty są odkryte. I o to chodzi.
To jest ten etap, że jest ponuro i szaro, ale w inny sposób niż wcześniej - teraz jest na to pełne przyzwolenie.
Jeśli ktoś ma wątpliwości: A jaka to różnica? Tak było źle i teraz jest źle, to na czym polega poprawa?
Ano na tym, że coś zostało wreszcie 'wystawione na pełne światło' świadomości, wylazło z cienia - dostało pełną akceptację. A to powoduje, że "siła rażenia" takiego jawnie przeżywanego stanu jest o wiele słabsza niż to się dzieje "z partyzanta" i szybciej minie, ustępując miejsca kolejnym emocjom.
Jak to się mówi: Gorzej już nie będzie, LonelyM.
Choć na dobrą sprawę, biorąc pod uwagę to wszystko co się wydarzyło, w mojej opinii, patrząc z boku i lekkiego dystansu - jest lepiej ![]()
Wiesz, co Ci powiem a propos 'oschłej atmosfery w domu' .. Przynajmniej teraz jest prawdziwie
wiem, że boli i męczy, ale wreszcie oboje zachowujecie się ADEKWATNIE do tego co się wydarzyło i co czujecie. Wcześniej była jedna wielka szopka: Ty się przymuszałaś albo uciekałaś w swoje drugie życie, mąż - uciekał w alkohol i odwracał uwagę od głównego problemu z agresją. A w tym wszystkim oboje nie mogliście odreagować prawdziwych emocji w stosunku do siebie, bo odreagować można tylko w sposób JAWNY.
Teraz to wreszcie robicie: jest i dystans i żal i złość i obojętność, pretensje (już coraz rzadziej chyba) ..dzięki temu mogła zaistnieć ta przestrzeń, w której mąż potrafi czasem spuścić głowę z pokora na Twoje słowa, a nie reaguje jak wcześniej odgryzając się.
Nikt nie ma już nic do ugrania swoim poprzednim sposobem zachowania, bo wszystkie karty są odkryte. I o to chodzi.
To jest ten etap, że jest ponuro i szaro, ale w inny sposób niż wcześniej - teraz jest na to pełne przyzwolenie.Jeśli ktoś ma wątpliwości: A jaka to różnica? Tak było źle i teraz jest źle, to na czym polega poprawa?
Ano na tym, że coś zostało wreszcie 'wystawione na pełne światło' świadomości, wylazło z cienia - dostało pełną akceptację. A to powoduje, że "siła rażenia" takiego jawnie przeżywanego stanu jest o wiele słabsza niż to się dzieje "z partyzanta" i szybciej minie, ustępując miejsca kolejnym emocjom.Jak to się mówi: Gorzej już nie będzie, LonelyM.
Choć na dobrą sprawę, biorąc pod uwagę to wszystko co się wydarzyło, w mojej opinii, patrząc z boku i lekkiego dystansu - jest lepiej
tak, tak, tak
mimo wszystko jest mi dobrze, cały czas mijaliśmy się, a teraz w ogólnym rozrachunku czuję się spokojna - zresztą ile można się tak przepychać? Staruję od nowa, w końcu po swojemu
doły są, ale trwam i idę, a to już duży postęp
chciałabym być tak mądra jak Ty - gdzie można nabyć takie cechy potrzebne do analizowania sobie życia w ten sposób? ![]()
Chyba powinnaś być psychologiem.
226 2014-10-20 17:46:25 Ostatnio edytowany przez Elle88 (2014-10-20 17:48:43)
Moim zdaniem prawie każdy -za wyjątkiem psychofagów
(ze względu na genetyczne uwarunkowania, które uniemożliwiają odczuwanie tego co 'normalny' człowiek) jest w stanie stać się swoim własnym ekspertem/doradcą od inteligencji emocjonalnej i budowania relacji, trzeba tylko mieć dobry zmysł obserwacyjny do emocji i faktów i rozumieć jak na siebie wzajemnie wpływają.
Na psychologa się nie nadaję, bo nie mam na tyle cierpliwości. Poza tym, odpowiadam wybiórczo i czasem mało dyplomatycznie - to mnie w tym fachu skutecznie dyskwalifikuje ![]()
Ale chciał nie chciał, zawodowo, też pomagam ludziom rozwiązywać problemy, tylko może nie aż tak głębokie.
Taka karma ![]()
A Ty jesteś mądra i coraz bardziej świadoma. Sposób w jaki piszesz, formułujesz myśli bardzo wyraźnie na to wskazuje.
Niedługo dojdziesz i do tego, że nie ma żadnej Przyszłości, co to się na nią wciąż człowiek gotuje całe życie albo czeka..i wtedy dopiero jest poczucie błogości i luz ![]()
Bardzo mądry tekst. Ja, Elle, nazywałbym ten obecny stan relacji między Lonely i jej mężem, "efektem
odmulenia basenu".
Woda nie jest przejrzysta, bo zmętniała, co prawda, ale już nie cuchnie.
Także myślę, że między nimi będzie już tylko lepiej.
Czy to "lepiej" oznaczać będzie budowę nowego związku, czy ostateczne, w miarę zgodne rozstanie, pokaże czas.
Pozdrawiam
Moim zdaniem prawie każdy -za wyjątkiem psychofagów
(ze względu na genetyczne uwarunkowania, które uniemożliwiają odczuwanie tego co 'normalny' człowiek) jest w stanie stać się swoim własnym ekspertem/doradcą od inteligencji emocjonalnej i budowania relacji, trzeba tylko mieć dobry zmysł obserwacyjny do emocji i faktów i rozumieć jak na siebie wzajemnie wpływają.
Na psychologa się nie nadaję, bo nie mam na tyle cierpliwości. Poza tym, odpowiadam wybiórczo i czasem mało dyplomatycznie - to mnie w tym fachu skutecznie dyskwalifikuje
Ale chciał nie chciał, zawodowo, też pomagam ludziom rozwiązywać problemy, tylko może nie aż tak głębokie.
Taka karmaA Ty jesteś mądra i coraz bardziej świadoma. Sposób w jaki piszesz, formułujesz myśli bardzo wyraźnie na to wskazuje.
Niedługo dojdziesz i do tego, że nie ma żadnej Przyszłości, co to się na nią wciąż człowiek gotuje całe życie albo czeka..i wtedy dopiero jest poczucie błogości i luz
Niemniej jednak jakby nie było jesteś bardzo błyskotliwą osobą, w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu, a to się ceni.
No nie wiem czy jestem tak mądra
, jestem po prostu "kombinatorką" i staram się tak działać, żeby odnaleźć się w tym wszystkim wraz z jakimś pozytywnym i moralnym sensem.
Wiem, piszę niejasno, o co mi chodzi? No to podam śmieszny przykład, co robię, jeśli czegoś nie ogarniam.
Zawsze nienawidziłam geometrii, nie umiałam za bardzo. Na klasówkach wiedziałam co i jak wyliczyć (uwielbiam cyferki), ale pewne rzeczy robione metodą konstrukcyjną nie były mi po drodze. No więc sobie kombinowałam znając wymiary robiłam odpowiednią figurę i kąty, a dopiero potem dorysowywałam łuczki
. Efekt końcowy się zgadzał, ale jakby ktoś zapytał skąd i jak mi się to wzięło, nie umiałam odpowiedzieć. Nie wiem czy to intuicja, instynkt czy coś innego, ale pomagało. Gorzej jak kazali mi to robić przy tablicy, gdzie każdy patrzy czy trzymam schemat kolejności ![]()
Może tak mam, że ja dochodzę do celu, ale innymi drogami, niż ogólnie przyjęte normy.
Bardzo mądry tekst. Ja, Elle, nazywałbym ten obecny stan relacji między Lonely i jej mężem, "efektem
odmulenia basenu".
Woda nie jest przejrzysta, bo zmętniała, co prawda, ale już nie cuchnie.
Także myślę, że między nimi będzie już tylko lepiej.
Czy to "lepiej" oznaczać będzie budowę nowego związku, czy ostateczne, w miarę zgodne rozstanie, pokaże czas.Pozdrawiam
I to chyba prawda. Coś się wyklarowało, to chyba właściwe tory.
Uświadomiłam sobie jak wszystko jest prostsze, jeśli człowiek się nie boi, jak łatwo można mieć swoją wolę, bo do tej pory jakby mnie nie było, jakbym była marionetką w teatrze zwanym życie.
Trochę się martwię.
Kto poświęci cząstkę siebie dla dobra drugiej osoby, co może doprowadzić do czegoś dobrego albo i czegoś destrukcyjnego....
Trochę się martwię.
Kto poświęci cząstkę siebie dla dobra drugiej osoby, co może doprowadzić do czegoś dobrego albo i czegoś destrukcyjnego....
Przyznam, Lonely, że nie do końca rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć.
Możesz rozwinąć tę myśl?
232 2014-10-21 13:13:49 Ostatnio edytowany przez LonelyM (2014-10-21 16:17:09)
LonelyM napisał/a:Trochę się martwię.
Kto poświęci cząstkę siebie dla dobra drugiej osoby, co może doprowadzić do czegoś dobrego albo i czegoś destrukcyjnego....Przyznam, Lonely, że nie do końca rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć.
Możesz rozwinąć tę myśl?
Hmmm.... Szukam właściwej drogi i mierzę się z dylematami szukając siebie i swojego miejsca
Najprościej byłoby mi postąpić bardzo egoistycznie, uciec od tej codzienności, zostawić wszystko i zacząć na nowo,zajmując się wyłącznie sobą, no ale niestety nie potrafię i nie mogę
A co, jeśli ja już nie potrafię żyć jak normalny człowiek, bo spustoszenie mojej psychiki jest za duże?
Coś brak mi dziś perspektyw na dalszy byt i niespecjalnie widzę jakąkolwiek przyszłość i umięjtność radości z czegokolwiek.
A może ta pogodna, radosna dziewczyna, niepoprawna optymistka już nie żyje, a ja usilnie próbuję ją reanimować, bo instynktownie nie chcę być wrakiem człowieka?
Za dużo myślę, stanowczo za dużo.
Czasem chciałabym być pusta, i niczym się nie przejmować, bo takim lekkoduchom łatwiej, mają wywalone na cały świat i czerpią tylko radość, mając wszystko inne gdzieś.
Czy lew po latach niewoli w zoo odnajdzie się na wolności czy jednak nędznie zakończy swoją egzystencję?
Piszę głupoty, bo nie mam siły, ale i tak będę walczyć dalej, choć mi się nie chce.
Duszę się w domu, to źle działa na mnie, stąd te napady depresji. Pracy nadal brak nie mam co ze sobą zrobić, choć próbuję robić sobie substytut odskoczni, ale nie pomaga, bo to nie to.
Niech mi ktoś nawrzuca, to może się chociaż wkurzę ![]()
Jak nie krzywdzić kogoś i nie "krzywdzić siebie kiedy wspólna droga nie jest taka oczywista?
Przymierzam się do całkowitego rozrachunku plusów i minusów, pozytywów i negatywów, wspólnych mianowników i przeciwności, ale jak zmierzyć coś, co jest niewymierne?
Cały czas się ze sobą siłuję.
Jakże prościej jest radzić, pomagać komuś, niż sobie, bo wszystkie emocje przeszkadzają sobie nawzajem ; miłość/sumienie/rozsądek/moralność/instynkt ....
Excop napisał/a:LonelyM napisał/a:Trochę się martwię.
Kto poświęci cząstkę siebie dla dobra drugiej osoby, co może doprowadzić do czegoś dobrego albo i czegoś destrukcyjnego....Przyznam, Lonely, że nie do końca rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć.
Możesz rozwinąć tę myśl?Hmmm.... Szukam właściwej drogi i mierzę się z dylematami szukając siebie i swojego miejsca
Najprościej byłoby mi postąpić bardzo egoistycznie, uciec od tej codzienności, zostawić wszystko i zacząć na nowo,zajmując się wyłącznie sobą, no ale niestety nie potrafię i nie mogę
A co, jeśli ja już nie potrafię żyć jak normalny człowiek, bo spustoszenie mojej psychiki jest za duże?
Coś brak mi dziś perspektyw na dalszy byt i niespecjalnie widzę jakąkolwiek przyszłość i umięjtność radości z czegokolwiek.
A może ta pogodna, radosna dziewczyna, niepoprawna optymistka już nie żyje, a ja usilnie próbuję ją reanimować, bo instynktownie nie chcę być wrakiem człowieka?
Za dużo myślę, stanowczo za dużo.
Czasem chciałabym być pusta, i niczym się nie przejmować, bo takim lekkoduchom łatwiej, mają wywalone na cały świat i czerpią tylko radość, mając wszystko inne gdzieś.
Czy lew po latach niewoli w zoo odnajdzie się na wolności czy jednak nędznie zakończy swoją egzystencję?
Piszę głupoty, bo nie mam siły, ale i tak będę walczyć dalej, choć mi się nie chce.Duszę się w domu, to źle działa na mnie, stąd te napady depresji. Pracy nadal brak nie mam co ze sobą zrobić, choć próbuję robić sobie substytut odskoczni, ale nie pomaga, bo to nie to.
Niech mi ktoś nawrzuca, to może się chociaż wkurzę
Służę, Lonely.
Dusisz się w domu, pracy nie masz?
Weź na razie cokolwiek, co pozwoli przebywać wśród ludzi.
Nie wiem, jakie masz kwalifikacje, ale dla dobra higieny psychicznej "żadna praca nie będzie hańbić", chyba, że pewne prace mogą uwłaczać Twojemu poczuciu własnej wartości, poniżej ambicji.
Praca w handlu musi poczekać, ale Ty czekać nie możesz, bo zaczynasz użalać się nad sobą. Jeśli tego nie przerwiesz, znów powoli zsuwać się będziesz do tego wilczego dołu obezwładniającej niemocy i rezygnacji, z którego z takim trudem wydostajesz się na powierzchnię.
LonelyM napisał/a:Excop napisał/a:Przyznam, Lonely, że nie do końca rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć.
Możesz rozwinąć tę myśl?Hmmm.... Szukam właściwej drogi i mierzę się z dylematami szukając siebie i swojego miejsca
Najprościej byłoby mi postąpić bardzo egoistycznie, uciec od tej codzienności, zostawić wszystko i zacząć na nowo,zajmując się wyłącznie sobą, no ale niestety nie potrafię i nie mogę
A co, jeśli ja już nie potrafię żyć jak normalny człowiek, bo spustoszenie mojej psychiki jest za duże?
Coś brak mi dziś perspektyw na dalszy byt i niespecjalnie widzę jakąkolwiek przyszłość i umięjtność radości z czegokolwiek.
A może ta pogodna, radosna dziewczyna, niepoprawna optymistka już nie żyje, a ja usilnie próbuję ją reanimować, bo instynktownie nie chcę być wrakiem człowieka?
Za dużo myślę, stanowczo za dużo.
Czasem chciałabym być pusta, i niczym się nie przejmować, bo takim lekkoduchom łatwiej, mają wywalone na cały świat i czerpią tylko radość, mając wszystko inne gdzieś.
Czy lew po latach niewoli w zoo odnajdzie się na wolności czy jednak nędznie zakończy swoją egzystencję?
Piszę głupoty, bo nie mam siły, ale i tak będę walczyć dalej, choć mi się nie chce.Duszę się w domu, to źle działa na mnie, stąd te napady depresji. Pracy nadal brak nie mam co ze sobą zrobić, choć próbuję robić sobie substytut odskoczni, ale nie pomaga, bo to nie to.
Niech mi ktoś nawrzuca, to może się chociaż wkurzęSłużę, Lonely.
Dusisz się w domu, pracy nie masz?
Weź na razie cokolwiek, co pozwoli przebywać wśród ludzi.
Nie wiem, jakie masz kwalifikacje, ale dla dobra higieny psychicznej "żadna praca nie będzie hańbić", chyba, że pewne prace mogą uwłaczać Twojemu poczuciu własnej wartości, poniżej ambicji.
Praca w handlu musi poczekać, ale Ty czekać nie możesz, bo zaczynasz użalać się nad sobą. Jeśli tego nie przerwiesz, znów powoli zsuwać się będziesz do tego wilczego dołu obezwładniającej niemocy i rezygnacji, z którego z takim trudem wydostajesz się na powierzchnię.
To cokolwiek, to na chwilę obecną chyba tylko mogłaby być Biedronka - nie, nie mam nic przeciwko ludziom tam pracującym, ani nie traktuję ich jako gorszej kategorii, ale ja się nie nadaję do specyfiki pracy jaka tam panuje, przerabiałam już podobne miejsca - nie nadaję się na popychadło, a ponadto bardzo zaniża mi to moje poczucie wartości, w takich miejscach nie czuję się jak człowiek, ale jak tępy trybik głównej maszynerii, a to mi akurat najmniej potrzebne, to już wolę jakąś stację benzynową, ale też nic ciekawego na oku nie ma
Coś sobie znajdę wcześniej czy później, oby raczej wcześniej
Dostałam ofertę od znajomego, ale niestety ciut za późno, praca handlowa w firmie z elektroniką, dość daleko - jakieś 1,5h jazdy komunikacją miejską, jakoś bym przetrawiła byle tylko się wyrwać, no ale co poradzić - szukam dalej
Mimo, że jestem tak słaba to jednak zawsze się podnoszę, nawet jak mi się nie chce, a to już jakiś pozytyw
Jak nie krzywdzić kogoś i nie "krzywdzić siebie kiedy wspólna droga nie jest taka oczywista?
Przymierzam się do całkowitego rozrachunku plusów i minusów, pozytywów i negatywów, wspólnych mianowników i przeciwności, ale jak zmierzyć coś, co jest niewymierne?
Cały czas się ze sobą siłuję.
Jakże prościej jest radzić, pomagać komuś, niż sobie, bo wszystkie emocje przeszkadzają sobie nawzajem ; miłość/sumienie/rozsądek/moralność/instynkt ....
Na decyzje ostateczne przyjdzie czas.
Proponowałbym, byś na razie nie rozliczała się z przeszłością, bo może Cię to wyprowadzić na manowce.
Jeśli bierzesz pod uwagę ewentualne życie z mężem, takie rozliczenie może tym planom zaszkodzić z tego względu, że odnosić się będziesz do lat udręki, strachu i bezsilności. I tych kilku "chwil" prawdziwego szczęścia.
Porównanie nie wyjdzie na korzyść tej opcji, zdecydowanie.
Powinnaś licznik wyzerować, bo Twoje życie i życie Twojego męża zaczyna się w pewnym sensie na nowo.
Twoje, bez strachu, poniżenia i nie zakończonej (Twoim zdaniem) sprawy z kochankiem.
Jego zaś w trzeźwości, poczucu krzywdy i de facto, oddaniu inicjatywy, co dalej, w Twoje ręce.
Separacja jest właśnie po to, abyście, każde z osobna, doszli do wniosku, co będzie najlepsze dla każdego z Was i czy możliwa będzie budowa n o w y c h Was.
Ale od tego, zerowego punktu wyjścia, po złożeniu przeszłość do archiwum pamięci.
Emocje przeszkadzają, ale czas swoje robi.
Byleś wzięła się jak najszybciej za jaką robotę.
Pozdrawiam.
LonelyM napisał/a:Jak nie krzywdzić kogoś i nie "krzywdzić siebie kiedy wspólna droga nie jest taka oczywista?
Przymierzam się do całkowitego rozrachunku plusów i minusów, pozytywów i negatywów, wspólnych mianowników i przeciwności, ale jak zmierzyć coś, co jest niewymierne?
Cały czas się ze sobą siłuję.
Jakże prościej jest radzić, pomagać komuś, niż sobie, bo wszystkie emocje przeszkadzają sobie nawzajem ; miłość/sumienie/rozsądek/moralność/instynkt ....Na decyzje ostateczne przyjdzie czas.
Proponowałbym, byś na razie nie rozliczała się z przeszłością, bo może Cię to wyprowadzić na manowce.Jeśli bierzesz pod uwagę ewentualne życie z mężem, takie rozliczenie może tym planom zaszkodzić z tego względu, że odnosić się będziesz do lat udręki, strachu i bezsilności. I tych kilku "chwil" prawdziwego szczęścia.
Porównanie nie wyjdzie na korzyść tej opcji, zdecydowanie.Powinnaś licznik wyzerować, bo Twoje życie i życie Twojego męża zaczyna się w pewnym sensie na nowo.
Twoje, bez strachu, poniżenia i nie zakończonej (Twoim zdaniem) sprawy z kochankiem.
Jego zaś w trzeźwości, poczucu krzywdy i de facto, oddaniu inicjatywy, co dalej, w Twoje ręce.Separacja jest właśnie po to, abyście, każde z osobna, doszli do wniosku, co będzie najlepsze dla każdego z Was i czy możliwa będzie budowa n o w y c h Was.
Ale od tego, zerowego punktu wyjścia, po złożeniu przeszłość do archiwum pamięci.
Emocje przeszkadzają, ale czas swoje robi.
Byleś wzięła się jak najszybciej za jaką robotę.Pozdrawiam.
Tak. Separacja pomoże to jest pewne. Tylko niechże to się szybciej dzieje, bo wlecze mi się strasznie. Dużym krokiem dla mnie będzie znów być wśród ludzi czyli iść do pracy, a mąż jak wyjedzie, o ile plany nie wezmą w łeb.
No, ale nie mogę tylko na to czekać. Jeśli do końca miesiąca nie znajdę pracy wezmę cokolwiek, by ruszyć na wyższym biegu.
Trzeba w końcu zacząć żyć, a nie skupiać się wyłącznie na jednym.
I tak trzymaj!
spiąć pośldki i do roboty ![]()
pozdrawiam ![]()
I tak trzymaj!
Trzymam, trzymam - mimo kolein na drodze
" ... przyjdą konsekwencje, z którymi nie będziesz umiała sobie poradzić, konsekwencje twojej zdrady i mojego picia...."
Napisał mi to w zeszłym roku. Wracam do tego, bo tak chyba się dzieje.
Na sucho potrafię wszystko rozłożyć na czynniki pierwsze, bez emocji, z pełną równowagą, wiem co i jak robić dalej, a gdy wprowadzam je w życie nie jest to już takie proste.
Gdzie jest granica pomiędzy zdrowym egoizmem a egoizmem?
Gdzie jest równowaga pomiędzy zaspokojeniem własnych potrzeb, a poświęceniem?
Wiem. Nikt mi nie da odpowiedzi, żadnego gotowca. To trzeba odnaleźć w sobie... więc szukam...
nieważne jak , ważne że dla Ciebie ok ![]()
cieszę się, że jest dobrze ![]()
dwa kroki w przód i jeden do tyłu
dwa kroki w przód i dwa do tyłu
dwa kroki w przód i jeden do tyłu
coś idzie, a jednak stoi
tak to wyglada
dziś zadzwonił i zaczął ni z tego ni z owego znów grzebać w tym, co zrobiłam
a wczoraj jadąc autem puścił nam na cały regulator radio przy tym utworze
***
Nigdy nie byłem zbyt dobry w tym, żeby ważyć słowa
Nie potrafiłem słuchać ich rad, znowu pęka głowa
Nigdy nie byłem gotów by żyć - tak jak chciałaś tego Ty
Lepiej zostawmy w tyle zły czas, zły czas
Dobrze mi z tym co mam, choć przede mną znowu pusty dom
Odejdź już, schowaj żal, przecież wszystko zabrał nam los
Dobrze mi, nie chce zmian, nie namówisz mnie kolejny raz
Dobrze jest, jedno wiem, że już nigdy nie wrócę tam
Zawsze widziałem w tym większy cel, dumę można schować
Naiwnie chciałem usłyszeć sens w twoich pustych słowach
Zawsze myślałem, że mimo ran można w dobrą stronę biec
Kłamałaś mówiąc, że tego chcesz, że chcesz
Dobrze mi z tym co mam, choć przede mną znowu pusty dom
Odejdź już, schowaj żal, przecież wszystko zabrał nam los
Dobrze mi, nie chce zmian, nie namówisz mnie kolejny raz
Dobrze jest, jedno wiem, że już nigdy nie wrócę tam
Sama tego chciałaś, wiem że boisz się
Odejść bez powrotu, przejść na drugi brzeg
Wspomnień obraz w głowie, lecz, gdy stłumić go chcę
Wtedy znów głośno mówię sobie, że...
Dobrze mi z tym co mam, choć przede mną znowu pusty dom
Odejdź już, schowaj żal, przecież wszystko zabrał nam los
Dobrze mi, nie chce zmian, nie namówisz mnie kolejny raz
Dobrze jest, jedno wiem, że już nigdy nie wrócę tam
***
Aż się boje tego weekendu, mąż ma całe 2 dni wolnego, łatwiej trzymać dystans i nie dać się sprowokować jak go nie ma
Tak jak się spodziewałam weekend był ciężki. Nie umiemy już razem przebywać dłużej, niż kilka godzin.
Cała niedziela w domu, to co tu robić jak nie powyżywać się na żonie. Nie, przepraszam, żony już nie ma, jak sam chciał. W sumie to nawet nie wiem kim jestem. Na pewno jestem suką.
Nie ma agresji, docinanie owszem. Każda sytuacja sprzyja ku temu. Czy program telewizyjny jest odbiciem do mnie czy każdy telefon, nieważne - byle był punkt zaczepienia.
Jest też zdziwienie, że śmiałam jednak naprawdę wyzwolić się spod kontrolowania mnie i poczucia winy. No jak to? Nie będę już do kresu swoich dni przyjmować kary z pokorą?
"Nie, nie chcę już tak żyć, nie zamierzam i nie pozwolę ci na takie zachowanie."
"To mi pomaga, jest mi łatwiej ...." itd itd
" Ale ja już nie muszę tego znosić i nie chcę "
" Dla niego byłaś sobą, byłaś wspaniała, kochałaś go, pragnęłaś ....."
" To zastanów się dlaczego? "
Gaśnie już wszystko, nie ma tego człowieka, którego kiedyś kochałam, swoim zachowaniem mnie stracił, nie będę już niczyją marionetką, nie będę próbować niczego ratować, bo nie da się gdy stara się tylko jedna strona. Co mogłam to zniosłam, ile mogłam to zrobiłam. Nie ma sensu, bo on się nie zmieni, nie potrafi , nie chce walczyć ze swoją złością na mnie za moją zdradę. Nie mam już ochoty następne 10 lat wałkować tego samego. I za co kochać? W ten sposób prędzej czy później oboje znienawidzimy się.
Ja mam dość.
Tak jak się spodziewałam weekend był ciężki. Nie umiemy już razem przebywać dłużej, niż kilka godzin.
Cała niedziela w domu, to co tu robić jak nie powyżywać się na żonie. Nie, przepraszam, żony już nie ma, jak sam chciał. W sumie to nawet nie wiem kim jestem. Na pewno jestem suką.
Nie ma agresji, docinanie owszem. Każda sytuacja sprzyja ku temu. Czy program telewizyjny jest odbiciem do mnie czy każdy telefon, nieważne - byle był punkt zaczepienia.
Jest też zdziwienie, że śmiałam jednak naprawdę wyzwolić się spod kontrolowania mnie i poczucia winy. No jak to? Nie będę już do kresu swoich dni przyjmować kary z pokorą?"Nie, nie chcę już tak żyć, nie zamierzam i nie pozwolę ci na takie zachowanie."
"To mi pomaga, jest mi łatwiej ...." itd itd
" Ale ja już nie muszę tego znosić i nie chcę "
" Dla niego byłaś sobą, byłaś wspaniała, kochałaś go, pragnęłaś ....."
" To zastanów się dlaczego? "Gaśnie już wszystko, nie ma tego człowieka, którego kiedyś kochałam, swoim zachowaniem mnie stracił, nie będę już niczyją marionetką, nie będę próbować niczego ratować, bo nie da się gdy stara się tylko jedna strona. Co mogłam to zniosłam, ile mogłam to zrobiłam. Nie ma sensu, bo on się nie zmieni, nie potrafi , nie chce walczyć ze swoją złością na mnie za moją zdradę. Nie mam już ochoty następne 10 lat wałkować tego samego. I za co kochać? W ten sposób prędzej czy później oboje znienawidzimy się.
Ja mam dość.
Co tu można powiedzieć?
Ja nie wytrzymałbym takiego traktowania. Niezależnie, czy zasłużyłem, czy nie. Po prostu odszedłbym trzaskając drzwiami, zamieniając tę niby separację na faktyczne odseparowanie się.
Skoro mąż nie może się powstrzymać od ciągłego wypominania, któreś z Was powinno się wyprowadzić do czasu jego wyjazdu.
247 2014-10-27 09:47:30 Ostatnio edytowany przez LonelyM (2014-10-27 12:07:46)
LonelyM napisał/a:Tak jak się spodziewałam weekend był ciężki. Nie umiemy już razem przebywać dłużej, niż kilka godzin.
Cała niedziela w domu, to co tu robić jak nie powyżywać się na żonie. Nie, przepraszam, żony już nie ma, jak sam chciał. W sumie to nawet nie wiem kim jestem. Na pewno jestem suką.
Nie ma agresji, docinanie owszem. Każda sytuacja sprzyja ku temu. Czy program telewizyjny jest odbiciem do mnie czy każdy telefon, nieważne - byle był punkt zaczepienia.
Jest też zdziwienie, że śmiałam jednak naprawdę wyzwolić się spod kontrolowania mnie i poczucia winy. No jak to? Nie będę już do kresu swoich dni przyjmować kary z pokorą?"Nie, nie chcę już tak żyć, nie zamierzam i nie pozwolę ci na takie zachowanie."
"To mi pomaga, jest mi łatwiej ...." itd itd
" Ale ja już nie muszę tego znosić i nie chcę "
" Dla niego byłaś sobą, byłaś wspaniała, kochałaś go, pragnęłaś ....."
" To zastanów się dlaczego? "Gaśnie już wszystko, nie ma tego człowieka, którego kiedyś kochałam, swoim zachowaniem mnie stracił, nie będę już niczyją marionetką, nie będę próbować niczego ratować, bo nie da się gdy stara się tylko jedna strona. Co mogłam to zniosłam, ile mogłam to zrobiłam. Nie ma sensu, bo on się nie zmieni, nie potrafi , nie chce walczyć ze swoją złością na mnie za moją zdradę. Nie mam już ochoty następne 10 lat wałkować tego samego. I za co kochać? W ten sposób prędzej czy później oboje znienawidzimy się.
Ja mam dość.Co tu można powiedzieć?
Ja nie wytrzymałbym takiego traktowania. Niezależnie, czy zasłużyłem, czy nie. Po prostu odszedłbym trzaskając drzwiami, zamieniając tę niby separację na faktyczne odseparowanie się.
Skoro mąż nie może się powstrzymać od ciągłego wypominania, któreś z Was powinno się wyprowadzić do czasu jego wyjazdu.
Walczyć będę tylko o jedno - o normalne stosunki
Pogodzi się z tym, że tak nie może, jeszcze z tym walczy, ale wiem, że w końcu ulegnie
Co mam mu powiedzieć?
Mam dobijać dlaczego z tamtym było mi dobrze?
Mam wykrzyczeć, że czułam się przez niego kochana, że było mi z nim dobrze, że widzieliśmy siebie nawzajem, a nie tylko ciągłe pretensje jaka ta druga strona jest zła, że chodzi o same relacje, a nie to jak próbuje mi wmówić, że tylko nam się zabawy chciało? Seksu było tyle, co kot napłakał, ale nie o to chodziło. Chodziło o całość. O wszystko.
Nie kocha się nikogo, byle tylko kochać. Kocha się za to jaki ktoś jest, za czyny. Sam mnie odpycha od siebie.
Tą swoją nienawiść do siebie za to, że sprawił, że zaczęłam szukać szczęścia gdzie indziej wylewa na mnie. Nic nie dzieje się bez przyczyny, mimo, że sama odpowiadam za swoje kroki.
Nie da się tak zrobić jak proponujesz, choć to byłoby najlepsze rozwiązanie. Nie jestem sama, a jest nas czworo i mimo wszystko nie mogę postąpić tak drastycznie jak bym chciała.
Wywalczę normalność.
Ja się nie poddaję.
Szukam równowagi między swoimi potrzebami, a życiową odpowiedzialnością
Nie jestem sama, a jest nas czworo i mimo wszystko nie mogę postąpić tak drastycznie jak bym chciała.
To miała być separacja w prawdziwym sensie tego słowa znaczeniu, a wygląda na imitację. To takie oszukiwanie siebie i dzieci, że coś się jeszcze da się zrobić, przez sam fakt mieszkania razem. Nie gracie w jednej drużynie, to i wynik nie dla wszystkich będzie satysfakcjonujący. Dopóki nie będziesz niezależna finansowo i nie będziecie mieszkać osobno, to mąż nie pozna tego co go czeka jeśli nie zmieni swojej postawy(jego świat to teraz przeżuwanie jednego i tego samego, karmi się tym i niszczy wszystko dookoła, dopóki nic się nie zmieni i nie wybije go z tego transu, nie da szansy na pojawianie się nowych, innych myśli, uczuć to nic się nie zmieni - on musi złapać dystans, zatęsknić i odpowiedzieć sam sobie, z którym uczuciem (brakiem) będzie mu łatwiej żyć). Więc głowa do góry i choćby to miała być Biedronka to korona Ci z głowy nie spadnie, a jest o co walczyć ![]()
LonelyM napisał/a:Nie jestem sama, a jest nas czworo i mimo wszystko nie mogę postąpić tak drastycznie jak bym chciała.
To miała być separacja w prawdziwym sensie tego słowa znaczeniu, a wygląda na imitację. To takie oszukiwanie siebie i dzieci, że coś się jeszcze da się zrobić, przez sam fakt mieszkania razem. Nie gracie w jednej drużynie, to i wynik nie dla wszystkich będzie satysfakcjonujący. Dopóki nie będziesz niezależna finansowo i nie będziecie mieszkać osobno, to mąż nie pozna tego co go czeka jeśli nie zmieni swojej postawy(jego świat to teraz przeżuwanie jednego i tego samego, karmi się tym i niszczy wszystko dookoła, dopóki nic się nie zmieni i nie wybije go z tego transu, nie da szansy na pojawianie się nowych, innych myśli, uczuć to nic się nie zmieni - on musi złapać dystans, zatęsknić i odpowiedzieć sam sobie, z którym uczuciem (brakiem) będzie mu łatwiej żyć). Więc głowa do góry i choćby to miała być Biedronka to korona Ci z głowy nie spadnie, a jest o co walczyć
Zgadza się, ta separacja to pseudo-separacja, ale nie mam dobrego wyboru, lepsza taka, niż żadna. Nie, nie oszukuję się przed niczym w ten sposób nie chcę się bronić. Ja sie już nie boję. Nie mam możliwości iść w świat by się odseparować - to mieszkanie jest bardziej moje, niż jego.
Nawet jak będę mieć swoje pieniądze, to nigdy nie zarobię na tyle, aby zaczynać od zera. Muszę spłacić inne mieszkanie po ojcu, żeby było moje - to obecne jest tymczasowe (zakładowe - ojciec zmarł, a spółdzielnia mi wymówiła i nie mam tytułu prawnego - nasze zaniedbanie jeszcze za życia ojca, ale już nic nie poradzę), no ale mogę sobie tu mieszkać po kosztach. Męża nie wyrzucę na ulicę, bo mimo wszystko na to nie zasługuje. Szukam najlepszego rozwiązania na jakie pozwala sytuacja.
Tak, ten dystans pozwoliłby szybciej nam obojgu stanąć na nogi i obrać właściwy kierunek, ale jeszcze jest to niemożliwe. Tych przeszkód nie przeskoczę.
Jestem coraz bardziej stanowcza i to przynosi korzyści, co prawda pomalutku, ale przynajmniej nie stoi w miejscu, choć nie jest mi lekko.
kierunek dobry ![]()
wiesz czego chcesz i tego się trzymaj ![]()
:):)
amelka3007 napisał/a:ja też zostałam zdradzona i mąż twierdzi że to moja wina zrobił ze mnie tą najgorszą i również alkoholiczkę a jak piliśmy to przeważnie razem na imprezie lub w domu.Przyznał się przedwczoraj i też tłumaczy że go zaniedbywałam a ona go zrozumiała
Amelko
Ja wcale nie twierdzę, że to była jego wina, przeczytaj, co napisałam stokrotce
Zdradziłam, bo byłam nieszczęśliwa, bo się zakochałam, bo czegoś mi brakowało. Oboje byliśmy winni, że mieliśmy takie, a nie inne życie. W którymś momencie nie dałam rady i poddałam się temu, co zgotował mi los, a nie powinnam w ten sposób postąpić, to już wiem.
Pomaga się do skutku, a jak już się rezygnuje, to trzeba definitywnie zamknąć coś, zanim zacznie się następne coś. Ja zrobiłam niestety inaczej. Nie potrafię się zrozumieć. To nowe uczucie było tak silne.
Byliśmy wtedy w takim momencie, że mąż i tak pewnie nie dałby mi odejść albo może za bardzo się go bałam. Lata w psychicznym terrorze zrobiły swoje. Byłam za słaba.
Teraz już nie rozchodzi się, o to co zrobiłam tak, a nie inaczej, a o to, co dalej.
To wszystko nie jest takie proste. Mało kto, kto nie doznał tego na własnej skórze będzie potrafił zrozumieć, co to znaczy być rozdartym między dwoma mężczyznami. Sama bym nigdy tego nie ogarnęła, póki sama nie przeżyłam.Chyba sama zniszczyłam swoje życie.
jak sama piszesz,zadna z tych dróg nie jest dobra. I dlatego powinnaś wybrać trzecia. oddzielić sie od męża i byłego kochanka.Znależć swój oddzielny sposób na życie. Moim zdaniem(tylko i wyłącznie moim) Twoje małzeństwo to fikcja. Nie wierze,że urazy jakie odnioslas w związku z mężem nie pozostawiły rys. Nie wierzę,że psychiczny terror trwajacy lata urywa sie z dnia na dzień.... Myślę ,że nadal dusisz się w tym związku.Karzesz się za zdradę pozostając w nim bo jesteś mu to winna, bo powinnaś dłuzej walczyć itp...Piszesz,że jesteś rozdarta miedzy dwoma męzczyznami a wg mnie jestes rozdarta między poczucie tego co powinnas a marzeniem. Skończ z tym zacznij żyć na wlasny rachunek. Jak juz siebie poukladasz to znajdziesz trzeciego faceta, przy którym poczujesz się szczęśliwą. Szczęśliwą sobą.
to tyle wymądrzania się
Tam gdzie budzą się uczucia zasypia rozum. Niestety.
LonelyM napisał/a:amelka3007 napisał/a:ja też zostałam zdradzona i mąż twierdzi że to moja wina zrobił ze mnie tą najgorszą i również alkoholiczkę a jak piliśmy to przeważnie razem na imprezie lub w domu.Przyznał się przedwczoraj i też tłumaczy że go zaniedbywałam a ona go zrozumiała
Amelko
Ja wcale nie twierdzę, że to była jego wina, przeczytaj, co napisałam stokrotce
Zdradziłam, bo byłam nieszczęśliwa, bo się zakochałam, bo czegoś mi brakowało. Oboje byliśmy winni, że mieliśmy takie, a nie inne życie. W którymś momencie nie dałam rady i poddałam się temu, co zgotował mi los, a nie powinnam w ten sposób postąpić, to już wiem.
Pomaga się do skutku, a jak już się rezygnuje, to trzeba definitywnie zamknąć coś, zanim zacznie się następne coś. Ja zrobiłam niestety inaczej. Nie potrafię się zrozumieć. To nowe uczucie było tak silne.
Byliśmy wtedy w takim momencie, że mąż i tak pewnie nie dałby mi odejść albo może za bardzo się go bałam. Lata w psychicznym terrorze zrobiły swoje. Byłam za słaba.
Teraz już nie rozchodzi się, o to co zrobiłam tak, a nie inaczej, a o to, co dalej.
To wszystko nie jest takie proste. Mało kto, kto nie doznał tego na własnej skórze będzie potrafił zrozumieć, co to znaczy być rozdartym między dwoma mężczyznami. Sama bym nigdy tego nie ogarnęła, póki sama nie przeżyłam.Chyba sama zniszczyłam swoje życie.
jak sama piszesz,zadna z tych dróg nie jest dobra. I dlatego powinnaś wybrać trzecia. oddzielić sie od męża i byłego kochanka.Znależć swój oddzielny sposób na życie. Moim zdaniem(tylko i wyłącznie moim) Twoje małzeństwo to fikcja. Nie wierze,że urazy jakie odnioslas w związku z mężem nie pozostawiły rys. Nie wierzę,że psychiczny terror trwajacy lata urywa sie z dnia na dzień.... Myślę ,że nadal dusisz się w tym związku.Karzesz się za zdradę pozostając w nim bo jesteś mu to winna, bo powinnaś dłuzej walczyć itp...Piszesz,że jesteś rozdarta miedzy dwoma męzczyznami a wg mnie jestes rozdarta między poczucie tego co powinnas a marzeniem. Skończ z tym zacznij żyć na wlasny rachunek. Jak juz siebie poukladasz to znajdziesz trzeciego faceta, przy którym poczujesz się szczęśliwą. Szczęśliwą sobą.
to tyle wymądrzania sięTam gdzie budzą się uczucia zasypia rozum. Niestety.
wszystko co piszesz później tylko potwierdza to co radzę. Zmień swoje życie- zanim pogrążysz się w depresji i poczuciu beznadziejności swojej egzystencji.
253 2014-10-27 15:15:22 Ostatnio edytowany przez smallangel (2014-10-27 15:16:10)
LonelyM - długo nie udzielałam się w Twoim wątku, co nie znaczy, że nie czytałam. Czytałam.
Dopiero teraz postanowiłam ponownie się odezwać, bo jesteś na etapie podobnym do mnie ( 4 lata temu). Historie inne, to mnie Mąż zdradził, ale postępowałam po zdradzie bardzo podobnie do Twojego Męża. To, że nie zdradziłam powodowało u mnie to, że mam do końca życia przewagę nad Mężem, mogę kopać leżącego MAM do tego PRAWO. Jak na początku, znosił pokutę, tak potem (podobnie jak Ty obecnie) postawił granicę. Koniec. Bo ileż można. Próbowałam jeszcze z tym walczyć argumentując, że MAM PRAWO to robić po tym co mi zrobiłeś, tak coraz mocniej On trzymał się tego, że już DOŚĆ. Dziękuje mu dziś za to, rozwód był na tapecie, to On chciał odejść. Wtedy ocknęłam się, zrozumiałam, że każdy ma swoją granicę wytrzymałości. Dzięki temu nasze stosunki się polepszyły. Zrozumiałam wiele i dziś jesteśmy tam gdzie jesteśmy - szczęśliwi razem. To co się u Was dzieje, to być może jeszcze przez Męża to urażona duma i chęć jeszcze tego pokazania. I albo za chwile się ocknie, albo zaczniecie życie osobno.
254 2014-10-27 15:16:14 Ostatnio edytowany przez LonelyM (2014-10-27 17:19:18)
LonelyM napisał/a:amelka3007 napisał/a:ja też zostałam zdradzona i mąż twierdzi że to moja wina zrobił ze mnie tą najgorszą i również alkoholiczkę a jak piliśmy to przeważnie razem na imprezie lub w domu.Przyznał się przedwczoraj i też tłumaczy że go zaniedbywałam a ona go zrozumiała
Amelko
Ja wcale nie twierdzę, że to była jego wina, przeczytaj, co napisałam stokrotce
Zdradziłam, bo byłam nieszczęśliwa, bo się zakochałam, bo czegoś mi brakowało. Oboje byliśmy winni, że mieliśmy takie, a nie inne życie. W którymś momencie nie dałam rady i poddałam się temu, co zgotował mi los, a nie powinnam w ten sposób postąpić, to już wiem.
Pomaga się do skutku, a jak już się rezygnuje, to trzeba definitywnie zamknąć coś, zanim zacznie się następne coś. Ja zrobiłam niestety inaczej. Nie potrafię się zrozumieć. To nowe uczucie było tak silne.
Byliśmy wtedy w takim momencie, że mąż i tak pewnie nie dałby mi odejść albo może za bardzo się go bałam. Lata w psychicznym terrorze zrobiły swoje. Byłam za słaba.
Teraz już nie rozchodzi się, o to co zrobiłam tak, a nie inaczej, a o to, co dalej.
To wszystko nie jest takie proste. Mało kto, kto nie doznał tego na własnej skórze będzie potrafił zrozumieć, co to znaczy być rozdartym między dwoma mężczyznami. Sama bym nigdy tego nie ogarnęła, póki sama nie przeżyłam.Chyba sama zniszczyłam swoje życie.
jak sama piszesz,zadna z tych dróg nie jest dobra. I dlatego powinnaś wybrać trzecia. oddzielić sie od męża i byłego kochanka.Znależć swój oddzielny sposób na życie. Moim zdaniem(tylko i wyłącznie moim) Twoje małzeństwo to fikcja. Nie wierze,że urazy jakie odnioslas w związku z mężem nie pozostawiły rys. Nie wierzę,że psychiczny terror trwajacy lata urywa sie z dnia na dzień.... Myślę ,że nadal dusisz się w tym związku.Karzesz się za zdradę pozostając w nim bo jesteś mu to winna, bo powinnaś dłuzej walczyć itp...Piszesz,że jesteś rozdarta miedzy dwoma męzczyznami a wg mnie jestes rozdarta między poczucie tego co powinnas a marzeniem. Skończ z tym zacznij żyć na wlasny rachunek. Jak juz siebie poukladasz to znajdziesz trzeciego faceta, przy którym poczujesz się szczęśliwą. Szczęśliwą sobą.
to tyle wymądrzania sięTam gdzie budzą się uczucia zasypia rozum. Niestety.
Masz rację, dokładnie we wszystkim
"jak sama piszesz,zadna z tych dróg nie jest dobra. I dlatego powinnaś wybrać trzecia. oddzielić sie od męża i byłego kochanka.Znależć swój oddzielny sposób na życie. Moim zdaniem(tylko i wyłącznie moim) Twoje małzeństwo to fikcja. Nie wierze,że urazy jakie odnioslas w związku z mężem nie pozostawiły rys. Nie wierzę,że psychiczny terror trwajacy lata urywa sie z dnia na dzień.... Myślę ,że nadal dusisz się w tym związku.Karzesz się za zdradę pozostając w nim bo jesteś mu to winna, bo powinnaś dłuzej walczyć itp...Piszesz,że jesteś rozdarta miedzy dwoma męzczyznami a wg mnie jestes rozdarta między poczucie tego co powinnas a marzeniem. Skończ z tym zacznij żyć na wlasny rachunek."
Jedno już zdziałałam, zaczynam na nowo wszystko przede wszystkim dla siebie
A i jeszcze jedno:
Ja się w nikim więcej nie będę zakochiwać, mimo wszystko nie jestem kochliwa i wbrew pozorom taka wierna "suka" ze mnie
LonelyM - długo nie udzielałam się w Twoim wątku, co nie znaczy, że nie czytałam. Czytałam.
Dopiero teraz postanowiłam ponownie się odezwać, bo jesteś na etapie podobnym do mnie ( 4 lata temu). Historie inne, to mnie Mąż zdradził, ale postępowałam po zdradzie bardzo podobnie do Twojego Męża. To, że nie zdradziłam powodowało u mnie to, że mam do końca życia przewagę nad Mężem, mogę kopać leżącego MAM do tego PRAWO. Jak na początku, znosił pokutę, tak potem (podobnie jak Ty obecnie) postawił granicę. Koniec. Bo ileż można. Próbowałam jeszcze z tym walczyć argumentując, że MAM PRAWO to robić po tym co mi zrobiłeś, tak coraz mocniej On trzymał się tego, że już DOŚĆ. Dziękuje mu dziś za to, rozwód był na tapecie, to On chciał odejść. Wtedy ocknęłam się, zrozumiałam, że każdy ma swoją granicę wytrzymałości. Dzięki temu nasze stosunki się polepszyły. Zrozumiałam wiele i dziś jesteśmy tam gdzie jesteśmy - szczęśliwi razem. To co się u Was dzieje, to być może jeszcze przez Męża to urażona duma i chęć jeszcze tego pokazania. I albo za chwile się ocknie, albo zaczniecie życie osobno.
Dziękuję za posta - odzwierciedliłaś mi dokładnie to co obecnie wyprawia mój mąż
"To, że nie zdradziłam powodowało u mnie to, że mam do końca życia przewagę nad Mężem, mogę kopać leżącego MAM do tego PRAWO. Jak na początku, znosił pokutę, tak potem (podobnie jak Ty obecnie) postawił granicę. Koniec. Bo ileż można. Próbowałam jeszcze z tym walczyć argumentując, że MAM PRAWO to robić po tym co mi zrobiłeś, tak coraz mocniej On trzymał się tego, że już DOŚĆ"
i ciąg dalszy to:
"I albo za chwile się ocknie, albo zaczniecie życie osobno"
A ja chyba już nie potrafię z nim, minęliśmy się
I jak postanowiłam, na razie chcę być sama - chcę nauczyć się żyć poza klatką
wszystko co piszesz później tylko potwierdza to co radzę. Zmień swoje życie- zanim pogrążysz się w depresji i poczuciu beznadziejności swojej egzystencji.
Tu też masz rację
Można powiedzieć, że mój budzik zadzwonił w ostatniej chwili.
Jestem na dziwnym etapie, zaczynam być w końcu asertywna, nie zamierzam być do dyspozycji każdego 24h na dobę - zrób to, zrób tamto itd. , nie jest mi lekko odmawiać, ale posiłkuję się myślą, że jakoś o mnie nikt specjalnie nie dba, a ja mam dość niańczenia wszystkich. Powoli odkrywam normalność i siebie, to czego chcę i czego nie chcę.
Budzę się z tego letargu, bo zaczynałam wchodzić w fazę irytacji, z niecierpliwością czekałam na wieczór, żeby wreszcie zamknąć oczy, bo tylko wtedy mogę być szczęśliwa, tylko wtedy mogę oddać się marzeniom i przestać przytłaczać się bylejakością swojego życia.
Teraz pora działać, choćby małymi krokami, bo bierność też niczego nie stwarza, a trzyma w miejscu.
Nie pracuję, ale wstaję o 6 rano, dbam o siebie, nie zrażam się i szukam zatrudnienia, nie chce mi się, ale wychodzę z domu i wtedy zaczynam inaczej myśleć. To spostrzeżenie na plus- to siedzenie w domu tak mnie właśnie dołuje. Jak już wyjdę jestem całkiem inna. I tego zamierzam się trzymać.
Cały czas pracuję nad swoim myśleniem, próbuję doszukiwać się jakiegoś sensu, bo samo z siebie nic się nie zmieni.
Nasze myślenie zależy od nas samych, choć wydawałoby się, że nie mamy na to wpływu, to jednak mamy.
Uparta jestem. Dam radę.
To czego bym chciała najbardziej nie jest możliwe, ale tylko ode mnie zależy czy uda mi się wycisnąć z życia jak najwięcej z dostępnych i realnych opcji.
To czego bym chciała najbardziej nie jest możliwe
A czego byś chciała najbardziej?
Witaj .Dziś wstałam dokładnie jak Ty i czuję się podobnie .Dziwne zmiany we mnie zachodzą .Już wczoraj powiedziałam Mu dość .Sama byłam zaskoczona swoją reakcją .Padły słowa już idziesz spać co tak szybko ,trzeba sprzątnąć w schowku i w gościnnym a ja mu na to idę się położyć bo tak chcę nie muszę oglądać telewizji bo nie chcę a jak masz brudno lub tak Ci się wydaje to sobie sprzątnij i albo zaczniecie wszyscy po sobie sprzątać albo naprawdę będzie brudno.Pomyślałam jak Ty o mnie nikt się nie martwi dlaczego ja mam wszystkich niańczyć.Też czekam do wieczora żeby położyć się spać i przestać myśleć i móc pomarzyć .Ja też szukam pracy .Żałuję bo z ostatniej odeszłam sama 4 miesiące temu a teraz o pracę ciężko.Dołuje mnie to siedzenie w domu ale Ja nie chcę wychodzić bo nie potrafię udawać jak ktoś mnie się pyta co taka smutna A po mnie jest to widać już taka jestem.
To czego bym chciała najbardziej nie jest możliwe
A czego byś chciała najbardziej?
To zostaje w sferze marzeń, nie jestem i nie mogę być aż taką egoistką
Ale wiesz co? Wierzę, że mimo to los mi dobrze w końcu rozda karty ![]()