netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

Życie po zdradzie, co dalej?

341 odpowiedzi42 234 wyświetleniazałożony przez LonelyM, 30.09.2014

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Życie po zdradzie, co dalej?

Strony Poprzednia 1 2 3 4 5 6 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 66 do 130 z 342 ]

66

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:
LonelyM napisał/a:
Excop napisał/a:

Czekamy więc na ciąg dalszy, Lonely

Staram się. Tylko wiesz co mnie przeraziło?
Wydawało by się, że już jestem w połowie, a tu dociera do mnie, że jest jeszcze tyle do napisania, że szok. I muszę napisać wszystko, żeby rzucony obraz na sytuację był pełny, a nie wyrwany z kontekstu całości.

Wydaje mi się, że, mimo wszystko, nie doceniałaś wcześniej w pełni wartości tego, co piszesz, dla przywrócenia własnej równowagi emocjonalnej.

Jestem pewien, że to, co siedziało w Twojej głowie w chwili, gdy zdecydowałaś się, co prawda anonimowo, ale jednak publicznie opowiedzieć, wraz z postępem w przedstawianiu historii, zmusza Cię do korygowania wstępnego spojrzenia oraz wzięcia pod uwagę aspektów, które umykały dotąd Twojej uwadze.
Nieskromnie zauważę, że mam w tym swój mały udział.

Dlatego widzisz, że droga od pierwszych oznak zwątpienia w męża, że się zmieni, do otwarcia się na subtelne zaloty przyszłego kochanka to nie była australijska autostrada, lecz górska serpentyna pobocznych, co prawda, lecz istotnych szczegółów mających wpływ na Twoje dalsze zachowanie.
Pisz więc.

Pozdrawiam.

No, nie zaprzeczę, że liczyłam na mądre uwagi ludzi takich jak Ty, z których staram się wyciągać wnioski. Mimo, że wydaje mi się, że dużo wiem, nie oznacza to, że wiem już wszystko. A może właśnie wiem za mało?
Pierwsze posty zaczęły się od krótkiego "napadu" na mnie, ciekawe dlaczego ich autorzy już więcej nie napisali? Brakło mi w nich obiektywizmu. Nie chodziło mi o poklepywaniu, jaka Ty jesteś biedna, bo życie zmusiło Cię do tego,co zrobiłaś, ale też nie oczekiwałam skrajności w drugą stronę, że "niedobry mąż" sobie zasłużył wypowiedziane w szyderczym, ironicznym tonie.
Niemniej jednak mam do tego dystans, nie zamierzam się obrażać, zachowania ludzkie nie są mi obce.

Moje myślenie cały czas ewoluuje, cały czas nasuwają się nowe wnioski i nowy punkt widzenia. To w sumie dobrze. Może w końcu dojdę do porozumienia sama ze sobą.

Zauważyłam też pewną zależność. Gorzej ze mną jak nie pracuję, a obecnie od 2 tygodni jestem bezrobotna. Za dużo wówczas  myślę, za dużo chcę zrobić, a w gruncie rzeczy nie mogę zrobić niczego, bo nie mogę się pozbierać. Wtedy dopadają mnie doły i depresja. Nawet do terapeuty mi się nie chciało iść, ale poszłam. Z tym też miewam problem. Czasem chowam głowę w piasek, a potem jestem zła na siebie.
Zwalam to trochę na obecne przeziębienie, jestem rozleniwiona, zrezygnowana właśnie przez to złe samopoczucie. Dałam sobie czas do końca tygodnia i trzeba się wziąć w garść i do działania, bo na biernym  siedzeniu życie znów zacznie mi przeciekać przez palce, a za dużo już tych lat straciłam.

Niestety, praca nad sobą i swoim myśleniem to już inna bajka. Z tym będzie najtrudniej.

67

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
ona80 napisał/a:

Droga Lonely..
A ja nie potępiam CIę Droga Lonely.  Uważam , że każdy popełnia błędy. Najważniejsze to umieć wyciągnąc wnioski.
Wszystko zależy od tego czego pragniesz w życiu.
Jestem córką alkoholika i dobrze wiem jak takie życie wygląda. Moj tato opamiętał się dopiero wtedy jak mama zagroziła mu odejściem ( to jest naprawdę skuteczne) , a do tego my córki wziełyśmy sprawę w swoje ręce i zapisałyśmy na siłę na terapie AA. Razem rodzinnie woziliśmy go na tę terapię. Jak widział nasze wsparcie to zrozumiał , że ma rodzinę której zależy na nim . Mimo że wyrządził nam wiele krzywdy.
Co do zdrady , sama się w to wpakowałam. Z tym że ja nikogo nie zdradzałam , to ja byłam kochanką.  Brakowało mi miłości całe życie. I tu ją dostałam. Mężczyzna ten jednak myślał tylko o sobie. Mówił , że bardzo  kocha , ale tak naprawdę nigdy nie chciał ze mną być. Choć zaklinał , że chciał. Pytanie tylko kiedy. ( straciłam 6 lat życia). Popełniłam błąd i wychodziłam z tego bardzo długo.:(nadal nie umiem sobie do końca wybaczyć.
Dlatego ja nigdy nikogo nie krytykuje. Życie nie jest takie czarno-białe.  Ciekawi mnie, czy ten mężczyzna  w którym się zakochałaś zostawiłby dla ciebie tę dziewczynę? 
Uzyskanie odpowiedzi pomogłoby Ci podjąć decyzje co dalej robić w swoim życiu......
A co do moich rodziców. Po wielu latach pijaństwa ojca są szczęśliwi. Także wszystko jest możliwe.:)
I jeszcze jedno , nie obwiniaj się. Twój mąż w dużej mierze pchnął CIe do tego.
Myśl o sobie i o tym czego Ty pragniesz w życiu. TO  pomaga żyć szczęśliwie.
A czas leczy rany i pomaga zapomnieć.
Jesteśmy tylko ludźmi i popełniamy błędy. Trzeba umieć sobie je wybaczać.
POzdrawiam.:)

Przeczytałam Twoje wątki. Też nie było Ci łatwo z pewnych względów, które mało kto z czytających rozumiał, bo tak naprawdę niektóre sprawy są niezrozumiałe dla kogoś, kto czegoś podobnego nie doświadczył. Często wypowiadamy się w temacie, który jest dla nas abstrakcyjny albo odnosimy się do własnego doświadczenia, które jednak może nie być tym samym i  z tego tytułu wyciągamy nie do końca prawdziwe tezy.
Ludzki umysł i emocje są materią niezwykle niewymierną, dlatego czasem nam się coś zdaje, że rozumiemy, ale tak naprawdę tak nie jest. Trzeba wejść w skórę danej osoby, choć to do końca również nie będzie tym samym.
Jesteśmy w jednym wieku, rocznik 80 prawda?
Mimo, że na nasze historie tak inne, a mają jakiś wspólny mianownik; przyjaźń i miłość w jednym; każda z nas doświadczyła czegoś podobnego, choć było inaczej

Jesteś teraz szczęśliwa?

68

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

W twoim mysleniu jest chyba blad. Piszesz ze Twoja zdrada jest przyczyna. Moim zdaniem jest skutkiem tego co bylo wczesniej a wyszlo to po prostu dopiero pozniej tzw. te przyczyny zadomowily sie i zaskutkowaly pozniej. Dalsze pisanie tylko subtelnie je obnazy ale juz nic nie zmieni bo to jest jasne. Mezowi radze to co radzil mi kuzyn. Nie wracac bo to niszczy rodzine. Jest jeszcze kwestia rodziny. Poniewaz w moim przypadku sprawca byl w rodzinie ten problem niejako sam sie rozwiazal. Nie mam kontaktu z ta rodzina co jest dobrze poniewaz wczesniej wtracali sie w wiele spraw i obgadywali za plecami. Warto miec kontakt z madrymi ludzmi, co widac brat meza calkiem jest ale nie juz matka i szwagierka. To jednak sa konsekwnecje. Niedobrze bo inni ludzie lubia niszczyc zeby ktos nie mial lepiej od nich. Dlatego radzilem zonie zeby nie mowila w swojej rodzinie, co bylo by mi na reke bo jestem tam gorzej od niej postrzegany za to co bylo 10 lat temu z mojej winy. Z moja rodzina na szczescie sobie radze. Z tej strony bylo sporo pomocy ale i sporo prostactwa. Ludzie sie podzielili w ocenie a ja ma wylozone kto jaki jest. Dobre dla dalszych kontaktow bo nie lubie hipokryzji.

69

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Tak.
Sytuacja(romans) bardzo mnie wykańczał psychicznie. Nawet nie wiem jak to się stało ,że uzależniłam się od niego. Nie potrafiłam zerwać. Ciągle za mną biegał, mówił, ze kocha, ze jestem wyjątkowa, wspaniała itd itp. Wiedziałam , ze to jest złe. Zaraz po tej pierwszej wspólnej nocy chciałam odejść z tej pracy, uciec, zakopać się pod ziemie. Ale on nie dał mi odejść. CIągle mi mówił , ze skoro on nie czuje sie winny to ja tym bardziej nie powinnam. Ze chce bym kiedyś z nim była.
Tak naprawdę nie wiem co nim kierowało. Chciał i mnie i rodzinę jednocześnie. Chciał ,żeby to się wydało, zeby była to nasza wspólna wina..A ja nic nie mówiłam. Uważałam , że skoro nie jest szczęśliwy w rodzinie to sam powinien zdecydować i odejść.Czekałam....czekałam...sama nie wiem na co..
Udało mi się to zakończyć. Ale nie ukrywam, ze bolało jak cholera.Bo był mi najbliższą i jedyną osobą którą miałam.
W tym zerwaniu pomógł mi inny facet, ale jak czytałaś to wiesz,jak to było.
Teraz jestem sama. W końcu dochodzę do siebie.A minęło 8 miesięcy.On nagle potrafił odbudować swoje kiepskie małżeństwo. Nie obwiniam go tak do końca. Może faktycznie był nieszczęśliwy.Ale nie ukrywa to faktu , ze było mu tak wygodnie żyć. Miał nas obie jednocześnie. W efekcie mnie nie wybrał jak dałam ultimatum...
Skoro mnie tak kochał bardzo , to dlaczego pozwolił mi tak cierpieć. Teraz jest cudownym tatą i mężem. A ja ,, ja ...
co ja mogę czuć....trochę ból. trochę żal , że dałam się w to wciągnąć. Upokorzona, ....przepłakałam wiele nocy....
Ale w końcu udało się....tak naprawę czuję pewnego rodzaju ulgę. Szkoda, że mi się to przytrafiło. Bo ja nie zdradziłam nigdy. Ale byłam po tej drugiej stronie. A to też trudne. Ja też mam uczucia.I Bóg  jeden wie jak to mnie bolało wszystko....
Różne historie życie układa. Ja nie należę do tych co gnoją ludzi. Potrafię zrozumieć.....
Też należę  do takich osób jak Ty i nie umiem sobie do końca wybaczyć. Staram się..ale jest ciężko. Nie mogłam spać i piłam...
Ale powoli od jakichs 2 tygodni zaczynam coś robić ze sobą. Ćwiczenia, spacer, drobne przyjemności by zapomniec.Niestety wspólna praca przypomina.
Wyobraź sobie co ja musiałam przejść. Tylko świadomość, że robię dobrze i ciągłe powtarzanie  ze to dla mnie było złe, pomaga mi z tego wyjść.,,
Powoli zaczynam  żyć.
Życzę Tobie szczęścia i uśmiechu:) życie jest zbyt krótkie żeby ciągle się obwiniać.
powodzenia:)

70

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
maniek_z_maniek napisał/a:

W twoim mysleniu jest chyba blad. Piszesz ze Twoja zdrada jest przyczyna. Moim zdaniem jest skutkiem tego co bylo wczesniej a wyszlo to po prostu dopiero pozniej tzw. te przyczyny zadomowily sie i zaskutkowaly pozniej. Dalsze pisanie tylko subtelnie je obnazy ale juz nic nie zmieni bo to jest jasne. Mezowi radze to co radzil mi kuzyn. Nie wracac bo to niszczy rodzine. Jest jeszcze kwestia rodziny. Poniewaz w moim przypadku sprawca byl w rodzinie ten problem niejako sam sie rozwiazal. Nie mam kontaktu z ta rodzina co jest dobrze poniewaz wczesniej wtracali sie w wiele spraw i obgadywali za plecami. Warto miec kontakt z madrymi ludzmi, co widac brat meza calkiem jest ale nie juz matka i szwagierka. To jednak sa konsekwnecje. Niedobrze bo inni ludzie lubia niszczyc zeby ktos nie mial lepiej od nich. Dlatego radzilem zonie zeby nie mowila w swojej rodzinie, co bylo by mi na reke bo jestem tam gorzej od niej postrzegany za to co bylo 10 lat temu z mojej winy. Z moja rodzina na szczescie sobie radze. Z tej strony bylo sporo pomocy ale i sporo prostactwa. Ludzie sie podzielili w ocenie a ja ma wylozone kto jaki jest. Dobre dla dalszych kontaktow bo nie lubie hipokryzji.

Masz rację.
Jest skutkiem tego, co było wcześniej, choć nie mogę sobie tłumaczyć, że jakby było idealnie, to bym tak nie postąpiła. Tego nie wiem. Zawsze myślałam, że mnie to nie dotyczy, a jednak życie zaskakuje.
Poza tym mąż jest przekonany, że bak zrobiłabym toa, bo mam taki sposób bycia, że jestem zalotna, że mam w sobie to coś, na co lecą faceci.
Może i tak jest, ale nie robię tego świadomie czy z wyrachowania, nie manipuluję, żeby kusić. Jestem mimo wszystko otwarta, pogodna i miła, nie mam wpływu na to jak widzą to mężczyźni.
A może po prostu twierdzi tak przez zazdrość. Na pewno zdawał sobie sprawę, że nie jest taki jaki chciał być i bał się, że znajdę lepszego. Też był niedowartościowany, a przez alkoholizm i nieodkrytą wcześniej depresję czuł się jak się czuł.

Mąż i chce być ze mną i nie chce. Nie umie sobie z tym poradzić, a on zawsze był pesymistą, choć nazywa to racjonalizmem.

Tak, dużo wyjdzie jeszcze w dalszej treści.
Dopiero na końcu będzie można wysuwać jakieś pełniejsze spostrzeżenia.

Szwagier jest bardzo powściągliwy. Nie miesza się.
Od teściowej się odcięłam. Mamy jakiś sporadyczny normalny kontakt, ale nie pozwalam się wtrącać i chyba to zrozumiała, bo jest normalnie. Z żoną szwagra nie rozmawiam, powiedziałam jej wtedy, że nie ma prawa mnie osądzać, nie ona i nie w taki sposób. Obraziła się, ale ma za wielką "koronę", żeby choćby wyjaśnić czy przeprosić, a zachowuje się jakbym ja jej krzywdę zrobiła. Trudno.
Nie brak mi ich. Zresztą nigdy nie byliśmy na tyle blisko.

Najbardziej mi brak bratniej duszy, nie mam rodzeństwa, nie mam już na tyle bliskich znajomych, żeby nazwać je przyjaciółkami. Moja matka też się do tego nie nadaje, a córki są jeszcze za młode (gimnazjum), a poza tym to nie byłby dobry pomysł, aby je do tego wciągać choć znają sytuację do pewnego stopnia

71

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

tak rocznik 80:)
I właśnie to się zgadza. Podobny mianownik bo to był mój najlepszy przyjaciel jakiego kiedykolwiek miałam.A to boli podwójnie:(

72

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
ona80 napisał/a:

Tak.
Sytuacja(romans) bardzo mnie wykańczał psychicznie. Nawet nie wiem jak to się stało ,że uzależniłam się od niego. Nie potrafiłam zerwać. Ciągle za mną biegał, mówił, ze kocha, ze jestem wyjątkowa, wspaniała itd itp. Wiedziałam , ze to jest złe. Zaraz po tej pierwszej wspólnej nocy chciałam odejść z tej pracy, uciec, zakopać się pod ziemie. Ale on nie dał mi odejść. CIągle mi mówił , ze skoro on nie czuje sie winny to ja tym bardziej nie powinnam. Ze chce bym kiedyś z nim była.
Tak naprawdę nie wiem co nim kierowało. Chciał i mnie i rodzinę jednocześnie. Chciał ,żeby to się wydało, zeby była to nasza wspólna wina..A ja nic nie mówiłam. Uważałam , że skoro nie jest szczęśliwy w rodzinie to sam powinien zdecydować i odejść.Czekałam....czekałam...sama nie wiem na co..
Udało mi się to zakończyć. Ale nie ukrywam, ze bolało jak cholera.Bo był mi najbliższą i jedyną osobą którą miałam.
W tym zerwaniu pomógł mi inny facet, ale jak czytałaś to wiesz,jak to było.
Teraz jestem sama. W końcu dochodzę do siebie.A minęło 8 miesięcy.On nagle potrafił odbudować swoje kiepskie małżeństwo. Nie obwiniam go tak do końca. Może faktycznie był nieszczęśliwy.Ale nie ukrywa to faktu , ze było mu tak wygodnie żyć. Miał nas obie jednocześnie. W efekcie mnie nie wybrał jak dałam ultimatum...
Skoro mnie tak kochał bardzo , to dlaczego pozwolił mi tak cierpieć. Teraz jest cudownym tatą i mężem. A ja ,, ja ...
co ja mogę czuć....trochę ból. trochę żal , że dałam się w to wciągnąć. Upokorzona, ....przepłakałam wiele nocy....
Ale w końcu udało się....tak naprawę czuję pewnego rodzaju ulgę. Szkoda, że mi się to przytrafiło. Bo ja nie zdradziłam nigdy. Ale byłam po tej drugiej stronie. A to też trudne. Ja też mam uczucia.I Bóg  jeden wie jak to mnie bolało wszystko....
Różne historie życie układa. Ja nie należę do tych co gnoją ludzi. Potrafię zrozumieć.....
Też należę  do takich osób jak Ty i nie umiem sobie do końca wybaczyć. Staram się..ale jest ciężko. Nie mogłam spać i piłam...
Ale powoli od jakichs 2 tygodni zaczynam coś robić ze sobą. Ćwiczenia, spacer, drobne przyjemności by zapomniec.Niestety wspólna praca przypomina.
Wyobraź sobie co ja musiałam przejść. Tylko świadomość, że robię dobrze i ciągłe powtarzanie  ze to dla mnie było złe, pomaga mi z tego wyjść.,,
Powoli zaczynam  żyć.
Życzę Tobie szczęścia i uśmiechu:) życie jest zbyt krótkie żeby ciągle się obwiniać.
powodzenia:)

Cieszę się, że widzisz nadzieję dla siebie i dążysz ku temu, trzymam kciuki.

Naprawdę rozumiem Cię doskonale i wczuwam się w to, co Ty czułaś i kierowałaś będąc z nim tyle lat. Każdy z nas chce być szczęśliwy, nawet jak zdaje sobie sprawę, że to chore i nie ma przyszłości, a łudzi się i cieszy nawet z ochłapu tego szczęścia, które i tak gnębi wyrzut sumienia, że coś tu jest nie tak.

Z każdego złego doświadczenia należy wyciągać pozytywy, bo samo udręczanie się nic nie da.  Z minusa należy zrobić plus, czasu nie cofniemy, ale mamy wpływ na to, co będzie dalej.
Alez ja się wymądrzam, a sama w tych mądrościach jestem w sumie nigdzie. Czekam i zbieram siły. Łamię się, użalam i nie poddaję jednocześnie.
W końcu ruszę do przodu. Muszę. Mam nadzieję. Wierzę.

Na Ciebie też czeka coś dobrego, nawet nie wiesz za którym zakrętem. I tego się trzymaj.
A jak będziesz chciała pogadać, popłakać, pokrzyczeć czy po prostu bez powodu to pisz, choćby na prive.
Może to być teraz, jutro, za miesiąc a nawet za rok. Na pewno nie zlekceważę, nawet jak będę już super szczęśliwa.

73

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
ona80 napisał/a:

tak rocznik 80:)
I właśnie to się zgadza. Podobny mianownik bo to był mój najlepszy przyjaciel jakiego kiedykolwiek miałam.A to boli podwójnie:(

A no właśnie.
Mnie również dał to czego potrzebowałam najbardziej. Przyjaźń, której tak bardzo mi brakowało i miłość, za którą tęskniłam.Wydawałoby się idealizm, gdybym tylko była wolna. A jakbym była wolna to powiedziałabym mu, żeby najpierw zamknął swoje sprawy. Albo tak też mi się tylko wydaje. Czasem człowiek godzi się na zbyt wiele tylko po to, żeby choćby uszczknąć odrobiny szczęścia.
Jakbyśmy byli wolni oboje to pewnie mielibyśmy szansę przekonać się czy to jest coś warte i ma szansę bytu.
Nie ma co gdybać, jest jak jest.
Czasem chciałabym mieć szklaną kulę, żeby zobaczyć co będzie dalej.

74

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Dziękuję za słowa wsparcia:) Muszę dać radę:)
Ty też dasz radę:)  masz dzieci, masz dla kogo żyć.
Życzę Tobie szczęścia z całego serducha:)
odezwę się jeszcze. Buziaki:)

75 Ostatnio edytowany przez ryba81 (2014-10-07 12:51:25)

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

LonelyM czytam Cie z zainteresowaniem i czekam na ciąg dalszy tej historii.


czy Ty tamtego związku za bardzo nie wyidealizowałaś w swojej głowię??
On dał ci przyjaźń i miłość której Ci brakowało ale jednak przeciwności losu z jakiś powodów sprawiły ze nie mogliście być razem . 

LonelyM napisał/a:

Czy zostawiłby dziewczynę?
Nie wiem.
Jakbym była wolna, to bardzo możliwe, jeśli faktycznie mnie kochał.........[b/]

.......[b]O ile mnie kochał. Dziś już nic nie jest dla mnie oczywiste

LonelyM napisał/a:

Każdy z nas chce być szczęśliwy, nawet jak zdaje sobie sprawę, że to chore i nie ma przyszłości,

LonelyM napisał/a:

Jakbyśmy byli wolni oboje to pewnie mielibyśmy szansę przekonać się czy to jest coś warte i ma szansę bytu.

Sama zadajesz sobie pytanie czy to miało by szanse bytu ??
Połączyła was " miłość" , wzajemna troska , przyjaźń , chemia - same pozytywne emocje ale większych problemów nie przetrwaliście. Czy to była Prawdziwa miłość czy Tylko uzupełnianie elementów których brakowało w małżeństwie w tamtym okresie . A teraz żyjesz tylko miłymi wspomnieniami z tamtego okresu .

LonelyM napisał/a:

Mąż i chce być ze mną i nie chce.

Rozumiem Twojego męża bo tez jestem zdradzoną.
On chce byc z Toba i chce czuc Twoja miłość do niego, czy Ty będziesz chciała /potrafiła mu to dać zależy od Ciebie.

76 Ostatnio edytowany przez LonelyM (2014-10-07 13:43:45)

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
ryba81 napisał/a:

LonelyM czytam Cie z zainteresowaniem i czekam na ciąg dalszy tej historii.


czy Ty tamtego związku za bardzo nie wyidealizowałaś w swojej głowię??
On dał ci przyjaźń i miłość której Ci brakowało ale jednak przeciwności losu z jakiś powodów sprawiły ze nie mogliście być razem . 

LonelyM napisał/a:

Czy zostawiłby dziewczynę?
Nie wiem.
Jakbym była wolna, to bardzo możliwe, jeśli faktycznie mnie kochał.........[b/]

.......[b]O ile mnie kochał. Dziś już nic nie jest dla mnie oczywiste

LonelyM napisał/a:

Każdy z nas chce być szczęśliwy, nawet jak zdaje sobie sprawę, że to chore i nie ma przyszłości,

LonelyM napisał/a:

Jakbyśmy byli wolni oboje to pewnie mielibyśmy szansę przekonać się czy to jest coś warte i ma szansę bytu.

Sama zadajesz sobie pytanie czy to miało by szanse bytu ??
Połączyła was " miłość" , wzajemna troska , przyjaźń , chemia - same pozytywne emocje ale większych problemów nie przetrwaliście. Czy to była Prawdziwa miłość czy Tylko uzupełnianie elementów których brakowało w małżeństwie w tamtym okresie . A teraz żyjesz tylko miłymi wspomnieniami z tamtego okresu .

LonelyM napisał/a:

Mąż i chce być ze mną i nie chce.

Rozumiem Twojego męża bo tez jestem zdradzoną.
On chce byc z Toba i chce czuc Twoja miłość do niego, czy Ty będziesz chciała /potrafiła mu to dać zależy od Ciebie.

Tak. Etap zastanawiania się czy go idealizuję mam już za sobą. Odpowiadam; nie, nie idealizuję, ALE mam odniesienie tylko i wyłącznie do tego, co wspólnie przeżyliśmy czy do przyjemności, bo więcej nie mieliśmy okazji się przekonać. I tu zawsze będzie niesprawiedliwa ocena między jednym związkiem a drugim.

Wiadomo, kochanek kojarzy się tylko z przyjemnościami, bo nie musimy żyć z nim na co dzień.  Zupełnie inaczej wygląda życie z kimś 24h na dobę i widywanie się w codziennych sytuacjach, a nie tylko na randkowaniu, bo oczywiście wówczas jest najfajniej, każdy się stara i pokazuje z jak najlepszej strony - to jest etap zdobywania.

Pod wspólnym dachem to już nie tylko przyjemności a i problemy, proza życia codziennego takie jak rachunki, pranie, sprzątanie czyli rutyna.
Dopiero wówczas przekonalibyśmy się czy to co nas łączy jest wartościowe, bo chemia prędzej czy później opada.Zdaję sobie z tego sprawę.

Gdyby nie problem alkoholowy męża i moje zachowanie osoby współuzależnionej to powiedziałabym, że wygrałam los na loterii i lepszego człowieka nie znajdę, mimo wad, no ale każdy je ma. Niestety ta okropna choroba sieje takie zniszczenia, że nie zawsze można postawić nowe fundamenty na zgliszczach. Mimo, że byłam słaba jestem silną osobą. Potrafię wybaczyć, zapomnieć, nie chować urazy, nawet jeśli wiem, że w moim odczuciu mąż skrzywdził mnie przeokrutnie, bo wyznaję zasadę, że szkoda życia na to, co złe i nie warto się truć jadem skoro można energię poświęcić na to, żeby i tak być szczęśliwym.
U nas to chyba efekt domina, każde skutek jest konsekwencją jakiejś przyczyny, jak lawina.
Jakbym nie zdradziła prawdopodobnie byłoby teraz super.
Czuję się i winna i niewinna. Wszystko się na siebie nakłada.

Problemem jest to, że mąż nie potrafi sobie z tym poradzić, bo zdeptałam wszystkie jego wartości. Jak powiedział: mogłem spodziewać się wszystkiego po wszystkich, że mnie zniszczą, zgnębią, ale nie Ty. Problemem jestem ja sama, na przemian ; raz jestem pewna, że będę na nowo szczęśliwa i nie będę nawet myślami wracać do przeszłości a potem koło się zakręca i tęsknię za tym, co poznałam u boku tamtego. Dlatego twierdzę, że obecnie to jest przyczyną naszych problemów. I moich i męża. Moich, bo przecież nie tęskni się za czymś, czego się nie zna, a ja poznałam inne uczucie.

Może konfrontacja by mi coś pomogła. Tylko czego ja oczekują, że powie mi, tak - bardzo Cię kochałem, ale nie możemy być razem, bo za wielu ludzi ucierpi czy może lepiej jak powie, że byłam nikim, jakąś chwilową zabawką i żebym się odczepiła? Opcji jest wiele, ale nie wiadomo, co by z tego wynikło.

Głupia jestem, ja tu nadal tkwię, a on pewnie zapomniał już w ogóle o moim istnieniu. A może i nie?
Może zwyczajnie gubią mnie sentymenty i wspomnienia.

Tu by się przydała pomoc psychologa, ale nie wiem gdzie znaleźć kogoś kto mi, że tak głupio powiem przypadnie do gustu, bo inaczej się zblokuję i nic z tego nie będzie.
Na razie mam spotkania z terapeutą od współuzależnień, bo na pewno coś we mnie siedzi. Konsultowałam się z psychiatrą, nic mi nie jest, nie ma takiej potrzeby, żeby tam chodzić - świetny lekarz, przypadł mi do gustu, wzbudził autorytet i zaufanie swoją kompetencją i osobowością, ale niestety on nie jest od tego, czego mi potrzeba.

Łatwiej byłoby zacząć brać jakieś antydepresanty, ale nie chcę. Mam siłę bez tego i muszę ją obudzić.


Dziękuję Ci za wypowiedź, już odczuwam, że ta "terapia" w postaci wyrzucania z siebie dużo mi daje.

77

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
ona80 napisał/a:

Dziękuję za słowa wsparcia:) Muszę dać radę:)
Ty też dasz radę:)  masz dzieci, masz dla kogo żyć.
Życzę Tobie szczęścia z całego serducha:)
odezwę się jeszcze. Buziaki:)

To cieszę się, że będziemy się "widywać"

a teraz pora na zrobienie innych rzeczy, niż siedzenie przed komputerem, a przy okazji można naładować baterie i korzystać z uroków pięknej pogody
do następnego spotkania

78

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Droga Lonely odezwij się  do mnie na e-mail  slonce.1989@wp.pl

79

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:

Łatwiej byłoby zacząć brać jakieś antydepresanty, ale nie chcę. Mam siłę bez tego i muszę ją obudzić.

eeee Lonely tableteczki dobra rzecz wink
ja "jechałam" na nich 5 miesięcy ... pomagały
a siła - znalazła się we mnie, mimo prochów

80

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Mruffka napisał/a:
LonelyM napisał/a:

Łatwiej byłoby zacząć brać jakieś antydepresanty, ale nie chcę. Mam siłę bez tego i muszę ją obudzić.

eeee Lonely tableteczki dobra rzecz wink
ja "jechałam" na nich 5 miesięcy ... pomagały
a siła - znalazła się we mnie, mimo prochów

Bałabym się, że nie będę mogła bez nich potem żyć.
Nałogowo palę od wstyd napisać, od 18 lat i najgorsze, że dobrze mi z tym.

Nie brałam prochów po śmierci ojca, a niewiele brakowało by się poddać, to może i tym razem podołam.

81 Ostatnio edytowany przez LonelyM (2014-10-07 16:10:39)

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
ona80 napisał/a:

Droga Lonely odezwij się  do mnie na e-mail  slonce.1989@wp.pl

@

dziś już muszę zmykać za moment, ale będę jutro w sieci gdzieś tak do 12

82

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Lonely
czuję się niejako wywołana do tablicy. Niestety nie miałam czasu przeczytać wszystkiego. Na pewno do jutra to zrobię i Ci napiszę smile.

83

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
stokrotka1978 napisał/a:

Lonely
czuję się niejako wywołana do tablicy. Niestety nie miałam czasu przeczytać wszystkiego. Na pewno do jutra to zrobię i Ci napiszę smile.

spoko, to nie przymus - będziesz mieć czas i ochotę to pisz

84

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:
LonelyM napisał/a:
LonelyM napisał/a:

rozdział 6: On

Na początku nic nie wskazywało, ani nie dawało cienia podejrzeń, że z czymś takim będę musiała się zmierzyć.
Owszem, troszkę mnie podrywał, ale było to tak subtelne, że zaczęłam sobie wmawiać, że mi się tylko wydaje.
Tym bardziej, że pracując w miejscu gdzie przewija się mnóstwo ludzi, ludzie są po prostu sympatyczni w większości. Zdawałam sobie sprawę, że mam powodzenie, może nawet mam w sobie to "coś", choć to może moja próżność kazała mi tak sądzić - tak sobie wmawiałam. Byłam odporna na wszelakie podrywy, niektóre były nawet miłe, ale nie traktowałam tego poważnie. Miałam dystans do nich, może miałam też zaburzone poczucie własnej wartości przez życie jakie wiodłam do tej pory.
On był miły, sympatyczny, zawsze wesoły i kulturalny, ale w delikatny sposób. Dlatego też nie przyszło mi do głowy, że to w ogóle do czegoś doprowadzi.
Przychodził sporadycznie, a nawet rzadziej. Sama nawet nie wiem czemu czasem o nim myslałam, ale w tych myślach nie było nic z gatunku emocjonalnego. Po prostu może też miał w sobie to coś i dlatego utkwił mi w pamięci.
Ot, taka odskocznia od mojego smutnego życia.
Po dłuższej nieobecności przyszedł i jakoś tak wyszło, że wdaliśmy się w dłuższą rozmowę. Na początku na luzie, dawno mi się z nikim tak dobrze i sympatycznie nie rozmawiało jakbyśmy znali się od lat.
Mówił coś tam o swojej dziewczynie, ale w sumie rozmawialiśmy na wesoło, ale dostrzegłam, że te jego sygnały wobec mojej osoby są wyraźniejsze. Znów wmawiałam sobie, że mi się zdaje.
Po prostu dobrze nam się rozmawiało, wyczułam taką bratnią duszę. Ja z natury jestem towarzyska i wesoła (nawet jak mi źle), ale rzadko nawiązuje z kimś tak dobre relacje, po prostu mało jest ludzi, z którymi znajdę "wspólną falę", a tu tak było.
O sobie nie mówiłam za wiele,  nie narzekałam. Dowiedział się tylko, że mam męża i dzieci, co go trochę zaskoczyło, ale chyba oboje nas bardziej zaskoczyło, że jestem od niego 5 lat starsza.
Dał mi do zrozumienia, że mu się podobam. Było to miłe, ale nic więcej. Miałam swoje życie i swoją rzeczywistość , taką a nie inną.
Przegadaliśmy całą noc, mimo, że rano miał iść do pracy. Na koniec tylko rzucił spokojnie " wiem, że nie jesteś szczęśliwa, widzę to w twoich oczach". Oczywiście nie byłabym sobą jakby nie założyła maski i udawała, że nic się nie dzieje, że nie rozumiem i odbiegłam od tematu. Potem wyszedł.
Nie było go dłuższy czas, czasem wpadal na pogawedkę i tyle.
Nie myślałam dużo o nim, poza faktem, ze jest fajnym człowiekiem i fajnie byłoby wreszcie znów mieć przyjaciela (bo przyjaciółek już od dawna nie miałam) nie zastanawiając się nad sensem przyjaźni damsko-męskiej a ogólnie o przyjaźni .
Minęło chyba ze 2 m-ce, nie było go przez ten czas, aż do pewnego grudniowego wieczoru. Byłam zajęta pracą, miałam całą dostawę do wyłożenia przez noc. Wpadł na chwilę a jak wychodził to rzucił "kiedy skończysz to co robisz i będziesz mieć chwilę?" powiedział to tak lekko, że nawet nie pomyślałam, że to na poważnie i nie zastanawiałam się nad sensem słów i rzuciłam żartem, że pewnie o 1 w nocy.
Wyszedł ..............

rozdział 7: Pierwszy raz

Zajęłam się pracą, szło mi nawet nieźle, bo zapomniałam nawet co się dzieje wokół i po prostu robiłam swoje byle wytrwać do rana. Nagle usłyszałam " dobry wieczór, jest pierwsza", zaniemówiłam z wrażenia, bo naprawdę zapomniałam o tamtym incydencie, zresztą i tak nie wzięłam tego na serio.
Po chwili konsternacji zaczęliśmy rozmowę, ja cały czas udawałam, że nie widzę i nie czuję tej dziwnej aury, która nas otacza. Zaczął mi mówić, że nie mógł przestać o mnie myśleć od chwili kiedy pierwszy raz mnie zobaczył, mimo, że próbował przez pewien czas nawet nie przychodzić. Taki niby banał. I chyba się we mnie zakochał, co wydawało mi się niedorzeczne, próbowałam wszystko obracać w żart, zresztą nie jestem zbyt ufna, żeby mnie byle słówkami omamić.
Mimo to, czułam, że dzieje się coś dziwnego ze mną, że chyba mi się to wszystko śni. Zapytał czy zapalimy. Wyszliśmy więc zapalić na zewnątrz i dalej już nie pamiętam, czy zdążyliśmy zapalić czy też nie. Nasz wzrok spotkał się i już nie byłam w stanie nic zrobić. Zaczęliśmy się całować, a ja nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Przeplatały mi się w głowie dziwne myśli i obrazy; to nie dzieje się naprawdę, to chyba sen, co ja robię, nie wiem co się dzieje i to błogie uczucie do tego. Poddałam się temu. Byłam oszołomiona i nie byłam w stanie w ogóle myśleć. To wszystko coś w nas rozbudziło i nie chodziło o samo pożądanie. Został ze mną do rana i wówczas zaczęliśmy ze sobą otwarcie rozmawiać. Powiedział, że nie chce tego tak zostawiać i żebym mu dała nr telefonu. Nie zgodziłam się. Mogę co najwyżej wziąć jego i ewentualnie zadzwonić.Nie uwierzył, że się odezwę.
Po pracy odprowadził mnie na autobus, gdzie jeszcze staliśmy chwilę i rozmawialiśmy. Wtedy zaczęło do mnie docierać co się stało i co ja zrobiłam. Nie dawałam sobie rady z własnym myśleniem. To nie mogłam być ja, nie wierzyłam. Nie wiem jak dojechałam do domu.
W domu wszyscy spali i ja też szybko usnęłam.
Obudziłam się około południa, była sobota. Miałam mieć 2 dni wolnego teraz i nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Poszłam do centrum handlowego, ale nie mogłam normalnie funkcjonować. Nie wiedziałam czy to wszystko wydarzyło się naprawdę. I tak nie mogłam się na niczym skupić. Plątałam się bez celu tam i z powrotem nie radząc sobie z sytuacją. Stwierdziłam, że zadzwonię do niego  spadnę wówczas z obłok, że to wszystko jakiś blef. W sumie zadzwoniłam tylko po to, ustawiłam w telefonie, żeby nie pokazywał się mój nr telefonu. Odebrał. Chwila ciszy. A potem samo poszło, zapytał kiedy się zobaczymy, mówiłam chyba jakieś głupoty od rzeczy. I skończyła mi się karta w telefonie. Urwało rozmowę.
Dalej byłam w punkcie wyjścia. Wróciłam do domu. Nie wiem już jak przetrwałam cały weekend.
W poniedziałek miałam na dzienną zmianę. Do popołudnia jakoś zleciało, zajmowałam myśli czym innym. Potem zaczęłam być zestresowana, bo zbliżał się wieczór. I wtedy usłyszałam znajmy głos. Nie musiałam się nawet odwracać. To był on. Mówił, że nie wiedział czy będzie mógł dziś przyjść. Nie było za wiele okazji do rozmowy, bo klienci i inne rzeczy przeszkadzały. Podobnie było we wtorek. Zapytał chyba kiedy będziemy mogli porozmawiać.Umówiliśmy się na czwartek przed moją pracą pod wieczór.
Nic nie myślałam, nie potrafiłam po prostu o tym myśleć czegokolwiek. Żyłam jak w półśnie.
....

rozdział 8: rozkwit uczuć
W czwartek wyszłam z domu trochę wcześniej, żeby mieć czas na nasze spotkanie, ponadto poprosiłam zmienniczkę, żeby została dłużej, bo mi coś wypadło.
Przyjechał po mnie samochodem. Dziwnie się czułam. Zapytał gdzie mam ochotę "iść". Stwierdziłam, że w jakieś fajne spokojne miejsce. Nie chciałam do żadnego publicznego lokalu z obawy przed tym, że ktoś nas zobaczy, mimo, że jakoś wtedy nie docierało do mnie, że ja właśnie zdradzam. Po prostu wolę spokojne, klimatyczne miejsca bardziej od tłumów. Pojechaliśmy.

Rozmawialiśmy sporo, nie umiem przytoczyć każdego słowa, troszkę się otworzyłam i powiedziałam, że miał rację, że nie jestem szczęśliwa. Nie umiałam jednak opowiedzieć o wszystkim, co przeszłam. Takie zażenowanie, poczucie wstydu. Po prostu spędziliśmy razem czas. Było trochę pocałunków, ale przede wszystkim rozmowa i bliskość. Czas szybko mijał i musiałam wracać do pracy. Podwiózł mnie i się rozstaliśmy. Ja chyba już wtedy się zakochiwałam w nim. Był dla mnie dobry, czuły i delikatny.

Po kilku godzinach przyszedł do mnie do pracy. Znów został do rana, mimo że miał iść nazajutrz do pracy.
I tak było coraz częściej. Widywaliśmy się kilka razy w tygodniu. Albo zarywał noce i spędzał je ze mną albo jak miałam ranną zmianę przyjeżdżał po mnie i urywałam godzinkę na spotkania z nim.
Zaczęliśmy żyć prawie jak para. Jak miałam wolne i nie mogłam wytrzymać bez niego, to szłam gdzieś na szybkie zakupy, a potem spotykaliśmy się .
Gdzieś w środku wiedziałam, że źle robię, ale jakoś to do mnie nie docierało. Żyłam tym naszym uczuciem. Wreszcie po latach bólu spotkało mnie coś fajnego,troszkę szczęścia i zachłysnęłam się tym.
Nie widziałam co dzieje się wokół. Robiłam wszystko, co powinnam,zwykłe obowiązki codzienne,  by potem znów być przy nim.
Męża prawie nie dostrzegałam. Zaczęłam podwójne życie. Zresztą i tak sądziłam, że mąż nie pozwoli mi odejść.

Czasami zastanawialiśmy się, co z nami będzie, chyba każdy miał jednak te wyrzuty sumienia, że robimy coś złego, a jednak to co było między nami było silniejsze. Może i poszliśmy na łatwiznę.
On nadal miał dziewczynę, widywali się co tydzień. Na początku mi to nie przeszkadzało, może i traktowałam to jako zasłonę dla nas. Kiedyś tylko zapytałam czy rzuciłby ją jakbym była wolna.  Odpowiedź była twierdząca, a czy prawdziwa, to tego pewnie się już nie dowiem. Więcej do tego nie wracałam, bo podświadomie obawiałam się, że jakby to zrobił to przyszedłby czas na mój ruch, a chyba nie byłam gotowa na taki krok. Blokował mnie też strach.

Kiedyś przyjechał od niej po kilku godzinach, bo nie miał po co tam być, ona i tak nie miała czasu, a sam próbując ją przytulić myślał o mnie, a to jest nie fair.
Nie mogłam zrozumieć czemu tak jest między nimi, są na starcie wspólnego życia i już nie dbają o swój związek. Może to ja dałam mu to, czego mu było brak tak jak on mnie? Dziś już nie wiem. Przecież jak się kocha to nie szuka się innej miłości. On chciał mnie. Po co? A może chciał obie? Ale po co? Wierzyłam, że mnie kocha, bo i po co mu takie problemy, po co by się narażał , no i nie wierzę, że można by tak kłamać w uczuciach, chyba wyczułabym to.

I ja i on powinniśmy byli najpierw skończyć swoje związki zanim zaczęliśmy iść jedną drogą.

Przyszła raz z nim do mnie do pracy. To sklep. Nie udało mu się bez podejrzeń wykręcić. Chora sytuacja, ale zachowałam kamienną twarz, mimo, że byłam roztrzęsiona. Na koniec powiedział mi "do zobaczenia potem"
Potem dostałam wiadomość " jedno wiem, kocham tylko ciebie". Prawie się rozpłakałam. Mieli chyba gości w domu, ona się upiła i poszła spać, a on do mnie przyszedł i został już do rana. Byliśmy tylko dla siebie. Cieszyliśmy się każdą wspólna chwilą, nawet tą skradzioną.

Po miesiącu naszych spotkań już wiedziałam, że go kocham. Pisaliśmy do siebie dziesiątki smsów i odliczaliśmy czas do zobaczenia się. Kiedy się dowiedział, że czuję to samo co on był bardzo poruszony.
Dopiero wtedy zaczęłam myśleć o zbliżeniu. Wcześniej nie byłam gotowa. Nie traktuję seksu jako sportu byle jak i z byle kim. Kilkakrotnie upewniał się czy jestem tego pewna czy naprawdę chcę.
Nie będę opisywać o szczegółach, ale było mi z nim dobrze, bo łączyło nas coś szczególnego, a nie sam akt.

Wtedy przyszło mi przez głowę, że może jak dostał to, co chciał, to mnie oleje i porzuci, ale nic takiego się nie stało. Nasz "związek" nadal kwitł.
To ponownie pozwoliło mi uwierzyć, że kocha mnie prawdziwie.
Tylko co dalej z nami będzie? Ta myśl mnie przerażała, w gruncie rzeczy spychałam ten problem pod dywan i nadal tkwiliśmy w tej sytuacji.
.....
W Sylwestra w domu byłam z mężem i dziećmi, koło północy mąż się upił, o dziwo obyło się bez żadnej jazdy z jego strony, powiedział mi tylko coś po cichu " wiem, że wolałabyś być z nim". Nie wiedziałam czy dobrze usłyszałam, czy to sumienie płata mi figle. Nie odezwałam się a on usnął.
Nigdy wcześniej nie dał mi znaku, że być może coś podejrzewa. Trochę to zbagatelizowałam.
...
Nadal spotykałam się z nim,  czułam że mu na mnie zależy, czułam się potrzebna i kochana, aż do lutego .....

rozdział 9: wyjawienie

Zanim jednak nadszedł luty muszę cofnąć się do ostatniej dekady stycznia.

Cały czas żyłam tymi kradzionymi chwilami szczęścia. Dom, praca i upragnione coraz częstsze spotkania. Nic innego nie dostrzegałam.
Pewnego wieczoru mąż siedział jak zwykle na kompie, zajęty. Ja leżałam na łóżku próbując skupić się na tym, co leci w TV.
Nagle wstał i podszedł do mnie pytając czy jest ktoś inny. Na sekundę zaniemówiłam i odparłam twierdząco. Wtedy mężowi załamał się głos; kto to, jak, dlaczego. Był załamany. Nigdy w życiu nie widziałam go tak, nie wiem jak to nazwać, wystraszonego, zaskoczonego i przygnębionego, a może było to wszystko jednocześnie. Zrobiło mi się bardzo przykro, że zgotowałam mu takie coś, ale zarazem byłam jakaś niewzruszona. Teraz już niewiele pamiętam, co działo się dalej, mieliśmy porozmawiać jutro.

Nadeszło jutro.
Usiedliśmy i zaczęłam mu opowiadać. Jego stan i moja siła zaczerpnięta z poczucia, że w końcu mam w kimś innym oparcie sprawiła, że przestałam się go wtedy bać.
Powiedziałam prawdę, że się zakochałam, że ten ktoś mi wreszcie dał, to czego pragnęłam od niego, że jest też moim przyjacielem, nie tylko miłością. Nie chciałam mówić kim jest, nigdy mu nawet nie powiedziałam jak ma na imię, mimo wszystko bałam się, ze mu coś odwali i narobi głupot. To wszystko było jakieś nierealne, jakby nie działo się naprawdę. Mimo to poczułam złudną ulgę, że wreszcie koniec udawania. Myślałam tylko i wyłącznie o sobie.

Przyjacielowi powiedziałam nazajutrz, ze mąż już wie. Trochę się zdziwił, że się jednak odważyłam, bo wiedział, że panicznie boję się męża. Martwiliśmy się co dalej, choć nieraz mówił, że damy radę. Chyba to nas trochę przerosło. Zderzenie z rzeczywistością. Myślałam, że on się podda, ze się wycofa. Nie powiem, ze nie było zawahania. I w jego oczach i w moich.

W domu zaczęliśmy z mężem żyć trochę jak sąsiedzi, bez awantur i burz z piorunami jak się spodziewałam. Nie zdawałam sobie sprawy, co w nim siedziało, z czym się zmagał. Z czasem zmienił front wobec mnie. To dziwne, ale zachowywał się jakby mi dopingował, jakby pogodził się z tym. Powiedział, że nie muszę się już kryć (miałam drugi telefon). A ja bezmyślna przyjęłam to za  dobrą monetę i zaczęłam z tego korzystać. Teraz sobie dopiero zdaję sprawę jak wielką byłam egoistką. Perfidna i wyrachowana, wtedy byłam tego nieświadoma.

Moja sielanka trwała nadal, na dodatek dostałam większy komfort psychiczny, bo niby wszystko już było jawne. Nadal było nam dobrze ze sobą, mogłam na niego liczyć i myślałam, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Kochaliśmy się i przyjaźniliśmy. Wierzyłam mu i czułam, że jest szczery.

Jego dziewczyna przyjeżdżała raz na tydzień, ale cały czas się kłócili.
W sumie to dziś nie wiem po co to ciągnęli dalej skoro non stop się nie dogadywali, dziwiłam się, że oni będąc młodzi stażem, wtedy kiedy jest najfajniej w związku robią sobie takie rzeczy.
Nie potrafiłam zrozumieć, może dlatego, że jest między nimi za duża różnica wieku, niedojrzałość między jednym a drugim? Ona lat 20, ja 32 i on gdzieś po środku lat 27. Między nami tego nie było, my dogadywaliśmy się doskonale. Oni byli ze sobą nieco ponad rok i już takie złe rokowania. Z poprzednią dziewczyną (rówieśnicą) był ok.8 lat, zanim się wypaliło. Z tego co mówił, to tamta zaczęła się od niego odsuwać, a obecna zagięła na niego parol. Może imponowało jej, że był starszy. Rozstali się przez tą właśnie obecną.
W sumie to nadal nie oczekiwałam niczego. Może tylko gdzieś tam w środku chciałam być już tą jedyną.

Była u niego jak dostał ode mnie smsa. Zapytała kto to. Odpowiedział zgodnie z prawdą. Zaniemówiła. Wyszła. Wróciła. Zaczęła o niego zabiegać. Potem znów awantury. Mówił, że ma dość, że go to męczy, ale chyba niczego stanowczo z tym nie zrobił.
A ja nadal to akceptowałam i nie oczekiwałam deklaracji. Tak jakbyś nie chcieli nic zmieniać. Byliśmy tchórzami.
Bywał ze mną, nie z nią, mimo, że oficjalnie byli razem. Może dlatego, że mieszka w innym mieście tak dziwnie to się układało. Biorę też pod uwagę, że mógł mi nie mówić wszystkiego, żeby mnie nie urazić, żebym nie postawiła ultimatum, żebym nie odeszła.

Było nam dobrze, choć dziś zdaję sobie sprawę, że byliśmy nieodpowiedzialni jak na swój wiek. Wspaniałe słówka, wspaniałe chwile, setki smsów, tęsknota i ...... tkwienie w miejscu.

Ze strony męża był tylko jeden koszmarny incydent.
Zamiast wrócić o 8 z pracy, ja wróciłam o 10 i co najgorsze nie odbierałam telefonu.
Zrobił mi awanturę na maxa, na przemian to błagał to groził. Byłam zmęczona, niewyspana, zła i z wyrzutami sumienia. Krzyczałam, że już nie mam siły, żeby mnie zostawił, że muszę być sama, zeby zdecydować co dalej powinnam zrobić.
Nie chciał. Tez już nie panował nad sobą. A najgorsze, że były przy tym córki i wykrzyczał mi od najgorszych, czułam się winna, ale nie mogłam mu wybaczyć, ze tak spłycił wszystko, że nic się więcej dla mnie nie liczy tylko kochanek. Znienawidziłam go za to, że wmieszał w taki sposób w to dzieci i będą mieć zrytą psychikę, po prostu wyżył się za to, co mu zrobiłam nie patrząc na koszty.

Chciał pogadać jak córki poszły do szkoły. Wsiadłam do auta. I wtedy na nowo obudził się w nim jakiś demon. Zaczął jechać bardzo szybko, groźby, że to już koniec, że najwyżej nas zabije. To był horror. Zastraszanie. Znów mi wróciły wspomnienia tego jak mnie dręczył przez te wszystkie lata, ale tym razem na trzeźwo. I to było najbardziej przerażające.
Nie dam rady więcej o tym pisać, bo przeżywam to na nowo...

Wróciliśmy do domu. Usnęłam zrezygnowana, bo znów miałam iść wieczorem do pracy.
Przyszedł na chwilę, wyżaliłam się i kazałam wracać, bo był po nie przespanej nocy ze mną i całym dniu pracy, więc następnej by już chyba nie podołał. To mi trochę pomogło, bo dał mi wsparcie, a byłam roztrzęsiona.

Sytuacja ucichła. Wróciło jakby do normalności.

W lutym mieli zamknąć sklep, w którym pracowałam.
Ostatniego dnia nie musiałam iść już do pracy. Mimo, że mogłam już "wszystko", okłamałam męża, że idę na noc. Nie chciałam sprawić mu przykrości. Oczywiście byłam z nim, ale jednak o północy wróciłam do domu i się przyznałam. Wiedziałem, odparł.

Spotykaliśmy się wieczorami, raz obiecałam w domu, że wrócę do 22. I wróciłam. Zadzwonił, że w aucie zostawiłam mój główny telefon.Wyszłam tylko po niego, a on zawrócił tylko po to, żeby mi go oddać, ale jak przyjechał to zaproponował mi jeszcze trochę wspólnych chwil. Nie umiałam odmówić. Ciągle nam było siebie mało. I znów spędziliśmy i przegadaliśmy całą noc. Odwiózł mnie dopiero o 7 rano. Jeszcze się dobrze nie rozstaliśmy a już za sobą tęskniliśmy, odliczając kiedy znów się zobaczymy

I to były nasze ostatnie wspólne chwile, kiedy byliśmy "razem" ............

85

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Drogie Panie,
Czytając z zainteresowaniem Wasze wypowiedzi stwierdzam fakt i większość z Was czuła się w związkach małżeństwach związkach nieformalnych niedoceniana.
Zgodzę się z tym jak najbardziej i tu przyznaję Wam pełną rację!!!!!!Spotykam się często z kobietami właśnie po rozwodach rozstaniach.
Poniekąd poprawiam ich samopoczucie wzmacniam poczucie własnej wartości sprawiam przyjemność.Jestem masażysta, los chyba tak chciał ze podczas jednego z masaży zostały przekroczone pewne granice.Od tamtego czasu moje klientki polecają sobie mnie nawzajem ceniąc moją osobę zarówno w rozumieniu psychologicznym jak i rozkoszy dla ciała, płacą mi za to przyznaję się ale jako człowiek słucham i analizuję.Większość z Was  oraz moich klientek uważam iż nie wierzy własnym siłom brak Wam poczucia własnej wartości.Każdy człowiek ma coś do zaprezentowania, posiada to cos...Wiadomo życie układa się różnie ALE NIE WARTO TRACIC WIARY W SIEBIE!!!KAŻDA Z WAS MA COS CO UJMIE KAZDEGO FACETA!!!Dziewczyny nie załamujcie się po przykrych wydarzeniach ZYCIE TRWA DALEJ!!!
Trwając i zyjąc przeszłościa marnujecie czas!!!
Widziałem menamorfoze już nie jednej kobiety i uwierzcie że sam byłem w szoku kiedy Kobieta dosłownie urywa kartke na jakiej zapisana była przeszłość i zaczyna wszystko od nowa.Jak zmienia całe swoje życie począwszy od wygladu a skonczywszy na psychice!!!
Fakt jest iż potrzebujecie nieraz niezlego kopa emocjonalnego,na przykładzie własnych klientek ale cieszę się kiedy przychodzą i informują mnie że dziś tylko zwykła rozmowa masaz ponieważ znalazły faceta...
Tak Wiec WSZYSTKIE KOBIETY NIE MA SIE CO ZAŁAMYWAĆ ŻYCIE TRWA DALEJ!!!POKAŻCIE CAŁEMU SWIATU JAKIE DOSKONAŁE JESTEŚCIE A ZDOBĘDZIECIE KAZDEGO FACETA!!!!

86

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Gentelmen Piotr napisał/a:

Drogie Panie,
Czytając z zainteresowaniem Wasze wypowiedzi stwierdzam fakt i większość z Was czuła się w związkach małżeństwach związkach nieformalnych niedoceniana.
Zgodzę się z tym jak najbardziej i tu przyznaję Wam pełną rację!!!!!!Spotykam się często z kobietami właśnie po rozwodach rozstaniach.
Poniekąd poprawiam ich samopoczucie wzmacniam poczucie własnej wartości sprawiam przyjemność.Jestem masażysta, los chyba tak chciał ze podczas jednego z masaży zostały przekroczone pewne granice.Od tamtego czasu moje klientki polecają sobie mnie nawzajem ceniąc moją osobę zarówno w rozumieniu psychologicznym jak i rozkoszy dla ciała, płacą mi za to przyznaję się ale jako człowiek słucham i analizuję.Większość z Was  oraz moich klientek uważam iż nie wierzy własnym siłom brak Wam poczucia własnej wartości.Każdy człowiek ma coś do zaprezentowania, posiada to cos...Wiadomo życie układa się różnie ALE NIE WARTO TRACIC WIARY W SIEBIE!!!KAŻDA Z WAS MA COS CO UJMIE KAZDEGO FACETA!!!Dziewczyny nie załamujcie się po przykrych wydarzeniach ZYCIE TRWA DALEJ!!!
Trwając i zyjąc przeszłościa marnujecie czas!!!
Widziałem menamorfoze już nie jednej kobiety i uwierzcie że sam byłem w szoku kiedy Kobieta dosłownie urywa kartke na jakiej zapisana była przeszłość i zaczyna wszystko od nowa.Jak zmienia całe swoje życie począwszy od wygladu a skonczywszy na psychice!!!
Fakt jest iż potrzebujecie nieraz niezlego kopa emocjonalnego,na przykładzie własnych klientek ale cieszę się kiedy przychodzą i informują mnie że dziś tylko zwykła rozmowa masaz ponieważ znalazły faceta...
Tak Wiec WSZYSTKIE KOBIETY NIE MA SIE CO ZAŁAMYWAĆ ŻYCIE TRWA DALEJ!!!POKAŻCIE CAŁEMU SWIATU JAKIE DOSKONAŁE JESTEŚCIE A ZDOBĘDZIECIE KAZDEGO FACETA!!!!

Pewnie, że trzeba mieć siłę i się nie załamywać, bo od dołowania się jeszcze nikomu nie było lepiej w życiu.

Tak mi się przypomniało, co powiedział mi mąż;
"rozumiem, zakochałaś się, dał ci to, czego nie miałaś ode mnie" a potem " myślisz, że byłaś taka fantastyczna, ze cię chcial (ironia), takich 30-tek z problemami jest na pęczki, takie są najprostsze do wyrywu...."
I znów poczułam się jak śmieć. No tak, nie jestem warta nawet, żeby ktoś mnie pokochał poza nim (mężem)

Wiem, że zapewne złość przez niego przemawiała, ale jakąś tam drzazgę u mnie zostawił.
A może i tamten mnie kochał? Może też nie, ale mimo to nie należy wierzyć, że się jest nic niewartym

87

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

A czy maz widzi swoje zaniedbania przez te wszytkoe lata ? Żałuje ze tak Cie traktował .
Czy skupia sie tylko na Twojej zdradzie ?

88

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
ryba81 napisał/a:

A czy maz widzi swoje zaniedbania przez te wszytkoe lata ? Żałuje ze tak Cie traktował .
Czy skupia sie tylko na Twojej zdradzie ?

I jedno i drugie, żeby było śmieszniej.
Wie jak bardzo mnie skrzywdził, ja ponoć jego też (choćby swoim zachowaniem spowodowanym przez jego picie), ale zdrada to jest zdrada i na tym się skupiamy.
Prosiłam, że nie ma sensu ciągnąć wora złych rzeczy do przyszłości, która może być lepsza. Ja chciałam oddzielić wszystko grubą krechą, ale on nie potrafi. Staram się rozumieć, choć nadal uważam, że od złego myślenia nie zrobi się lepiej.
Nie będę usprawiedliwiała swoje zdrady jego piciem, choć się przyczyniła, choć terapeutka mu tak zasugerowała i może on podświadomie czuje się winny, ale nie przyzna się przed samym sobą dlatego tak jest, a nie inaczej.
Mówi " nie zasłużyłem na to" . "Nie, nie zasłużyłeś na to, ale to nie byłam kara dla ciebie, nie zrobiłam tego z zemsty" - odpowiadam - " to był mój skutek, którego przyczyną było moje życie w tej całej sytuacji"

Mąż ma tendencję do monotematyczności jak nie ma się czego czepić. Raz, jedyny raz przez 10 lat wystawiłam go, bo umówiłam się z koleżankami i zamiast wrócić o 23 wróciłam o 2 w nocy. I przez te 10 lat mi to wypominał przy każdej kłótni, bo nie mógł niczego innego zarzucić podczas gdy sam nawalał kilkanaście jak nie kilkadziesiąt razy w roku (sic!)

Mąż jest człowiekiem bardzo inteligentnym, ale jest też bardzo zawzięty w swoich racjach, to nie pomaga.

89

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

ehhh szkoda, że nie mamy takiego przycisku "reset" ...

sad

90

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Witaj .Czytam twoją historię i chciałabym wiedzieć (Ja zostałam zdradzona bo mój mąż nie chce mi powiedzieć kim ona była jak miała na imię i twierdzi że jak Ja bym zdradziła to też jako zdradzająca bym nie chciała aby On wiedział kim był) czy to prawda .Ja cały czas sobie wbijam do głowy że to co mi opowiedział to nie cała prawda .Boże ty kobieto naprawdę masz ciężko .Mój mąż   chce obarczyć mnie za to co zrobił.Cały czas wydaje Mi się (choć jego zachowanie jest wspaniałe )że u niego będzie jak u Ciebie że jak ucichnie to znowu się skontaktują .Mój mąż teraz obsesyjnie wręcz twierdzi że teraz Ja go zdradzę .Zaczyna mnie kontrolować .W naszej historii też pojawił się drugi telefon (przeczytaj jak będziesz miała ochotę).On stwierdził że to tylko przypadek bo handlował telefonami .We mnie coś nie daje wierzyć .Telefon córka znalazła już w czerwcu .On przyznał się że poznał Ją w sierpniu .Opowiedział że zrozumieli się bez jakby znali się długo.Nie wiem co mam myśleć może czekają abym uspokoiła się .Nie mogę zrozumieć że skoro nie byli umówieni na następne spotkanie to po co do niej dzwonił mówiąc że żona się dowiedziała ,a Ja pytam co ona na to "dasz radę"a ja pytam w czym z czym zero odpowiedzi.Może mnie troszkę wesprzesz .Potrafię zrozumieć co czujesz mimo że jesteś po drugiej stronie barykady .Pozdrawiam.

91

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
amelka3007 napisał/a:

Witaj .Czytam twoją historię i chciałabym wiedzieć (Ja zostałam zdradzona bo mój mąż nie chce mi powiedzieć kim ona była jak miała na imię i twierdzi że jak Ja bym zdradziła to też jako zdradzająca bym nie chciała aby On wiedział kim był) czy to prawda .Ja cały czas sobie wbijam do głowy że to co mi opowiedział to nie cała prawda .Boże ty kobieto naprawdę masz ciężko .Mój mąż   chce obarczyć mnie za to co zrobił.Cały czas wydaje Mi się (choć jego zachowanie jest wspaniałe )że u niego będzie jak u Ciebie że jak ucichnie to znowu się skontaktują .Mój mąż teraz obsesyjnie wręcz twierdzi że teraz Ja go zdradzę .Zaczyna mnie kontrolować .W naszej historii też pojawił się drugi telefon (przeczytaj jak będziesz miała ochotę).On stwierdził że to tylko przypadek bo handlował telefonami .We mnie coś nie daje wierzyć .Telefon córka znalazła już w czerwcu .On przyznał się że poznał Ją w sierpniu .Opowiedział że zrozumieli się bez jakby znali się długo.Nie wiem co mam myśleć może czekają abym uspokoiła się .Nie mogę zrozumieć że skoro nie byli umówieni na następne spotkanie to po co do niej dzwonił mówiąc że żona się dowiedziała ,a Ja pytam co ona na to "dasz radę"a ja pytam w czym z czym zero odpowiedzi.Może mnie troszkę wesprzesz .Potrafię zrozumieć co czujesz mimo że jesteś po drugiej stronie barykady .Pozdrawiam.

Czytałam Twoją historię, ale dla pewności przypomną ją sobie. Może Twój mąż po prostu czuje się, ze został przyłapany jak dzieciak na kradzieży,a nie był na to gotowy?
Ja w sumie czekałam, aż to się wyleje, bo sama nie miałam odwagi, jak pisałam , miałam powody się bać.

92 Ostatnio edytowany przez Excop (2014-10-08 16:35:16)

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:
ryba81 napisał/a:

A czy maz widzi swoje zaniedbania przez te wszytkoe lata ? Żałuje ze tak Cie traktował .
Czy skupia sie tylko na Twojej zdradzie ?

I jedno i drugie, żeby było śmieszniej.
Wie jak bardzo mnie skrzywdził, ja ponoć jego też (choćby swoim zachowaniem spowodowanym przez jego picie), ale zdrada to jest zdrada i na tym się skupiamy.
Prosiłam, że nie ma sensu ciągnąć wora złych rzeczy do przyszłości, która może być lepsza. Ja chciałam oddzielić wszystko grubą krechą, ale on nie potrafi. Staram się rozumieć, choć nadal uważam, że od złego myślenia nie zrobi się lepiej.
Nie będę usprawiedliwiała swoje zdrady jego piciem, choć się przyczyniła, choć terapeutka mu tak zasugerowała i może on podświadomie czuje się winny, ale nie przyzna się przed samym sobą dlatego tak jest, a nie inaczej.
Mówi " nie zasłużyłem na to" . "Nie, nie zasłużyłeś na to, ale to nie byłam kara dla ciebie, nie zrobiłam tego z zemsty" - odpowiadam - " to był mój skutek, którego przyczyną było moje życie w tej całej sytuacji"

Mąż ma tendencję do monotematyczności jak nie ma się czego czepić. Raz, jedyny raz przez 10 lat wystawiłam go, bo umówiłam się z koleżankami i zamiast wrócić o 23 wróciłam o 2 w nocy. I przez te 10 lat mi to wypominał przy każdej kłótni, bo nie mógł niczego innego zarzucić podczas gdy sam nawalał kilkanaście jak nie kilkadziesiąt razy w roku (sic!)

Mąż jest człowiekiem bardzo inteligentnym, ale jest też bardzo zawzięty w swoich racjach, to nie pomaga.

Świadomość bycia alkoholikiem i walka z chorobą  to jedno, a uznanie siebie, jako jedynego winnego uzależnienia, to drugie.

Bardzo trudno przyznać, że to, co złego dzieje się w relacjach rodzinnych ma główne źródło w niedostrzegalnych dla alkoholika zmianach w jego własnej osobowości i ich negatywnego oddziaływania na partnera, dzieci.

Oczywiście, Twoja zdrada była Twoją decyzją i to decyzją złą, bez dwóch zdań.
Mogłaś postąpić inaczej, ale to w tej chwili już nie ma dla Ciebie znaczenia.

Dla Twojego męża jednak ma i będzie miało jeszcze długo.

Czy mówił Ci, że - dajmy na to: "Zrozumiałbym, gdybyś wniosła o rozwód, odeszła, bo piłem i awanturowałem się, nie szanowałem Cię. A Ty zrobiłaś mi coś takiego?!"
Miałby rację, mówiąc coś takiego.

Zapewne jednak do tej pory nie przyznał, że sam jest winien swojego alkoholizmu i nie powiedział: "Gdybym się przeciwstawił  wódce znacznie wcześniej, nie dopuściłbym do tego"?

Spostrzegł, że z Tobą dzieje się coś niedobrego dla Waszego małżeństwa, więc zaczął walczyć o swój wizerunek w Twoich oczach, decydując się na terapię, zdając sobie jednocześnie sprawę, że za późno. I wtedy, znienacka zapytał o kochanka...

Nie dziwię się jego reakcjom, również tym obraźliwym i uwłaczającym. Także tym, których świadkami były Wasze dzieci.
Nie dziwię się, bo mówię to z punktu widzenia byłego gliny, opartego na doświadczeniu wielokrotnego, mimowolnego uczestnictwa w podobnych sytuacjach przy interwencjach w domach, w których zarzewiem konfliktów był alkoholizm i właśnie zdrady.
Niekiedy konflikty te kończyły się, niestety, tragicznie, zanim zdążyliśmy przybyć na wezwanie.
Takie więc, w porównaniu z tymi przypadkami, zachowanie Twojego męża było dla mnie właściwie "normalne" w takiej sytuacji.

93 Ostatnio edytowany przez LonelyM (2014-10-08 17:39:57)

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:
LonelyM napisał/a:
ryba81 napisał/a:

A czy maz widzi swoje zaniedbania przez te wszytkoe lata ? Żałuje ze tak Cie traktował .
Czy skupia sie tylko na Twojej zdradzie ?

I jedno i drugie, żeby było śmieszniej.
Wie jak bardzo mnie skrzywdził, ja ponoć jego też (choćby swoim zachowaniem spowodowanym przez jego picie), ale zdrada to jest zdrada i na tym się skupiamy.
Prosiłam, że nie ma sensu ciągnąć wora złych rzeczy do przyszłości, która może być lepsza. Ja chciałam oddzielić wszystko grubą krechą, ale on nie potrafi. Staram się rozumieć, choć nadal uważam, że od złego myślenia nie zrobi się lepiej.
Nie będę usprawiedliwiała swoje zdrady jego piciem, choć się przyczyniła, choć terapeutka mu tak zasugerowała i może on podświadomie czuje się winny, ale nie przyzna się przed samym sobą dlatego tak jest, a nie inaczej.
Mówi " nie zasłużyłem na to" . "Nie, nie zasłużyłeś na to, ale to nie byłam kara dla ciebie, nie zrobiłam tego z zemsty" - odpowiadam - " to był mój skutek, którego przyczyną było moje życie w tej całej sytuacji"

Mąż ma tendencję do monotematyczności jak nie ma się czego czepić. Raz, jedyny raz przez 10 lat wystawiłam go, bo umówiłam się z koleżankami i zamiast wrócić o 23 wróciłam o 2 w nocy. I przez te 10 lat mi to wypominał przy każdej kłótni, bo nie mógł niczego innego zarzucić podczas gdy sam nawalał kilkanaście jak nie kilkadziesiąt razy w roku (sic!)

Mąż jest człowiekiem bardzo inteligentnym, ale jest też bardzo zawzięty w swoich racjach, to nie pomaga.

Świadomość bycia alkoholikiem i walka z chorobą  to jedno, a uznanie siebie, jako jedynego winnego uzależnienia, to drugie.

Bardzo trudno przyznać, że to, co złego dzieje się w relacjach rodzinnych ma główne źródło w niedostrzegalnych dla alkoholika zmianach w jego własnej osobowości i ich negatywnego oddziaływania na partnera, dzieci.

Oczywiście, Twoja zdrada była Twoją decyzją i to decyzją złą, bez dwóch zdań.
Mogłaś postąpić inaczej, ale to w tej chwili już nie ma dla Ciebie znaczenia.

Dla Twojego męża jednak ma i będzie miało jeszcze długo.

Czy mówił Ci, że - dajmy na to: "Zrozumiałbym, gdybyś wniosła o rozwód, odeszła, bo piłem i awanturowałem się, nie szanowałem Cię. A Ty zrobiłaś mi coś takiego?!"
Miałby rację, mówiąc coś takiego.

Zapewne jednak do tej pory nie przyznał, że sam jest winien swojego alkoholizmu i nie powiedział: "Gdybym się przeciwstawił  wódce znacznie wcześniej, nie dopuściłbym do tego"?

Spostrzegł, że z Tobą dzieje się coś niedobrego dla Waszego małżeństwa, więc zaczął walczyć o swój wizerunek w Twoich oczach, decydując się na terapię, zdając sobie jednocześnie sprawę, że za późno. I wtedy, znienacka zapytał o kochanka...

Nie dziwię się jego reakcjom, również tym obraźliwym i uwłaczającym. Także tym, których świadkami były Wasze dzieci.
Nie dziwię się, bo mówię to z punktu widzenia byłego gliny, opartego na doświadczeniu wielokrotnego, mimowolnego uczestnictwa w podobnych sytuacjach przy interwencjach w domach, w których zarzewiem konfliktów był alkoholizm i właśnie zdrady.
Niekiedy konflikty te kończyły się, niestety, tragicznie, zanim zdążyliśmy przybyć na wezwanie.
Takie więc, w porównaniu z tymi przypadkami, zachowanie Twojego męża było dla mnie właściwie "normalne" w takiej sytuacji.

Masz 100% racji. Strzał w 10-tkę. To wszystko, co napisałeś ma idealne odbicie do mojej rzeczywistości.

Wiesz, cały czas siedzi mi na końcu języka, żeby powiedzieć " ocknąłęś się, bo zobaczyłeś, że nie ma już tej zastraszonej żony i w końcu jej groźby i prośby staną się faktem, a nie tylko pustymi słowami bez pokrycia " ale tego nie powiem. Nie mam odwagi, a poza tym to już nic nie zmieni. Niech to zostanie tam gdzieś we mnie. Z tym sobie poradzę.
.

Co do policji; bardzo szanuję ich pracę, oczywiście jak w każdej branży są różni ludzie, dobrzy i źli.
Po iluś razach sobie odpuściłam, bo niestety mamy takie a nie inne realia i w sytuacjach kryzysowych wcześniej mogłoby dojść do tragedii zanim dojadą na interwencję.
Zaczęłam być jak ten kundelek, w jakimś wątku któraś użytkowniczka tak ładnie to określiła.
Jeden z bardzo mocnych incydentów naszego życia:

Dawno temu mąż sobie drinkował z moją "mamusią", na początku było niby fajnie i bezproblemowo, ale wiadomo co alkohol robi z ludźmi, którzy nie umieją pić. Moja matka była bardzo apodyktyczna i miała tendencję do awantur, za nic w niczym nie popuści. I tak od słowa do słowa zaczęła się jazda, a żadne nie dało sobie nic powiedzieć, to doszło do rękoczynów.
Matka mu naubliżała i coraz bardziej prowokowała i prowokowała,a na niego jak płachta na byka. Ja w tym cyrku gdzieś z boku, nie wiedząca jak zapanować nad sytuacją czy ratować wtedy kilkuletnie dzieci, bo oni poza swoją scysją nie wiedzieli co się wokół nich dzieje czy ich, żeby się nie pozabijali i to dosłownie.
Zanim dojechała policja byłoby źle. Niektórzy nie zdają sobie sprawy jaki to horror, gdzie liczy się każda minuta, każda sekunda.
Wtedy zrozumiałam, że jak się nie skulę to skończy się to tragedią, że jak kiedykolwiek postawię się pijanemu to albo mnie zabije w pijackim amoku albo ja już nie wytrzymam i dojdzie do najgorszego.

Rozum mi podpowiadał, że nie warto potem ponosić konsekwencji, mimo, że byłam na skraju wytrzymałości. i tak tkwiłam w tym zastraszeniu. Sama
Poza chlaniem mój mąż był innym człowiekiem. Jakby miał rozdwojenie jaźni, nie pojmowałam tego, ale już wtedy byłam głęboko współuzależniona nie mając pojęcia, że takie coś istnieje.
Marzyłam wtedy o głupich rzeczach, że wygram w lotto i bez słowa komukolwiek wezmę dzieci i ucieknę jak najdalej.

Do tej pory mam żal do teściowej, do szwagra z tego powodu. Na początku próbowali interweniować, ale to niewiele dawało. Potem się stopniowo wycofywali. Woleli mieć święty spokój. Teściowa miała podobnie w życiu z mężem i dlatego oczekiwałam pomocy, a ona gasiła swoje sumienie otwierając portfel i nic więcej. Nie o to prosiłam, ale tak im było łatwiej " zadzwoń na policję" - mówili.

Mam ogromny uraz do alkoholu, owszem czasem się napiję, na humorek i dość zresztą wcale mnie nie ciągnie do tego. Widzę jak dzieją się tragedie przez takich, którzy nigdy nie powinni pić.

Naprawdę podziwiam męża, że jest w tej trzeźwości, bo myślałam, że z jego zatwardziałym charakterem szansa na to wynosi 1%.\
Czy naprawdę musiało dojść do tego wszystkiego, żebyśmy zmienili całe swoje życie na lepsze?

On tego tak nie widzi. Uważa, że on już ciut wcześniej się starał, a ja byłam ślepa, ale to chyba chodzi o to, co napisałeś powyżej.


PS.
po przeczytaniu tego, co teraz napisałam zdałam sobie sprawę jakie to wszystko było koszmarne, nadal mnie to boli na samo wspomnienie - ale ja mam silną psychikę
zapewne mój mąż czułby się dobity po zderzeniu z tymi faktami w formie pisanej, mimo że wałkowaliśmy ten temat, to jednak nie tak dosadnie - nie wiem czy by to uniósł
czuję się trochę nielojalna ujawniając to na światło dzienne, ale muszę też myślec  o sobie - taka moja forma terapii, żeby nie utopić się w tym żalu, który zakopałam głęboko w sobie

94 Ostatnio edytowany przez Excop (2014-10-08 21:53:23)

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Nie piszesz tego, Lonely, do lub dla kogoś.
Tutaj możesz być całkowicie szczera, choć narażasz się na nieprzychylne, a może i niekiedy, obraźliwe komentarze.
Bo piszesz do i dla siebie, wzbogacana o doświadczenia obu stron dramatu zdrady w związkach uczuciowych innych forumowiczów.

Moim zdaniem lojalność nie ma tu nic do rzeczy, bo chodzi w tym o Twoją drogę do równowagi, w czym mąż, na razie i tak nie potrafi Ci pomóc.


Przyjdzie kiedyś czas, gdy oboje poradzicie sobie z Waszymi demonami i wzajemnie zaufacie  (a uważam, że macie szanse). Wtedy opowiesz mężowi o tej swoistej terapii.

Teraz, dzisiaj, rzeczywiście, mógłby tego nie zrozumieć.

Pozdrawiam.

95

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Lonely
nie wiem od czego zacząć. Widzę że byłaś współuzależniona, całe życie to jeden wielki rollercoaster, skrajne emocje. Zadawałaś sobie pytanie dlaczego tak żyłaś? Skąd u Ciebie tendencję do współuzależnieni, ojciec, matka? Dlaczego zgadzałaś się na rolę ofiary, dałaś się tak traktować? To nie jest normalne i świadczy o jakieś dysfunkcji.

Na razie kochanka pominę bo to wtórne. Ciekawi mnie tylko co CI powiedział na odchodne, ze biedny nie da rady, za duże obciążenie, ale zawsze będzie Cię kochał i o Tobie myślał?

Co do męża, to kolejna negatywna postać. Jedyne co rozumiem to jego zachowanie po zdradzie, rozumiem jego ból, przerażający ból i tego że nie może sobie z tym poradzić (i nie wiadomo czy kiedykolwiek da radę).

96

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:

Nie piszesz tego, Lonely, do lub dla kogoś.
Tutaj możesz być całkowicie szczera, choć narażasz się na nieprzychylne, a może i niekiedy, obraźliwe komentarze.
Bo piszesz do i dla siebie, wzbogacana o doświadczenia obu stron dramatu zdrady w związkach uczuciowych innych forumowiczów.

Moim zdaniem lojalność nie ma tu nic do rzeczy, bo chodzi w tym o Twoją drogę do równowagi, w czym mąż, na razie i tak nie potrafi Ci pomóc.


Przyjdzie kiedyś czas, gdy oboje poradzicie sobie z Waszymi demonami i wzajemnie zaufacie  (a uważam, że macie szanse). Wtedy opowiesz mężowi o tej swoistej terapii.

Teraz, dzisiaj, rzeczywiście, mógłby tego nie zrozumieć.

Pozdrawiam.

Oczywiście, kolejny raz masz rację.
Właśnie po to piszę, żeby sobie pomóc,a przy okazji może ktoś skorzysta, bo uczymy się całe życie i czasem można wyciągać wnioski na cudzych historiach.
Nie boję się nieprzychylnych komentarzy, bo cóż to jest do tego, co przeszłam. Poza tym nawet z negatywnych opinii i krytyki wobec swojej osoby również można się czegoś dowiedzieć

97

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
stokrotka1978 napisał/a:

Lonely
nie wiem od czego zacząć. Widzę że byłaś współuzależniona, całe życie to jeden wielki rollercoaster, skrajne emocje. Zadawałaś sobie pytanie dlaczego tak żyłaś? Skąd u Ciebie tendencję do współuzależnieni, ojciec, matka? Dlaczego zgadzałaś się na rolę ofiary, dałaś się tak traktować? To nie jest normalne i świadczy o jakieś dysfunkcji.

Na razie kochanka pominę bo to wtórne. Ciekawi mnie tylko co CI powiedział na odchodne, ze biedny nie da rady, za duże obciążenie, ale zawsze będzie Cię kochał i o Tobie myślał?

Co do męża, to kolejna negatywna postać. Jedyne co rozumiem to jego zachowanie po zdradzie, rozumiem jego ból, przerażający ból i tego że nie może sobie z tym poradzić (i nie wiadomo czy kiedykolwiek da radę).

Nie, to raczej nie ma nic wspólnego z dzieciństwem, które mimo wszystko miałam udane. Mój ojciec był wspaniałym i dobrym człowiekiem miał ciągotki do picia, ale był łagodny, nigdy w życiu się go nie bałam. Za to matki tak. Jak pisałam musiała zawsze mieć ostatnie zdanie. Owszem, zawsze o mnie dbała, ale tylko powierzchownie tzn. jedzenie, super ciuchy i inne rzeczy (dorastałam w latach 80-tych i 90-tych), czasem przytulała jak laleczkę, ale brakło tej więzi duchowej. Tu jej ufać nie mogłam, jak pierwszy raz jej powiedziałam, że się zakochałam (miałam 14 lat) to się na mnie wydarła. Nie było między nami więzi emocjonalnej. Teraz ją trochę rozumiem. Nie dała mi tego, bo po prostu może nie umiała. Sama żyła na własny rachunek od 16 roku życia kiedy to uciekła z domu z małej wioski do dużego miasta. Ja jej też trafiłam się trochę z przypadku, choć miała już 22  lata, co jak na tamte czasy, to nie było to super wcześnie. Nikt jej nie nauczył tego, co było ważne, więc dała mi tylko to, czego sama nie miała, bo była jedną z najstarszych z 8-ga rodzeństwa.  Ja jestem jedynaczką, niestety, teraz odczuwam to najbardziej.

W sumie to miałam dobrze, po ojcu mam pogodę ducha i chęć wiedzy a po matce silny charakter. Tata miał słaby, był bardzo podatny na silniejsze osobowości, można było nim manipulować i myślę, że przez to życie mu się nie udało. Rozwiedli się gdy miałam 16 lat. Na spokojnie. Wszyscy zachowaliśmy zdrowe i normalne relacje. Nie odczułam tego w żaden zły sposób, dlatego wiem, że rozwód to nie koniec świata, jak tylko ludzie chcą (oboje) to można to rozegrać na ludzkich zasadach i dzieciom się nie krzywduje. Ja nie mam żadnej traumy.

Dlaczego dałam się zastraszyć?
Analizowałam to i nadal analizuję. Tu muszę wrócić do początku, żeby rozjaśnić sytuację.
Jako dziecko materialnie miałam dużo jak na tamte czasy. Poszłam do szkoły bardzo oczytana i można powiedzieć, że uzdolniona. Dawałam sobie ze wszystkim radę, sama. Nikt nigdy nie poświęcił mi ani sekundy na pomoc w nauce. Moi rodzice nie mieli pojęcia jak się pomaga czy asekuruje dzieciom w szkole, bo nie musieli. Nie było potrzeby. Byłam indywidualistką. Same pochwały i czerwone paski. Przy tym miałam silną osobowość. Zawsze byłam liderem i w nauce i w towarzystwie. W rodzinie bliższej i dalszej chlubą z powodu wyników  w szkole, a wśród rówieśników miałam autorytet, bo taki miałam charakter i nie byłam kujonem mając świetne oceny. Byłam wyluzowana. Miałam powodzenie u chłopaków a dziewczyny zabiegały o moje towarzystwo.

To wszystko utwierdzało mnie wtedy nieświadomie, że jest jakaś wyjątkowa, że postrzegają mnie prawie jak ideał, który ma ambicję i da sobie ze wszystkim radę
Sama sobie stworzyłam wyimaginowaną ocenę samej siebie, że ktoś taki jak ja jest tak silny, że podoła wszystkim przeciwnościom losu, bo jest zwycięzcą i żadne porażki nie wchodzą w grę, bo to godzi w moją dumę i moje ego. Jakby to wyglądało, że taki autorytet okaże się życiową ofiarą?

Z mężem jesteśmy razem od 16 roku życia ( będzie to za niedługo 19 lat) Oddaliśmy sobie wszystko, całych siebie. Tu dochodzę do sedna. Jak ktoś daje drugiej osobie całego siebie, to w pewien sposób uzależnia się od niego, nie wiem jak to wytłumaczyć, żeby było zrozumiane. Wtedy łatwo z równorzędnych partnerów stać się "zakładnikiem", mimo silnej osobowości, to chyba właśnie przerost ambicji mnie zniszczył i osłabił. Bo jak ktoś taki jaj ja może teraz pokazać światu, że poniósł klęskę i źle pokierował swoim życiem i ma takie problemy. To takie upokarzające i kompromitujące, dlatego zakładałam maskę, która mnie ostatecznie zgubiła.

Wyobraźmy sobie zwierzę. Silne i mocne. Stopniowo jest poddawane tresurze, której się poddaje, bo kocha swojego pana. W końcu zaczyna akceptować nie tylko korzyści, ale też kary, bo przecież nie jest mu tylko źle, ale też dobrze. Z czasem zaczyna dostawać coraz więcej kopów i klatka mu się zmniejsza. Zaczyna przyzwyczajać się do losu. Jak ofiara do swojego oprawcy. To chyba jakiś syndrom. Jest już zaszczuty i zastraszony, a wrócić do swojego stada nie może, bo wypadł z obiegu i z silnego lidera stał się słabym zwierzem. Czuje się upokorzony i nie zniósłby publicznego politowania. Po to ma maskę dla innych, a w środku cierpi i taci swą siłę stając się zahukaną istotą.

Może nie jest to do końca adekwatne, ale bardziej wyjaśnić nie potrafię. Ma to odniesienie do mojej osoby.

Co do kochanka; wszystko będzie w dalszych częściach.

98

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Wiem na pewno, że znów szybko muszę znaleźć sobie pracę. Dla własnego zdrowia psychicznego.
Nie jestem typem domatora, brakuje mi ludzi.
Ileż można sprzątać i modernizować mieszkanie? ( mimo, że lubię projektować i urządzać wnętrza)
Ileż można dbać o siebie przed lustrem?
Ileż można łazić po sklepach dla zabicia czasu?
Ileż można łazić z psem naokoło osiedla?
Samej spacerować też głupio.
Mam duże dzieci, których za rękę już nie trzeba prowadzić.
To wszystko dla mnie za mało.
Zaczynam się dusić, stąd łapię stany depresyjne.

Mam cele, trochę odległe, ale mam.
Muszę spłacić mieszkanie po ojcu, bo kiedyś je sprzedam i kupię wymarzony mały domek.
W końcu otworzę coś swojego, małą działalność, bo lubię być na swoim jak na indywidualistkę przystało.
Pasuje skończyć prawo jazdy, bo wstyd - szkółkę robiłam 10 lat temu i na tym się skończyło.
Wykształcenia już chyba nie będę uzupełniać, bo niewiele mi to da, no chyba, że dla samej siebie.

Może uda mi się przed 40-tką osiągnąć to, czego zawsze chciałam i będę w końcu 100% szczęśliwa?
Ponoć lepiej późno, niż wcale.

99

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:
LonelyM napisał/a:
LonelyM napisał/a:

rozdział 7: Pierwszy raz

Zajęłam się pracą, szło mi nawet nieźle, bo zapomniałam nawet co się dzieje wokół i po prostu robiłam swoje byle wytrwać do rana. Nagle usłyszałam " dobry wieczór, jest pierwsza", zaniemówiłam z wrażenia, bo naprawdę zapomniałam o tamtym incydencie, zresztą i tak nie wzięłam tego na serio.
Po chwili konsternacji zaczęliśmy rozmowę, ja cały czas udawałam, że nie widzę i nie czuję tej dziwnej aury, która nas otacza. Zaczął mi mówić, że nie mógł przestać o mnie myśleć od chwili kiedy pierwszy raz mnie zobaczył, mimo, że próbował przez pewien czas nawet nie przychodzić. Taki niby banał. I chyba się we mnie zakochał, co wydawało mi się niedorzeczne, próbowałam wszystko obracać w żart, zresztą nie jestem zbyt ufna, żeby mnie byle słówkami omamić.
Mimo to, czułam, że dzieje się coś dziwnego ze mną, że chyba mi się to wszystko śni. Zapytał czy zapalimy. Wyszliśmy więc zapalić na zewnątrz i dalej już nie pamiętam, czy zdążyliśmy zapalić czy też nie. Nasz wzrok spotkał się i już nie byłam w stanie nic zrobić. Zaczęliśmy się całować, a ja nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Przeplatały mi się w głowie dziwne myśli i obrazy; to nie dzieje się naprawdę, to chyba sen, co ja robię, nie wiem co się dzieje i to błogie uczucie do tego. Poddałam się temu. Byłam oszołomiona i nie byłam w stanie w ogóle myśleć. To wszystko coś w nas rozbudziło i nie chodziło o samo pożądanie. Został ze mną do rana i wówczas zaczęliśmy ze sobą otwarcie rozmawiać. Powiedział, że nie chce tego tak zostawiać i żebym mu dała nr telefonu. Nie zgodziłam się. Mogę co najwyżej wziąć jego i ewentualnie zadzwonić.Nie uwierzył, że się odezwę.
Po pracy odprowadził mnie na autobus, gdzie jeszcze staliśmy chwilę i rozmawialiśmy. Wtedy zaczęło do mnie docierać co się stało i co ja zrobiłam. Nie dawałam sobie rady z własnym myśleniem. To nie mogłam być ja, nie wierzyłam. Nie wiem jak dojechałam do domu.
W domu wszyscy spali i ja też szybko usnęłam.
Obudziłam się około południa, była sobota. Miałam mieć 2 dni wolnego teraz i nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Poszłam do centrum handlowego, ale nie mogłam normalnie funkcjonować. Nie wiedziałam czy to wszystko wydarzyło się naprawdę. I tak nie mogłam się na niczym skupić. Plątałam się bez celu tam i z powrotem nie radząc sobie z sytuacją. Stwierdziłam, że zadzwonię do niego  spadnę wówczas z obłok, że to wszystko jakiś blef. W sumie zadzwoniłam tylko po to, ustawiłam w telefonie, żeby nie pokazywał się mój nr telefonu. Odebrał. Chwila ciszy. A potem samo poszło, zapytał kiedy się zobaczymy, mówiłam chyba jakieś głupoty od rzeczy. I skończyła mi się karta w telefonie. Urwało rozmowę.
Dalej byłam w punkcie wyjścia. Wróciłam do domu. Nie wiem już jak przetrwałam cały weekend.
W poniedziałek miałam na dzienną zmianę. Do popołudnia jakoś zleciało, zajmowałam myśli czym innym. Potem zaczęłam być zestresowana, bo zbliżał się wieczór. I wtedy usłyszałam znajmy głos. Nie musiałam się nawet odwracać. To był on. Mówił, że nie wiedział czy będzie mógł dziś przyjść. Nie było za wiele okazji do rozmowy, bo klienci i inne rzeczy przeszkadzały. Podobnie było we wtorek. Zapytał chyba kiedy będziemy mogli porozmawiać.Umówiliśmy się na czwartek przed moją pracą pod wieczór.
Nic nie myślałam, nie potrafiłam po prostu o tym myśleć czegokolwiek. Żyłam jak w półśnie.
....

rozdział 8: rozkwit uczuć
W czwartek wyszłam z domu trochę wcześniej, żeby mieć czas na nasze spotkanie, ponadto poprosiłam zmienniczkę, żeby została dłużej, bo mi coś wypadło.
Przyjechał po mnie samochodem. Dziwnie się czułam. Zapytał gdzie mam ochotę "iść". Stwierdziłam, że w jakieś fajne spokojne miejsce. Nie chciałam do żadnego publicznego lokalu z obawy przed tym, że ktoś nas zobaczy, mimo, że jakoś wtedy nie docierało do mnie, że ja właśnie zdradzam. Po prostu wolę spokojne, klimatyczne miejsca bardziej od tłumów. Pojechaliśmy.

Rozmawialiśmy sporo, nie umiem przytoczyć każdego słowa, troszkę się otworzyłam i powiedziałam, że miał rację, że nie jestem szczęśliwa. Nie umiałam jednak opowiedzieć o wszystkim, co przeszłam. Takie zażenowanie, poczucie wstydu. Po prostu spędziliśmy razem czas. Było trochę pocałunków, ale przede wszystkim rozmowa i bliskość. Czas szybko mijał i musiałam wracać do pracy. Podwiózł mnie i się rozstaliśmy. Ja chyba już wtedy się zakochiwałam w nim. Był dla mnie dobry, czuły i delikatny.

Po kilku godzinach przyszedł do mnie do pracy. Znów został do rana, mimo że miał iść nazajutrz do pracy.
I tak było coraz częściej. Widywaliśmy się kilka razy w tygodniu. Albo zarywał noce i spędzał je ze mną albo jak miałam ranną zmianę przyjeżdżał po mnie i urywałam godzinkę na spotkania z nim.
Zaczęliśmy żyć prawie jak para. Jak miałam wolne i nie mogłam wytrzymać bez niego, to szłam gdzieś na szybkie zakupy, a potem spotykaliśmy się .
Gdzieś w środku wiedziałam, że źle robię, ale jakoś to do mnie nie docierało. Żyłam tym naszym uczuciem. Wreszcie po latach bólu spotkało mnie coś fajnego,troszkę szczęścia i zachłysnęłam się tym.
Nie widziałam co dzieje się wokół. Robiłam wszystko, co powinnam,zwykłe obowiązki codzienne,  by potem znów być przy nim.
Męża prawie nie dostrzegałam. Zaczęłam podwójne życie. Zresztą i tak sądziłam, że mąż nie pozwoli mi odejść.

Czasami zastanawialiśmy się, co z nami będzie, chyba każdy miał jednak te wyrzuty sumienia, że robimy coś złego, a jednak to co było między nami było silniejsze. Może i poszliśmy na łatwiznę.
On nadal miał dziewczynę, widywali się co tydzień. Na początku mi to nie przeszkadzało, może i traktowałam to jako zasłonę dla nas. Kiedyś tylko zapytałam czy rzuciłby ją jakbym była wolna.  Odpowiedź była twierdząca, a czy prawdziwa, to tego pewnie się już nie dowiem. Więcej do tego nie wracałam, bo podświadomie obawiałam się, że jakby to zrobił to przyszedłby czas na mój ruch, a chyba nie byłam gotowa na taki krok. Blokował mnie też strach.

Kiedyś przyjechał od niej po kilku godzinach, bo nie miał po co tam być, ona i tak nie miała czasu, a sam próbując ją przytulić myślał o mnie, a to jest nie fair.
Nie mogłam zrozumieć czemu tak jest między nimi, są na starcie wspólnego życia i już nie dbają o swój związek. Może to ja dałam mu to, czego mu było brak tak jak on mnie? Dziś już nie wiem. Przecież jak się kocha to nie szuka się innej miłości. On chciał mnie. Po co? A może chciał obie? Ale po co? Wierzyłam, że mnie kocha, bo i po co mu takie problemy, po co by się narażał , no i nie wierzę, że można by tak kłamać w uczuciach, chyba wyczułabym to.

I ja i on powinniśmy byli najpierw skończyć swoje związki zanim zaczęliśmy iść jedną drogą.

Przyszła raz z nim do mnie do pracy. To sklep. Nie udało mu się bez podejrzeń wykręcić. Chora sytuacja, ale zachowałam kamienną twarz, mimo, że byłam roztrzęsiona. Na koniec powiedział mi "do zobaczenia potem"
Potem dostałam wiadomość " jedno wiem, kocham tylko ciebie". Prawie się rozpłakałam. Mieli chyba gości w domu, ona się upiła i poszła spać, a on do mnie przyszedł i został już do rana. Byliśmy tylko dla siebie. Cieszyliśmy się każdą wspólna chwilą, nawet tą skradzioną.

Po miesiącu naszych spotkań już wiedziałam, że go kocham. Pisaliśmy do siebie dziesiątki smsów i odliczaliśmy czas do zobaczenia się. Kiedy się dowiedział, że czuję to samo co on był bardzo poruszony.
Dopiero wtedy zaczęłam myśleć o zbliżeniu. Wcześniej nie byłam gotowa. Nie traktuję seksu jako sportu byle jak i z byle kim. Kilkakrotnie upewniał się czy jestem tego pewna czy naprawdę chcę.
Nie będę opisywać o szczegółach, ale było mi z nim dobrze, bo łączyło nas coś szczególnego, a nie sam akt.

Wtedy przyszło mi przez głowę, że może jak dostał to, co chciał, to mnie oleje i porzuci, ale nic takiego się nie stało. Nasz "związek" nadal kwitł.
To ponownie pozwoliło mi uwierzyć, że kocha mnie prawdziwie.
Tylko co dalej z nami będzie? Ta myśl mnie przerażała, w gruncie rzeczy spychałam ten problem pod dywan i nadal tkwiliśmy w tej sytuacji.
.....
W Sylwestra w domu byłam z mężem i dziećmi, koło północy mąż się upił, o dziwo obyło się bez żadnej jazdy z jego strony, powiedział mi tylko coś po cichu " wiem, że wolałabyś być z nim". Nie wiedziałam czy dobrze usłyszałam, czy to sumienie płata mi figle. Nie odezwałam się a on usnął.
Nigdy wcześniej nie dał mi znaku, że być może coś podejrzewa. Trochę to zbagatelizowałam.
...
Nadal spotykałam się z nim,  czułam że mu na mnie zależy, czułam się potrzebna i kochana, aż do lutego .....

rozdział 9: wyjawienie

Zanim jednak nadszedł luty muszę cofnąć się do ostatniej dekady stycznia.

Cały czas żyłam tymi kradzionymi chwilami szczęścia. Dom, praca i upragnione coraz częstsze spotkania. Nic innego nie dostrzegałam.
Pewnego wieczoru mąż siedział jak zwykle na kompie, zajęty. Ja leżałam na łóżku próbując skupić się na tym, co leci w TV.
Nagle wstał i podszedł do mnie pytając czy jest ktoś inny. Na sekundę zaniemówiłam i odparłam twierdząco. Wtedy mężowi załamał się głos; kto to, jak, dlaczego. Był załamany. Nigdy w życiu nie widziałam go tak, nie wiem jak to nazwać, wystraszonego, zaskoczonego i przygnębionego, a może było to wszystko jednocześnie. Zrobiło mi się bardzo przykro, że zgotowałam mu takie coś, ale zarazem byłam jakaś niewzruszona. Teraz już niewiele pamiętam, co działo się dalej, mieliśmy porozmawiać jutro.

Nadeszło jutro.
Usiedliśmy i zaczęłam mu opowiadać. Jego stan i moja siła zaczerpnięta z poczucia, że w końcu mam w kimś innym oparcie sprawiła, że przestałam się go wtedy bać.
Powiedziałam prawdę, że się zakochałam, że ten ktoś mi wreszcie dał, to czego pragnęłam od niego, że jest też moim przyjacielem, nie tylko miłością. Nie chciałam mówić kim jest, nigdy mu nawet nie powiedziałam jak ma na imię, mimo wszystko bałam się, ze mu coś odwali i narobi głupot. To wszystko było jakieś nierealne, jakby nie działo się naprawdę. Mimo to poczułam złudną ulgę, że wreszcie koniec udawania. Myślałam tylko i wyłącznie o sobie.

Przyjacielowi powiedziałam nazajutrz, ze mąż już wie. Trochę się zdziwił, że się jednak odważyłam, bo wiedział, że panicznie boję się męża. Martwiliśmy się co dalej, choć nieraz mówił, że damy radę. Chyba to nas trochę przerosło. Zderzenie z rzeczywistością. Myślałam, że on się podda, ze się wycofa. Nie powiem, ze nie było zawahania. I w jego oczach i w moich.

W domu zaczęliśmy z mężem żyć trochę jak sąsiedzi, bez awantur i burz z piorunami jak się spodziewałam. Nie zdawałam sobie sprawy, co w nim siedziało, z czym się zmagał. Z czasem zmienił front wobec mnie. To dziwne, ale zachowywał się jakby mi dopingował, jakby pogodził się z tym. Powiedział, że nie muszę się już kryć (miałam drugi telefon). A ja bezmyślna przyjęłam to za  dobrą monetę i zaczęłam z tego korzystać. Teraz sobie dopiero zdaję sprawę jak wielką byłam egoistką. Perfidna i wyrachowana, wtedy byłam tego nieświadoma.

Moja sielanka trwała nadal, na dodatek dostałam większy komfort psychiczny, bo niby wszystko już było jawne. Nadal było nam dobrze ze sobą, mogłam na niego liczyć i myślałam, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Kochaliśmy się i przyjaźniliśmy. Wierzyłam mu i czułam, że jest szczery.

Jego dziewczyna przyjeżdżała raz na tydzień, ale cały czas się kłócili.
W sumie to dziś nie wiem po co to ciągnęli dalej skoro non stop się nie dogadywali, dziwiłam się, że oni będąc młodzi stażem, wtedy kiedy jest najfajniej w związku robią sobie takie rzeczy.
Nie potrafiłam zrozumieć, może dlatego, że jest między nimi za duża różnica wieku, niedojrzałość między jednym a drugim? Ona lat 20, ja 32 i on gdzieś po środku lat 27. Między nami tego nie było, my dogadywaliśmy się doskonale. Oni byli ze sobą nieco ponad rok i już takie złe rokowania. Z poprzednią dziewczyną (rówieśnicą) był ok.8 lat, zanim się wypaliło. Z tego co mówił, to tamta zaczęła się od niego odsuwać, a obecna zagięła na niego parol. Może imponowało jej, że był starszy. Rozstali się przez tą właśnie obecną.
W sumie to nadal nie oczekiwałam niczego. Może tylko gdzieś tam w środku chciałam być już tą jedyną.

Była u niego jak dostał ode mnie smsa. Zapytała kto to. Odpowiedział zgodnie z prawdą. Zaniemówiła. Wyszła. Wróciła. Zaczęła o niego zabiegać. Potem znów awantury. Mówił, że ma dość, że go to męczy, ale chyba niczego stanowczo z tym nie zrobił.
A ja nadal to akceptowałam i nie oczekiwałam deklaracji. Tak jakbyś nie chcieli nic zmieniać. Byliśmy tchórzami.
Bywał ze mną, nie z nią, mimo, że oficjalnie byli razem. Może dlatego, że mieszka w innym mieście tak dziwnie to się układało. Biorę też pod uwagę, że mógł mi nie mówić wszystkiego, żeby mnie nie urazić, żebym nie postawiła ultimatum, żebym nie odeszła.

Było nam dobrze, choć dziś zdaję sobie sprawę, że byliśmy nieodpowiedzialni jak na swój wiek. Wspaniałe słówka, wspaniałe chwile, setki smsów, tęsknota i ...... tkwienie w miejscu.

Ze strony męża był tylko jeden koszmarny incydent.
Zamiast wrócić o 8 z pracy, ja wróciłam o 10 i co najgorsze nie odbierałam telefonu.
Zrobił mi awanturę na maxa, na przemian to błagał to groził. Byłam zmęczona, niewyspana, zła i z wyrzutami sumienia. Krzyczałam, że już nie mam siły, żeby mnie zostawił, że muszę być sama, zeby zdecydować co dalej powinnam zrobić.
Nie chciał. Tez już nie panował nad sobą. A najgorsze, że były przy tym córki i wykrzyczał mi od najgorszych, czułam się winna, ale nie mogłam mu wybaczyć, ze tak spłycił wszystko, że nic się więcej dla mnie nie liczy tylko kochanek. Znienawidziłam go za to, że wmieszał w taki sposób w to dzieci i będą mieć zrytą psychikę, po prostu wyżył się za to, co mu zrobiłam nie patrząc na koszty.

Chciał pogadać jak córki poszły do szkoły. Wsiadłam do auta. I wtedy na nowo obudził się w nim jakiś demon. Zaczął jechać bardzo szybko, groźby, że to już koniec, że najwyżej nas zabije. To był horror. Zastraszanie. Znów mi wróciły wspomnienia tego jak mnie dręczył przez te wszystkie lata, ale tym razem na trzeźwo. I to było najbardziej przerażające.
Nie dam rady więcej o tym pisać, bo przeżywam to na nowo...

Wróciliśmy do domu. Usnęłam zrezygnowana, bo znów miałam iść wieczorem do pracy.
Przyszedł na chwilę, wyżaliłam się i kazałam wracać, bo był po nie przespanej nocy ze mną i całym dniu pracy, więc następnej by już chyba nie podołał. To mi trochę pomogło, bo dał mi wsparcie, a byłam roztrzęsiona.

Sytuacja ucichła. Wróciło jakby do normalności.

W lutym mieli zamknąć sklep, w którym pracowałam.
Ostatniego dnia nie musiałam iść już do pracy. Mimo, że mogłam już "wszystko", okłamałam męża, że idę na noc. Nie chciałam sprawić mu przykrości. Oczywiście byłam z nim, ale jednak o północy wróciłam do domu i się przyznałam. Wiedziałem, odparł.

Spotykaliśmy się wieczorami, raz obiecałam w domu, że wrócę do 22. I wróciłam. Zadzwonił, że w aucie zostawiłam mój główny telefon.Wyszłam tylko po niego, a on zawrócił tylko po to, żeby mi go oddać, ale jak przyjechał to zaproponował mi jeszcze trochę wspólnych chwil. Nie umiałam odmówić. Ciągle nam było siebie mało. I znów spędziliśmy i przegadaliśmy całą noc. Odwiózł mnie dopiero o 7 rano. Jeszcze się dobrze nie rozstaliśmy a już za sobą tęskniliśmy, odliczając kiedy znów się zobaczymy

I to były nasze ostatnie wspólne chwile, kiedy byliśmy "razem" ............

rozdział 10: Początek końca?

Następnego dnia po naszym ostatnim spotkaniu (piątek) kontaktowaliśmy się tylko smsami. W weekend miał jechać z rodziną do innego miasta, gdzie mają dom. Jak kończył pracę napisał mi, że chyba jednak nie pojadą ze względów atmosferycznych (faktycznie były wtedy śnieżyce). A potem, że................ ona zadzwoniła i przyjedzie, bo chce z nim pogadać.

Zagotowałam. Nie wiem czemu. Był zdziwiony moim zachowaniem. " miałem cię okłamać?, napisałem ci, żeby było fair,a Ty mi zarzucasz oszustwo, przecież z męzem też rozmawiasz...". Chyba oboje byliśmy tym zdziwieni, bo nigdy tak się nie zachowywałam nie było między nami takich relacji. Coś we mnie wstąpiło. Obraziłam się. Potem ze złości napisałam, że mam go gdzieś. Nie wiem czemu poczułam się oszukana. I zła. Nieziemsko. Na koniec "zaszantażowałam" że ma być w niedzielę tu i tu, bo inaczej go oleję. Zachowałam się jak gówniara. Coś tam tłumaczył, że to nie tak.
Trochę mi przeszło, aż do owej niedzieli. Nagle dostałam sms " niestety, nie dam dziś rady, przepraszam"
I coś we mnie pękło. Puściły hamulce, ależ ja mu wtedy nawrzucałam, za wszystko, nawet za to, co mu się nie należało. Odesłałam mu dziesiątki wspaniałych smsów , które do mnie pisał i opisów chwil, które razem spędziliśmy. I dopisałam, żeby to wszystko i swoje kochanie mnie wsadził sobie w tyłek. Że obiecał mi, że powie mi prawdę jak przestanie mu zalezeć, bo ja nie będę żebrać jak ona "nie zostawiaj mnie". Dosłownie zbombardowałam go przez telefon. Jak głupia, pusta idiotka bez klasy.
Byłam wsciekła i nieracjonalna.
Cisza. Po jakimś czasie jedna wiadomość : dziękuję, że wszystko skomplikowałaś.

W poniedziałek nie mogłam znaleźć sobie miejsca, a najbardziej irytowało mnie to, że mnie zignorował. Cisza. Do pracy nie chodziłam, bo zmieniał się właściciel i byłam w zawieszeniu, więc nie było nawet okazji, żeby spotkać go przypadkowo. On mieszka w tamtej okolicy.
Coś mi odbiło i pojechałam do niego.Nie było go, a telefonu nie odbierał.
Czekałam jak głupia, aż się załamałam. Sama się pogubiłam w tych emocjach. Żal, rozpacz, smutek rezygnacja i gniew. Wszystko nawarstwione. Postanowiłam się upić, mimo, że nie lubię. A tak na złość sobie. Do domu wróciłam w kiepskim stanie emocjonalnym. Załamana.
Mąż był i o dziwo bez słowa się mną zajął. Nic nie chciałam powiedzieć. Chyba nie widział mnie nigdy w takim stanie.
Leżałam w łóżku i przyszedł sms.
"jestem kompletnie pijany, nadal chcesz rozmawiać?"
odpisałam coś w stylu, że teraz już nie

nie wiem po jakim czasie napisał mi "powiedziała mi, że jest w ciąży ..."

Zaniemówiłam. Sprzeczne myśli; w jaki sposób? mówił, że już z nią nie sypia odkąd jest ze mną. a może zaszła wcześniej? Tak czy inaczej poczułam się oszukana.

To był martwy okres. Sporadyczne smsy. Nijakie. Jego " nie zrozumiesz" " to nie tak"
Kiedyś zadzwonił telefon. To była ona, "że mam się od niej i od niego odczepić" , wydało mi się to śmieszne, cóż ja mam wspólnego z nią? Poradziłam, żeby sama dała mi spokój a sprawy z nim załatwiała z nim, a nie ze mną.
Jakoś żyłam, mimo, że było mi ciężko.

Zaczęłam duzo rozmów z mężem, zmiana frontu z jego strony, jak dobrzy znajomi. Nie narzucał mi swojej osoby, a starał się być przyjacielem wtedy mu powiedziałam wiele szczegółów, bo chciał - teraz wydaje mi się to niepotrzebne bo do tej pory czasem obraca to przeciwko mnie. Sama sobie jestem winna, bo widziałam tylko swój ból, a nie widziałam jak mu musi być ciężko chowając swoje uczucia i byc dla mnie tylko wsparciem kiedy ja myślałam o innym. Pytałam go dlaczego to zrobił, powiedział, że zrezygnował wtedy z siebie, żebym się nie rozwaliła emocjonalnie, bo to doprowadziłoby do rozpadu nas wszystkich. Nie mogłam pojąć czemu nie tupnął nogą : on albo ja, żebym musiała podjąć decyzję już i nie brnąć dalej tylko pozwolił mi na to wszystko. Dużo, dużo później zrozumiałam jego poświęcenie. Zrobił co uważał za najlepsze w obecnej sytuacji, choć może niezrozumiałe.Mąż wiedział prawie wszystko oprócz tego ostatniego incydentu, co był między mną a kochankiem, nie wiedział, że się nie spotykamy

W marcu dostałam w swoje urodziny ( to chyba tylko zbieg okoliczności) smsa, że ciągle o mnie myśli, choć nie może.
Znów mnie to rozwalało.

A potem doszło do czegoś strasznego w życiu moim i męża.....

100

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:
LonelyM napisał/a:
LonelyM napisał/a:

rozdział 8: rozkwit uczuć
W czwartek wyszłam z domu trochę wcześniej, żeby mieć czas na nasze spotkanie, ponadto poprosiłam zmienniczkę, żeby została dłużej, bo mi coś wypadło.
Przyjechał po mnie samochodem. Dziwnie się czułam. Zapytał gdzie mam ochotę "iść". Stwierdziłam, że w jakieś fajne spokojne miejsce. Nie chciałam do żadnego publicznego lokalu z obawy przed tym, że ktoś nas zobaczy, mimo, że jakoś wtedy nie docierało do mnie, że ja właśnie zdradzam. Po prostu wolę spokojne, klimatyczne miejsca bardziej od tłumów. Pojechaliśmy.

Rozmawialiśmy sporo, nie umiem przytoczyć każdego słowa, troszkę się otworzyłam i powiedziałam, że miał rację, że nie jestem szczęśliwa. Nie umiałam jednak opowiedzieć o wszystkim, co przeszłam. Takie zażenowanie, poczucie wstydu. Po prostu spędziliśmy razem czas. Było trochę pocałunków, ale przede wszystkim rozmowa i bliskość. Czas szybko mijał i musiałam wracać do pracy. Podwiózł mnie i się rozstaliśmy. Ja chyba już wtedy się zakochiwałam w nim. Był dla mnie dobry, czuły i delikatny.

Po kilku godzinach przyszedł do mnie do pracy. Znów został do rana, mimo że miał iść nazajutrz do pracy.
I tak było coraz częściej. Widywaliśmy się kilka razy w tygodniu. Albo zarywał noce i spędzał je ze mną albo jak miałam ranną zmianę przyjeżdżał po mnie i urywałam godzinkę na spotkania z nim.
Zaczęliśmy żyć prawie jak para. Jak miałam wolne i nie mogłam wytrzymać bez niego, to szłam gdzieś na szybkie zakupy, a potem spotykaliśmy się .
Gdzieś w środku wiedziałam, że źle robię, ale jakoś to do mnie nie docierało. Żyłam tym naszym uczuciem. Wreszcie po latach bólu spotkało mnie coś fajnego,troszkę szczęścia i zachłysnęłam się tym.
Nie widziałam co dzieje się wokół. Robiłam wszystko, co powinnam,zwykłe obowiązki codzienne,  by potem znów być przy nim.
Męża prawie nie dostrzegałam. Zaczęłam podwójne życie. Zresztą i tak sądziłam, że mąż nie pozwoli mi odejść.

Czasami zastanawialiśmy się, co z nami będzie, chyba każdy miał jednak te wyrzuty sumienia, że robimy coś złego, a jednak to co było między nami było silniejsze. Może i poszliśmy na łatwiznę.
On nadal miał dziewczynę, widywali się co tydzień. Na początku mi to nie przeszkadzało, może i traktowałam to jako zasłonę dla nas. Kiedyś tylko zapytałam czy rzuciłby ją jakbym była wolna.  Odpowiedź była twierdząca, a czy prawdziwa, to tego pewnie się już nie dowiem. Więcej do tego nie wracałam, bo podświadomie obawiałam się, że jakby to zrobił to przyszedłby czas na mój ruch, a chyba nie byłam gotowa na taki krok. Blokował mnie też strach.

Kiedyś przyjechał od niej po kilku godzinach, bo nie miał po co tam być, ona i tak nie miała czasu, a sam próbując ją przytulić myślał o mnie, a to jest nie fair.
Nie mogłam zrozumieć czemu tak jest między nimi, są na starcie wspólnego życia i już nie dbają o swój związek. Może to ja dałam mu to, czego mu było brak tak jak on mnie? Dziś już nie wiem. Przecież jak się kocha to nie szuka się innej miłości. On chciał mnie. Po co? A może chciał obie? Ale po co? Wierzyłam, że mnie kocha, bo i po co mu takie problemy, po co by się narażał , no i nie wierzę, że można by tak kłamać w uczuciach, chyba wyczułabym to.

I ja i on powinniśmy byli najpierw skończyć swoje związki zanim zaczęliśmy iść jedną drogą.

Przyszła raz z nim do mnie do pracy. To sklep. Nie udało mu się bez podejrzeń wykręcić. Chora sytuacja, ale zachowałam kamienną twarz, mimo, że byłam roztrzęsiona. Na koniec powiedział mi "do zobaczenia potem"
Potem dostałam wiadomość " jedno wiem, kocham tylko ciebie". Prawie się rozpłakałam. Mieli chyba gości w domu, ona się upiła i poszła spać, a on do mnie przyszedł i został już do rana. Byliśmy tylko dla siebie. Cieszyliśmy się każdą wspólna chwilą, nawet tą skradzioną.

Po miesiącu naszych spotkań już wiedziałam, że go kocham. Pisaliśmy do siebie dziesiątki smsów i odliczaliśmy czas do zobaczenia się. Kiedy się dowiedział, że czuję to samo co on był bardzo poruszony.
Dopiero wtedy zaczęłam myśleć o zbliżeniu. Wcześniej nie byłam gotowa. Nie traktuję seksu jako sportu byle jak i z byle kim. Kilkakrotnie upewniał się czy jestem tego pewna czy naprawdę chcę.
Nie będę opisywać o szczegółach, ale było mi z nim dobrze, bo łączyło nas coś szczególnego, a nie sam akt.

Wtedy przyszło mi przez głowę, że może jak dostał to, co chciał, to mnie oleje i porzuci, ale nic takiego się nie stało. Nasz "związek" nadal kwitł.
To ponownie pozwoliło mi uwierzyć, że kocha mnie prawdziwie.
Tylko co dalej z nami będzie? Ta myśl mnie przerażała, w gruncie rzeczy spychałam ten problem pod dywan i nadal tkwiliśmy w tej sytuacji.
.....
W Sylwestra w domu byłam z mężem i dziećmi, koło północy mąż się upił, o dziwo obyło się bez żadnej jazdy z jego strony, powiedział mi tylko coś po cichu " wiem, że wolałabyś być z nim". Nie wiedziałam czy dobrze usłyszałam, czy to sumienie płata mi figle. Nie odezwałam się a on usnął.
Nigdy wcześniej nie dał mi znaku, że być może coś podejrzewa. Trochę to zbagatelizowałam.
...
Nadal spotykałam się z nim,  czułam że mu na mnie zależy, czułam się potrzebna i kochana, aż do lutego .....

rozdział 9: wyjawienie

Zanim jednak nadszedł luty muszę cofnąć się do ostatniej dekady stycznia.

Cały czas żyłam tymi kradzionymi chwilami szczęścia. Dom, praca i upragnione coraz częstsze spotkania. Nic innego nie dostrzegałam.
Pewnego wieczoru mąż siedział jak zwykle na kompie, zajęty. Ja leżałam na łóżku próbując skupić się na tym, co leci w TV.
Nagle wstał i podszedł do mnie pytając czy jest ktoś inny. Na sekundę zaniemówiłam i odparłam twierdząco. Wtedy mężowi załamał się głos; kto to, jak, dlaczego. Był załamany. Nigdy w życiu nie widziałam go tak, nie wiem jak to nazwać, wystraszonego, zaskoczonego i przygnębionego, a może było to wszystko jednocześnie. Zrobiło mi się bardzo przykro, że zgotowałam mu takie coś, ale zarazem byłam jakaś niewzruszona. Teraz już niewiele pamiętam, co działo się dalej, mieliśmy porozmawiać jutro.

Nadeszło jutro.
Usiedliśmy i zaczęłam mu opowiadać. Jego stan i moja siła zaczerpnięta z poczucia, że w końcu mam w kimś innym oparcie sprawiła, że przestałam się go wtedy bać.
Powiedziałam prawdę, że się zakochałam, że ten ktoś mi wreszcie dał, to czego pragnęłam od niego, że jest też moim przyjacielem, nie tylko miłością. Nie chciałam mówić kim jest, nigdy mu nawet nie powiedziałam jak ma na imię, mimo wszystko bałam się, ze mu coś odwali i narobi głupot. To wszystko było jakieś nierealne, jakby nie działo się naprawdę. Mimo to poczułam złudną ulgę, że wreszcie koniec udawania. Myślałam tylko i wyłącznie o sobie.

Przyjacielowi powiedziałam nazajutrz, ze mąż już wie. Trochę się zdziwił, że się jednak odważyłam, bo wiedział, że panicznie boję się męża. Martwiliśmy się co dalej, choć nieraz mówił, że damy radę. Chyba to nas trochę przerosło. Zderzenie z rzeczywistością. Myślałam, że on się podda, ze się wycofa. Nie powiem, ze nie było zawahania. I w jego oczach i w moich.

W domu zaczęliśmy z mężem żyć trochę jak sąsiedzi, bez awantur i burz z piorunami jak się spodziewałam. Nie zdawałam sobie sprawy, co w nim siedziało, z czym się zmagał. Z czasem zmienił front wobec mnie. To dziwne, ale zachowywał się jakby mi dopingował, jakby pogodził się z tym. Powiedział, że nie muszę się już kryć (miałam drugi telefon). A ja bezmyślna przyjęłam to za  dobrą monetę i zaczęłam z tego korzystać. Teraz sobie dopiero zdaję sprawę jak wielką byłam egoistką. Perfidna i wyrachowana, wtedy byłam tego nieświadoma.

Moja sielanka trwała nadal, na dodatek dostałam większy komfort psychiczny, bo niby wszystko już było jawne. Nadal było nam dobrze ze sobą, mogłam na niego liczyć i myślałam, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Kochaliśmy się i przyjaźniliśmy. Wierzyłam mu i czułam, że jest szczery.

Jego dziewczyna przyjeżdżała raz na tydzień, ale cały czas się kłócili.
W sumie to dziś nie wiem po co to ciągnęli dalej skoro non stop się nie dogadywali, dziwiłam się, że oni będąc młodzi stażem, wtedy kiedy jest najfajniej w związku robią sobie takie rzeczy.
Nie potrafiłam zrozumieć, może dlatego, że jest między nimi za duża różnica wieku, niedojrzałość między jednym a drugim? Ona lat 20, ja 32 i on gdzieś po środku lat 27. Między nami tego nie było, my dogadywaliśmy się doskonale. Oni byli ze sobą nieco ponad rok i już takie złe rokowania. Z poprzednią dziewczyną (rówieśnicą) był ok.8 lat, zanim się wypaliło. Z tego co mówił, to tamta zaczęła się od niego odsuwać, a obecna zagięła na niego parol. Może imponowało jej, że był starszy. Rozstali się przez tą właśnie obecną.
W sumie to nadal nie oczekiwałam niczego. Może tylko gdzieś tam w środku chciałam być już tą jedyną.

Była u niego jak dostał ode mnie smsa. Zapytała kto to. Odpowiedział zgodnie z prawdą. Zaniemówiła. Wyszła. Wróciła. Zaczęła o niego zabiegać. Potem znów awantury. Mówił, że ma dość, że go to męczy, ale chyba niczego stanowczo z tym nie zrobił.
A ja nadal to akceptowałam i nie oczekiwałam deklaracji. Tak jakbyś nie chcieli nic zmieniać. Byliśmy tchórzami.
Bywał ze mną, nie z nią, mimo, że oficjalnie byli razem. Może dlatego, że mieszka w innym mieście tak dziwnie to się układało. Biorę też pod uwagę, że mógł mi nie mówić wszystkiego, żeby mnie nie urazić, żebym nie postawiła ultimatum, żebym nie odeszła.

Było nam dobrze, choć dziś zdaję sobie sprawę, że byliśmy nieodpowiedzialni jak na swój wiek. Wspaniałe słówka, wspaniałe chwile, setki smsów, tęsknota i ...... tkwienie w miejscu.

Ze strony męża był tylko jeden koszmarny incydent.
Zamiast wrócić o 8 z pracy, ja wróciłam o 10 i co najgorsze nie odbierałam telefonu.
Zrobił mi awanturę na maxa, na przemian to błagał to groził. Byłam zmęczona, niewyspana, zła i z wyrzutami sumienia. Krzyczałam, że już nie mam siły, żeby mnie zostawił, że muszę być sama, zeby zdecydować co dalej powinnam zrobić.
Nie chciał. Tez już nie panował nad sobą. A najgorsze, że były przy tym córki i wykrzyczał mi od najgorszych, czułam się winna, ale nie mogłam mu wybaczyć, ze tak spłycił wszystko, że nic się więcej dla mnie nie liczy tylko kochanek. Znienawidziłam go za to, że wmieszał w taki sposób w to dzieci i będą mieć zrytą psychikę, po prostu wyżył się za to, co mu zrobiłam nie patrząc na koszty.

Chciał pogadać jak córki poszły do szkoły. Wsiadłam do auta. I wtedy na nowo obudził się w nim jakiś demon. Zaczął jechać bardzo szybko, groźby, że to już koniec, że najwyżej nas zabije. To był horror. Zastraszanie. Znów mi wróciły wspomnienia tego jak mnie dręczył przez te wszystkie lata, ale tym razem na trzeźwo. I to było najbardziej przerażające.
Nie dam rady więcej o tym pisać, bo przeżywam to na nowo...

Wróciliśmy do domu. Usnęłam zrezygnowana, bo znów miałam iść wieczorem do pracy.
Przyszedł na chwilę, wyżaliłam się i kazałam wracać, bo był po nie przespanej nocy ze mną i całym dniu pracy, więc następnej by już chyba nie podołał. To mi trochę pomogło, bo dał mi wsparcie, a byłam roztrzęsiona.

Sytuacja ucichła. Wróciło jakby do normalności.

W lutym mieli zamknąć sklep, w którym pracowałam.
Ostatniego dnia nie musiałam iść już do pracy. Mimo, że mogłam już "wszystko", okłamałam męża, że idę na noc. Nie chciałam sprawić mu przykrości. Oczywiście byłam z nim, ale jednak o północy wróciłam do domu i się przyznałam. Wiedziałem, odparł.

Spotykaliśmy się wieczorami, raz obiecałam w domu, że wrócę do 22. I wróciłam. Zadzwonił, że w aucie zostawiłam mój główny telefon.Wyszłam tylko po niego, a on zawrócił tylko po to, żeby mi go oddać, ale jak przyjechał to zaproponował mi jeszcze trochę wspólnych chwil. Nie umiałam odmówić. Ciągle nam było siebie mało. I znów spędziliśmy i przegadaliśmy całą noc. Odwiózł mnie dopiero o 7 rano. Jeszcze się dobrze nie rozstaliśmy a już za sobą tęskniliśmy, odliczając kiedy znów się zobaczymy

I to były nasze ostatnie wspólne chwile, kiedy byliśmy "razem" ............

rozdział 10: Początek końca?

Następnego dnia po naszym ostatnim spotkaniu (piątek) kontaktowaliśmy się tylko smsami. W weekend miał jechać z rodziną do innego miasta, gdzie mają dom. Jak kończył pracę napisał mi, że chyba jednak nie pojadą ze względów atmosferycznych (faktycznie były wtedy śnieżyce). A potem, że................ ona zadzwoniła i przyjedzie, bo chce z nim pogadać.

Zagotowałam. Nie wiem czemu. Był zdziwiony moim zachowaniem. " miałem cię okłamać?, napisałem ci, żeby było fair,a Ty mi zarzucasz oszustwo, przecież z męzem też rozmawiasz...". Chyba oboje byliśmy tym zdziwieni, bo nigdy tak się nie zachowywałam nie było między nami takich relacji. Coś we mnie wstąpiło. Obraziłam się. Potem ze złości napisałam, że mam go gdzieś. Nie wiem czemu poczułam się oszukana. I zła. Nieziemsko. Na koniec "zaszantażowałam" że ma być w niedzielę tu i tu, bo inaczej go oleję. Zachowałam się jak gówniara. Coś tam tłumaczył, że to nie tak.
Trochę mi przeszło, aż do owej niedzieli. Nagle dostałam sms " niestety, nie dam dziś rady, przepraszam"
I coś we mnie pękło. Puściły hamulce, ależ ja mu wtedy nawrzucałam, za wszystko, nawet za to, co mu się nie należało. Odesłałam mu dziesiątki wspaniałych smsów , które do mnie pisał i opisów chwil, które razem spędziliśmy. I dopisałam, żeby to wszystko i swoje kochanie mnie wsadził sobie w tyłek. Że obiecał mi, że powie mi prawdę jak przestanie mu zalezeć, bo ja nie będę żebrać jak ona "nie zostawiaj mnie". Dosłownie zbombardowałam go przez telefon. Jak głupia, pusta idiotka bez klasy.
Byłam wsciekła i nieracjonalna.
Cisza. Po jakimś czasie jedna wiadomość : dziękuję, że wszystko skomplikowałaś.

W poniedziałek nie mogłam znaleźć sobie miejsca, a najbardziej irytowało mnie to, że mnie zignorował. Cisza. Do pracy nie chodziłam, bo zmieniał się właściciel i byłam w zawieszeniu, więc nie było nawet okazji, żeby spotkać go przypadkowo. On mieszka w tamtej okolicy.
Coś mi odbiło i pojechałam do niego.Nie było go, a telefonu nie odbierał.
Czekałam jak głupia, aż się załamałam. Sama się pogubiłam w tych emocjach. Żal, rozpacz, smutek rezygnacja i gniew. Wszystko nawarstwione. Postanowiłam się upić, mimo, że nie lubię. A tak na złość sobie. Do domu wróciłam w kiepskim stanie emocjonalnym. Załamana.
Mąż był i o dziwo bez słowa się mną zajął. Nic nie chciałam powiedzieć. Chyba nie widział mnie nigdy w takim stanie.
Leżałam w łóżku i przyszedł sms.
"jestem kompletnie pijany, nadal chcesz rozmawiać?"
odpisałam coś w stylu, że teraz już nie

nie wiem po jakim czasie napisał mi "powiedziała mi, że jest w ciąży ..."

Zaniemówiłam. Sprzeczne myśli; w jaki sposób? mówił, że już z nią nie sypia odkąd jest ze mną. a może zaszła wcześniej? Tak czy inaczej poczułam się oszukana.

To był martwy okres. Sporadyczne smsy. Nijakie. Jego " nie zrozumiesz" " to nie tak"
Kiedyś zadzwonił telefon. To była ona, "że mam się od niej i od niego odczepić" , wydało mi się to śmieszne, cóż ja mam wspólnego z nią? Poradziłam, żeby sama dała mi spokój a sprawy z nim załatwiała z nim, a nie ze mną.
Jakoś żyłam, mimo, że było mi ciężko.

Zaczęłam duzo rozmów z mężem, zmiana frontu z jego strony, jak dobrzy znajomi. Nie narzucał mi swojej osoby, a starał się być przyjacielem wtedy mu powiedziałam wiele szczegółów, bo chciał - teraz wydaje mi się to niepotrzebne bo do tej pory czasem obraca to przeciwko mnie. Sama sobie jestem winna, bo widziałam tylko swój ból, a nie widziałam jak mu musi być ciężko chowając swoje uczucia i byc dla mnie tylko wsparciem kiedy ja myślałam o innym. Pytałam go dlaczego to zrobił, powiedział, że zrezygnował wtedy z siebie, żebym się nie rozwaliła emocjonalnie, bo to doprowadziłoby do rozpadu nas wszystkich. Nie mogłam pojąć czemu nie tupnął nogą : on albo ja, żebym musiała podjąć decyzję już i nie brnąć dalej tylko pozwolił mi na to wszystko. Dużo, dużo później zrozumiałam jego poświęcenie. Zrobił co uważał za najlepsze w obecnej sytuacji, choć może niezrozumiałe.Mąż wiedział prawie wszystko oprócz tego ostatniego incydentu, co był między mną a kochankiem, nie wiedział, że się nie spotykamy

W marcu dostałam w swoje urodziny ( to chyba tylko zbieg okoliczności) smsa, że ciągle o mnie myśli, choć nie może.
Znów mnie to rozwalało.

A potem doszło do czegoś strasznego w życiu moim i męża.....

rozdział 11: Cios

Będzie krótko, bo nadal nie jestem w stanie o tym mówić

Niestety mąż znów zaczął popijać, bałam się, że wrócimy do punktu wyjścia, nie godzę się już na to. Tego felernego dnia się upił totalnie.
Znów zaczął mnie emocjonalnie szantażować. Czułam, że nie udźwignę takich kolejnych 10 lat.
Nie chciałam dać się zastraszyć. Uciekłam na ulicę. On za mną. Nic nie wskórał. Wrócił do domu, ja za nim. Współuzależnienie i troska. Trochę szczegółów wyparła już moja psychika, bo to było straszne.
Że on się zabije. Nie miałam siły. Byłam wrakiem, nie przejdę tego, nie tym razem, to się źle skończy albo dla mnie albo dla niego albo dla nas obojga. Rozsypałam się " to się zabij" ja też się zabiję, prawie mnie nie ma, nie dam rady. Wybiegłam.
Nie wiem co się działo, błysk trzeźwego myślenia, telefon do jego brata, przyjeżdzaj szybko, bo będzie źle, musiałam brzmieć tragicznie, bo rzucił telefonem i chyba pojechał ( 2 km)
Nie wiem jak dojechałam do teściowej, była tam tylko szwagierka od której się dowiedziałam, że brat już w drodze.
Nie umiałam sklecić sensownie zdania. Zadzwoniłyśmy tylko do moich córek, żeby poszły do babci a nie do domu, bo były na zajęciach w domu kultury.

Powolutku się budziłam, zadzwonil szwagier, powiedział, że juz było po wszystkim. Brakło kilku sekund i by mu się udało. Na dodatek zamknął drzwi, żeby mu nikt nie przeszkodził , dobrze, że to parter, bo rozwalił szybę w balkonie i wszedł.

Jakby nie zdążył na czas, chyba bym sobie tego nigdy nie wybaczyła. Będę ten wyrzut nosić już do końca życia.
Długo siedział z nim i rozmawiał, ja wróciłam do domu dopiero późnym wieczorem, nie wiem dziś co było dalej, nie pamiętam

Mąż chodził na grupę raz w tygodniu, raz pomagało, raz nie.A chodził od stycznia
Coś się jednak zmieniało.

101

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

LonelyM

Nie wiem czy Cie zmartwię czy pociesze ale to co było to typowy schemat.

On biedny miś nieszczęśliwy w swoim związku  , kłócą sie , nie dogadują , nie sypia z nią
( a jednak zaszła w ciąże )..... pamiętaj to była tylko jego wersja dla Ciebie a ich rzeczywistość mogła być inna . Gdyby Ci powiedział ze u nich jest wszystko ok, planuja przyszłość itp . zgodziłabyś sie na spotkania z nim ??

Nie sadzisz ze jakby było miedzy nimi aż tak źle, nie zależnie czy Ty byłaś w jego życiu czy nie, skończyłby tamten związek . To był 1-roczny związek który można skończyć w każdej chwili , nie ma komplikacji rozwodowych , dzieci , kredytów....

Ona była tylko w weekendy wiec swój czas poświęcał tobie w tygodniu.

Poczytaj wątki zdradzonych co opowiadają zdradzacze swoim kochankom:
- ze z nimi nie sypiają
- ogólnie jest przepaść w porozumieniu i komunikacji
- partnerki nie kocha tylko kochankę

A mimo wszystko są z tymi nie dobrymi " zołzami" żonami /partnerkami.   


LonelyM napisał/a:

Z poprzednią dziewczyną (rówieśnicą) był ok.8 lat, zanim się wypaliło. Z tego co mówił, to tamta zaczęła się od niego odsuwać, a obecna zagięła na niego parol. Może imponowało jej, że był starszy. Rozstali się przez tą właśnie obecną.

Czyli poprzednia dziewczynę tez zdradził dla obecnej ??

102

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:
LonelyM napisał/a:
LonelyM napisał/a:

rozdział 9: wyjawienie

Zanim jednak nadszedł luty muszę cofnąć się do ostatniej dekady stycznia.

Cały czas żyłam tymi kradzionymi chwilami szczęścia. Dom, praca i upragnione coraz częstsze spotkania. Nic innego nie dostrzegałam.
Pewnego wieczoru mąż siedział jak zwykle na kompie, zajęty. Ja leżałam na łóżku próbując skupić się na tym, co leci w TV.
Nagle wstał i podszedł do mnie pytając czy jest ktoś inny. Na sekundę zaniemówiłam i odparłam twierdząco. Wtedy mężowi załamał się głos; kto to, jak, dlaczego. Był załamany. Nigdy w życiu nie widziałam go tak, nie wiem jak to nazwać, wystraszonego, zaskoczonego i przygnębionego, a może było to wszystko jednocześnie. Zrobiło mi się bardzo przykro, że zgotowałam mu takie coś, ale zarazem byłam jakaś niewzruszona. Teraz już niewiele pamiętam, co działo się dalej, mieliśmy porozmawiać jutro.

Nadeszło jutro.
Usiedliśmy i zaczęłam mu opowiadać. Jego stan i moja siła zaczerpnięta z poczucia, że w końcu mam w kimś innym oparcie sprawiła, że przestałam się go wtedy bać.
Powiedziałam prawdę, że się zakochałam, że ten ktoś mi wreszcie dał, to czego pragnęłam od niego, że jest też moim przyjacielem, nie tylko miłością. Nie chciałam mówić kim jest, nigdy mu nawet nie powiedziałam jak ma na imię, mimo wszystko bałam się, ze mu coś odwali i narobi głupot. To wszystko było jakieś nierealne, jakby nie działo się naprawdę. Mimo to poczułam złudną ulgę, że wreszcie koniec udawania. Myślałam tylko i wyłącznie o sobie.

Przyjacielowi powiedziałam nazajutrz, ze mąż już wie. Trochę się zdziwił, że się jednak odważyłam, bo wiedział, że panicznie boję się męża. Martwiliśmy się co dalej, choć nieraz mówił, że damy radę. Chyba to nas trochę przerosło. Zderzenie z rzeczywistością. Myślałam, że on się podda, ze się wycofa. Nie powiem, ze nie było zawahania. I w jego oczach i w moich.

W domu zaczęliśmy z mężem żyć trochę jak sąsiedzi, bez awantur i burz z piorunami jak się spodziewałam. Nie zdawałam sobie sprawy, co w nim siedziało, z czym się zmagał. Z czasem zmienił front wobec mnie. To dziwne, ale zachowywał się jakby mi dopingował, jakby pogodził się z tym. Powiedział, że nie muszę się już kryć (miałam drugi telefon). A ja bezmyślna przyjęłam to za  dobrą monetę i zaczęłam z tego korzystać. Teraz sobie dopiero zdaję sprawę jak wielką byłam egoistką. Perfidna i wyrachowana, wtedy byłam tego nieświadoma.

Moja sielanka trwała nadal, na dodatek dostałam większy komfort psychiczny, bo niby wszystko już było jawne. Nadal było nam dobrze ze sobą, mogłam na niego liczyć i myślałam, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Kochaliśmy się i przyjaźniliśmy. Wierzyłam mu i czułam, że jest szczery.

Jego dziewczyna przyjeżdżała raz na tydzień, ale cały czas się kłócili.
W sumie to dziś nie wiem po co to ciągnęli dalej skoro non stop się nie dogadywali, dziwiłam się, że oni będąc młodzi stażem, wtedy kiedy jest najfajniej w związku robią sobie takie rzeczy.
Nie potrafiłam zrozumieć, może dlatego, że jest między nimi za duża różnica wieku, niedojrzałość między jednym a drugim? Ona lat 20, ja 32 i on gdzieś po środku lat 27. Między nami tego nie było, my dogadywaliśmy się doskonale. Oni byli ze sobą nieco ponad rok i już takie złe rokowania. Z poprzednią dziewczyną (rówieśnicą) był ok.8 lat, zanim się wypaliło. Z tego co mówił, to tamta zaczęła się od niego odsuwać, a obecna zagięła na niego parol. Może imponowało jej, że był starszy. Rozstali się przez tą właśnie obecną.
W sumie to nadal nie oczekiwałam niczego. Może tylko gdzieś tam w środku chciałam być już tą jedyną.

Była u niego jak dostał ode mnie smsa. Zapytała kto to. Odpowiedział zgodnie z prawdą. Zaniemówiła. Wyszła. Wróciła. Zaczęła o niego zabiegać. Potem znów awantury. Mówił, że ma dość, że go to męczy, ale chyba niczego stanowczo z tym nie zrobił.
A ja nadal to akceptowałam i nie oczekiwałam deklaracji. Tak jakbyś nie chcieli nic zmieniać. Byliśmy tchórzami.
Bywał ze mną, nie z nią, mimo, że oficjalnie byli razem. Może dlatego, że mieszka w innym mieście tak dziwnie to się układało. Biorę też pod uwagę, że mógł mi nie mówić wszystkiego, żeby mnie nie urazić, żebym nie postawiła ultimatum, żebym nie odeszła.

Było nam dobrze, choć dziś zdaję sobie sprawę, że byliśmy nieodpowiedzialni jak na swój wiek. Wspaniałe słówka, wspaniałe chwile, setki smsów, tęsknota i ...... tkwienie w miejscu.

Ze strony męża był tylko jeden koszmarny incydent.
Zamiast wrócić o 8 z pracy, ja wróciłam o 10 i co najgorsze nie odbierałam telefonu.
Zrobił mi awanturę na maxa, na przemian to błagał to groził. Byłam zmęczona, niewyspana, zła i z wyrzutami sumienia. Krzyczałam, że już nie mam siły, żeby mnie zostawił, że muszę być sama, zeby zdecydować co dalej powinnam zrobić.
Nie chciał. Tez już nie panował nad sobą. A najgorsze, że były przy tym córki i wykrzyczał mi od najgorszych, czułam się winna, ale nie mogłam mu wybaczyć, ze tak spłycił wszystko, że nic się więcej dla mnie nie liczy tylko kochanek. Znienawidziłam go za to, że wmieszał w taki sposób w to dzieci i będą mieć zrytą psychikę, po prostu wyżył się za to, co mu zrobiłam nie patrząc na koszty.

Chciał pogadać jak córki poszły do szkoły. Wsiadłam do auta. I wtedy na nowo obudził się w nim jakiś demon. Zaczął jechać bardzo szybko, groźby, że to już koniec, że najwyżej nas zabije. To był horror. Zastraszanie. Znów mi wróciły wspomnienia tego jak mnie dręczył przez te wszystkie lata, ale tym razem na trzeźwo. I to było najbardziej przerażające.
Nie dam rady więcej o tym pisać, bo przeżywam to na nowo...

Wróciliśmy do domu. Usnęłam zrezygnowana, bo znów miałam iść wieczorem do pracy.
Przyszedł na chwilę, wyżaliłam się i kazałam wracać, bo był po nie przespanej nocy ze mną i całym dniu pracy, więc następnej by już chyba nie podołał. To mi trochę pomogło, bo dał mi wsparcie, a byłam roztrzęsiona.

Sytuacja ucichła. Wróciło jakby do normalności.

W lutym mieli zamknąć sklep, w którym pracowałam.
Ostatniego dnia nie musiałam iść już do pracy. Mimo, że mogłam już "wszystko", okłamałam męża, że idę na noc. Nie chciałam sprawić mu przykrości. Oczywiście byłam z nim, ale jednak o północy wróciłam do domu i się przyznałam. Wiedziałem, odparł.

Spotykaliśmy się wieczorami, raz obiecałam w domu, że wrócę do 22. I wróciłam. Zadzwonił, że w aucie zostawiłam mój główny telefon.Wyszłam tylko po niego, a on zawrócił tylko po to, żeby mi go oddać, ale jak przyjechał to zaproponował mi jeszcze trochę wspólnych chwil. Nie umiałam odmówić. Ciągle nam było siebie mało. I znów spędziliśmy i przegadaliśmy całą noc. Odwiózł mnie dopiero o 7 rano. Jeszcze się dobrze nie rozstaliśmy a już za sobą tęskniliśmy, odliczając kiedy znów się zobaczymy

I to były nasze ostatnie wspólne chwile, kiedy byliśmy "razem" ............

rozdział 10: Początek końca?

Następnego dnia po naszym ostatnim spotkaniu (piątek) kontaktowaliśmy się tylko smsami. W weekend miał jechać z rodziną do innego miasta, gdzie mają dom. Jak kończył pracę napisał mi, że chyba jednak nie pojadą ze względów atmosferycznych (faktycznie były wtedy śnieżyce). A potem, że................ ona zadzwoniła i przyjedzie, bo chce z nim pogadać.

Zagotowałam. Nie wiem czemu. Był zdziwiony moim zachowaniem. " miałem cię okłamać?, napisałem ci, żeby było fair,a Ty mi zarzucasz oszustwo, przecież z męzem też rozmawiasz...". Chyba oboje byliśmy tym zdziwieni, bo nigdy tak się nie zachowywałam nie było między nami takich relacji. Coś we mnie wstąpiło. Obraziłam się. Potem ze złości napisałam, że mam go gdzieś. Nie wiem czemu poczułam się oszukana. I zła. Nieziemsko. Na koniec "zaszantażowałam" że ma być w niedzielę tu i tu, bo inaczej go oleję. Zachowałam się jak gówniara. Coś tam tłumaczył, że to nie tak.
Trochę mi przeszło, aż do owej niedzieli. Nagle dostałam sms " niestety, nie dam dziś rady, przepraszam"
I coś we mnie pękło. Puściły hamulce, ależ ja mu wtedy nawrzucałam, za wszystko, nawet za to, co mu się nie należało. Odesłałam mu dziesiątki wspaniałych smsów , które do mnie pisał i opisów chwil, które razem spędziliśmy. I dopisałam, żeby to wszystko i swoje kochanie mnie wsadził sobie w tyłek. Że obiecał mi, że powie mi prawdę jak przestanie mu zalezeć, bo ja nie będę żebrać jak ona "nie zostawiaj mnie". Dosłownie zbombardowałam go przez telefon. Jak głupia, pusta idiotka bez klasy.
Byłam wsciekła i nieracjonalna.
Cisza. Po jakimś czasie jedna wiadomość : dziękuję, że wszystko skomplikowałaś.

W poniedziałek nie mogłam znaleźć sobie miejsca, a najbardziej irytowało mnie to, że mnie zignorował. Cisza. Do pracy nie chodziłam, bo zmieniał się właściciel i byłam w zawieszeniu, więc nie było nawet okazji, żeby spotkać go przypadkowo. On mieszka w tamtej okolicy.
Coś mi odbiło i pojechałam do niego.Nie było go, a telefonu nie odbierał.
Czekałam jak głupia, aż się załamałam. Sama się pogubiłam w tych emocjach. Żal, rozpacz, smutek rezygnacja i gniew. Wszystko nawarstwione. Postanowiłam się upić, mimo, że nie lubię. A tak na złość sobie. Do domu wróciłam w kiepskim stanie emocjonalnym. Załamana.
Mąż był i o dziwo bez słowa się mną zajął. Nic nie chciałam powiedzieć. Chyba nie widział mnie nigdy w takim stanie.
Leżałam w łóżku i przyszedł sms.
"jestem kompletnie pijany, nadal chcesz rozmawiać?"
odpisałam coś w stylu, że teraz już nie

nie wiem po jakim czasie napisał mi "powiedziała mi, że jest w ciąży ..."

Zaniemówiłam. Sprzeczne myśli; w jaki sposób? mówił, że już z nią nie sypia odkąd jest ze mną. a może zaszła wcześniej? Tak czy inaczej poczułam się oszukana.

To był martwy okres. Sporadyczne smsy. Nijakie. Jego " nie zrozumiesz" " to nie tak"
Kiedyś zadzwonił telefon. To była ona, "że mam się od niej i od niego odczepić" , wydało mi się to śmieszne, cóż ja mam wspólnego z nią? Poradziłam, żeby sama dała mi spokój a sprawy z nim załatwiała z nim, a nie ze mną.
Jakoś żyłam, mimo, że było mi ciężko.

Zaczęłam duzo rozmów z mężem, zmiana frontu z jego strony, jak dobrzy znajomi. Nie narzucał mi swojej osoby, a starał się być przyjacielem wtedy mu powiedziałam wiele szczegółów, bo chciał - teraz wydaje mi się to niepotrzebne bo do tej pory czasem obraca to przeciwko mnie. Sama sobie jestem winna, bo widziałam tylko swój ból, a nie widziałam jak mu musi być ciężko chowając swoje uczucia i byc dla mnie tylko wsparciem kiedy ja myślałam o innym. Pytałam go dlaczego to zrobił, powiedział, że zrezygnował wtedy z siebie, żebym się nie rozwaliła emocjonalnie, bo to doprowadziłoby do rozpadu nas wszystkich. Nie mogłam pojąć czemu nie tupnął nogą : on albo ja, żebym musiała podjąć decyzję już i nie brnąć dalej tylko pozwolił mi na to wszystko. Dużo, dużo później zrozumiałam jego poświęcenie. Zrobił co uważał za najlepsze w obecnej sytuacji, choć może niezrozumiałe.Mąż wiedział prawie wszystko oprócz tego ostatniego incydentu, co był między mną a kochankiem, nie wiedział, że się nie spotykamy

W marcu dostałam w swoje urodziny ( to chyba tylko zbieg okoliczności) smsa, że ciągle o mnie myśli, choć nie może.
Znów mnie to rozwalało.

A potem doszło do czegoś strasznego w życiu moim i męża.....

rozdział 11: Cios

Będzie krótko, bo nadal nie jestem w stanie o tym mówić

Niestety mąż znów zaczął popijać, bałam się, że wrócimy do punktu wyjścia, nie godzę się już na to. Tego felernego dnia się upił totalnie.
Znów zaczął mnie emocjonalnie szantażować. Czułam, że nie udźwignę takich kolejnych 10 lat.
Nie chciałam dać się zastraszyć. Uciekłam na ulicę. On za mną. Nic nie wskórał. Wrócił do domu, ja za nim. Współuzależnienie i troska. Trochę szczegółów wyparła już moja psychika, bo to było straszne.
Że on się zabije. Nie miałam siły. Byłam wrakiem, nie przejdę tego, nie tym razem, to się źle skończy albo dla mnie albo dla niego albo dla nas obojga. Rozsypałam się " to się zabij" ja też się zabiję, prawie mnie nie ma, nie dam rady. Wybiegłam.
Nie wiem co się działo, błysk trzeźwego myślenia, telefon do jego brata, przyjeżdzaj szybko, bo będzie źle, musiałam brzmieć tragicznie, bo rzucił telefonem i chyba pojechał ( 2 km)
Nie wiem jak dojechałam do teściowej, była tam tylko szwagierka od której się dowiedziałam, że brat już w drodze.
Nie umiałam sklecić sensownie zdania. Zadzwoniłyśmy tylko do moich córek, żeby poszły do babci a nie do domu, bo były na zajęciach w domu kultury.

Powolutku się budziłam, zadzwonil szwagier, powiedział, że juz było po wszystkim. Brakło kilku sekund i by mu się udało. Na dodatek zamknął drzwi, żeby mu nikt nie przeszkodził , dobrze, że to parter, bo rozwalił szybę w balkonie i wszedł.

Jakby nie zdążył na czas, chyba bym sobie tego nigdy nie wybaczyła. Będę ten wyrzut nosić już do końca życia.
Długo siedział z nim i rozmawiał, ja wróciłam do domu dopiero późnym wieczorem, nie wiem dziś co było dalej, nie pamiętam

Mąż chodził na grupę raz w tygodniu, raz pomagało, raz nie.A chodził od stycznia
Coś się jednak zmieniało.

rozdział 11: Powrót do paszczy lwa?

W kwietniu wróciłam do pracy. Może to był błąd, nie powinnam w to samo miejsce, ale się uparłam, że dam radę i muszę się z tym zmierzyć.
Nie chciałam uciekać.
Międzyczasie był tylko jeden znaczący sms od niego " ...... mogę zapomnieć o wszystkim... mogę zapomnieć nawet o sobie.... ale nigdy nie zapomnę o tobie."
Jeszcze byłam na etapie,że sobie ubzdurałam , że po tym wszystkim możemy zostać na etapie przyjaźni, bo od tego się zaczęło" Mąż twierdził,że to niedorzeczne, jak ja sobie to wyobrażałam. Ja swoje on swoje. Normalnie głupia i bezmyślna idiotka bez wyobraźni. Skończyło się na tym, że chciałby, ale nie może nawet ze mną pisać.

Trochę sie bałam pierwszego dnia pracy. Trzeba zmierzyć się ze wspomnieniami. Jakoś poszło. I szło przez tydzień. Nawet nie liczyłam, że go zobaczę.
Ten sms mnie zaskoczył. Krótkie " wiedzialem", ja nie zrozumiałam z tego nic.
Niedługo potem przyszedł. Nogi mi się zachwiały. Stanął i patrząc mi w oczy powiedział "dobry wieczór". Ostatnimi resztkami sił starałam się zachować kamienną pozę. Kupił i wyszedł.
Nadal trzymał mnie jakiś paraliż.
Chwilę potem sms "porozmawiamy?"
Zawahałam się, ale czułam potrzebę definitywnej rozmowy. Niech czeka na mnie po pracy. Męzowi wysłałam smsa, że przyjdę ciut później, bo muszę z NIM porozmawiać, żeby mi zaufał.Obiecałam mu, że w razie spotkania z nim powiem szczerze.

Wyszłam z pracy. Nie powiem, że się nie bałam, bo byłoby to nieprawdą.
Poszliśmy kawałek dalej, przejść się

Mówił, że pięknie wyglądam (banał, nie widzieliśmy się 2 m-ce nie ruszyło mnie to), "nie patrz tak na mnie tymi oczami, bo nie dam rady..." mówił. To nie była łatwa rozmowa, ale bardzo, bardzo spokojna.
Jego słowa: Źle to wszystko wyszło, ja źle zareagowałam, to nie tak, nie zrozumiem itp. itd. Potwierdził "powiedziała, że jest w ciązy..." , " nie chcę, nie mogę płacić tylko alimentów" , a uczucia....cóż ...(zamyślił się), nie zawsze można mieć.......... - Dał mi do zrozumienia, że nie mamy wyboru. Cały czas ktoś dobijał mu się telefonicznie. Pewnie ona. Nie zamierzałam pytać.
Miałam presję. Chciałam z nim porozmawiać, ale potrzebowałam czasu, którego nie miałam.
Przytul mnie, poprosił. Nie, nie zrobię tego - odparłam. Tak bardzo tego wtedy chciałam, walczyłam ze sobą, bałam się, że mu się poddam . Jeszcze chwila i bym nie wytrzymała.
"muszę iść" - powiedziałam. I uciekłam. Na autobus. Tak szybko jak się dało, zanim odwrócę się i zmienię zdanie. A on tam został. I stał.

Dojechałam do domu. Mąż był wściekły, nie wierzył mi, że nie było niczego. Znów kłótnia.
Poszliśmy spać, a ranek zaczął się źle....

103 Ostatnio edytowany przez Excop (2014-10-09 12:38:24)

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Nie będę komentował Twojej relacji z kochankiem w ostatnim okresie Waszych kontaktów, bo, jak zdążyłaś się zapewne zorientować w wątkach innych kobiet - kochanek mężczyzn pozostających w związku, zachowanie Twojego to właściwie standard.
Twój mąż wiedział, że wtedy, gdy zderzyłaś się z rzeczywistością, jesteś w rozsypce i - moim zdaniem, słusznie - uważał, że nie mógł pozwolić sobie na  pogorszenie Twojego stanu okazywaniem mściwej satysfakcji (choć w duchu zapewne swoje pomyślał) i dobijać przykrym słowem. Bo pogłębiłby dystans między Wami. I, jak go cytujesz "wszystko by się rozwaliło".
A tak, zasłużył na Twój szacunek i wdzięczność za okazane wsparcie. To z kolei pozwala na stopniowe przywracanie wzajemnej bliskości.

Myślę, że dobrze zrobiłaś, opowiadając mu na jego życzenie o przebiegu romansu (koszty tego, w postaci wykorzystywania przez męża otrzymanych informacji p-ko Tobie były nieuniknione; tak to działa, niestety).
Sądzę, że lepiej wiedzieć, co się działo i próbować pogodzić się  z tym, niż wyobrażać sobie rzeczy, do których mogło nawet nie dojść i zadręczać się latami podszeptami chorej wyobraźni.

Pozdrawiam.


P.S
Przeczytałem uzupełnienie.
Dobrze, że z Twoim mężem skończyło się szczęśliwie.
Za dużo takich tragedii widziałem...

Tak, typowy, zajęty kochanek.
Jego celem, moim zdaniem było odtworzenie romansu, ale na jego warunkach.
Z tego, co napisałaś o tym spotkaniu po pracy miałoby to wyglądać, mniej więcej, tak:
"Nie mogę jej zostawić. Będziemy się spotykać, kiedy ja postanowię i kontaktować również, gdy ja się odezwę do Ciebie".

Zrozumiałaś. Właściwie zareagowałaś na "przytul mnie".

A mąż?
Można było spodziewać się, że zazdrość może wziąć górę.

104

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
ryba81 napisał/a:

LonelyM

Nie wiem czy Cie zmartwię czy pociesze ale to co było to typowy schemat.

On biedny miś nieszczęśliwy w swoim związku  , kłócą sie , nie dogadują , nie sypia z nią
( a jednak zaszła w ciąże )..... pamiętaj to była tylko jego wersja dla Ciebie a ich rzeczywistość mogła być inna . Gdyby Ci powiedział ze u nich jest wszystko ok, planuja przyszłość itp . zgodziłabyś sie na spotkania z nim ??

Nie sadzisz ze jakby było miedzy nimi aż tak źle, nie zależnie czy Ty byłaś w jego życiu czy nie, skończyłby tamten związek . To był 1-roczny związek który można skończyć w każdej chwili , nie ma komplikacji rozwodowych , dzieci , kredytów....

Ona była tylko w weekendy wiec swój czas poświęcał tobie w tygodniu.

Poczytaj wątki zdradzonych co opowiadają zdradzacze swoim kochankom:
- ze z nimi nie sypiają
- ogólnie jest przepaść w porozumieniu i komunikacji
- partnerki nie kocha tylko kochankę

A mimo wszystko są z tymi nie dobrymi " zołzami" żonami /partnerkami.   


LonelyM napisał/a:

Z poprzednią dziewczyną (rówieśnicą) był ok.8 lat, zanim się wypaliło. Z tego co mówił, to tamta zaczęła się od niego odsuwać, a obecna zagięła na niego parol. Może imponowało jej, że był starszy. Rozstali się przez tą właśnie obecną.

Czyli poprzednia dziewczynę tez zdradził dla obecnej ??

Rozumiem Twoją wypowiedź, zgadzam się, ale jest uogólniona.
Każda historia jest inna. Nie da się wszystkiego zaszufladkować pod jeden stereotyp i schemat.
Nie mam też  zamiaru nikogo, ani niczego wybielać.

Nadal twierdzę, że uogólniasz "Nie sadzisz ze jakby było miedzy nimi aż tak źle, nie zależnie czy Ty byłaś w jego życiu czy nie, skończyłby tamten związek"

U mnie było źle, ale w tym tkwiłam, jedni by zrobili z tym tak, a inni tak, ja tkwiłam
Jak widzisz nie wszystko jest białe albo czarne.
Jak było między nimi naprawdę, tego już się pewnie nie dowiem
On mi nie mowił jaka ona zła, paskudna i niedobra, żeby tylko ją oczernić
Po prostu rozmawialiśmy jak przyjaciele, o swoich odczuciach, życiu itd.

Związał się z nią, ale rozstał się z tamtą, nie ona była przyczyną rozpadu,ale może przyśpieszaczem , to się zdarza - nie będę tego roztrząsać

Z tego co mi wiadomo, nie było i nie ma żadnej ciąży
Może wystraszyła się, że ktoś jej go zabierze (ja) albo, że ją faktycznie rzuci. Zawalczyła. Potrafię sobie to wyobrazić i być w jej skórze.
Jak było naprawdę ? Na 100% to wiedzą tylko oni.
JA tylko wiem, co było między nami.

Nie piszę tego dla poklasku,a po to by się z tym uporać i zmierzyć.

105

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:

Nie będę komentował Twojej relacji z kochankiem w ostatnim okresie Waszych kontaktów, bo, jak zdążyłaś się zapewne zorientować w wątkach innych kobiet - kochanek mężczyzn pozostających w związku, zachowanie Twojego to właściwie standard.
Twój mąż wiedział, że wtedy, gdy zderzyłaś się z rzeczywistością, jesteś w rozsypce i - moim zdaniem, słusznie - uważał, że nie mógł pozwolić sobie na  pogorszenie Twojego stanu okazywaniem mściwej satysfakcji (choć w duchu zapewne swoje pomyślał) i dobijać przykrym słowem. Bo pogłębiłby dystans między Wami. I, jak go cytujesz "wszystko by się rozwaliło".
A tak, zasłużył na Twój szacunek i wdzięczność za okazane wsparcie. To z kolei pozwala na stopniowe przywracanie wzajemnej bliskości.

Myślę, że dobrze zrobiłaś, opowiadając mu na jego życzenie o przebiegu romansu (koszty tego, w postaci wykorzystywania przez męża otrzymanych informacji p-ko Tobie były nieuniknione; tak to działa, niestety).
Sądzę, że lepiej wiedzieć, co się działo i próbować pogodzić się  z tym, niż wyobrażać sobie rzeczy, do których mogło nawet nie dojść i zadręczać się latami podszeptami chorej wyobraźni.

Pozdrawiam.

Tu żadne rozwiązanie nie było dobre, trzeba było wybrać mniejsze zło.  Fakt. Dużo zyskał w moich oczach swoim"honorowym" zachowaniem  stawiając całokształt ponad siebie.
Coś za coś. Do tej pory dobija mnie tym, czego się dowiedział. Cóż taka jest cena. Teraz tylko jedna sprawa. Gdzie jest granica na którą mogę pozwolic mu to robić w ramach zadośćuczynienia?

106

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Niestety, Lonely, granicę wyznacza Twoja cierpliwość i determinacja w budowaniu nowych relacji między Wami.
Warto mężowi o tym przypomnieć, skoro tak, jak Ty jego, tak on nie chce Cię stracić.

Ps. W poprzedni mój post wrzuciłem uzupełnienie.

Pozdrawiam.

107

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:

Z tego co mi wiadomo, nie było i nie ma żadnej ciąży
Może wystraszyła się, że ktoś jej go zabierze (ja) albo, że ją faktycznie rzuci. Zawalczyła. Potrafię sobie to wyobrazić i być w jej skórze.
Jak było naprawdę ? Na 100% to wiedzą tylko oni.
JA tylko wiem, co było między nami.

Tylko, że między wami był tylko sex, przynajmniej z jego strony. O żadnych wyższych uczuciach u kochanka nie ma mowy.
Szkoda, że osoby nieszczęśliwe w związku tak łatwo ulegają i zdradzają.


A Was (Ciebie i męża) moim zdaniem już nie ma.
Tą zdradą tak zszarpałaś mu psyche (próba samobójcza), że wątpię, by potrafił CI to wybaczyć i przejść do porządku dziennego.
Watpie też żebyś Ty była skłonna walczyć, skoro już teraz przeszkadza Ci to że mąż wywleka Ci zdradę i zadajesz pytania o to gdzie stawiać mu granice.
Nie masz nawet ułamka świadmości tego co mu zrobiłaś.
Niech każde  z Was idzie w swoją stronę, zanim dojdzie do prawdziwej tragedii.
Czasem trupa nie reanimujesz, a nim jest teraz wasze małżeństwo.

108

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Zgadzam się z tym co napisał Mały_Książę w 100%.

Autorka wraca niby "skruszona" po zdradach (emocjonalna + fizyczna - Total Knockout hmm), ale wraca tak, żeby mąż jednak nie miał czasu i przestrzeni na wyrażenie swojego bólu, bo ją to rozwala..

Zgadzam się, że ten powrót to reanimacja trupa tego małżeństwa, tylko dlatego że kochanek się wypiął, co zresztą dobitnie pokazała ta niby ostatnia rozmowa, gdzie autorka sama przyznaje, że "ledwie się powstrzymała by nie pobiec za nim".
Nie ma nic gorszego jak taki powrót: z wyrachowania, wygody i litości (?) ..choć w ten ostatni aspekt wątpię, jeśli już to chyba bardziej z ubolewania nad swoim losem.

Ble.

109

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:

Niestety, Lonely, granicę wyznacza Twoja cierpliwość i determinacja w budowaniu nowych relacji między Wami.
Warto mężowi o tym przypomnieć, skoro tak, jak Ty jego, tak on nie chce Cię stracić.

Ps. W poprzedni mój post wrzuciłem uzupełnienie.

Pozdrawiam.

Dopiero teraz nad tym pracuję, wyzwalam się od współuzależnienia,  bo do tej pory przyjmowałam wszelkie "baty" z pokorą, bo mi się należy, a nie tędy droga

110

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:

Nie będę komentował Twojej relacji z kochankiem w ostatnim okresie Waszych kontaktów, bo, jak zdążyłaś się zapewne zorientować w wątkach innych kobiet - kochanek mężczyzn pozostających w związku, zachowanie Twojego to właściwie standard.
Twój mąż wiedział, że wtedy, gdy zderzyłaś się z rzeczywistością, jesteś w rozsypce i - moim zdaniem, słusznie - uważał, że nie mógł pozwolić sobie na  pogorszenie Twojego stanu okazywaniem mściwej satysfakcji (choć w duchu zapewne swoje pomyślał) i dobijać przykrym słowem. Bo pogłębiłby dystans między Wami. I, jak go cytujesz "wszystko by się rozwaliło".
A tak, zasłużył na Twój szacunek i wdzięczność za okazane wsparcie. To z kolei pozwala na stopniowe przywracanie wzajemnej bliskości.

Myślę, że dobrze zrobiłaś, opowiadając mu na jego życzenie o przebiegu romansu (koszty tego, w postaci wykorzystywania przez męża otrzymanych informacji p-ko Tobie były nieuniknione; tak to działa, niestety).
Sądzę, że lepiej wiedzieć, co się działo i próbować pogodzić się  z tym, niż wyobrażać sobie rzeczy, do których mogło nawet nie dojść i zadręczać się latami podszeptami chorej wyobraźni.

Pozdrawiam.


P.S
Przeczytałem uzupełnienie.
Dobrze, że z Twoim mężem skończyło się szczęśliwie.
Za dużo takich tragedii widziałem...

Tak, typowy, zajęty kochanek.
Jego celem, moim zdaniem było odtworzenie romansu, ale na jego warunkach.
Z tego, co napisałaś o tym spotkaniu po pracy miałoby to wyglądać, mniej więcej, tak:
"Nie mogę jej zostawić. Będziemy się spotykać, kiedy ja postanowię i kontaktować również, gdy ja się odezwę do Ciebie".

Zrozumiałaś. Właściwie zareagowałaś na "przytul mnie".

A mąż?
Można było spodziewać się, że zazdrość może wziąć górę.

Być może masz rację, jest to wielce prawdopodobne, był za słaby dla mnie, a ja za silna dla niego.
Ja dla niego chciałam wywalić swoje życie do góry nogami,a on dla mnie?
Chyba wybrał łatwiejszą drogę, nawet jeśli mnie kochał, o ile mnie kochał, to nie na tyle, zeby go było stać na to.
W sumie zawsze mi się wydawało, że przegram, ale za bardzo wierzyłam w prawdziwe uczucie, taka głupia jestem, że sądze po sobie.
Jak miałam wygrać?
Z jednej strony, ja, kobieta wiedząca czego chce, ale z mnóstwem problemów, a z drugiej ona, młodsza, bez bagażu i bez komplikacji w postaci męża
Ludzie często idą na łatwiznę, jak tak nie umiem, jeśli kocham. Walczę, ale nie potrzebuję niczyjej łaski, już nie.
Ja go wtedy pożegnałam. Wbrew sobie i na siłę.

Bardzo czuję się winna wszystkiego, choć winy są zazwyczaj po środku.

111

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:
Excop napisał/a:

Niestety, Lonely, granicę wyznacza Twoja cierpliwość i determinacja w budowaniu nowych relacji między Wami.
Warto mężowi o tym przypomnieć, skoro tak, jak Ty jego, tak on nie chce Cię stracić.

Ps. W poprzedni mój post wrzuciłem uzupełnienie.

Pozdrawiam.

Dopiero teraz nad tym pracuję, wyzwalam się od współuzależnienia,  bo do tej pory przyjmowałam wszelkie "baty" z pokorą, bo mi się należy, a nie tędy droga

A którędy według Ciebie wiedzie rozwiązanie?

112 Ostatnio edytowany przez LonelyM (2014-10-09 14:36:22)

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Mały_Książe napisał/a:
LonelyM napisał/a:

Z tego co mi wiadomo, nie było i nie ma żadnej ciąży
Może wystraszyła się, że ktoś jej go zabierze (ja) albo, że ją faktycznie rzuci. Zawalczyła. Potrafię sobie to wyobrazić i być w jej skórze.
Jak było naprawdę ? Na 100% to wiedzą tylko oni.
JA tylko wiem, co było między nami.

Tylko, że między wami był tylko sex, przynajmniej z jego strony. O żadnych wyższych uczuciach u kochanka nie ma mowy.
Szkoda, że osoby nieszczęśliwe w związku tak łatwo ulegają i zdradzają.


A Was (Ciebie i męża) moim zdaniem już nie ma.
Tą zdradą tak zszarpałaś mu psyche (próba samobójcza), że wątpię, by potrafił CI to wybaczyć i przejść do porządku dziennego.
Watpie też żebyś Ty była skłonna walczyć, skoro już teraz przeszkadza Ci to że mąż wywleka Ci zdradę i zadajesz pytania o to gdzie stawiać mu granice.
Nie masz nawet ułamka świadmości tego co mu zrobiłaś.
Niech każde  z Was idzie w swoją stronę, zanim dojdzie do prawdziwej tragedii.
Czasem trupa nie reanimujesz, a nim jest teraz wasze małżeństwo.

A skad to wiesz?
O jakim seksie Ty piszesz?

Bierzesz pod uwagę, że możesz się mylić?
Czy tylko wyznaczasz jedyną, swoją słuszność?
Tego nie można być pewnym
Wydaje mi się, że nie masz pojęcia o czym piszę


Nie gniewaj się, ale nie jesteś dla mnie żadnym autorytetem w tym temacie, rzuciłam okiem na Twoje posty, dużo w nich ukrytej frustracji, jakbyś pisał(a) tylko po to, aby komuś dowalić i rzekomo sprowadzić na ziemię
Przykro mi, ja nie uznaję takiej zabawy. Może i się mylę, ale tak właśnie myślę.
Pozdrawiam.
EOT

113

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Mały_Książe napisał/a:
LonelyM napisał/a:
Excop napisał/a:

Niestety, Lonely, granicę wyznacza Twoja cierpliwość i determinacja w budowaniu nowych relacji między Wami.
Warto mężowi o tym przypomnieć, skoro tak, jak Ty jego, tak on nie chce Cię stracić.

Ps. W poprzedni mój post wrzuciłem uzupełnienie.

Pozdrawiam.

Dopiero teraz nad tym pracuję, wyzwalam się od współuzależnienia,  bo do tej pory przyjmowałam wszelkie "baty" z pokorą, bo mi się należy, a nie tędy droga

A którędy według Ciebie wiedzie rozwiązanie?

nie ma magicznego guzika do znalezienia drogi
dopiero jej szukam

114

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Elle88 napisał/a:

Zgadzam się z tym co napisał Mały_Książę w 100%.

Autorka wraca niby "skruszona" po zdradach (emocjonalna + fizyczna - Total Knockout hmm), ale wraca tak, żeby mąż jednak nie miał czasu i przestrzeni na wyrażenie swojego bólu, bo ją to rozwala..

Zgadzam się, że ten powrót to reanimacja trupa tego małżeństwa, tylko dlatego że kochanek się wypiął, co zresztą dobitnie pokazała ta niby ostatnia rozmowa, gdzie autorka sama przyznaje, że "ledwie się powstrzymała by nie pobiec za nim".
Nie ma nic gorszego jak taki powrót: z wyrachowania, wygody i litości (?) ..choć w ten ostatni aspekt wątpię, jeśli już to chyba bardziej z ubolewania nad swoim losem.

Ble.

Masz prawo do swojej opinii, ale czy oby słusznej?
Śmiem wątpić.
Nie znasz moich myśli, odczuć i motywacji.
Możesz je tylko analizować z moich wypowiedzi, ale nie znaczy to wcale, że masz rację.
Siebie przecież nie oszukam.
Pozdrawiam

115 Ostatnio edytowany przez Mały_Książe (2014-10-09 14:55:13)

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:

O jakim seksie Ty piszesz?

A no o tym...

LonelyM napisał/a:

Dopiero wtedy zaczęłam myśleć o zbliżeniu. Wcześniej nie byłam gotowa. Nie traktuję seksu jako sportu byle jak i z byle kim. Kilkakrotnie upewniał się czy jestem tego pewna czy naprawdę chcę.
Nie będę opisywać o szczegółach, ale było mi z nim dobrze, bo łączyło nas coś szczególnego, a nie sam akt.

Wtedy przyszło mi przez głowę, że może jak dostał to, co chciał, to mnie oleje i porzuci, ale nic takiego się nie stało. Nasz "związek" nadal kwitł.

Facet wyrwał Cię dla sexu. Tyle i tylko tyle w tym filozofii.

Ciekawi mnie tylko gdzie byłaby Twoja miłość do męża gdyby kochanek okazał się bardziej wartościowy i słowny...

Zastanawia mnie też w jaki sposób chcesz ucinać zaczepki męża o wypominanie Ci zdrady?
Bo jak chcesz rozjątrzać sprawę, to biorąc fakt, że  mąż miał już próbę samobójczą, to Twoje małżeństwo może nie potrwać długo.

LonelyM napisał/a:

Próbujemy z mężem dalej żyć i choć mnie kocha, nie wybaczy mi tego.
A ja jestem rozdarta.
Z nim nie mam kontaktu od ponad roku, ale tęsknię.

A tak na marginesie nadal twierdzę że Was już nie ma, a dalsze małżeństwo nie ma sensu.

116

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Mały_Książe napisał/a:
LonelyM napisał/a:

O jakim seksie Ty piszesz?

A no o tym...

LonelyM napisał/a:

Dopiero wtedy zaczęłam myśleć o zbliżeniu. Wcześniej nie byłam gotowa. Nie traktuję seksu jako sportu byle jak i z byle kim. Kilkakrotnie upewniał się czy jestem tego pewna czy naprawdę chcę.
Nie będę opisywać o szczegółach, ale było mi z nim dobrze, bo łączyło nas coś szczególnego, a nie sam akt.

Wtedy przyszło mi przez głowę, że może jak dostał to, co chciał, to mnie oleje i porzuci, ale nic takiego się nie stało. Nasz "związek" nadal kwitł.

Facet wyrwał Cię dla sexu. Tyle i tylko tyle w tym filozofii.

Ciekawi mnie tylko gdzie byłaby Twoja miłość do męża gdyby kochanek okazał się bardziej wartościowy i słowny...

Zastanawia mnie też w jaki sposób chcesz ucinać zaczepki męża o wypominanie Ci zdrady?
Bo jak chcesz rozjątrzać sprawę, to biorąc fakt, że  mąż miał już próbę samobójczą, to Twoje małżeństwo może nie potrwać długo.

LonelyM napisał/a:

Próbujemy z mężem dalej żyć i choć mnie kocha, nie wybaczy mi tego.
A ja jestem rozdarta.
Z nim nie mam kontaktu od ponad roku, ale tęsknię.

A tak na marginesie nadal twierdzę że Was już nie ma, a dalsze małżeństwo nie ma sensu.

Napiszę Ci to raz.
Przepraszam, nie będę z Tobą rozmawiać, nie wzbudzasz mojego zaufania. Sorry, tak już mam. Nie lubię dyskutować z kimś, kto wyznaje tylko słuszność swoich racji. Może tak masz faktycznie, a może tak to tylko wygląda z Twoich wypowiedzi. Ja dziękuję. To mi nic niestety nie daje. Nie po drodze nam.

117

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
LonelyM napisał/a:
Mały_Książe napisał/a:
LonelyM napisał/a:

O jakim seksie Ty piszesz?

A no o tym...

LonelyM napisał/a:

Dopiero wtedy zaczęłam myśleć o zbliżeniu. Wcześniej nie byłam gotowa. Nie traktuję seksu jako sportu byle jak i z byle kim. Kilkakrotnie upewniał się czy jestem tego pewna czy naprawdę chcę.
Nie będę opisywać o szczegółach, ale było mi z nim dobrze, bo łączyło nas coś szczególnego, a nie sam akt.

Wtedy przyszło mi przez głowę, że może jak dostał to, co chciał, to mnie oleje i porzuci, ale nic takiego się nie stało. Nasz "związek" nadal kwitł.

Facet wyrwał Cię dla sexu. Tyle i tylko tyle w tym filozofii.

Ciekawi mnie tylko gdzie byłaby Twoja miłość do męża gdyby kochanek okazał się bardziej wartościowy i słowny...

Zastanawia mnie też w jaki sposób chcesz ucinać zaczepki męża o wypominanie Ci zdrady?
Bo jak chcesz rozjątrzać sprawę, to biorąc fakt, że  mąż miał już próbę samobójczą, to Twoje małżeństwo może nie potrwać długo.

LonelyM napisał/a:

Próbujemy z mężem dalej żyć i choć mnie kocha, nie wybaczy mi tego.
A ja jestem rozdarta.
Z nim nie mam kontaktu od ponad roku, ale tęsknię.

A tak na marginesie nadal twierdzę że Was już nie ma, a dalsze małżeństwo nie ma sensu.

Napiszę Ci to raz.
Przepraszam, nie będę z Tobą rozmawiać, nie wzbudzasz mojego zaufania. Sorry, tak już mam. Nie lubię dyskutować z kimś, kto wyznaje tylko słuszność swoich racji. Może tak masz faktycznie, a może tak to tylko wygląda z Twoich wypowiedzi. Ja dziękuję. To mi nic niestety nie daje. Nie po drodze nam.

Przecież jeszcze nawet dyskusji nie zaczęliśmy, więc nie wiem skąd wyciągnęłaś takie wnioski.

Ale to Twój cyrk i Twoje małpki.
Kiedyś zrozumiesz co napisałem, ale jeszcze nie teraz.

Powodzenia.

118

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Reagujesz, Lonely, zbyt porywczo i emocjonalnie na głosy odmienne od Twojego punktu widzenia na stan obecny i przyszłość Twojego małżeństwa, a także kierujące Tobą pobudki do walki o związek.
Zapowiadałem, że pojawią się posty różnego rodzaju.
Musisz mieć wzgląd na to, że piszą to ludzie i nie dotknięci przez zdradę lub zdradzeni i piszący przez pryzmat własnych doświadczeń.
Ich na obiektywizm w Twoim rozumieniu po prostu nie stać.

119

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:

Reagujesz, Lonely, zbyt porywczo i emocjonalnie na głosy odmienne od Twojego punktu widzenia na stan obecny i przyszłość Twojego małżeństwa, a także kierujące Tobą pobudki do walki o związek.
Zapowiadałem, że pojawią się posty różnego rodzaju.
Musisz mieć wzgląd na to, że piszą to ludzie i nie dotknięci przez zdradę lub zdradzeni i piszący przez pryzmat własnych doświadczeń.
Ich na obiektywizm w Twoim rozumieniu po prostu nie stać.

Fakt, zapędziłam się. Dzięki

120

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Mały_Książe napisał/a:
LonelyM napisał/a:
Mały_Książe napisał/a:
LonelyM napisał/a:

O jakim seksie Ty piszesz?

A no o tym...

LonelyM napisał/a:

Dopiero wtedy zaczęłam myśleć o zbliżeniu. Wcześniej nie byłam gotowa. Nie traktuję seksu jako sportu byle jak i z byle kim. Kilkakrotnie upewniał się czy jestem tego pewna czy naprawdę chcę.
Nie będę opisywać o szczegółach, ale było mi z nim dobrze, bo łączyło nas coś szczególnego, a nie sam akt.

Wtedy przyszło mi przez głowę, że może jak dostał to, co chciał, to mnie oleje i porzuci, ale nic takiego się nie stało. Nasz "związek" nadal kwitł.

Facet wyrwał Cię dla sexu. Tyle i tylko tyle w tym filozofii.

Ciekawi mnie tylko gdzie byłaby Twoja miłość do męża gdyby kochanek okazał się bardziej wartościowy i słowny...

Zastanawia mnie też w jaki sposób chcesz ucinać zaczepki męża o wypominanie Ci zdrady?
Bo jak chcesz rozjątrzać sprawę, to biorąc fakt, że  mąż miał już próbę samobójczą, to Twoje małżeństwo może nie potrwać długo.


A tak na marginesie nadal twierdzę że Was już nie ma, a dalsze małżeństwo nie ma sensu.

Napiszę Ci to raz.
Przepraszam, nie będę z Tobą rozmawiać, nie wzbudzasz mojego zaufania. Sorry, tak już mam. Nie lubię dyskutować z kimś, kto wyznaje tylko słuszność swoich racji. Może tak masz faktycznie, a może tak to tylko wygląda z Twoich wypowiedzi. Ja dziękuję. To mi nic niestety nie daje. Nie po drodze nam.

Przecież jeszcze nawet dyskusji nie zaczęliśmy, więc nie wiem skąd wyciągnęłaś takie wnioski.

Ale to Twój cyrk i Twoje małpki.
Kiedyś zrozumiesz co napisałem, ale jeszcze nie teraz.

Powodzenia.

Jeszcze raz. Za radą Excopa odpowiadam normalnie.

Pozwolę sobie nie zgodzić się, ale dziękuję za opinię.

121

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Mały_Książe napisał/a:
LonelyM napisał/a:
Mały_Książe napisał/a:
LonelyM napisał/a:

O jakim seksie Ty piszesz?

A no o tym...

LonelyM napisał/a:

Dopiero wtedy zaczęłam myśleć o zbliżeniu. Wcześniej nie byłam gotowa. Nie traktuję seksu jako sportu byle jak i z byle kim. Kilkakrotnie upewniał się czy jestem tego pewna czy naprawdę chcę.
Nie będę opisywać o szczegółach, ale było mi z nim dobrze, bo łączyło nas coś szczególnego, a nie sam akt.

Wtedy przyszło mi przez głowę, że może jak dostał to, co chciał, to mnie oleje i porzuci, ale nic takiego się nie stało. Nasz "związek" nadal kwitł.

Facet wyrwał Cię dla sexu. Tyle i tylko tyle w tym filozofii.

Ciekawi mnie tylko gdzie byłaby Twoja miłość do męża gdyby kochanek okazał się bardziej wartościowy i słowny...

Zastanawia mnie też w jaki sposób chcesz ucinać zaczepki męża o wypominanie Ci zdrady?
Bo jak chcesz rozjątrzać sprawę, to biorąc fakt, że  mąż miał już próbę samobójczą, to Twoje małżeństwo może nie potrwać długo.


A tak na marginesie nadal twierdzę że Was już nie ma, a dalsze małżeństwo nie ma sensu.

Napiszę Ci to raz.
Przepraszam, nie będę z Tobą rozmawiać, nie wzbudzasz mojego zaufania. Sorry, tak już mam. Nie lubię dyskutować z kimś, kto wyznaje tylko słuszność swoich racji. Może tak masz faktycznie, a może tak to tylko wygląda z Twoich wypowiedzi. Ja dziękuję. To mi nic niestety nie daje. Nie po drodze nam.

Przecież jeszcze nawet dyskusji nie zaczęliśmy, więc nie wiem skąd wyciągnęłaś takie wnioski.

Ale to Twój cyrk i Twoje małpki.
Kiedyś zrozumiesz co napisałem, ale jeszcze nie teraz.

Powodzenia.

Odpowiem do tego "Ciekawi mnie tylko gdzie byłaby Twoja miłość do męża gdyby kochanek okazał się bardziej wartościowy i słowny..."

Nie wiem. Szczerze. Może wtedy zrozumiałabym kogo naprawdę kocham, ale to już zostaje w strefie gdybania.
To nie jest koniec mojej historii, choć już chyba najgorsze napisałam.

122

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Czytam z zaciekawieniem Twoją życiową opowieść już od kilki dni... smile

Napisałaś, że (chyba dobrze zapamiętałam) lubisz aranżacje wnętrz. Sprawia Ci to przyjemność itd... A może właśnie w tym znajdziesz swoją odskocznię????

Wiem co czujesz. Też kiedyś zdradziłam i nie jestem z tego dumna. Czas leczy rany. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, byś na nowo odkryła samą siebie. Wiem , że masz męża... Ale po tylu latach nie warto zrobić coś dla samej siebie? Znajdź pasje, jakieś hobby zacząć się cieszyć każdym dniem (automatycznie zapomnisz o panu XY) a mąż zauważy zmiany i być może doceni smile

P.S. Nie byłam w zwiazku z alkoholikiem, ale mój ojciec nim był. Wiem jakie piekło potrafią zgotować dzieciom. A co dopiero mówić o żonach, czy dziewczynach...



W każdym razie życzę powodzenia smile Czekam na dalszy ciąg, bo jak to mawia mój kolega: Kobieto puchu marny fantastycznie piszesz smile

123

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Lonely
jeśli nie uporzadkujesz siebie, nie będziesz szczęśliwa bo romans był tylko przykrywką.

Przeglądasz się w innych ludziach i w tym widzisz swoją wartość, przynajmniej ja to tak postrzegam. Twoje poczucie wartości jest bardzo niskie. Wiesz dlaczego? bo gdybyś je miała to po pierwsze nie musiałabyś się przeglądać w innych ludziach żeby widzieć swoją wartość, wiedziała że pomimo porażek jesteś wartościową osobą. Tymczasem całe Twoje życie, nie jest Twoim życiem, bo robisz coś dla kogoś, na pokaz, zakładasz maskę jak to słusznie zauważyłaś.

Kolejna sprawa która mi się rzuciła, to widać że Ty po prostu nie masz żadnych oczekiwań w związku z mężczyzną, np. żeby Cię szanował, godzisz się na jakieś ochłapy miłości, coś co miłością wcale nie jest zarówno od jednego, jak i drugiego. Nie stawiasz żadnych granic, przez to z dnia na dzień tracisz szacunek także do siebie, nie wiesz kim jesteś. Mówię i o mężu i kochanku. Obydwaj Cię wykorzystywali. Może to właśnie wynika z tego co napisałam wcześniej?

Wiesz, dziwi mnie to że nie jesteś wściekła na kochanka? Dlaczego? Przecież on się Tobą pobawił i Cię zostawił.

Męża według mnie już dawno nie kochasz.

124

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:

(...)
Sądzę, że lepiej wiedzieć, co się działo i próbować pogodzić się  z tym, niż wyobrażać sobie rzeczy, do których mogło nawet nie dojść i zadręczać się latami podszeptami chorej wyobraźni.

Muszę Ciebie zmartwić - Jesteś w błędzie. Przy nie istniejącym już zaufaniu żadne przysięgi, na życie matki, ojca, dzieci, wszystkich świętych i grzeszników, swoje zdrowie i co tam jeszcze, że tak właśnie było i nic więcej, nie są w stanie zatrzymać wyobraźni podsuwającej wciąż nowe obrazy... Opamiętanie przychodzi dopiero wtedy, gdy wyobraźnia wkracza w obszar absurdu, ale wtedy zniszczenia w psychice są nie do odbudowania własnymi siłami.

125 Ostatnio edytowany przez Excop (2014-10-10 06:02:49)

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
starr napisał/a:
Excop napisał/a:

(...)
Sądzę, że lepiej wiedzieć, co się działo i próbować pogodzić się  z tym, niż wyobrażać sobie rzeczy, do których mogło nawet nie dojść i zadręczać się latami podszeptami chorej wyobraźni.

Muszę Ciebie zmartwić - Jesteś w błędzie. Przy nie istniejącym już zaufaniu żadne przysięgi, na życie matki, ojca, dzieci, wszystkich świętych i grzeszników, swoje zdrowie i co tam jeszcze, że tak właśnie było i nic więcej, nie są w stanie zatrzymać wyobraźni podsuwającej wciąż nowe obrazy... Opamiętanie przychodzi dopiero wtedy, gdy wyobraźnia wkracza w obszar absurdu, ale wtedy zniszczenia w psychice są nie do odbudowania własnymi siłami.

Nie przeczę, że mogę się mylić.
Może, w sytuacji Lonely, gdy mąż zaskoczył ją przekonaniem, że ma kochanka, "wyśpiewała" wszystko, bo tego żądał.
Miałem na myśli raczej własne doświadczenia, gdy moja żona przyznała się sama do zdrady, ja niczego nie podejrzewałem.
Uwierzyłem jej we wszystko to, co mówiła i w prawdziwość jej skruchy. Pozostawienie tego wyobraźni nie dało by mi żyć.

Wybaczyłem i z czasem praktycznie zapomniałej jej to. Nie żałowałem i nie żałuję do tej pory.
Może dlatego, że chcę ją pamiętać taką, jaką była w rzeczywistości - ciepła, wrażliwą i kochającą mnie kobietą.

Pozdrawiam.

126

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
dona_s85 napisał/a:

Czytam z zaciekawieniem Twoją życiową opowieść już od kilki dni... smile

Napisałaś, że (chyba dobrze zapamiętałam) lubisz aranżacje wnętrz. Sprawia Ci to przyjemność itd... A może właśnie w tym znajdziesz swoją odskocznię????

Wiem co czujesz. Też kiedyś zdradziłam i nie jestem z tego dumna. Czas leczy rany. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, byś na nowo odkryła samą siebie. Wiem , że masz męża... Ale po tylu latach nie warto zrobić coś dla samej siebie? Znajdź pasje, jakieś hobby zacząć się cieszyć każdym dniem (automatycznie zapomnisz o panu XY) a mąż zauważy zmiany i być może doceni smile

P.S. Nie byłam w zwiazku z alkoholikiem, ale mój ojciec nim był. Wiem jakie piekło potrafią zgotować dzieciom. A co dopiero mówić o żonach, czy dziewczynach...



W każdym razie życzę powodzenia smile Czekam na dalszy ciąg, bo jak to mawia mój kolega: Kobieto puchu marny fantastycznie piszesz smile

Dziękuję.
Tak, po troszę tym się zajmuję zwłaszcza w swoim domu i kapkę doradzam na pewnym forum wnętrzarskim tak po amatorsku, no ale nie zastąpi to całego życia, daje jednak pewną odskocznię, a to już plus.
Właśnie staram się odkryć na nowo, po to też poszłam na terapię dla współuzależnionych, mimo, że mąż nie pije od 15 miesięcy i mogłabym udawać, że teraz to niepotrzebne a jednak coś da. MNIE.

Co do tego mojego pisania, zawsze uwielbiałam pisać. Byłam cienka w wypowiedziach ustnych, ale w pisaniu czułam się prawdziwa, tam mogłam przekazać to wszystko, co myślę, słowa wręcz płynęły z mojego wnętrza. Jedna myśl goniła drugą, wszystko układało się w całość i potrafiło odzwierciedlić prawdziwą mnie. Jak już zacznę pisać, to często nie mogę skończyć, rozpędzam się i jeszcze to i jeszcze tamto, żeby żaden przekaz mi nie umknął.
Niestety daleko mi do doskonałości, mam problemy stylistyczne. Zauważyłam, że często piszę nieskładnie i jestem zdziwiona, bo przecież jak mówię, to mówię to samo, ale  poprawnie gramatycznie,a przy pisaniu takie kwiatki, że nie wierzę, że wyszło to spod mojej ręki. Wydaje mi się, że to przez to, iż boję się umknięcia jakiejś myśli, które przelatują mi przez głowę, za bardzo się więc śpieszę.
W każdym razie od dziecka lubiłam bazgrolić.

127

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
stokrotka1978 napisał/a:

Lonely
jeśli nie uporzadkujesz siebie, nie będziesz szczęśliwa bo romans był tylko przykrywką.

Przeglądasz się w innych ludziach i w tym widzisz swoją wartość, przynajmniej ja to tak postrzegam. Twoje poczucie wartości jest bardzo niskie. Wiesz dlaczego? bo gdybyś je miała to po pierwsze nie musiałabyś się przeglądać w innych ludziach żeby widzieć swoją wartość, wiedziała że pomimo porażek jesteś wartościową osobą. Tymczasem całe Twoje życie, nie jest Twoim życiem, bo robisz coś dla kogoś, na pokaz, zakładasz maskę jak to słusznie zauważyłaś.

Kolejna sprawa która mi się rzuciła, to widać że Ty po prostu nie masz żadnych oczekiwań w związku z mężczyzną, np. żeby Cię szanował, godzisz się na jakieś ochłapy miłości, coś co miłością wcale nie jest zarówno od jednego, jak i drugiego. Nie stawiasz żadnych granic, przez to z dnia na dzień tracisz szacunek także do siebie, nie wiesz kim jesteś. Mówię i o mężu i kochanku. Obydwaj Cię wykorzystywali. Może to właśnie wynika z tego co napisałam wcześniej?

Wiesz, dziwi mnie to że nie jesteś wściekła na kochanka? Dlaczego? Przecież on się Tobą pobawił i Cię zostawił.

Męża według mnie już dawno nie kochasz.

Masz sporo racji. Niestety.
Co do oczekiwań, nie , mam je, ale zbyt często idę po łebkach i godzę się na byle co.
Ta moja maska tak naprawdę mi nie pomogła, a wręcz przeciwnie, wiecej z niej szkody, niż pożytku wyszło.
Co do męża i kochanka, wiem, że osąd jest niesprawiedliwy. Łatwiej dostrzec  więcej zła, niż dobra ze strony męża, bo było to na przestrzeni kilkunastu lat a tego drugie tylko kilku miesięcy. Jakby to zrównać i jedno i drugie na taki sam odcinek czasowy to wówczas osąd byłby wierniejszy, tak mniemam.

Nie można powiedzieć, że go nie kocham. Jest tylko jeden szkopuł jak w wielu długotrwałych związkach. Trzeba głęboko wejść w siebie i uzmysłowić sobie ile w tym jest prawdziwej miłości, a ile tylko przywiązania i przyzwyczajenia. Nie jestem odosobniona w tym przypadku. Tyczy się to mnóstwa małżeństw. Kochać, kocham. Tylko jak? To trzeba wiedzieć.

128

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
starr napisał/a:
Excop napisał/a:

(...)
Sądzę, że lepiej wiedzieć, co się działo i próbować pogodzić się  z tym, niż wyobrażać sobie rzeczy, do których mogło nawet nie dojść i zadręczać się latami podszeptami chorej wyobraźni.

Muszę Ciebie zmartwić - Jesteś w błędzie. Przy nie istniejącym już zaufaniu żadne przysięgi, na życie matki, ojca, dzieci, wszystkich świętych i grzeszników, swoje zdrowie i co tam jeszcze, że tak właśnie było i nic więcej, nie są w stanie zatrzymać wyobraźni podsuwającej wciąż nowe obrazy... Opamiętanie przychodzi dopiero wtedy, gdy wyobraźnia wkracza w obszar absurdu, ale wtedy zniszczenia w psychice są nie do odbudowania własnymi siłami.

Owszem, przeważnie tak bywa, ale są wyjątki.
Powiem Ci na swoim przykładzie.
Postępowanie męża sprawiło, ze nie ufałam mu za grosz pod względem picia, ale wiesz co? W bardzo krótkim czasie, widząc jego staranie i ile go to kosztuje, moje "strachy" zniknęły. Całkowicie, co wydawałoby się, że ten lęk zostanie we mnie na zawsze. Po prostu doszczętnie przestawiło mi się myślenie. Pierwszy raz w życiu ja mogę spokojnie funkcjonować jak on wychodzi z domu. Nawet mi do głowy nie przychodzi, że dziś może się złamać i wrócić do nałogu. Oczywiście mam świadomość, że nawrót zawsze może nastąpić, ale tego nie ma na co dzień w moim życiu. Dla mnie jest to magiczne. Ta moja odmiana. Myślisz, że tak łatwo, gdy ktoś chleje 10 lat tak szybko mu zaufać? Mnie się to udało. W 99% ufam mu pod tym względem . Dlaczego nie w 100? Dlatego, że w 100 nie ufam nikomu, nawet sobie. Zawsze zostawiam miejsce na tolerancję błędu.

129

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?
Excop napisał/a:
starr napisał/a:
Excop napisał/a:

(...)
Sądzę, że lepiej wiedzieć, co się działo i próbować pogodzić się  z tym, niż wyobrażać sobie rzeczy, do których mogło nawet nie dojść i zadręczać się latami podszeptami chorej wyobraźni.

Muszę Ciebie zmartwić - Jesteś w błędzie. Przy nie istniejącym już zaufaniu żadne przysięgi, na życie matki, ojca, dzieci, wszystkich świętych i grzeszników, swoje zdrowie i co tam jeszcze, że tak właśnie było i nic więcej, nie są w stanie zatrzymać wyobraźni podsuwającej wciąż nowe obrazy... Opamiętanie przychodzi dopiero wtedy, gdy wyobraźnia wkracza w obszar absurdu, ale wtedy zniszczenia w psychice są nie do odbudowania własnymi siłami.

Nie przeczę, że mogę się mylić.
Może, w sytuacji Lonely, gdy mąż zaskoczył ją przekonaniem, że ma kochanka, "wyśpiewała" wszystko, bo tego żądał.
Miałem na myśli raczej własne doświadczenia, gdy moja żona przyznała się sama do zdrady, ja niczego nie podejrzewałem.
Uwierzyłem jej we wszystko to, co mówiła i w prawdziwość jej skruchy. Pozostawienie tego wyobraźni nie dało by mi żyć.

Wybaczyłem i z czasem praktycznie zapomniałej jej to. Nie żałowałem i nie żałuję do tej pory.
Może dlatego, że chcę ją pamiętać taką, jaką była w rzeczywistości - ciepła, wrażliwą i kochającą mnie kobietą.

Pozdrawiam.

Ja odniosę się tylko do tego
"Nie przeczę, że mogę się mylić.
Może, w sytuacji Lonely, gdy mąż zaskoczył ją przekonaniem, że ma kochanka, "wyśpiewała" wszystko, bo tego żądał."

JA na to podświadomie czekałam.
Wiesz dlaczego?
Dlatego, że panicznie się bałam JEGO, nie tego, żeby się przyznać, bo to potrafię, ale właśnie tego, co zrobi, a wierzcie mi ,miałam powody. Nie każdy zrozumie co znaczy być zaszczutym.

130

Odp: Życie po zdradzie, co dalej?

Dziś coś się zmieniło.
Chyba, powinnam pogodzić się z tym, że nie dane mi będzie być szczęśliwą tak jak tego pragnę. Zawsze można pomarzyć. Może taka moja karma.
Czy da się żyć rezygnując z miłości w imię wyższych celów?

Posty [ 66 do 130 z 342 ]

Strony Poprzednia 1 2 3 4 5 6 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Życie po zdradzie, co dalej?

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026