LonelyM napisał/a:LonelyM napisał/a:LonelyM napisał/a:rozdział 6: On
Na początku nic nie wskazywało, ani nie dawało cienia podejrzeń, że z czymś takim będę musiała się zmierzyć.
Owszem, troszkę mnie podrywał, ale było to tak subtelne, że zaczęłam sobie wmawiać, że mi się tylko wydaje.
Tym bardziej, że pracując w miejscu gdzie przewija się mnóstwo ludzi, ludzie są po prostu sympatyczni w większości. Zdawałam sobie sprawę, że mam powodzenie, może nawet mam w sobie to "coś", choć to może moja próżność kazała mi tak sądzić - tak sobie wmawiałam. Byłam odporna na wszelakie podrywy, niektóre były nawet miłe, ale nie traktowałam tego poważnie. Miałam dystans do nich, może miałam też zaburzone poczucie własnej wartości przez życie jakie wiodłam do tej pory.
On był miły, sympatyczny, zawsze wesoły i kulturalny, ale w delikatny sposób. Dlatego też nie przyszło mi do głowy, że to w ogóle do czegoś doprowadzi.
Przychodził sporadycznie, a nawet rzadziej. Sama nawet nie wiem czemu czasem o nim myslałam, ale w tych myślach nie było nic z gatunku emocjonalnego. Po prostu może też miał w sobie to coś i dlatego utkwił mi w pamięci.
Ot, taka odskocznia od mojego smutnego życia.
Po dłuższej nieobecności przyszedł i jakoś tak wyszło, że wdaliśmy się w dłuższą rozmowę. Na początku na luzie, dawno mi się z nikim tak dobrze i sympatycznie nie rozmawiało jakbyśmy znali się od lat.
Mówił coś tam o swojej dziewczynie, ale w sumie rozmawialiśmy na wesoło, ale dostrzegłam, że te jego sygnały wobec mojej osoby są wyraźniejsze. Znów wmawiałam sobie, że mi się zdaje.
Po prostu dobrze nam się rozmawiało, wyczułam taką bratnią duszę. Ja z natury jestem towarzyska i wesoła (nawet jak mi źle), ale rzadko nawiązuje z kimś tak dobre relacje, po prostu mało jest ludzi, z którymi znajdę "wspólną falę", a tu tak było.
O sobie nie mówiłam za wiele, nie narzekałam. Dowiedział się tylko, że mam męża i dzieci, co go trochę zaskoczyło, ale chyba oboje nas bardziej zaskoczyło, że jestem od niego 5 lat starsza.
Dał mi do zrozumienia, że mu się podobam. Było to miłe, ale nic więcej. Miałam swoje życie i swoją rzeczywistość , taką a nie inną.
Przegadaliśmy całą noc, mimo, że rano miał iść do pracy. Na koniec tylko rzucił spokojnie " wiem, że nie jesteś szczęśliwa, widzę to w twoich oczach". Oczywiście nie byłabym sobą jakby nie założyła maski i udawała, że nic się nie dzieje, że nie rozumiem i odbiegłam od tematu. Potem wyszedł.
Nie było go dłuższy czas, czasem wpadal na pogawedkę i tyle.
Nie myślałam dużo o nim, poza faktem, ze jest fajnym człowiekiem i fajnie byłoby wreszcie znów mieć przyjaciela (bo przyjaciółek już od dawna nie miałam) nie zastanawiając się nad sensem przyjaźni damsko-męskiej a ogólnie o przyjaźni .
Minęło chyba ze 2 m-ce, nie było go przez ten czas, aż do pewnego grudniowego wieczoru. Byłam zajęta pracą, miałam całą dostawę do wyłożenia przez noc. Wpadł na chwilę a jak wychodził to rzucił "kiedy skończysz to co robisz i będziesz mieć chwilę?" powiedział to tak lekko, że nawet nie pomyślałam, że to na poważnie i nie zastanawiałam się nad sensem słów i rzuciłam żartem, że pewnie o 1 w nocy.
Wyszedł ..............
rozdział 7: Pierwszy raz
Zajęłam się pracą, szło mi nawet nieźle, bo zapomniałam nawet co się dzieje wokół i po prostu robiłam swoje byle wytrwać do rana. Nagle usłyszałam " dobry wieczór, jest pierwsza", zaniemówiłam z wrażenia, bo naprawdę zapomniałam o tamtym incydencie, zresztą i tak nie wzięłam tego na serio.
Po chwili konsternacji zaczęliśmy rozmowę, ja cały czas udawałam, że nie widzę i nie czuję tej dziwnej aury, która nas otacza. Zaczął mi mówić, że nie mógł przestać o mnie myśleć od chwili kiedy pierwszy raz mnie zobaczył, mimo, że próbował przez pewien czas nawet nie przychodzić. Taki niby banał. I chyba się we mnie zakochał, co wydawało mi się niedorzeczne, próbowałam wszystko obracać w żart, zresztą nie jestem zbyt ufna, żeby mnie byle słówkami omamić.
Mimo to, czułam, że dzieje się coś dziwnego ze mną, że chyba mi się to wszystko śni. Zapytał czy zapalimy. Wyszliśmy więc zapalić na zewnątrz i dalej już nie pamiętam, czy zdążyliśmy zapalić czy też nie. Nasz wzrok spotkał się i już nie byłam w stanie nic zrobić. Zaczęliśmy się całować, a ja nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Przeplatały mi się w głowie dziwne myśli i obrazy; to nie dzieje się naprawdę, to chyba sen, co ja robię, nie wiem co się dzieje i to błogie uczucie do tego. Poddałam się temu. Byłam oszołomiona i nie byłam w stanie w ogóle myśleć. To wszystko coś w nas rozbudziło i nie chodziło o samo pożądanie. Został ze mną do rana i wówczas zaczęliśmy ze sobą otwarcie rozmawiać. Powiedział, że nie chce tego tak zostawiać i żebym mu dała nr telefonu. Nie zgodziłam się. Mogę co najwyżej wziąć jego i ewentualnie zadzwonić.Nie uwierzył, że się odezwę.
Po pracy odprowadził mnie na autobus, gdzie jeszcze staliśmy chwilę i rozmawialiśmy. Wtedy zaczęło do mnie docierać co się stało i co ja zrobiłam. Nie dawałam sobie rady z własnym myśleniem. To nie mogłam być ja, nie wierzyłam. Nie wiem jak dojechałam do domu.
W domu wszyscy spali i ja też szybko usnęłam.
Obudziłam się około południa, była sobota. Miałam mieć 2 dni wolnego teraz i nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Poszłam do centrum handlowego, ale nie mogłam normalnie funkcjonować. Nie wiedziałam czy to wszystko wydarzyło się naprawdę. I tak nie mogłam się na niczym skupić. Plątałam się bez celu tam i z powrotem nie radząc sobie z sytuacją. Stwierdziłam, że zadzwonię do niego spadnę wówczas z obłok, że to wszystko jakiś blef. W sumie zadzwoniłam tylko po to, ustawiłam w telefonie, żeby nie pokazywał się mój nr telefonu. Odebrał. Chwila ciszy. A potem samo poszło, zapytał kiedy się zobaczymy, mówiłam chyba jakieś głupoty od rzeczy. I skończyła mi się karta w telefonie. Urwało rozmowę.
Dalej byłam w punkcie wyjścia. Wróciłam do domu. Nie wiem już jak przetrwałam cały weekend.
W poniedziałek miałam na dzienną zmianę. Do popołudnia jakoś zleciało, zajmowałam myśli czym innym. Potem zaczęłam być zestresowana, bo zbliżał się wieczór. I wtedy usłyszałam znajmy głos. Nie musiałam się nawet odwracać. To był on. Mówił, że nie wiedział czy będzie mógł dziś przyjść. Nie było za wiele okazji do rozmowy, bo klienci i inne rzeczy przeszkadzały. Podobnie było we wtorek. Zapytał chyba kiedy będziemy mogli porozmawiać.Umówiliśmy się na czwartek przed moją pracą pod wieczór.
Nic nie myślałam, nie potrafiłam po prostu o tym myśleć czegokolwiek. Żyłam jak w półśnie.
....
rozdział 8: rozkwit uczuć
W czwartek wyszłam z domu trochę wcześniej, żeby mieć czas na nasze spotkanie, ponadto poprosiłam zmienniczkę, żeby została dłużej, bo mi coś wypadło.
Przyjechał po mnie samochodem. Dziwnie się czułam. Zapytał gdzie mam ochotę "iść". Stwierdziłam, że w jakieś fajne spokojne miejsce. Nie chciałam do żadnego publicznego lokalu z obawy przed tym, że ktoś nas zobaczy, mimo, że jakoś wtedy nie docierało do mnie, że ja właśnie zdradzam. Po prostu wolę spokojne, klimatyczne miejsca bardziej od tłumów. Pojechaliśmy.
Rozmawialiśmy sporo, nie umiem przytoczyć każdego słowa, troszkę się otworzyłam i powiedziałam, że miał rację, że nie jestem szczęśliwa. Nie umiałam jednak opowiedzieć o wszystkim, co przeszłam. Takie zażenowanie, poczucie wstydu. Po prostu spędziliśmy razem czas. Było trochę pocałunków, ale przede wszystkim rozmowa i bliskość. Czas szybko mijał i musiałam wracać do pracy. Podwiózł mnie i się rozstaliśmy. Ja chyba już wtedy się zakochiwałam w nim. Był dla mnie dobry, czuły i delikatny.
Po kilku godzinach przyszedł do mnie do pracy. Znów został do rana, mimo że miał iść nazajutrz do pracy.
I tak było coraz częściej. Widywaliśmy się kilka razy w tygodniu. Albo zarywał noce i spędzał je ze mną albo jak miałam ranną zmianę przyjeżdżał po mnie i urywałam godzinkę na spotkania z nim.
Zaczęliśmy żyć prawie jak para. Jak miałam wolne i nie mogłam wytrzymać bez niego, to szłam gdzieś na szybkie zakupy, a potem spotykaliśmy się .
Gdzieś w środku wiedziałam, że źle robię, ale jakoś to do mnie nie docierało. Żyłam tym naszym uczuciem. Wreszcie po latach bólu spotkało mnie coś fajnego,troszkę szczęścia i zachłysnęłam się tym.
Nie widziałam co dzieje się wokół. Robiłam wszystko, co powinnam,zwykłe obowiązki codzienne, by potem znów być przy nim.
Męża prawie nie dostrzegałam. Zaczęłam podwójne życie. Zresztą i tak sądziłam, że mąż nie pozwoli mi odejść.
Czasami zastanawialiśmy się, co z nami będzie, chyba każdy miał jednak te wyrzuty sumienia, że robimy coś złego, a jednak to co było między nami było silniejsze. Może i poszliśmy na łatwiznę.
On nadal miał dziewczynę, widywali się co tydzień. Na początku mi to nie przeszkadzało, może i traktowałam to jako zasłonę dla nas. Kiedyś tylko zapytałam czy rzuciłby ją jakbym była wolna. Odpowiedź była twierdząca, a czy prawdziwa, to tego pewnie się już nie dowiem. Więcej do tego nie wracałam, bo podświadomie obawiałam się, że jakby to zrobił to przyszedłby czas na mój ruch, a chyba nie byłam gotowa na taki krok. Blokował mnie też strach.
Kiedyś przyjechał od niej po kilku godzinach, bo nie miał po co tam być, ona i tak nie miała czasu, a sam próbując ją przytulić myślał o mnie, a to jest nie fair.
Nie mogłam zrozumieć czemu tak jest między nimi, są na starcie wspólnego życia i już nie dbają o swój związek. Może to ja dałam mu to, czego mu było brak tak jak on mnie? Dziś już nie wiem. Przecież jak się kocha to nie szuka się innej miłości. On chciał mnie. Po co? A może chciał obie? Ale po co? Wierzyłam, że mnie kocha, bo i po co mu takie problemy, po co by się narażał , no i nie wierzę, że można by tak kłamać w uczuciach, chyba wyczułabym to.
I ja i on powinniśmy byli najpierw skończyć swoje związki zanim zaczęliśmy iść jedną drogą.
Przyszła raz z nim do mnie do pracy. To sklep. Nie udało mu się bez podejrzeń wykręcić. Chora sytuacja, ale zachowałam kamienną twarz, mimo, że byłam roztrzęsiona. Na koniec powiedział mi "do zobaczenia potem"
Potem dostałam wiadomość " jedno wiem, kocham tylko ciebie". Prawie się rozpłakałam. Mieli chyba gości w domu, ona się upiła i poszła spać, a on do mnie przyszedł i został już do rana. Byliśmy tylko dla siebie. Cieszyliśmy się każdą wspólna chwilą, nawet tą skradzioną.
Po miesiącu naszych spotkań już wiedziałam, że go kocham. Pisaliśmy do siebie dziesiątki smsów i odliczaliśmy czas do zobaczenia się. Kiedy się dowiedział, że czuję to samo co on był bardzo poruszony.
Dopiero wtedy zaczęłam myśleć o zbliżeniu. Wcześniej nie byłam gotowa. Nie traktuję seksu jako sportu byle jak i z byle kim. Kilkakrotnie upewniał się czy jestem tego pewna czy naprawdę chcę.
Nie będę opisywać o szczegółach, ale było mi z nim dobrze, bo łączyło nas coś szczególnego, a nie sam akt.
Wtedy przyszło mi przez głowę, że może jak dostał to, co chciał, to mnie oleje i porzuci, ale nic takiego się nie stało. Nasz "związek" nadal kwitł.
To ponownie pozwoliło mi uwierzyć, że kocha mnie prawdziwie.
Tylko co dalej z nami będzie? Ta myśl mnie przerażała, w gruncie rzeczy spychałam ten problem pod dywan i nadal tkwiliśmy w tej sytuacji.
.....
W Sylwestra w domu byłam z mężem i dziećmi, koło północy mąż się upił, o dziwo obyło się bez żadnej jazdy z jego strony, powiedział mi tylko coś po cichu " wiem, że wolałabyś być z nim". Nie wiedziałam czy dobrze usłyszałam, czy to sumienie płata mi figle. Nie odezwałam się a on usnął.
Nigdy wcześniej nie dał mi znaku, że być może coś podejrzewa. Trochę to zbagatelizowałam.
...
Nadal spotykałam się z nim, czułam że mu na mnie zależy, czułam się potrzebna i kochana, aż do lutego .....
rozdział 9: wyjawienie
Zanim jednak nadszedł luty muszę cofnąć się do ostatniej dekady stycznia.
Cały czas żyłam tymi kradzionymi chwilami szczęścia. Dom, praca i upragnione coraz częstsze spotkania. Nic innego nie dostrzegałam.
Pewnego wieczoru mąż siedział jak zwykle na kompie, zajęty. Ja leżałam na łóżku próbując skupić się na tym, co leci w TV.
Nagle wstał i podszedł do mnie pytając czy jest ktoś inny. Na sekundę zaniemówiłam i odparłam twierdząco. Wtedy mężowi załamał się głos; kto to, jak, dlaczego. Był załamany. Nigdy w życiu nie widziałam go tak, nie wiem jak to nazwać, wystraszonego, zaskoczonego i przygnębionego, a może było to wszystko jednocześnie. Zrobiło mi się bardzo przykro, że zgotowałam mu takie coś, ale zarazem byłam jakaś niewzruszona. Teraz już niewiele pamiętam, co działo się dalej, mieliśmy porozmawiać jutro.
Nadeszło jutro.
Usiedliśmy i zaczęłam mu opowiadać. Jego stan i moja siła zaczerpnięta z poczucia, że w końcu mam w kimś innym oparcie sprawiła, że przestałam się go wtedy bać.
Powiedziałam prawdę, że się zakochałam, że ten ktoś mi wreszcie dał, to czego pragnęłam od niego, że jest też moim przyjacielem, nie tylko miłością. Nie chciałam mówić kim jest, nigdy mu nawet nie powiedziałam jak ma na imię, mimo wszystko bałam się, ze mu coś odwali i narobi głupot. To wszystko było jakieś nierealne, jakby nie działo się naprawdę. Mimo to poczułam złudną ulgę, że wreszcie koniec udawania. Myślałam tylko i wyłącznie o sobie.
Przyjacielowi powiedziałam nazajutrz, ze mąż już wie. Trochę się zdziwił, że się jednak odważyłam, bo wiedział, że panicznie boję się męża. Martwiliśmy się co dalej, choć nieraz mówił, że damy radę. Chyba to nas trochę przerosło. Zderzenie z rzeczywistością. Myślałam, że on się podda, ze się wycofa. Nie powiem, ze nie było zawahania. I w jego oczach i w moich.
W domu zaczęliśmy z mężem żyć trochę jak sąsiedzi, bez awantur i burz z piorunami jak się spodziewałam. Nie zdawałam sobie sprawy, co w nim siedziało, z czym się zmagał. Z czasem zmienił front wobec mnie. To dziwne, ale zachowywał się jakby mi dopingował, jakby pogodził się z tym. Powiedział, że nie muszę się już kryć (miałam drugi telefon). A ja bezmyślna przyjęłam to za dobrą monetę i zaczęłam z tego korzystać. Teraz sobie dopiero zdaję sprawę jak wielką byłam egoistką. Perfidna i wyrachowana, wtedy byłam tego nieświadoma.
Moja sielanka trwała nadal, na dodatek dostałam większy komfort psychiczny, bo niby wszystko już było jawne. Nadal było nam dobrze ze sobą, mogłam na niego liczyć i myślałam, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Kochaliśmy się i przyjaźniliśmy. Wierzyłam mu i czułam, że jest szczery.
Jego dziewczyna przyjeżdżała raz na tydzień, ale cały czas się kłócili.
W sumie to dziś nie wiem po co to ciągnęli dalej skoro non stop się nie dogadywali, dziwiłam się, że oni będąc młodzi stażem, wtedy kiedy jest najfajniej w związku robią sobie takie rzeczy.
Nie potrafiłam zrozumieć, może dlatego, że jest między nimi za duża różnica wieku, niedojrzałość między jednym a drugim? Ona lat 20, ja 32 i on gdzieś po środku lat 27. Między nami tego nie było, my dogadywaliśmy się doskonale. Oni byli ze sobą nieco ponad rok i już takie złe rokowania. Z poprzednią dziewczyną (rówieśnicą) był ok.8 lat, zanim się wypaliło. Z tego co mówił, to tamta zaczęła się od niego odsuwać, a obecna zagięła na niego parol. Może imponowało jej, że był starszy. Rozstali się przez tą właśnie obecną.
W sumie to nadal nie oczekiwałam niczego. Może tylko gdzieś tam w środku chciałam być już tą jedyną.
Była u niego jak dostał ode mnie smsa. Zapytała kto to. Odpowiedział zgodnie z prawdą. Zaniemówiła. Wyszła. Wróciła. Zaczęła o niego zabiegać. Potem znów awantury. Mówił, że ma dość, że go to męczy, ale chyba niczego stanowczo z tym nie zrobił.
A ja nadal to akceptowałam i nie oczekiwałam deklaracji. Tak jakbyś nie chcieli nic zmieniać. Byliśmy tchórzami.
Bywał ze mną, nie z nią, mimo, że oficjalnie byli razem. Może dlatego, że mieszka w innym mieście tak dziwnie to się układało. Biorę też pod uwagę, że mógł mi nie mówić wszystkiego, żeby mnie nie urazić, żebym nie postawiła ultimatum, żebym nie odeszła.
Było nam dobrze, choć dziś zdaję sobie sprawę, że byliśmy nieodpowiedzialni jak na swój wiek. Wspaniałe słówka, wspaniałe chwile, setki smsów, tęsknota i ...... tkwienie w miejscu.
Ze strony męża był tylko jeden koszmarny incydent.
Zamiast wrócić o 8 z pracy, ja wróciłam o 10 i co najgorsze nie odbierałam telefonu.
Zrobił mi awanturę na maxa, na przemian to błagał to groził. Byłam zmęczona, niewyspana, zła i z wyrzutami sumienia. Krzyczałam, że już nie mam siły, żeby mnie zostawił, że muszę być sama, zeby zdecydować co dalej powinnam zrobić.
Nie chciał. Tez już nie panował nad sobą. A najgorsze, że były przy tym córki i wykrzyczał mi od najgorszych, czułam się winna, ale nie mogłam mu wybaczyć, ze tak spłycił wszystko, że nic się więcej dla mnie nie liczy tylko kochanek. Znienawidziłam go za to, że wmieszał w taki sposób w to dzieci i będą mieć zrytą psychikę, po prostu wyżył się za to, co mu zrobiłam nie patrząc na koszty.
Chciał pogadać jak córki poszły do szkoły. Wsiadłam do auta. I wtedy na nowo obudził się w nim jakiś demon. Zaczął jechać bardzo szybko, groźby, że to już koniec, że najwyżej nas zabije. To był horror. Zastraszanie. Znów mi wróciły wspomnienia tego jak mnie dręczył przez te wszystkie lata, ale tym razem na trzeźwo. I to było najbardziej przerażające.
Nie dam rady więcej o tym pisać, bo przeżywam to na nowo...
Wróciliśmy do domu. Usnęłam zrezygnowana, bo znów miałam iść wieczorem do pracy.
Przyszedł na chwilę, wyżaliłam się i kazałam wracać, bo był po nie przespanej nocy ze mną i całym dniu pracy, więc następnej by już chyba nie podołał. To mi trochę pomogło, bo dał mi wsparcie, a byłam roztrzęsiona.
Sytuacja ucichła. Wróciło jakby do normalności.
W lutym mieli zamknąć sklep, w którym pracowałam.
Ostatniego dnia nie musiałam iść już do pracy. Mimo, że mogłam już "wszystko", okłamałam męża, że idę na noc. Nie chciałam sprawić mu przykrości. Oczywiście byłam z nim, ale jednak o północy wróciłam do domu i się przyznałam. Wiedziałem, odparł.
Spotykaliśmy się wieczorami, raz obiecałam w domu, że wrócę do 22. I wróciłam. Zadzwonił, że w aucie zostawiłam mój główny telefon.Wyszłam tylko po niego, a on zawrócił tylko po to, żeby mi go oddać, ale jak przyjechał to zaproponował mi jeszcze trochę wspólnych chwil. Nie umiałam odmówić. Ciągle nam było siebie mało. I znów spędziliśmy i przegadaliśmy całą noc. Odwiózł mnie dopiero o 7 rano. Jeszcze się dobrze nie rozstaliśmy a już za sobą tęskniliśmy, odliczając kiedy znów się zobaczymy
I to były nasze ostatnie wspólne chwile, kiedy byliśmy "razem" ............