Anhedonio
Oczywiście, gdybym te trzydzieści lat temu znała przyszłość pewnie pokierowałabym inaczej swoim losem. Ale wychowano mnie w poszanowaniu rodzinnych wartości i zajmowanie się domem uważałam za swój obowiązek, który dobrowolnie przyjęłam wydając na świat potomstwo. Ustaliliśmy wspólnie z mężem, że nie będę pracować zawodowo,gdyż jego praca była związana z częstymi kilkudniowymi nieobecnościami. Aby rodzina funkcjonowała "normalnie" ktoś ( czyli ja, jako mająca mniejsze możliwości zarobkowe)musiał być w domu. Na pomoc rodziców nie mogłam liczyć, bo mieszkali w innym mieście, a teściowie - ludzie mocno starsi nie oferowali mi wsparcia, raczej oczekiwali ode mnie rozmaitych usług.Nie oceniaj proszę kobiet nie pracujących zawodowo jako "patologii", to bardzo krzywdzące, nieraz tak jest, że inaczej się nie da. Piszesz, że przyjmuję rolę ofiary, że "moje życie w moich rękach". Wybacz, ale to zwykły komunał. Oczywiście czuję się zraniona, skrzywdzona. Są dni, kiedy chce mi się wyć z bezsilności. Jasne, mogę się cieszyć życiem, nadać mu sens, tylko JAK mam to zrobić, skoro ono mnie nie cieszy i nie widzę możliwości sensownego go zagospodarowania?
Nie da się po prostu splunąć na minione trzydzieści lat i stwierdzić ok...fajnie, że już nie mąż się zakochał, ma nowa rodzinę, a ja mam spokój i ciszę i nie mam do kogo ust otworzyć. Cudownie, że życie postawiło przede mną nowe wyzwanie, jako osoba zdolna teraz, nie tłamszona obowiązkami rozwinę skrzydła.... Może są kobiety, które to potrafią, ja niestety nie :-(
Nie potrafię zaakceptować ( czyli uznać za prawidłowe) postępowania "już nie męża". Nie umiem pogodzić się z tym, że po przeszło trzydziestu wspólnych i często niełatwych latach, nie zasłużyłam sobie nawet na tyle szacunku, aby dowiedzieć się od niego prawdy. Być może jestem "dziwna, nienormalna, egocentryczna" - niepotrzebne skreślić;-) ale czuję ból i gorycz.Nie jest łatwo w wieku prawie sześćdziesięciu lat uczyć się nowego życia. Nigdy nie byłam osobą specjalnie przebojową, a po tych wszystkich smutnych doświadczeniach zwątpiłam w swoje możliwości jeszcze bardziej.
Bet
Zgadzam się z Tobą, że rodzina jest najważniejsza. Tak też starałam się wychować własne dzieci - w poszanowaniu partnerów, w wypracowywaniu kompromisów, w odpowiedzialności za własne słowa i czyny. Moją "nagrodą" jest fakt, że dzieci odpłacają mi tym samym, stoją za mną "murem", odcięły się od ojca, nie chcą go znać. I choć są daleko, utrzymują ze mną stały kontakt, starając się podtrzymać mnie na duchu.
Masz rację, nie pogodzę się nigdy z tym co się stało...być może kiedyś nauczę się żyć z bólem i żalem zamiast w bólu i żalu. Na razie nie potrafię....
" ...Tak martwo patrzeć w smutny punkt,
Gdzie sen z wiecznością się przecina.
I tam gdzie drży pustynia sina
Pod każda chwilą tracić grunt..."
263 2014-10-09 05:55:59 Ostatnio edytowany przez Anhedonia (2014-10-09 06:22:12)
Anhedonia, to niesamowite co ty piszesz. Dla ciebie kobieta zajmująca się domem i niepracująca zawodowo to patologia. Nie wiem czy masz dzieci, ile ich wychowałaś i co robisz tutaj na forum. Bardzo nowoczesne, postępowe myślenie
No widzisz taka jest różnica między nami. Bo ja to nad czym się tu zastanawiasz opisałam WPROST, bodaj że nawet w tym wątku i nie wiem czy nie odnosząc się do twojej wypowiedzi. Zadałam sobie trud. Ty widać się nie pofatygowałaś
jak w życiu?
A robię na tym forum to samo co Ty.
Wymieniam opinie.
Moje zdanie jest takie a nie inne na bazie własnych doświadczeń - myślę, że kobieta podejmująca ryzyko posiadania wielodzietnej rodziny oprócz zdolności logistycznych, powinna również wykazywać się większym pomyślunkiem a nie być od rozumowania zwolniona. Jak ktoś się upiera robić sobie krzywdę to jego sprawa - lecz ja nie muszę, ze źle rozumianej poprawności politycznej, tematu "zmilczeć".
Oczywiście tamta nowa Pani nie musi iść do pracy, żeby przeżyć. Tak mają tylko rozwódki. Dlaczego my się mamy na to godzić. (...) Ja nie godzę się na to, żeby rodzina nie stanowiła wartości, żeby sądy bardziej brały pod uwagę za co osoba porzucająca rodzinę będzie żyła niż aby standard życia tych, którzy nie przyczynili się do jej rozpadu się nie pogorszył. Rozwód to nie złamane serce, to pogorszenie się najczęściej warunków materialnych. I temu trzeba zaradzić.
I są na to przepisy.
Tylko, że alimenty nie będą zasądzane TAK by zrujnować alimenciarza A TYLKO TO by było w stanie usatysfakcjonować zranione osoby. Chcesz dużo - UDOWODNIJ, że go stać. Skoro ma być taki bardzo bogaty, to sposoby na to by TO pokazać w sądzie są dość proste... REALIZM by się przydał bardziej niż próżne tupanie nóżkami. I o to chodzi, by młode pokolenie nie musiało żyjąc w ułudzie PONIEWCZASIE nimi tupać... By umiało SIĘ zabezpieczyć... powtarzam OD POCZĄTKU.
To są ludzkie dramaty, do których nie musi dochodzić.
Znudziła się komuś rodzina, ok. Odchodzi. Ale tych których się zostawia nie powinno to dotykać w żaden inny sposób oprócz osobistego.
Nie musi dochodzić. Ale dochodziło, dochodzi i dochodzić będzie BO człek niedoskonałą istotą jest. I zmienną. Dziś lubi jedno, jutro podoba mu się co innego... Byłoby MNIEJ rozczarowań gdyby nie stawiało się NIEREALISTYCZNYCH oczekiwań...?
Od zdrajcy/oszusta oczekiwać HONOROWEGO zachowania?! Baaaardzo logiczne.
Analogicznie oczekiwania "karania" przez sąd rozwodowy jakby rozwód był przestępstwem... Toć to ani sąd moralny ani boży. Tylko urząd. I działający wyłącznie w ramach prawa. Stawiasz roszczenie - T0 DAJ sądowi narzędzie - DOWODY - to pozwoli mu zadziałać. I nawet nie będzie się od czego odwoływać. Przecież to sfeminizowany zawód - naprawdę myślicie, że siedzące w ławach sędziowskich kobiety wydają wyroki na tzw. "ładne oczy"? Czemu więc ZAWSZE pytają czy były zawierane jakieś umowy między małżonkami... I jaka przeważnie pada odpowiedź? NIECH TO się skończy... a będzie lżej.
PS> I gdzie ja napisałam, że uważam postawę ZDRAJCÓW za prawidłową?
Chodzi o to by MYŚLEĆ z wyprzedzeniem i przewidywać konsekwencje... a NIE TYLKO różowe i naiwne mieć wizje. I O TO chodzi w tej całej wymianie zdań.
Tudzież uwzględnić, że NIKT przyszłości nie zna. A niektórzy JEDNAK przewidują jej nadejście..
Do cholery 30 lat temu chyba było wiadomo, że istnieje coś takiego jak emerytura i tzw. "stare lata"?
Ale skończmy już tę dyskusję. Bo się przerodziła w gadanie typu: "ja o zupie, Wy o ..."
Sorry za wtręt i powodzenia na nowej, samodzielnej drodze życia.
Chodzi o to by MYŚLEĆ z wyprzedzeniem i przewidywać konsekwencje... a NIE TYLKO różowe i naiwne mieć wizje. I O TO chodzi w tej całej wymianie zdań.
Tudzież uwzględnić, że NIKT przyszłości nie zna. A niektórzy JEDNAK przewidują jej nadejście..
"Ot i mądrego przyjemnie posłuchać" ![]()
265 2014-10-09 09:39:35 Ostatnio edytowany przez moniaCo (2014-10-09 09:42:01)
Anhedonia napisał/a:Chodzi o to by MYŚLEĆ z wyprzedzeniem i przewidywać konsekwencje... a NIE TYLKO różowe i naiwne mieć wizje. I O TO chodzi w tej całej wymianie zdań.
Tudzież uwzględnić, że NIKT przyszłości nie zna. A niektórzy JEDNAK przewidują jej nadejście.."Ot i mądrego przyjemnie posłuchać"
Wszystko pięknie. Anhedonia mądrze pisze, ale czy to nie z własnych trudnych doświadczeń wynikają te przemyślenia?
Doświadczamy pewnych rzeczy,, na niektóre jesteśmy przygotowani, na inne niekoniecznie.
Jeśli nam się coś nie udało, w wyniku błędów, złych decyzji, to ważne żeby młodsze pokolenie uczyć, aby było mądrzejsze.
Anhedonia, zrozumiałam aluzję, że brakuje mi pomyślunku i zwolniłam się z pomyślunku.
Nierealistyczne oczekiwania, nie zrujnowanie alimenciarza. Ilu jest takich, którzy celowo zaniżają dochody...?
Po kilkunastu wspólnych latach kiedy przy mnie były wysyłane przelewy i omawiana sytuacja finansowa rodziny doskonale orientuję się w możliwościach finansowych. Wiem też ile szło na dom i dzieci.
Nie uważam się za idiotkę, która nie myślała. Miałam zaufanie do męża.
Nie piszę też nigdzie, że odchodzący ma zostawić cały majątek. Uważam, że należy uwzględnić dobro dzieci i możliwości rodziców ( te prawdziwe).
Wyraziłam się jasno. Alimenty zasądzane w Polsce najczęściej są niskie. Jest dysproporcja. Dzieci z rodzin bardziej zamożnych, gdzie miały dobre warunki życia i wydawało się na nie większą część dochodów, sporo pieniędzy, mogą liczyć na alimenty przeciętne.
Po prostu czasem 1 500 zł tna dziecko to jest kwota nawet w połowie nie pokrywająca zajęć dziecka, jego utrzymania. Druga sprawa to, że bywają tacy , którzy uchylają się do ich płacenia. A ze ściągalnością też nie jest dobrze. Chociaż i tak się już nieco poprawiło. Groźba utraty prawa jazdy to moim zdaniem dobry pomysł.
Prawda, a jej udowodnienie to różne sprawy. Dobry prawnik, może z czarnego zrobić białe.
Nie piszę tylko o swojej sytuacji. Mój mąż to człowiek uzależniony, z zaburzeniami osobowości. Ale widzę, że czasem ma bardziej ludzkie odruchy w stosunku do dzieci niż niejeden inny. Nie tupię nóżkami, ale szukam rozwiązań. Z myślą o dzieciach. Ja sobie poradzę.
Swoje zdanie na temat decyzji sądów opieram na opiniach prawników, psychologa i doświadczeń kobiet. Sama nie miałam jeszcze takiej rozprawy. Więc kto wie, być może zmieniłabym zdanie.
Każdy ma swoje spojrzenie na życie, na małżeństwo. Nie będę swojego dziecka namawiać na intercyzę. Po prostu w ogóle zastanawiam się w takim przypadku nad sensem zawierania małżeństwa. Ciszę się, że wśród moich bliskich nie ma tego problemu.
Pieniądze, majątek w życiu nie są najważniejsze. Ten co tak się nie zabezpiecza i nie zabiega czasem ma więcej. Przynajmniej ja w to wierzę.
Może jestem naiwna, może według ciebie Anhedonia zwolniona z myślenia. Jak na razie to w życiu tak źle chyba na tym nie wyszłam.
Anhedonia i mam prośbę abyś nie była złośliwa i zaczęła od oceny siebie.
" ... nie pofatygowałaś się:) jak w życiu"
Wiecie co, ja sobie tak myślę, że takie dyskusje są bezcelowe.
Bo co to pomoże autorce? Nic!
Takie gadanie, że trzeba było za młodu pomyśleć nic nie da, bo czasu się nie cofnie.
Może lepiej skupić się na tym, co można tu i teraz zrobić.
Wiecie co, ja sobie tak myślę, że takie dyskusje są bezcelowe.
Bo co to pomoże autorce? Nic!
Takie gadanie, że trzeba było za młodu pomyśleć nic nie da, bo czasu się nie cofnie.
Może lepiej skupić się na tym, co można tu i teraz zrobić.
Dokładnie tak. Stało się, mąż odszedł, mało tego, wyprowadził po cichu pieniądze ze WSPÓLNEGO konta, płaci groszowe alimenty itd. "Gdybanie", co by było gdyby, już tu nic nie zmieni.
A zachowanie "już niemęża" Zuzanny jest niewątpliwie niehonorowe.
I chociaż sama stoję na stanowisku, że kobieta (nawet mężatka) powinna pracować (i to napisałam w moich wcześniejszych komentarzach), to nawet ewentualna praca Zuzanny nie uchroniłaby Jej i Jej dzieci przed nieuczciwością Jej męża. Pieniądze Zuzanny zapewne szłyby na utrzymanie domu, pan mąż odkładałby swoje, żeby potem z "czystym" sumieniem wyciągnąć je z konta, de facto okradając w ten sposób rodzinę.
nie wiem czy bezcelowe to ... dobre określenie
tak to wątek Zuzanny, która żeby pość do przodu i sobie poradzić, powinna przerobić temat z każdej strony, to jej pomoże uporać się i z emocjami i rzeczywistością ...
przychodzą tutaj różne osoby, przedstawiają swoje poglądy, wymieniają myśli i uwagi a to zawsze rozwija i autorkę wątku i gości tutaj bywających
niepotrzebne tylko są te złe emocje, to rzeczywiście szkodzi i nic nie wnosi ale z drugiej strony może niektórym rozładowuje napięcie ![]()
A zachowanie "już niemęża" Zuzanny jest niewątpliwie niehonorowe.
uśmiałam się naprawdę dobre
a jakie ma być honorowe ? ZDRADZACZA I OSZUSTA ...
przecież gdyby facet był honorowy to nie wyciąłby Zuzce takiego numeru, kilka lat zdradzania, dziecko na boku ...
Monia mam podobne zdanie. Przeszłość o przeszłość. Za przyszłością też nie mamy co gonić, bo życie potrafi nieźle zweryfikować nasze plany. Jedno co na 100 % możemy przewidzieć to, że nasze życie kiedyś dobiegnie końca. Ale jest teraźniejszość.
Mam też takiego znajomego, który powtarza mi: nie martw się tak o przyszłość. Jeśli do tej pory sobie radzisz to poradzisz sobie i w przyszłości.
Zuzanna, masz pracę. Ja wierzę, że dasz sobie radę. A te 30 lat... To jest co by było gdyby...
A to zależy od spojrzenia. Rozmawiałam ostatnio z koleżanką. Załamana...
Moim zdaniem świetnie sobie radzi. A te jej problemy, które urastają do rangi tragedii to drobiazgi.
To co chyba najbardziej nam doskwiera to odpowiedzialność. Jeśli kobieta sama wychowuje dzieci, obawia się, co będzie z jej dziećmi jeśli jej się coś stanie.
Zuzanna, masz dorosłe dzieci. Martwisz się teraz tylko o siebie. Właściwie to zapewne w ostateczności możesz liczyć na dzieci.
Twoje dzieci miały spokojny dom. Mogłaś poświęcić im czas. Nie jesteś wypalona zawodowo:)
Sprawy finansowe moim zdaniem ogarniesz. Jak większość z nas - z wysiłkiem. Jesteś inteligentną kobietą. Taka nie zginie nawet po 30 latach nie bytu zawodowego.
Nie wiem czemu, ale mam też przeczucia, że nas zaskoczysz. Kto wie jak będzie wyglądało twoje życie za 3 lata. Nie sądzę, aby taka kobieta jak ty pozostała sama.
A z tą walką o poprawę sytuacji samotnych kobiet w Polsce to piszę całkiem serio. Zeszło to jakoś tak na dalszy plan.
Zresztą sytuacja Panów, których żony porzuciły dzieci jest podobna. Taki przykład: dziecko zostaje z ojcem. Matka się nim nie interesuje. Mieszkają w jednym mieszkaniu ( nie stać go na spłacenie żony). Ona płaci alimenty 300 zł. Czyli dziecko widuje kiedy chce ( bo razem mieszkają), ma gdzieś potrzeby no bo płaci.
Mój wniosek, ci którzy wypinają się na rodzinę pod względem finansowym mają lepiej. Łatwo można pozbyć się odpowiedzialności, zobowiązań. Nasze prawo w tej kwestii jest zbyt łagodne, w niewystarczającym stopniu chroni rodzinę.
Chciałabym, aby to się zmieniło.
Zuzanna, są programy dla kobiet po 50 roku życia. Możesz spróbować poszukać. W UP są zazwyczaj bardzo pomocni. Maja darmowe punkty doradztwa zawodowego. Może mogłabyś założyć własna firmę ( coś tam dziergasz). Oprócz tego będziesz pracować na 1/2 etatu w biurze podróży. Umiesz prowadzić dom, organizować przyjęcia. Możesz pójść w tym kierunku.
Nadajesz się także do pracy biurowej. Ładnie piszesz.
Zresztą Zuzanna, ty najlepiej znasz swoje mocne strony. Wiek może być twoim atutem. Nie weźmiesz opieki nad dzieckiem. Nie pójdziesz na macierzyński. Masz motywację do pracy, bo musisz sama się utrzymać i zapracować na emeryturę. Jesteś dobrym kandydatem do pracy. Wbrew pozorom "świeżym".
Nie jesteś jeszcze w podeszłym wieku.
Miłego dnia:)
273 2014-10-09 12:19:00 Ostatnio edytowany przez Kathy08 (2014-10-09 12:20:48)
In_ka - ale ja tu nie widzę nic do śmiechu. Sytuacja jak wiele innych.
Przez "niehonorowe" zachowanie rozumiem całokształt zachowania tego pana.
Rozwody się zdarzają i raczej rzadko odbywają się w atmosferze obopólnej zgody i w kulturalnej atmosferze. Właśnie zdrada jest częstą przyczyną rozwodów. Więc mąż Zuzanny nie jest jakimś wyjątkiem. Chodziło mi raczej oto, że pan "niemąż" mógł chociaż na na koniec "nie dobijać" Zuzanny i zostawić Jej przynajmniej połowę oszczędności na koncie lub chociaż mieszkanie.
MÓGŁ, ale tego nie zrobił.
Ludzie w bardzo różny sposób kończą małżeństwa i załatwiają sprawy majątkowe, nawet PO ZDRADZIE.
Anhedonio!
Zastanawiam się nad Tobą.... już sam nick jest niepokojący,sugeruje iż nie jesteś zdolna do odczuwania emocji :-) i taką też się wydajesz. Chłodna, rozumowa z planami "A", "B" i "C" podchodząca do wszystkiego racjonalnie. Ciekawa jestem czy zawsze taka byłaś? Czy nigdy nikogo nie kochałaś na tyle, aby zrezygnować ze swoich aspiracji? We wszystkich sytuacjach życiowych kalkulowałaś na zimno, co Ci się lepiej opłaca? Jeśli tak, to mimo wszystko bardzo mi Cię żal, bo mimo,że uchroniłaś się przed cierpieniem, nie zaznałaś szczęścia.
" ...Bez tej miłości można żyć,
mieć serce suche jak orzeszek.
Malutki los naparstkiem pić
z dala od zgryzot i pocieszeń..."
Tylko czy to jest prawdziwe życie?
A może to doświadczenia sprawiły, że zamknęłaś się na emocje....jeśli tak zaczynam się bać, że stanę się podobna :-(
jedna z dziewczyn na forum ma super stopkę, są to słowa pani Anny Dymnej, to dla ciebie Zuza ode mnie
''Trzeba mieć wrażliwość księżniczki i wytrzymałość ku**y. Tego się trzymam.''
In- ka
Brzmi efektownie, ale niewykonalne - bo albo się ma wrażliwość, albo odporność. Tego się nie da pogodzić :-)
277 2014-10-09 20:34:55 Ostatnio edytowany przez Anhedonia (2014-10-09 20:37:47)
Anhedonio!
Zastanawiam się nad Tobą.... już sam nick jest niepokojący,sugeruje iż nie jesteś zdolna do odczuwania emocji :-) i taką też się wydajesz... Jeśli tak, to mimo wszystko bardzo mi Cię żal, bo mimo,że uchroniłaś się przed cierpieniem, nie zaznałaś szczęścia.
Dziękuję Ci bardzo - TEŻ znam te metodę
... skoro masz się dzięki temu lepiej poczuć - możesz mi współczuć
i się zastanawiać... tylko PO CO?
Mnie "nic nie boli". "WALCZĘ" bo nauczono tego kobiety w mojej rodzinie - ZAWSZE być NIEZALEŻNĄ materialnie I SAMOWYSTARCZALNĄ by bez względu na warunki MÓC oprzeć się na samej sobie i wychować dzieci... czy to wojna (gdzie męskie przodki właśnie najczęściej kończyły swoją "przygodę" z rodziną), głód czy inne przeszkody (cholerny uchylający się alimenciarz
).
Bet widzę, że przestałaś reagować jak nożyczki, co mnie ciut dziwiło. Wszak Tobie posiadanie dzieci nie przeszkodziło w posiadaniu klientów, firmy i pracy. Nie oddałaś bezwolnie swoich losów w cudze ręce a jedynie dałaś się "oszwabić". A to całkiem inna "bajka".
I Twój ostatni post bardzo do mnie trafia i mi się podoba:
Zuzanna, są programy dla kobiet po 50 roku życia. Możesz spróbować poszukać. W UP są zazwyczaj bardzo pomocni. Maja darmowe punkty doradztwa zawodowego. Może mogłabyś założyć własna firmę ( coś tam dziergasz). Oprócz tego będziesz pracować na 1/2 etatu w biurze podróży. Umiesz prowadzić dom, organizować przyjęcia. Możesz pójść w tym kierunku.
Nadajesz się także do pracy biurowej. Ładnie piszesz.
Zresztą Zuzanna, ty najlepiej znasz swoje mocne strony. Wiek może być twoim atutem. Nie weźmiesz opieki nad dzieckiem. Nie pójdziesz na macierzyński. Masz motywację do pracy, bo musisz sama się utrzymać i zapracować na emeryturę. Jesteś dobrym kandydatem do pracy. Wbrew pozorom "świeżym".
Nie jesteś jeszcze w podeszłym wieku.)
Ps.
Co do prawa to przyznam, że nie widzę JAK poza uznaniem zdrady za czyn karalny, pociągający za sobą roszczenia odszkodowawcze, można by je zaostrzyć...
Wciąż jednak upierałbym się przy "otwieraniu oczu" młodym i naiwnym dziewczynom, by w związku nie zawierzały WSZYSTKIEGO małżonkowi, w imię bezgranicznej miłości.
Z innej "beczki" ciekawostka w kwestii kobiet: bodaj vice premier Piechociński rzucił pomysł by za każde urodzone i wychowane dziecko matka miała dodatek do emerytury. Jak Wam się podoba taki pomysł?
No to się "wyprztykałam" w temacie i cześć pracy rodacy.
Jeśli nam nie pisane wzajemne zrozumienie, to trudno. Nie my pierwsze ni jedyne. A pro pos owej hipotetycznej partii ![]()
Anhedonio!
Cieszę, się że u Ciebie wszystko ok.
Nie potrafię poprawiać sobie samopoczucia "żałując" kogoś, nie czerpię satysfakcji z tego, że komuś jest gorzej. Próbowałam po prostu dowiedzieć się, zrozumieć, jak stałaś się taką, jaką się na forum prezentujesz. Jeśli Cię uraziłam, to gorąco przepraszam, naprawdę nie było to moim zamiarem.
Doceniam i podziwiam Twoją postawę, ale aby ją naśladować muszę zrozumieć jej podstawy. Wyjaśniłaś mi, że to kwestia wychowania. Niestety, mnie wychowano inaczej, raczej na pokornego "dawcę" niż na przebojowego "biorcę" :-( Nie potrafię ani rozpychać się łokciami, nie jestem asertywna, nie nabyłam umiejętności marketingu własnego.
279 2014-10-10 11:17:24 Ostatnio edytowany przez Anhedonia (2014-10-10 12:12:02)
Anhedonio!
... Doceniam i podziwiam Twoją postawę, ale aby ją naśladować muszę zrozumieć jej podstawy. Wyjaśniłaś mi, że to kwestia wychowania. Niestety, mnie wychowano inaczej, raczej na pokornego "dawcę" niż na przebojowego "biorcę" :-( Nie potrafię ani rozpychać się łokciami, nie jestem asertywna, nie nabyłam umiejętności marketingu własnego.
Nie jest (JUŻ!) łatwo mnie urazić...
Podziw zbędny
się cieszę, że "się udało" nie najgorzej ![]()
Wychowanie (WZORCE) z dzieciństwa to tylko CZEŚĆ naszego jestestwa, posag który można "zastosować" lub "odrzucić".
Nastawienie na postawę "dawcy" czy "biorcy" też "leży " jakby OBOK tematu; naprawdę uważasz, że biorca weźmie na swe barki wychowanie garstki potomstwa?...
Cała RESZTA tegoż jestestwa leży już w naszych rękach.
INNA sprawa czy chcemy to unieść czy wolimy oddać te możliwości komuś innemu.
Kiedy ja odkryłam, że "zmarnowałam" część swego życia, bo czuję jakiś niedosyt i dyskomfort, żyjąc wedle cudzej woli (bo początki naszej "dorosłej kariery są zaskakująco podobne
) postanowiłam COŚ z tym zrobić. Na początku nie wiedziałam CO (oooooo... nie ma tak łatwo
) Można powiedzieć, że podjęłam "trud dorosłości" w mniej wygodnych aspektach również.
"Własny marketing" musisz ZUZANNO mieć intuicyjny
skoro w dobie bezrobocia, za pierwszą niemal próbą udało się dostać pracę... TO nie takie HOP-SIUP dzisiaj
więc DOSKONAL ten potencjał, bo powyższą "RESZTĘ", choćby i nieświadomie, JUŻ wzięłaś we własne ręce. Gratuluję i trzymam kciuki za powodzenie
...Na pohybel draniom
a sobie na pożytek ![]()
Ps. znalazłam mistrzowski opis w krótkich "abcugach" opisujący to czego ja za boga nie potrafię już od paru stron... wydaje mi się, że PASUJE jak ulał... to jednak niektóre "młode" oczy w głowie mają...
Może i nam się od nich uczyć
?
http://www.netkobiety.pl/post.php?tid=76185&qid=2189979
Anhedonio
Dziękuję za trzymanie kciuków - oby było skuteczne.
Pracy nie zawdzięczam "marketingowi własnemu", raczej urokowi osobistemu :-)To przyjacielska pomoc, którą mi zaoferowano.
No cóż pewnie "wzięłam w swoje ręce swój los - nie miałam innego wyjścia :-( Co mi z tego wyjdzie nie wiem, raczej nie mam optymistycznego nastawienia, jest ciężko, już niemąż nie kwapi się z płaceniem alimentów ( prawnie nie musi do czasu rozpatrzenia apelacji i on z tego skwapliwie korzysta) a praca na pół etatu niestety nie pokrywa nawet kosztów opłat stałych. Ale walczę, staram się zmienić swoje nastawienie do rzeczywistości ( skoro rzeczywistości zmienić nie mogę) ale to trudne :-(
Anhedonia, jeśli uważasz, że dałam się "oszwabić" to podaj konkrety. Uzasadnij swój osąd.
Nie wiem czemu to ma służyć, oprócz chyba wydrwienia drugiego człowieka.
Jestem jak najbardziej za niezależnością kobiet. Ale cóż to właściwie obecnie oznacza. Kiedyś liczyło się wykształcenie. Było pewnym gwarantem. A obecnie? Nieliczne zawody gwarantują pracę. Nie ma w życiu rzeczy pewnych.
Anhedonia czy myślisz, że tylko w twojej rodzinie kobiety musiały być silne, radzić sobie w życiu? W moje rodzinie kobiety potrafiły wychować po kilkanaścioro dzieci chyba dzięki temu, że podstawową wartością była rodzina. Jeden drugiemu pomagał. Nie zabezpieczał się prawnie, ale kierował pewnymi wartościami i otrzymywał bezinteresowną pomoc w razie potrzeby. Sieroty wychowywała cała rodzina. Chciałabym, żeby moje dzieci wiedziały, że największa siła jest w rodzinie i nie są sami.
Nie jestem za uznaniem zdrady za czyn karalny.
Niezmiennie jestem za ochroną rodziny. Z pewnością będę reagować jak nożyce kiedy uważam, że dzieje się niegodziwość.
Jest bardzo łatwo wypiąć się na rodzinę. Dotyczy to zarówno kobiet jak i mężczyzn. Kiedy kobieta odchodzi do innego, mężczyzna często zostaje z alimentami na dzieci, ale w zasadzie je traci.
Nasze prawo nie jest chyba złe. Ale jakby nie doganiało rzeczywistości.
Samo uświadamianie kobiet wydaje mi się bierne. Jedynie się dostosowujemy.
Zuzanna, wierzę, że kobieta zaradna poradzi sobie w każdej sytuacji. I ty do takich należysz. Przez 30 lat przecież też jakoś sobie radziłaś:)
In- ka
Brzmi efektownie, ale niewykonalne - bo albo się ma wrażliwość, albo odporność. Tego się nie da pogodzić :-)
nie tylko Zuza brzmi efektownie ale jest ... efektywne
ok, może nie dla ciebie
można mieć i wrażliwość i odporność ale ... ty nie musisz
ja staram się to godzić, ty nie musisz nawet ... próbować
takie jest życie
ja swoje Chcę przeżyć najlepiej jak można, ty ze SWOIM zrobisz, co chcesz
powodzenia Zuza
Anhedonio
Dziękuję za trzymanie kciuków - oby było skuteczne.
Pracy nie zawdzięczam "marketingowi własnemu", raczej urokowi osobistemu :-)To przyjacielska pomoc, którą mi zaoferowano.
No cóż pewnie "wzięłam w swoje ręce swój los - nie miałam innego wyjścia :-( Co mi z tego wyjdzie nie wiem, raczej nie mam optymistycznego nastawienia, jest ciężko, już niemąż nie kwapi się z płaceniem alimentów ( prawnie nie musi do czasu rozpatrzenia apelacji i on z tego skwapliwie korzysta) a praca na pół etatu niestety nie pokrywa nawet kosztów opłat stałych. Ale walczę, staram się zmienić swoje nastawienie do rzeczywistości ( skoro rzeczywistości zmienić nie mogę) ale to trudne :-(
Pięknie Zuzanno, czuję że ochłonęłaś już trochę, jednak poczucie krzywdy pozostaje.
I nic tu po nim, jedynie jako motor do walki o swoje posłużyć może. Walka, a negocjacje jak do tego podejść.
Gdzie tu partnerstwo, nie piszę o umowie na dozgonną miłość ale zwykły uczciwy układ. Jak wymierzyć wartość wkładu własnego?
Co ważniejsze i bardziej wartościowe praca czy majątek trwały.
Wiecie co tak sobie myślę o dochodach rodziny, do podatku ok, dzielimy na pół, do rodzinnego, do kredytu sumujemy i na pół.
A emerytura za ten czas dlaczego nie na pół ?
Dlaczego nie mamy równych szans i nie chodzi mi o pojedyncze przypadki, i nie piszcie, że się nad sobą użalam.
Mam edukować córkę, że ma się nie brać za dzieci tylko karierę robić, a jeśli już to facet na tacierzyński ma iść, obiadki gotować i pranie robić a ona praca na dwa etaty, koniecznie szkolenia, wyjazdy służbowe, kosmetyczka i salony mody a potem mu podziękować jak już "zużyty" będzie po 20-30 latach?
Mam edukować córkę, że ma się nie brać za dzieci tylko karierę robić, a jeśli już to facet na tacierzyński ma iść, obiadki gotować i pranie robić a ona praca na dwa etaty, koniecznie szkolenia, wyjazdy służbowe, kosmetyczka i salony mody a potem mu podziękować jak już "zużyty" będzie po 20-30 latach?
Nic a nic nie da się wypośrodkować???
Jest albo-albo?
NAPRAWDĘ?
ZUZANNO - jak sobie radzisz?
renesans napisał/a:Mam edukować córkę, że ma się nie brać za dzieci tylko karierę robić, a jeśli już to facet na tacierzyński ma iść, obiadki gotować i pranie robić a ona praca na dwa etaty, koniecznie szkolenia, wyjazdy służbowe, kosmetyczka i salony mody a potem mu podziękować jak już "zużyty" będzie po 20-30 latach?
Nic a nic nie da się wypośrodkować???
Jest albo-albo?
NAPRAWDĘ?
ZUZANNO - jak sobie radzisz?
Naprawdę jest tak że córka postąpi tak jak będzie chciała.
Wyniesie pewne wzorce z domu i pewien strach, a może pewność siebie, że jej się to nie przydarzy? Tego nie wiem.
Tak jak na początku swojego małżeństwa byłam przekonana że wybrałam właściwego człowieka i że on świadomie wybrał wlaśnie mnie i że oboje chcemy tego samego, że mamy już pierwsze doświadczenia i że nie chcemy aby było jak u "innych".
Nie da się wszystkiego przewidzieć jak również wszystkich konsekwencji wynikających z codziennych wyborów. można decydować o samym sobie, ale o "wspólnym" już nie tak łatwo przy odmiennych poglądach.
Jak zachować zdrowy rozsądek w przypadku dzieci? Jak ich nie ranić? Jak nie dawać złego przykładu?Jak to wytłumaczyć?
Tu nie ma jedynie dobrych rozwiązań, tu zawsze jest coś czego nie da się przywrócić.
Naprawdę jest tak że córka postąpi tak jak będzie chciała.
(...)
Jak zachować zdrowy rozsądek w przypadku dzieci? Jak ich nie ranić? Jak nie dawać złego przykładu?Jak to wytłumaczyć?Tu nie ma jedynie dobrych rozwiązań, tu zawsze jest coś czego nie da się przywrócić.
GRZECH zaniechania się takie COŚ dla mnie nazywa...
Po latach można usłyszeć: "czemu mi nie tłumaczyłaś, ŻE MOŻNA inaczej"? (np. uzyskać MINIMUM samowystarczalności? ZUZANNIE nikt nie mówił - bo to i czasy były całkiem inne!)
Rodzice są PO TO m. in., by "tłumaczyć świat" dzieciom. To TEŻ ich obowiązek
mówić o zasadzie "ograniczonego zaufania"... dokładnie tak jak na szosie.
Ale OWSZEM można pozostawić wszystko "na żywioł" - tylko NIE STOSUJĄC żadnej prewencji ryzykuje się wiele... I spotkanie takiego życiowego ZONK-a też. JA wolę ZROBIĆ zbyt wiele niż coś przegapić.
Niemniej - każdy zrobi jak mu sumienie dyktuje.
Czy ja twierdzę inaczej?
Czy nie "próbowałam się zabezpieczyć"? Zawsze walczyłam o pracę dla siebie, choćby pół etatu.
A zawsze było coś pod górkę, bo kobieta to "musi" a facet to "może". A o podtrzymywaniu ogniska domowego słyszałyście czyja to rola?
Ile takich ról przypisuje się kobiecie? Czy my jesteśmy robotami? Praca, dom, dzieci i jeszcze jakieś hobby tylko, żeby ciężko zarobionych pieniążków męża nie ruszać bo kobiety to mają "zachcianki".
Zawsze chciałam być samodzielna i samowystarczalna, ale jak się nie ma dobrze sytuowanych rodziców, spadku i niani pod ręką to to proste nie jest. Nie na próżno się nas nazywa MATKI POLKI.
Jak się ma średnia emerytura pana do emerytury pani?
ZONA,MATKA I KOCHANKA- a on jakie pełni funkcje? Najczęściej ogranicza ją do roli portfela i jak jest hojny to należy go po stopach całować.
no to czas z tą Matką Polką skończyć
wystarczy być matką
wystarczy być kobietą
wystarczy być żoną
wystarczy dokonywać wyborów z myślą o konsekwencjach a nie ... pobożnych życzeniach
i piszę o tym dlatego, że właśnie na taką Matkę Polkę mnie chowano ale i wpuszczano światło edukacji, bądź samodzielna i licz na siebie ... to mnie uratowało
289 2014-10-16 22:37:46 Ostatnio edytowany przez renesans (2014-10-16 22:38:45)
no to czas z tą Matką Polką skończyć
wystarczy być matką
wystarczy być kobietą
wystarczy być żoną
wystarczy dokonywać wyborów z myślą o konsekwencjach a nie ... pobożnych życzeniachi piszę o tym dlatego, że właśnie na taką Matkę Polkę mnie chowano ale i wpuszczano światło edukacji, bądź samodzielna i licz na siebie ... to mnie uratowało
Dobrze piszesz inka dlatego ja dokonałam wyboru innego jak mój były.
Zostałam matką i kobietą. Zoną dłużej być nie mogłam ze względu na inny punkt widzenia.
Za te wszystkie lata zapłacę sobie sama i za te pobożne życzenia
niestety też.
Dziewczyny!
Wszystko co piszecie jest mądre, zdroworozsądkowe i zasadne - tak powinno być...ale to teoria,w praktyce nie zawsze się sprawdza:-( Często ta "samowystarczalność" kobiety prowadzi również do rozbicia związku. I wtedy małżonek występuje o rozwód, bo żona zajęta karierą, samorealizacją, pasją zaniedbuje dom. I sądy przychylają się do tego zdania. Pewnie, że takie kobiety po rozwodzie znajdują się w lepszej sytuacji materialnej, ale czy są szczęśliwsze z tym poczuciem winy, że przez ich dążność do samodzielności mąż odszedł ? Nie wiem...
Pytacie jak sobie radzę...
Nie radzę sobie :-(
Właśnie dostałam z sądu odpis pisma jakie mój "już niemąż" złożył w odpowiedzi na moją apelację.Między innymi wypunktował, iż podjęłam pracę ( nie wiem skąd się dowiedział) w związku z czym on nie powinien płacić mi nawet tych 500 złotych, bo to czyni mu wielki uszczerbek, oraz, że ja domagając się wyższej kwoty działam na szkodę małoletniego dziecka, co z mojej strony jest niemoralne.... Powinnam wykazać się większą empatią...
Czyli wszelkie działania z mojej strony obracają się przeciwko mnie :-(
Popadłam w kompletną apatię. Psychiatra przepisał mi nowy (podobno mocniejszy) lek-"venlectine" - czy któraś może to brała? Jak przeczytałam ulotkę o skutkach ubocznych to strach się bać...
291 2014-10-17 19:55:12 Ostatnio edytowany przez renesans (2014-10-17 19:58:28)
Brałam, na mnie działało dobrze z tym że odpowiednik o innej nazwie.
Uwaga mała trzeba przetrwać jakieś 2 tygodnie kiedy organizm się dostosowuje do poziomu "zadowolenia".
Z pozwem nie załamuj się nic nie jest przesądzone, on się będzie bronić ale czy mu się uda? zbieraj rachunki i wszelkie koszty zapisuj żeby jasno i sprawnie przedłożyć w sądzie.
Zuzanna trzymaj się, ciągle myślę o Tobie i trzymam kciuki...
oj Zuza ciężko tobie ...
nie wiem czy coś ugrasz w sądzie, bo rzeczywiście nie masz za bardzo argumentów
co Tobie poradzić, jakie słowa mogą otworzyć ciebie na świat?
ja już nie mam pomysłu ...
przytulam
Dziewczyny!
Wszystko co piszecie jest mądre, zdroworozsądkowe i zasadne - tak powinno być...ale to teoria,w praktyce nie zawsze się sprawdza:-( Często ta "samowystarczalność" kobiety prowadzi również do rozbicia związku. I wtedy małżonek występuje o rozwód, bo żona zajęta karierą, samorealizacją, pasją zaniedbuje dom. I sądy przychylają się do tego zdania. Pewnie, że takie kobiety po rozwodzie znajdują się w lepszej sytuacji materialnej, ale czy są szczęśliwsze z tym poczuciem winy, że przez ich dążność do samodzielności mąż odszedł ? Nie wiem...
No jak rany!
Pisałam wszak o WYPOŚRODKOWANIU! Nie chodzi o ŻADNE skrajności, bo one ZAWSZE są do dupy.
Co Cię obchodzi poczucie szczęścia tych które postawiły na samorozwój - Ty się skup na tym, że się nie "obudziły z ręką w nocniku".
Czujesz się od "takich" szczęśliwsza? No, jakoś nie rzuca się to w oczy
szukasz jakichś wytłumaczeń, które, jak to mówią w sądzie: "nie dotyczą sprawy". Bo i tak czasu nie cofniesz.
Zuazanno: Odpowiedź na pozew to normalka... spodziewałaś się BRAKU REAKCJI? A na jakiej podstawie jeśli mogę spytać?
A teraz konkrety:
1. rachunki - jak to wspominała Renesans. WSZELKIE OPŁATY suma sumarum dają................. (napisz nam, jeśli nie masz nic przeciwko) bom strasznie ciekawa ILE Ci zostanie po ich uiszczeniu "na życie" czyli jedzenie i odzienie.
2. "Zasiłek celowy na zakup żywność/posiłku z Programu "Pomoc Państwa w zakresie dożywiania"
W ramach rządowego programu "Pomoc państwa w zakresie dożywiania" obowiązuje 150% kryterium dochodowego określonego w ustawie o pomocy społecznej, tj.:
dla osoby samotnej - 813,00 zł" (ze str. internetowej w Sokółce)
to PRZYKŁAD tylko... a dalej to już tylko matematyka...
PRZY alimentach od pana męża MIAŁABYŚ prawo do pomocy społecznej! CZYŻ NIE świadczy o TO o niedostatku który Cię dotyka WSKUTEK rozwodu? Trudno się dziwić, że WOLISZ szukać pracy NIŻ zdawać się na "łaskę państwa" bo.... są BARDZIEJ potrzebujący.
PS> UMOWA O PRACĘ jest jakiego typu? Zlecenie, Umowa na czas określony? Nieokreślony (tak od razu?) - WYKORZYSTAĆ rodzaj do OBRONY własnych interesów! To ponoć TYLKO pół etatu?
3. Wytykanie NIEMORALNOŚCI od kogoś takiego jak Twój mąż... zakrawa na kpiny.
Gdzież JEGO empatia w kwestii POGORSZENIA WARUNKÓW życia PO rozwodzie? TO jest moralne? Odpowiedź: Patrz punkt 1, uzasadnienie: Patrz punkt 2.
Kochana - lanie slozów NIC nie da. Ty możesz za to dać mecenasowi w ręce NARZĘDZIA: Rachunki i wyliczenia.
TAK wygląda owa wolność i samodzielność dla kobiet. To WALKA... dotąd udało Ci się przejść przez życie bez walki - ale... NIESTETY odwrócić tej sytuacji NIKT nie jest w stanie.
UWAGA:
"Wysokość ewentualnych alimentów od współmałżonka zależy od możliwości zarobkowych i majątkowych tego z małżonków, który ma pomagać, i skali niedostatku tego, który pomocy się domaga.
W przepisach prawa nie ma definicji niedostatku. Przyjmuje się, że jest to sytuacja, gdy człowiek nie jest w stanie własnymi siłami zaspokoić niezbędnych i usprawiedliwionych potrzeb" (z Gazety Wyborczej)
Zatem CZEGO należy przed sądem DOWIEŚĆ?
Bo na to, iż wysokość alimentów będzie karą dla niewiernego, to nie ma co liczyć - jużeśmy sobie wyjaśniły...
no i proszę "gotowiec" - wykorzystaj to Zuza ...
Przede wszystkim sprobuj sie nie przejmowac co twoj byly maz wypisuje. Nic lepszego nie mozna sie bylo spodziewac. Odloz wszystkie moralne rozterki na bok. Facet nie chce placic i broni sie jak tylko moze. Ja to przerabialam. W sadzie czlowiek sie dowie "prawdy" na swoj temat. Moj pierwszy maz podstawil swiadka, z ktorym podobno mialam sypiac. Faceta nigdy nie widzialam na oczy. Dobrze, ze przy skladaniu przysiegi facet sie przestraszyl i powiedzial, ze mnie nie zna. Moj rozwod z udawadnianiem winy, podzial majatku, walka o dziecko, moze posluzyc na dobry scenariusz filmowy. Przeszlam to, dzisiaj jestem szczesliwa. Czasami z niesmakiem wracam do tych chwil i zastanawiam sie, jak ja moglam byc z takim zerem. Glowa do gory. Z perspektywy czasu tez spojrzysz na to inaczej.
Weronko44, Anhedonio,In_ko, Elfinko
Dziękuję za życzliwe rady,trzymanie kciuków, mentalne wsparcie -wszystkiego tego potrzebuję. Codziennie rano pierwszą moją myślą jest "rozwiedziona" i odechciewa mi się wszystkiego. Już "nie mąż" i obca sędzina zdecydowali, że "tak jest lepiej" - mojego zdania nikt nie słuchał. Nikt nie przejął się moim argumentem, że skoro przez siedem lat "już nie mąż" prowadził podwójne życie,to może i nadal...a ja w ten sposób miałabym świadczenia...
Jeśli chodzi o rachunki to wszystkie przedstawiłam w sądzie pierwszej instancji - absolutnego minimum wyszło 1800 złotych.Dostałam 500....bo "już nie mąż" zadbał o niewykazywanie dochodów.
Teraz dołączyłam jeszcze umowę o pracę w 1/2 wymiaru( czas określony - trzy miesiące) z wynagrodzeniem 800złotych brutto. Czyli w sumie dysponuję olśniewającą kwotą 1150 zeta. Stałe rachunki ( jak dotąd) wynoszą 750 zeta. Na leki, jedzenie,środki czystości, odzież, przyjemności (?) zostaje mi 300....oszczędzam na czym się da, ale leki są drogie :-( szukam tańszych aptek, zamienników. Czasem, jak mogą, dzieci podsyłają mi parę funtów, a przyjaciółki wspomagają kosmetykami delikatnie mówiąc, że kupiły sobie, ale im "nie służą".... Nie wiem jak długo tak pociągnę, na szczęście na jakiś czas jestem zaopatrzona w garderobę, bo nawet kupno rajstop stało się problemem :-(
Nie jestem pewna, czy sąd apelacyjny rozpatrzy moją sprawę pozytywnie. Mego "już nie męża" ( takiego biednego) reprezentuje renomowana kancelaria adwokacka, mnie świeżo upieczony adwokat. Nie napisałam Wam, że "już nie mąż" w swojej odpowiedzi na moje pismo, domaga się również ode mnie zwrotu poniesionych przez niego kosztów usług owej kancelarii...bo on to chciał rozwieść się z "klasą", a ja wredna i złośliwa mu to utrudniam...
Popadłam w kompletną apatię. Już nie płaczę, bo nawet płacz wymaga jakiegoś wysiłku, jakiegoś emocjonalnego zaangażowania. Czuję się, jakby mnie nie było, pozostała tylko cielesna skorupka w której nie ma już nic
Zuzanna, posyłam Ci trochę dobrych myśli i energii /sama nie mam ich zbyt wiele/ mam nadzieję, że Cię odnajdą...
Teraz jak mieszkasz sama rachunki powinny być mniejsze? Ja na to liczę w swoim przypadku.
Ja w Ciebie wierzę - mam nadzieję, że nam się uda:)
..."już nie mąż" w swojej odpowiedzi na moje pismo, domaga się również ode mnie zwrotu poniesionych przez niego kosztów usług owej kancelarii...bo on to chciał rozwieść się z "klasą", a ja wredna i złośliwa mu to utrudniam...
Popadłam w kompletną apatię. Już nie płaczę, bo nawet płacz wymaga jakiegoś wysiłku, jakiegoś emocjonalnego zaangażowania. Czuję się, jakby mnie nie było, pozostała tylko cielesna skorupka w której nie ma już nic
WŁAŚNIE DLATEGO - na pohybel draniowi - POKAŻ mu, że RESZTY ŻYCIA Ci nie zmarnuje. BO NIE pozwolisz na to! To co napisałaś nam niewątpliwie i w odwołaniu do wyższej instancji ZAWARŁAŚ> Sąd czytać umie... a na renomowanych kancelariach ZNA SIĘ lepiej od Ciebie
Nie popadaj w marazm. "Wstań z kolan, pociągnij podkolanówki, popraw kucyki" (jak mówi zaprzyjaźniona dusza) i ŻYJ!!!
Jeszcze Nic nie jest przesądzone... argumenty MASZ logiczne. On się broni bo i cóż innego mu zostało... RÓB TO SAMO!
Ponoć właśnie rozpoczęłaś/czynasz NOWĄ pracę, NOWY rozdział w życiu, poznajesz NOWYCH ludzi a STARZY Cię wspierają! To piękne i budujące! Nie?
Wytrzymaj jeszcze trochę. A potem que sera sera... "się potoczy"
Zuzanna, ja tak zwyczajnie po ludzku Cię przytulam. Bardzo bym chciała, żeby prawda wreszcie w sądzie wygrała.
Jakoś tak wierzę, że ci się poukłada:)
Zuzanno dasz radę, nie masz innego wyjścia, i nie przekreślaj umiejętności młodego adwokata, pewnie włoży całe swe serce w jedną z pierwszych swych rozpraw, ma zapał i z pewnością tak jak Ty marzy o wygranej sprawie.
Co do nowego życia cóż, może okaże się bardziej interesujące od życia w cieniu ex małżonka. Tego Ci życzę Zuza i sobie również, nie kasy ale dobrze i ciekawie przeżytego życia. Czasem takie trudne zmiany wychodzą nam na dobre i oby tak właśnie się stało.
Jesteśmy z Tobą ![]()
302 2014-10-19 22:03:33 Ostatnio edytowany przez in_ka (2014-10-19 22:43:51)
Zuza ja wiem, nie chcesz obciążać dzieci ale je masz...
i mogą tobie również pomóc
pomyśl o nich
przecież nie jesteś sama, są ludzie dookoła ciebie, kurczę no tyle jest różnych opcji ... masz się czego złapać, żeby żyć, żeby się podnosić i iść dalej ...
i jakie ciebie nie ma, ty jesteś JESTEŚ
Weronka 44, Bet
Chyba Wasze dobre myśli i przytulenia dotarły, bo zrobiło mi się cieplej... Dziękuję.
Anhedonio - widzę, że masz podobne podejście jak moje przyjaciółki, które ciągle mi powtarzają, że muszę żyć długo, aby długo płacił ;-)
In-ka, dzieci jak mogą tak pomagają - nie stać ich na więcej, bo same "na dorobku". Nawet przylatują tylko raz w roku bo bilety lotnicze drogie.
Renesans - znasz chińskie przekleństwo "obyś żył w ciekawych czasach";-)....może skostniałam, ale chyba wolę nudną stabilizację :-( Nie ma jednej uniwersalnej wersji szczęścia...każdy ma jakąś swoją wizję. Moją była wspólna z mężem starość, wreszcie czas dla nas, nie wykradany rodzinnym obowiązkom, wspólne rozmowy i wzajemna troska.... Jak na razie nie widzę żadnej alternatywnej :-( Chciałabym oczywiście za jakiś czas móc z czystym sumieniem powiedzieć "dobrze się stało, wyszło mi to na dobre" ale obawiam się, że chyba nie dane mi będzie żyć na tyle długo aby dostrzec pozytywne aspekty zdrady, oszustwa, kłamstwa...
wiesz co Zuza a ja miałam taką wizję ... będę sobie na emeryturze mieszkać na wsi w moim domu
hodować kwiaty, ogród cudny ogród będzie i będą przyjeżdżać wnuki i znajomi a ja będą piekła, gotowała ...
i wiesz co i guzik z tego wyjdzie
dobrze będzie jak o własnych siłach do toalety dojdę
mogę usiąść i wyć, mogę się załamać tylko, co mi to pomoże co?
i powiedziałam sobie - a figa, nie poddam się, wykorzystam każdy dzień życia tak jak mi się uda go przezyć
In_ka, jasne, że "załamanie" jako zabieg terapeutyczny nie jest skuteczne;-)ale taka jego natura, że przychodzi nie proszone i działa podstępnie. A potem to już indywidualna sprawa -jednych zegnie, drugich złamie, jeszcze innych wyrwie "z korzeniami" lub zmiecie.... Ty jesteś z tych "przygiętych", więc się podnosisz i bravo, bravissimo!!!
Wiem że proces podnoszenia się jest długi i mozolny, zależny od wielu czynników tak zwanych wewnętrznych i zewnętrznych. Napiszesz mi, że trzeba "chcieć" tylko jak wzbudzić w sobie tę chęć?
Nie ma jednej uniwersalnej wersji szczęścia...każdy ma jakąś swoją wizję. Moją była wspólna z mężem starość, wreszcie czas dla nas, nie wykradany rodzinnym obowiązkom, wspólne rozmowy i wzajemna troska.... Jak na razie nie widzę żadnej alternatywnej :-( Chciałabym oczywiście za jakiś czas móc z czystym sumieniem powiedzieć "dobrze się stało, wyszło mi to na dobre" ale obawiam się, że chyba nie dane mi będzie żyć na tyle długo aby dostrzec pozytywne aspekty zdrady, oszustwa, kłamstwa...
Moim zdaniem, paradoksalnie, problem jest w tym, że prowadziłaś do tej pory szczęśliwe, spokojne życie i na tej podstawie snułaś wizje spokojnej starości z mężem. Miałaś do tego podstawy. Tylko, że życie płata figle (nie tylko Tobie). Nie bez powodu jest takie powiedzenie: Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość (If you want to make God laugh, tell him about your plans - podobno jest to cytat z Woody Allena).
Można sobie pewne rzeczy zaplanować, dążyć do realizacji tych planów, można marzyć, tyle tylko, że NIE mamy wpływu na wszystko. Nie mamy wpływu na fakt, że nasi bliscy umierają, że pracodawcy plajtują, że nagle dopada nas choroba i całkowicie rujnuje nasze dotychczasowe plany. I do pewnego stopnia NIE mamy też wpływu na fakt, że ludzie przestają nas kochać i odchodzą.
Z różnych względów , moim jedynym marzeniem jest dożycie chwili, kiedy moje dziecko dorośnie. I mimo wszystko jestem szczęśliwa, chcę żyć.
Zuzanno, powinnaś sobie jednak uświadomić, że marzenia to marzenia, a życie w tej chwili Ci je zweryfikowało. Musisz się jakoś mentalnie przestawić, nie patrzeć w przeszłość i WALCZYĆ, tu i teraz.
307 2014-10-20 11:38:15 Ostatnio edytowany przez in_ka (2014-10-20 11:40:59)
Napiszesz mi, że trzeba "chcieć" tylko jak wzbudzić w sobie tę chęć?
bardzo prosto - pomyśleć...przekalkulować
co mi bardziej się opłaca?
starać się tą chęć w sobie budzić a tym samym lepiej żyć
czy tkwić w destrukcji a tym samym bardziej się męczyć
przerobiłam w życiu straty, rozczarowania, nie miałam łatwo ... co się podnosiłam dostawałam od losu znowu w łeb
i może dlatego że jestem "recydywą" wiem, że jedyną drogą jest chęć - chęć do zmiany chęć do życia pomimo
i nie szukam słów, wierszy, piosenek, które w sobie niosą żal i destrukcję tylko odwrotnie - dają siłę
np. moja ukochana zespołu Myslovitz ...
Czujesz, że nie zmienisz nic
Spróbuj wziąć z tego coś
To przecież twoje życie jest
Popełniaj błędy i naprawiaj je
Gdy dotkniesz dna odbijaj się
Wykorzystaj czas, drugiego już nie będziesz miał
Nie poddaj się, bierz życie jakim jest
I pomyśl, że na drugie nie masz szans
Odetchnij więc, zastanów się, znajdź jego sens
Bierz życie takim jakie jest
I ciągle szarp i zmieniaj je, przed siebie idź
Bierz życie takim jakie jest
I zmieniaj je i ciągle walcz, przed siebie idź
...każdy ma jakąś swoją wizję. Moją była wspólna z mężem starość(...) Jak na razie nie widzę żadnej alternatywnej :-( Chciałabym oczywiście za jakiś czas móc z czystym sumieniem powiedzieć "dobrze się stało, wyszło mi to na dobre" ale obawiam się, że chyba nie dane mi będzie żyć na tyle długo aby dostrzec pozytywne aspekty zdrady, oszustwa, kłamstwa...
A teraz ci powiem to co powtarzam mojej teściowej: NIE GRZESZ. Bo sobie "coś" jeszcze "wykraczesz"
Trzeba zrozumieć, że nie żyje się TYLE ile się CHCE ani tak JAK SIĘ CHCE... ŻYJE się póki ta łaska jest nam dana. Masz wątpliwości? Przejdź się do hospicjum.
I nie chodzi mi TYLKO o to by "żyć długo, aby długo płacił" - RACZEJ tak długo, byś zauważyła, że jesteś samodzielnym bytem a nie niesamodzielnym organizmem w mutualizmie czy komensalizmie.
Kathy 08
To prawda, wiodłam spokojne i szczęśliwe życie, dlatego też teraz nie za bardzo chce mi się żyć nowym, samotnym, pełnym wyrzeczeń życiem - cóż w tym dziwnego, że nie potrafię wykrzesać z siebie motywacji do tego życia? Nie czeka mnie nic fajnego :-( Samotne weekendy, samotne święta, świadomość, że w zasadzie nic nie mogę, że muszę liczyć się z tym, iż w razie najgłupszej choroby ( a spodziewać się mogę raczej tych poważniejszych -lekarz rodzinna uprzedziła mnie, że stres i depresja już czynią nieodwracalne spustoszenie w organizmie) nie mogę liczyć nawet na to, że ktoś poda mi szklankę herbaty... O czym mam marzyć, na co czekać? Swoje obowiązki już wypełniłam...
Anhedonio
Niczego nie "wykraczę" bo choroby i śmierć i tak mnie czekają...
Samodzielny organizm - to dobre.... Nikt nie jest samodzielnym, samowystarczalnym organizmem, każda istota żyjąca istnieje w zależności od innych. a homo sapiens jako najgorszy przedstawiciel fauny chyba najbardziej potrzebuje stada... Choćby po to, aby zaspakajać swoje instynkty.
Pytasz czy byłam w hospicjum - owszem byłam i jakoś nie widzę w tym żadnej motywacji. Już tłumaczyłam Tobie, że nie czerpię siły z faktu, że inni mają ciężej i żyją. Widocznie mają ku temu jakieś sobie znane powody. Ja ich nie mam:-( Uważam, że "przeżyłam" swoje jak potrafiłam najlepiej. Rozumiem, że są tacy, którzy zostali obdarzeni chęcią życia, ale są i tacy którzy jej nie mają.
Zuzanna nie grzesz
.
Czy to były wszystkie obowiązki nie wiesz. Nie wiesz i ja też nie wiem co komu pisane.
Nie obijalas się i te zasługi masz już zaliczone. Zobacz ile emocji wywołała Twoja historia.
Ile nas czyta pisze i wytęza umysł aby znaleźć jak najlepsze rozwiazanie.
Ta historia nie wydarzyła się bez powodu. My przez ten fakt poznalysmy Ciebie a Ty poznalaś nas.
Twój przykład służy ludziom. Pobudza mnie do myślenia. Dziękuję, i choć smutno mi czytać Cię nieszczęśliwą dziękuję że jesteś.
In_ka
Przekalkulowałam i wyszło mi, że nie warto walczyć, wbrew sobie czepiać się życia, szukać na siłę jasnych stron tam, gdzie ich nie ma:-(
Nie ma znaczenia czy czytam smutne czy optymistyczne lektury. Afirmowanie się ma sens tylko wtedy, kiedy się w nie wierzy. Ja pozbyłam się złudzeń :-(
.... " Znów małe walizki otwarte na mym łóżku.
Pakuję do nich wszystkie kłamstwa, które mi powiedziałeś.
A ten wiersz jest opowieścią śmierci i rozstania.
Witaj tęsknoto, do widzenia miłości.
Wspomnienia z przeszłości zastygną.
W sklepie za rogiem kupię kilka nowych.
Lecąc do nieba
zabarwionego na czarno
przysięgam już nigdy nie patrzeć za siebie.
Pewnie śpisz, więc mnie nie usłyszysz
bo nie płaczę nie krzyczę..."
![]()
Zuzanno - czy kochasz jeszcze męża? Bo niedobrze byłoby gdybyś kochała. Od tego musisz się uwolnić.
Ja, podobnie jak Ty, nie wierzę i nie umiem tresować siebie. Dlatego wszelkie psychotechniki typu afirmacja są nie dla nas. Potrzebujemy harmonii pomiędzy chcieć i móc, pomiędzy czuję, myślę mówię i robię.
Trzymam nadal kciuki. Wierzę, że dasz radę.
Renesans
Cóż "grzeszenie" jest przyjemne;-) a obecnie na inne grzechy nie mogę sobie pozwolić....
Ja też się cieszę, że Was poznałam, choć wolałabym winnych okolicznościach, z innych powodów.Na razie to Wam szczerze zazdroszczę, ( ale tak pozytywnie bez zawiści) że potraficie mimo wszystko znaleźć w sobie optymizm i radość życia. I podziwiam Waszą cierpliwość i siłę.
Konfiturko
Czy go jeszcze kocham? Kocham, ale zdaję sobie sprawę, że kocham "tamtego", teraz to inny człowiek, który budzi we mnie grozę i zdziwienie i niedowierzenie, że można aż tak się zmienić, albo przez tyle lat ukrywać swoją prawdziwą naturę.
Kiedyś był fajnym, uczciwym facetem i takiego go pokochałam. I mimo wszystko ta miłość ciągle jest we mnie, zrosła się ze mną przez te wszystkie lata, stała się mną... I nie potrafię przeprowadzić autoamptacji :-(, nie umiem zastąpić "my" słowem "ja". Wiem, że byłoby mi łatwiej przez to przejść, gdybym wyhodowała w sobie złość, nienawiść bądź obojetność....ale nie daje się :-(
316 2014-10-20 20:48:56 Ostatnio edytowany przez in_ka (2014-10-20 20:50:32)
no to cóż pozostaje powiedzieć
żyj sobie Zuza w swoim piekle, jak nie chcesz z niego wychodzić
... daremne żale, próżny trud ...
twoje to życie twoje Zuza
In_ ka
To nie tak, że nie chcę. Ja nie potrafię z niego wyjść :-( To jest jak bagno - z każdym gwałtowniejszym ruchem, zapadam się głębiej.
Ja nie wiem Zuzanno, może trzeba jednak poczekać, aż te Twoje nowe leki zaczną działać (o ile je bierzesz), bo postawa jaką prezentujesz teraz jest strasznie dołująca
.
My naprawdę staramy się doradzić Ci, pocieszyć Cię, pokazać Ci RÓŻNE strony Twojej sytuacji, a Ty dalej twardo przy swoim...
Uwierz mi, zawsze MOŻE być gorzej. Przerobiłam to na własnej skórze. Robię głęboki wdech i ....ciągnę ten mój wózek dalej, czy mi się to podoba, czy nie. Oczywiście zrobisz ze swoim życiem co zechcesz. Ja WALCZĘ.
Jest taki pęd do szczęścia. Jesteś ze sobą szczera Zuzanna. Nie zawsze w życiu jesteśmy szczęśliwi.
Jedni medytują inni się pomodlą. Chyba i jedno i drugie pomaga. Przynosi spokój, akceptację. Ale tęż nadzieję i siły do zmierzenia się z życiem. Mam trudną sytuację. Od ponad 3 lat jakoś daję sobie radę. Nie brałam i nie biorę żadnych leków, przestałam chorować. Bronię się jak potrafię. Zmuszam się do pracy, do spotkań z koleżankami, do aktywności, do porządków, do zajmowania się dziećmi. Wysiłek fizyczny pomaga mi zredukować stres. Kiedy dopadają mnie myśli, zaczynam się modlić. Odrywam myśli. Ufam, że to co mnie w życiu spotyka jest dla mnie dobre, jeśli będę uważna i będę się starała dobrze żyć.
Potykam się, upadam. Trudno jest mi sobie samej wybaczyć słabości i w ogóle to mam problem z wybaczeniem sobie wielu rzeczy.
Zuzanna, nie wiem jak można Ci pomóc. Może zastanów się jak ty możesz sobie pomóc. Życie nas łamie. Są ludzie którzy zmagają się z o wiele moim zdaniem większymi problemami niż ty. A jednak potrafią wykrzesać z siebie spokój, uśmiech, pogodę ducha. Mimo wielkiego cierpienia.
Dasz radę Zuzanna...
...Zuzanna, nie wiem jak można Ci pomóc. Może zastanów się jak ty możesz sobie pomóc. Życie nas łamie. Są ludzie którzy zmagają się z o wiele moim zdaniem większymi problemami niż ty. A jednak potrafią wykrzesać z siebie spokój, uśmiech, pogodę ducha. Mimo wielkiego cierpienia.
Dasz radę Zuzanna...
O ile TYLKO zechcesz... bo sorry - NIKT tego ZA CIEBIE nie dokona.
no to cóż pozostaje powiedzieć
żyj sobie Zuza w swoim piekle, jak nie chcesz z niego wychodzić
... daremne żale, próżny trud ...
twoje to życie twoje Zuza
Amen.
"Nie chociesz - nie nada..."
Nic tu po nas ![]()
Kathy 08, Beth, Anhedonio
Biorę leki - te nowe od niedawna więc jeszcze za wcześnie wyrokować czy działają lepiej niż stare. Korzystam z Waszych rad - złożyłam apelację, wystawiłam mieszkanie na sprzedaż ( jak na razie zero odzewu - pewnie też "za wcześnie" ), chodzę do pracy. Rozmawiam z dziećmi na skypie dwa razy w tygodniu- no ok, muszę się im meldować "że żyję" - chyba czują, że nie najlepiej się miewam, mimo moich wysiłków, aby ukryć przed nimi mój stan. Pomóc nie mogą, nie rzucą tam pracy aby tu zasilić szeregi bezrobotnych.
Staram się ignorować fałszywie życzliwe uwagi sąsiadek typu "dawno nie widziałam pani męża" kwitując je krótkim "ja też"
Na ławice czarnych myśli nic nie poradzę :-( Są jak żarłoczne piranie, które rozszarpują mi mózg. Nawet jeśli zaordynowane mi leki zaczną działać to nie będzie to żadne leczenie, tylko "znieczulenie"
Chodzę na terapię, która poza zabiciem czasu nic mi nie daje. Odnoszę wrażenie, że może być skuteczna tylko przy wydumanych problemach, doraźnych kłopotach bądź gigantycznych kompleksach. Nic z tego mnie nie dotyczy.
Chciałabym Wam napisać, że jestem spokojna, zaradna, daję radę. Uspokoić Wasze sumienia, że "zrobiłyście dobrą robotę", ...ale to nie będzie prawdą :-)
Piszecie, że inni mają gorzej.To ma być pocieszenie? Jeśli o to chodzi, mogę Was uspokoić, ja też będę miała gorzej, a potem jeszcze gorzej...ale jakoś mnie to nie cieszy.
Piszecie, że nie chcę dostrzec jasnych stron życia. Wybaczcie ale to tak, jakbyście wymagały od niesłyszącego, aby zachwycał się muzyką Vangelisa...na podstawie Waszych o niej opowiadań.
Jesteście na mnie "złe", że nie wykazuję optymizmu. Wydaje mi się, że gdybym go wykazywała, miałybyście ( słuszny) powód do niepokoju, bo oznaczałoby to, że zerwałam kontakt z rzeczywistością.
Oczywiście mogła bym zagłębić się w iluzji, tylko do czego mnie to doprowadzi?
Dziewczyny podziwiam, że ciągnięcie swoje ciężary pod górę, po kamieniach i tytłając się w błocie. Jeszcze bardziej zdumiewa mnie to, że potraficie z tego czerpać radość. Staram się zrozumieć jak to możliwe i wychodzi mi, że musicie mieć do tego bardzo silną motywację w postaci dzieci, rodzin, bliskich, którym jesteście potrzebne, którzy bez Was sobie nie poradzą. Ja , nie mam nikogo takiego, wręcz przeciwnie odnoszę wrażenie, że moje odejście z tego świata wszyscy przyjęli by z ulgą. Przestałabym być kamieniem u szyi moich dzieci,obciążeniem finansowym dla " już niemęża", obowiązkiem dla przyjaciół i dołującą, niewdzięczną osobniczką dla Was.
Zuzanna, Ty poprostu przechodzisz zalobe po stracie, to trwa. U jednych dluzej, u drugich krocej. Przede wszystkim szukaj sobie roznych zajec, staraj sie zmobilizowac nawet do glupich czynnosci.
Takie tabletki, ktore dostalas zaczynaja dzialac po 2 tyg, do miesiaca. Troche cierpliwosci. Moze akurat beda dla Ciebie dobre. Ze sprzedaza mieszkania nie jest tak latwo, to troche potrwa. Czas, czas jest najlepszym lekarstwem na rany.
323 2014-10-22 09:26:20 Ostatnio edytowany przez Kathy08 (2014-10-22 09:27:59)
Chciałabym Wam napisać, że jestem spokojna, zaradna, daję radę. Uspokoić Wasze sumienia, że "zrobiłyście dobrą robotę", ...ale to nie będzie prawdą :-)
Piszecie, że inni mają gorzej.To ma być pocieszenie? Jeśli o to chodzi, mogę Was uspokoić, ja też będę miała gorzej, a potem jeszcze gorzej...ale jakoś mnie to nie cieszy.
Piszecie, że nie chcę dostrzec jasnych stron życia. Wybaczcie ale to tak, jakbyście wymagały od niesłyszącego, aby zachwycał się muzyką Vangelisa...na podstawie Waszych o niej opowiadań.
Jesteście na mnie "złe", że nie wykazuję optymizmu. Wydaje mi się, że gdybym go wykazywała, miałybyście ( słuszny) powód do niepokoju, bo oznaczałoby to, że zerwałam kontakt z rzeczywistością.
Oczywiście mogła bym zagłębić się w iluzji, tylko do czego mnie to doprowadzi?
Dziewczyny podziwiam, że ciągnięcie swoje ciężary pod górę, po kamieniach i tytłając się w błocie. Jeszcze bardziej zdumiewa mnie to, że potraficie z tego czerpać radość. Staram się zrozumieć jak to możliwe i wychodzi mi, że musicie mieć do tego bardzo silną motywację w postaci dzieci, rodzin, bliskich, którym jesteście potrzebne, którzy bez Was sobie nie poradzą. Ja , nie mam nikogo takiego, wręcz przeciwnie odnoszę wrażenie, że moje odejście z tego świata wszyscy przyjęli by z ulgą. Przestałabym być kamieniem u szyi moich dzieci,obciążeniem finansowym dla " już niemęża", obowiązkiem dla przyjaciół i dołującą, niewdzięczną osobniczką dla Was.
Zuzanno, po pierwsze nie wymagam od Ciebie, żebyś się dostosowywała do naszych "pobożnych życzeń" i była "wdzięczna", moje sumienie to przeżyje
.
Opisałaś swoją historię na tym forum, my komentujemy, Ty nie masz OBOWIĄZKU robić tego, co piszemy. To Twoje życie. Zdaję sobie sprawę, że moje (nasze) rady mogą być może pomóc, ale nie załatwią problemu. Najlepsza byłaby pomoc w realu, a na to, ze zrozumiałych względów, nie mamy możliwości.
Tak jak pisałam wielokrotnie, od dziecka wbijano mi w głowę, że kobieta ma być silna. No i jestem, chyba....Pewnie to kwestia wychowania. Jestem obecnie w żałobie po śmierci bliskiej osoby, jestem samotna, nigdy nie byłam mężatką, w pracy mówi się o zwolnieniach ......Ale mimo to, nie uważam, że tytłam się w błocie.... Takie po prostu jest życie. Wybacz, ale zasadnicza różnica między Tobą a mną jest taka, że ty spadłaś w wyżyn szczęścia i jesteś nieszczęśliwa, ja się na te wyżyny nigdy nie wspięłam, ponieważ życie skutecznie dało mi w d... dużo wcześniej, więc zdążyłam się przyzwyczaić do bycia nieszczęśliwa od czasu do czasu. A pomiędzy okresami braku szczęścia, są okresy szczęścia. I tak się żyje. Czy mam motywację? Od pewnego czasu tak. Ale przez dobre kilkanaście lat nie. Nawet z tego względu, że nie jestem typem kobiety podającej komuś przysłowiową szklankę herbaty (o której pisałaś).
Poza tym dlaczego sądzisz, że jesteś kamieniem u szyi swoich dzieci? Czy Wiesz co one czują? Nie jesteś w ich skórze. Może kochają Cię tak bardzo, ze Twoje odejście by ich załamało na długi czas? Śmierć rodzica to duża trauma. A jeżeli jesteś pewna, że jesteś kamieniem u szyi dzieci, to jeszcze raz wybacz, ale źle ich wychowaliście.
Nie mów mi tylko, że nie ma jasnych stron życia, bo posłużę się przykładem podobnym do tego, jaki Ty przytoczyłaś. Mianowicie, czy to , że niewidomy nie widzi światła oznacza, że światła nie ma?
Po prostu stan, w którym obecnie jesteś, nie pozwala Ci zobaczyć tego światła.
A z tym byciem obciążeniem finansowym dla "niemęża" to taki żart chyba?!
Zuzanna, cenię cię za Twoją szczerość. Piszesz rewelacyjnie. Pisz może felietony do jakiejś prasy.
Czy ty w ogóle masz depresję? Na co bierzesz te leki? Po co je w siebie pakujesz, jeśli wiesz, że to jest tylko znieczulenie. A normalnie funkcjonujesz. Twoim największym problemem są moim zdaniem finanse i zranienie.
Nie piszę Ci, że inni mają gorzej, aby cię pocieszyć. Dobrze brać przykład z ludzi, którzy radzą sobie z podobnymi jak my problemami lub większymi. Są inspiracją, dzielą się swoim doświadczeniem.
Zostałaś oszukana, zdradzona, nie masz środków do życia. To jak masz się czuć? Nic dziwnego, że do d....
W sądzie przedstawiałabym fakty. Suche fakty, wyliczenia. Jak świetnie sobie radzisz, jak się starasz, ale też jakie są realia.
Kobieta zaradna, dobrze zorganizowana. Nie wspomniałabym w ogóle depresji.
Bo w sumie taka jesteś. Pracujesz, piszesz odwołanie. Nie dajesz się. Działasz.
"Wszystkie ograniczenia w nas są użyteczne, ponieważ te same przeszkody, gdy zostaną przemienione, stają się środkami służącymi do postępowania naprzód.
Na drodze leży kamień. Dopóki nie rozumiesz, będzie dla ciebie przeszkodą.
W dniu, w którym zrozumiesz, stanie się stopniem.
Na drodze leży kamień.
Dopóki nie rozumiesz, krzyczysz: "Kamień mi przeszkadza. Jak mam iść?"
Gdy zrozumiesz, wejdziesz na niego i pójdziesz dalej,
dziękując kamieniowi słowami: "Tak bardzo mnie błogosławiłeś,
bo gdy na ciebie wstąpiłem, znalazłem się na wyższym planie.
Teraz podążam dalej na wyższym poziomie.
Byłeś środkiem, a ja brałem cię za przeszkodę.? (z psychologia.pl)
Nie interesuje Cię, że inni mają gorzej... Masz rację. Nas TEŻ nie powinno interesować.
Twoje życie i twój wybór. Wolisz trwać niż żyć? Twoje prawo ![]()
Powodzenia