Witam,
Trafiłam na forum przypadkiem, szukając podobnych do mojej historii.. Czuję, że muszę opisać Wam moją historię, że może znajdzie się ktoś kto przeszedł to co ja i wyszedł z tego wspólnie i szczęśliwie..
Historia mojego związku... Spotkaliśmy się na imprezie, zaczęliśmy z sobą tańczyć, potem całować, potem rozmawiać, potem tańczyć... Wziął mój nr i tak jesteśmy już prawie 8 lat razem z czego 5 lat po ślubie. Początki były przepiękne. Byliśmy zakochani po uszy, ludzie mówili mi że to widać jak bardzo się kochamy. Byliśmy taką parą idealną. Koleżanka naszą historię uważała za magiczną. Babcia kiedy nas widziała razem powiedziała mi, żebym go nie skrzywdziła, bo widać jak jest we mnie zapatrzony. Ja w niego też. Był dla mnie idealny. 4 lata starszy(teraz ma 30 lat, ja 26), diabelnie inteligentny..świata poza sobą nie widzieliśmy.. Pamiętam żar w naszych oczach. Potem, po 3 latach, wzięliśmy ślub. Mieliśmy olbrzymie problemy żeby móc mieszkać z sobą i to wspólnie przezwyciężyliśmy. Mąż starał się bardzo, walczył o nasze wspólne życie. Mówił, że chce tylko żebyśmy byli razem. Każdego jednego dnia naszego małżeństwa, bez wyjątku, przychodził przed wyjściem do pracy do mnie do sypialni gdy jeszcze spałam i czule mnie całował. Czasami głaskał po głowie, czasami tylko przypatrywał.. Wiedziałam, czułam że kocha nad życie. Pytałam czasami przy okazji historii innych ludzi czy kiedyś mnie zostawi, tylko po to by usłyszeć odpowiedź, bo była piękna:) - zawsze bez wahania brał mnie za rękę i mówił "nigdy żonuśku, my zawsze razem, gdzie ja znajdę drugą taką cudowną żonuśkę jak ty..". Potem po przeszło 2 latach pojawiło się dziecko. Mamy 2 letniego synka. Najlepszego na świecie, najkochańszego, oboje jesteśmy w niego zapatrzeni. Mąż całą ciążę mówił do brzucha, jak urodził się syn zupełnie oszalał. Płakał za każdym razem jak na niego spojrzał. Dziękował mi za niego. Potem przyszła proza życia, zmęczenie, moja frustracja związana z brakiem pracy. Oddaliliśmy się strasznie od siebie.. tzn ja go oddaliłam.. Widzę to bardzo wyraźnie. Odpychałam go, zabierałam mu po kolei wyznania, potem gesty, potem spojrzenia.. Miałam żal, że nie pomaga mi uporać się z moimi wewnętrznymi problemami po ciąży i wyładowywałam się w ten sposób. On nie chciał nigdy rozmawiać że jest między nami coś nie tak i to doprowadzało mnie do furii. Naszym problemem który pojawił się już przed ślubem było łóżko.. Miałam częstszą potrzebę. On mówił mi, że jest szczęśliwy, że mnie kocha i to było widać w każdym najmniejszym jego geście i słowie, tylko tego jakoś brakowało.. Po ślubie.. to że mamy dziecko to prawdziwy cud;) Piszę Wam o tym , żebyście mieli uczciwy pogląd na sytuację. Od tego roku staliśmy się dla siebie trochę jak współlokatorzy. I stało się. Stał się jakby nieobecny, w maju zaczęłam rozmawiać z nim, czy on tak widzi nasze kolejne lata.. Pierwszy raz usłyszałam że to nie jest takie proste i on nie wie... Kazałam mu następnego dnia iść na spacer i przemyśleć wszystko. Wrócił i to co usłyszałam zwaliło mnie z nóg. Dowiedziałam się, że jest koleżanka z pracy z którą pisze maile o głupotach, wzięło go.. Byli na tym spacerze razem. Zdeklarował że coś czuje, ona potwierdziła "ciągnięcie do siebie". Powiedział że to zauroczenie, ale bardzo silne, że stara się z tym walczyć.. Kazałam mu zerwać kontakty z tą kobietą. Ona ma męża, ale nie ma dzieci. Napisał maila kończącego. To był jakiś koszmar, mi świat zawalił się na głowę, nie mogłam uwierzyć, że taki idealny, najuczciwszy jakiego znam i najbardziej kochający... Wyprowadzanie się, na parę dni. najpierw moje, potem jego.. Szalałam. Obiecał że zerwie z nią kontakt a ja w końcu zdecydowałam się walczyć o nas. To jakie głupoty mówił o nas w tamtym czasie... Że nas nigdy tak do siebie nie ciągnęło, że między nami nigdy nie było nic wielkiego, że to tak wyszło po prostu, ślub był z zasiedzenia.. Ale byliśmy z sobą przez kolejny miesiąc "starając się". Wychodziliśmy razem, szukaliśmy tego co kiedyś dawało nam radość.. Szalałam z niepewności. On wciąż powtarzał, że ona siedzi w jego głowie. "Ty jesteś w moim sercu, ona w mojej głowie". Był okres udany, a potem miałam wrażenie że jest coraz gorzej. Pytałam prawie codziennie czy mieli kontakt, a on zapewniał że nie. Był tylko coraz bardziej ..jakby zły na mnie? Ciężko powiedzieć, to się czuje.. to jest między wierszami.. o kolejnym miesiącu coś mnie strzeliło i zapytałam czy był między nimi kontakt fizyczny. Napisałam smsa konkretnie bo był w pracy. Pytałam tak długo aż zadzwonił i zapytał czego ja chce od niego i co to ma wg za znaczenie nawet jeśli. W końcu pękł i się przyznał do pocałunku. Jednego namiętnego pocałunku. Nie- nie zerwali kontaktu. Tzn. na tydzień tak, ale potem znowu zaczęli i to z większym impetem.. Byłam całkowicie załamana, ale widać że po tym wyznaniu on przeżył szok. Dotarło do niego co zrobił, wcześniej wypierał z głowy że to wg jest złe.. Wrócił do domu z kwiatami. Nie chciałam go wpuszczać, ale wybłagał możliwość powiedzenia czegoś. Padł na kolana, błagał, przysięgał. Powiedział, że moja reakcja go otrzeźwiła. I widać to było po nim. Trząsł się cały. Bał się zbliżyć, było widać to przerażenie i sobą i co zrobię ja. Wywaliłam go jak stał. Noc spędził w samochodzie. Następnego dnia mówił juz jak człowiek. To na prawdę było widać że się wstydzi. On nigdy wcześniej nie kłamał, w żadnej sprawie, nawet o niej mi powiedział, a tu... Przyjęłam go , dałam szanse nam i naszej rodzinie. Po ok. 1,5 tygodnia przyznał się do tego, że to nie był jeden pocałunek tylko 2 i parę szybkich w pracy. Znowu szok, znowu niedowierzanie że mógł mi tego nie powiedzieć od razu. Trząsł się znowu cały, mówił że bał mi się powiedzieć. Że parę razy próbował, nawet przytulał się w nocy i chciał, ale nie miał odwagi.. Teraz już w końcu czuje ulgę, że wiem wszystko, znam cała historię. I znowu zagryzłam zęby i staraliśmy się. Paradoksalnie w tym całym czasie odkąd się dowiedziałam o niej, w temacie łóżka było tak ogniście jak nigdy:) Przepełnienie emocjami i otwarcie na rozmowę zrobiło swoje.. Było różnie, ja ciągle rozdrapywałam rany, nie wypominałam, ale ciągnęłam temat, drążyłam, pytałam, mówiłam że tak się chyba nie da żyć.. Że już nie będę z nim szczęśliwa. A on przytulał i przepraszał. Często płakał.. Te łzy mnie uspokajały bo wiedziałam że żałuje. Mówił że już mu przeszło, że ona stała się obojętna. I tak trwaliśmy do piątku. Poszedł do pracy, jej nie było i zwariował. W sobote napisał jej, że każdego dnia o niej marzy i że tak nie może, że szaleje.. A mi jak się przyznał, pokazał maila, powiedział że chce żebym wierzyła że już nie kłamie i nie będzie. Że oszalał znowu, zwątpił w nas. Już nie widziałam w nim pewności. Znów mówił o odejściu, że nam i tak się nie uda i co wtedy, że ona blablabla.. Szkoda powtarzać. W niedzielę ochłonął i napisał jej że to było chwilowe i że już mu przeszło. Ale ma ją w głowie. Znowu.. To było zwątpienie w nas, ale doprowadziło do jego amoku i do powrotu tematu. A miał być już koniec. Paradoksalnie ja po tym poczułam że go kocham.. Jak to możliwe?! Ta szczerość chyba... I ten kamień z serca że już nie muszę czekać w niepewności czy coś się dzieje za moimi plecami.. sama nie wiem. Wiem tylko że on nabrał wiary nas, ale ma też wątpliwości. Że chce żeby ona o nim ciepło myślała i że jeśli ona zmieni prace, to on to odchoruje. Jak ja mam żyć z nią w jego głowie? Z niepewnym czego chce mężem? Pomóżcie mi proszę przeanalizować, powiedźcie co robić...