Przepraszam, Zuzanno, doprawdy nie wiem, jak odnieść się do Twojego pytania, bo jest skierowane
do osób, którym śmierć zajrzała w oczy i nigdy już nie będą zdrowe, a każda najmniejsza dolegliwość
wywołuje atak paniki i nieprzespane noce, przynajmniej u mnie.
To już koniec, po mnie, idę grób kopać, nie przeżyję tego po raz drugi, nie chcę umierać w cierpieniach. ba, ja
w ogóle nie chce umierać,
mój boże, kto się mną zajmie - to są moje pierwsze myśli, kiedy nie mogę wstać z łóżka, bo tak mnie boli głowa.
Ale biorę pyralginę, wstaję, bo trzeba iść do pracy, ból mija, zapominam, że jestem chora, CIESZĘ SIĘ, ze to tylko
migrena, cieszę się, że to zwyrodnienie, a nie przerzut ,żyję normalnie, spotykam się z ludżmi, cieszę się, że mogę praktycznie wszystko zjeść i napić się kawy i drinka, bo w szpitalu widziałam ludzi, którzy nie mogli nawet wody pić.
Wybacz, ale pytanie "co was tak w życiu cieszy" jest w tym przypadku troszkę nie na miejscu.
Jestem dumna z siebie, że się nie poddałam, wdzięczna lekarzom za uratowanie mi życia, że jestem aktywna zawodowo i robię to, co lubię. Choroba dodała mi parę lat przynajmniej, zabrała resztki młodości i uwierz mi,
na pewno wyglądasz lepiej ode mnie i jesteś silniejsza.
Martwię się i cieszę rzeczami jak każdy, właśnie idę zrywać konwalie, żeby mi pachniały w sypialni, muszę coś ugotować, żeby nie umrzeć z głodu, jak jutro wrócę z pracy, pranie czeka, ale... musi poczekać, bo nie mam nastroju, muszę jakoś pocieszyć siostrę, której komornik zlicytuje niebawem mieszkanie za długi męża, ot, takie życie.
A ile mi to zajęło czasu? To zupełnie inny problem, ja się po prostu do tego przyzwyczaiłam, bo nie miałam specjalnie wyboru...
Aha, przełomowym momentem była dla mnie operacja plastyczna, po której nie wyglądam oczywiście tak pięknie, jak kiedyś, kiedy nic jeszcze nie wiedziałam, jest to, jak to Ty nazywasz, erzac, okupiony cierpieniem i bólem nie do opisania, ale jest i jestem szczęśliwa, że się udało.
Pozdrawiam.