rozwód po 30 latach - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » rozwód po 30 latach

Strony Poprzednia 1 9 10 11 12 13 19 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 651 do 715 z 1,226 ]

651

Odp: rozwód po 30 latach

Dorula, Vanilliasky, cb, Rakija vel Obwarzanek
Dziękuję Wam za wsparcie i zrozumienie. Przepraszam, za "zbiorcze" potraktowanie, ale nie chcę pisać czterokrotnie tego samego.
Wszystkie macie swoje, ciężkie problemy, a mimo to zadałyście sobie trud napisania. Doceniam to w pełni i przykro mi, że nic więcej nie mogę niż podziękować :-(

Zobacz podobne tematy :

652 Ostatnio edytowany przez Antypoda (2015-03-11 22:44:01)

Odp: rozwód po 30 latach

Noooo-o, proszę! Fighterka. Zadziora wręcz. Coraz bardziej Cię lubię. A teraz, proszę, zrób mi tę przyjemność, i z tą samą energią i ?błyskiem w oku? powiedz swojej bezradności co następuje: ?wypier?laj?. (paprdon Moderację i wszystkich co wrażliwszych). I taki rytuał, poproszę, każdego ranka. Zapewne jesteś grzeczną dziewczynką i słów plebejskich nie używasz, ale są takie momenty, kiedy odpowiednio ukierunkowana i z odpowiednią mocą wyartykułowana złość bierze i pomaga. W końcu nikt Ci nie zrobił tyle złego, co ta Twoja rezygnacja i masz prawo ją dosadniej posłać. A potem karteczka i spisanie wszystkich zasobów, źródeł wsparcia kryzysowego, opcji działania, tego, co się może zdarzyć w maksymalnie niekorzystnym wariancie i drugi biegun - tego, co by cię satysfakcjonowało w najwyższym stopniu (wyłączając trąd byłego, bo on Cię już nie interesuje). Oraz, to, jakie kroki musiałabyś przedsięwziąć dziś/jutro, w tym miesiącu, w tym roku, żeby w tym optymalnym wariancie znaleźć się, powiedzmy, za dwa do pięciu lat, a splot jakich negatywnych okoliczności musiałby się wydarzyć, żeby doszło do wariantu meganegatywnego (i jak się przed tym zabezpieczyć). Czyli wszystko to, czego nie zrobiłaś 30 lat temu big_smile. Widzisz? Masz szansę nie powtórzyć tego samego błędu i za naście lat zamiast mówić "wtedy powinnam...", powiedzieć "w tamtych okolicznościach zrobiłam wszystko, co należało". A może to wszystko przytrafiło Ci się po to, żebyś się wreszcie dowiedziała, jaka jesteś mocarna? Sama z siebie. Bez wątpliwego wspólnika.

PS. Nie ma za co big_smile. Miałam taki filing to sobie skrobnęłam w wolnej chwili i z potrzeby serca. U mnie było może nieco inaczej, ale wiem, że w takie układy wchodzi się jakoś tak niezauważalnie. Urodziło się dziecko, jedno, drugie. Potem, kiedy może nawet zaczęłaś myśleć o pójściu do pracy, mąż powiedział: ?Zooostań, co będziesz się jakiemuś obcemu bucowi wysługiwać. Jak chcesz już koniecznie coś robić, to popracuj ze mną. A tak w ogóle, to przecież niczego nam nie brakuje, a ja tak lubię to ciepło domowe i twój uśmiech, kiedy wracam z pracy.? Minął rok, pięć i trzydzieści. A potem bęc. Następna proszę. Wiele kobiet jeśli nie tak, to inaczej wchodzi w zależności, rezygnuje z czegoś własnego na rzecz czegoś wspólnego z wiarą, że to wspólne jest priorytetem. Jedne rezygnują z karier, żeby pielęgnować ognisko, inne z figury modelki, żeby urodzić dzieci, jeszcze inne z jakiejś części własnego majątku, żeby wszystkim, co mają podzielić się z ukochanym. A jak się rypnie, to słyszą, że były nieprzewidujące, za mało zapobiegliwe, małosprytne, małocwane, głupie. I że pasożyto-egoistki. I że się ze sobą za bardzo certolą, bo twardym trza być, nie miętkim. Twardym po utracie wiary. Już. Natychmiast. Bez ociągania. Niestety klasyka. I to mnie jeszcze czasem zaskakuje. Ta lekkość osądu, kiedy nie ma już co dołować człowieka tym co było. Gdybyśmy wiedziały, gdzie upadniemy, to byśmy sobie przecież zawczasu sianka podłożyły, nie? Pozdrawiam Cię z pełną wiarą w Twoje możliwości. Nie dziś to jutro.

653

Odp: rozwód po 30 latach

Kurde. ..Zuzanna i Antypoda, moje owacje na stojąco. Ale z Was mądre kobiety. Cudownie się Was czyta i wraca wiara w Człowieka. Myślę, że macie cholernie mądre głowy i wielkie serca. I to widać w Waszych postach. Szacunek; )

654

Odp: rozwód po 30 latach

I jeszcze dodam. ..macie otwarte głowy i szerokie horyzonty. Po prostu w dzisiejszym świecie jesteście perełkami. Ale. ..bywa, że rzucamy perły pomiędzy wieprze, stwierdzą, że to ziarno nie jest jadalne; ) trzymajcie się

655

Odp: rozwód po 30 latach

Antypodo
Zadanie połowicznie wykonałam. Utknęłam na "możliwościach niekorzystnego wariantu" i popłynęłam kaskadą zgoła niekontrolowaną... No nic,może do jutra wyschnę;-)
Jeśli chodzi o popełnianie starych błędów to raczej nie ma opcji, ale tyle nowych przede mną -pod tym, jak pod żadnym innym, względem jestem szalenie kreatywna :-( Moim problemem jest brak umiejętności stanowczego odmawiania, przez co pakuję się w bardzo niewygodne sytuacje. Wbrew panującej tutaj opinii, nie potrafię krótko powiedzieć "nie, bo nie !" Może to bierze się z systemu wychowawczego, któremu byłam poddana, a który zakładał, że należy dużo dawać ( ludowej ojczyźnie;-)) a mało brać? No ale postaram się nad tym popracować. Jutro pomyślę o tym czego bym dla siebie chciała...konkretnie, bo tak ogólnie to wiem.
Co do słów plebejskich, mam je wszystkie w słowniku biernym, a i w czynnym niektóre;-)  za ich pomocą spróbuję przegnać bezradność ( choć może nie poskutkować bo i słowa moje i bezradność moja, więc boję się autoimmunologii) ale poniekąd masz rację, że grzeczna ze mnie dziewczynka (była).
Dzięki za Twą wiarę we mnie, będę się nią posiłkować bo własna jakoś mi więdnie(mimo regularnego podlewania, pewnie nie lubi słonej wody) mam nadzieję, że nie będziesz tego odczuwała jako żerowanie;-)

656

Odp: rozwód po 30 latach

In-ko
Nie wiem, jak długo powinna(?) trwać depresja i kiedy się z niej wychodzi. Mówiąc "książkowo" pani psycholog miała na myśli kolejność etapów, czyli stupor na wieść o perfidii "już nie mojego", potem okres szarpaniny, zbieranie papierków, dowodów, kolejnych rozpraw i dowiadywania się w ich trakcie o bardzo niekorzystnej sytuacji w jakiej się znajdę, gdy ten rozwód zostanie orzeczony, ale ponieważ nic jeszcze nie było przesądzone miałam wahania nastroju - rozpacz  i nadzieja. Już wtedy byłam pod opieką psychiatry, ale wtedy kuracja była skierowana na, że się tak wyrażę, "zewnętrzne" objawy - brak snu, brak apetytu, płaczliwość, drgawki, bóle, myśli samobójcze itp. Wreszcie ta "prawdziwa" depresja, która nastąpiła po rozwodzie, a której wynikiem są apatia, negacja, utrata zaufania, stany lękowe przed nowymi sytuacjami,  trwa  od jesieni ubiegłego roku. Leki miałam dobierane w zależności od mego stanu. Obecnie ciągle jestem na "venlectinie" i "deprexolecie", nie muszę już brać oxazepanu, który ratował mnie w ostrych stanach neurozy ( paniczny lęk połączony z drgawkami i utratą oddechu) więc jakaś poprawa jest. Poza tym na terapii mogę już normalnie rozmawiać, głos nie więźnie mi w gardle. Mimo to, obie panie ( lekarka i terapeutka) namawiają na hospitalizację, której po prostu się boję.

657 Ostatnio edytowany przez Dorula (2015-03-12 22:30:30)

Odp: rozwód po 30 latach

Zuzanna 58
Czytam Twój watek z przejęciem i zaangażowaniem, moze dlatego, ze jestem niewiele młodsza, moze dlatego, ze pewnie mnie tez czeka rozwód, i wiem, ze muszę sie jakoś do tego przygotować, zeby jakoś to dźwignąć, ogarnąć, pewne rzeczy zaplanować.
Całe zycie pracowałam, żyłam od wypłaty do wypłaty, spokojnie, na luzie.
Kiedy poznałam mojego meza, nie miał nic, prócz starego zamochodu. I córki.
Powoli, powoli, z moja pomocą odbijał sie od dna.
Kiedy zaczął zarabiać większe pieniadze, co drugi dzień słyszałam, ze moja praca nic nam nie daje, itd. Stara śpiewka.

Muszę szczerze i otwarcie przyznać, ze wszystko, co mam teraz na kontach i lokatach, to rownież zasługa meza, bo nie chciał, żebym sie dokładala do rachunków czy wakacji, choć nalegalam.

To, ze nie raz mi to wypomina pomijam, bo to zupełnie inna sprawa. To, ze te pieniadze sa wspólne przecież, tez pomijam, w razie W. wyplace i niech sie dzieje, co chce.

Kiedy zachorowałam na raka, myślałam, ze zostanę otoczona opieka i nie będę musiała martwić sie o byt, hahaha, naiwna!

Rok tamu przeszłam na pół etatu, to wszystko, na co teraz mnie stać.

Gotuje, sprzątam, piorę, ogarniam. Jeszcze daje radę.

Pytanie za sto punktów: za co będę żyła po rozwodzie?

Za 860 zł pensji?

Na jak długo wystarczą oszczędności?
Dodam, ze nie jest to sześciocyfrowa liczba.

Kiedy słyszę pretensje do kobiet typu - nie pracowałaś - masz za swoje, pusty śmiech mnie ogarnia, jak mozna być tak naiwnym sądząc, ze praca daje nam jakieś gwarancje na przyszłość.

Oczywiście, daje poczucie bezpieczeństwa, niezależności, nie trzeba sie prosić o każdy grosz i takie tam, ale wiem, ze gdybym została teraz wyrolowana przez meza, czulabym żal do całego swiata i nie wiem, czy bym sie podniosła.

Szukanie lepiej płatnej pracy, albo jakiejś dodatkowej mnie,niestety, nie dotyczy.

Wiem, ze nie pocieszam nikogo tym postem, po prostu piszę, bo rozumiem Cię doskonale, i tak, jak Ty daję z siebie bardzo dużo, ciagle sie o kogoś martwię, o kimś myślę, o sobie tez oczywiście, ale jakoś tak inaczej, z boku.
Moze pora to zmienić?

Dziewczyny, fajnie piszecie, ale błagam o akapity, strasznie sie Was czyta.

To tyle...

658

Odp: rozwód po 30 latach
Zuzanna 58 napisał/a:

In-ko
Nie wiem, jak długo powinna(?) trwać depresja i kiedy się z niej wychodzi. Mówiąc "książkowo" pani psycholog miała na myśli kolejność etapów, czyli stupor na wieść o perfidii "już nie mojego", potem okres szarpaniny, zbieranie papierków, dowodów, kolejnych rozpraw i dowiadywania się w ich trakcie o bardzo niekorzystnej sytuacji w jakiej się znajdę, gdy ten rozwód zostanie orzeczony, ale ponieważ nic jeszcze nie było przesądzone miałam wahania nastroju - rozpacz  i nadzieja. Już wtedy byłam pod opieką psychiatry, ale wtedy kuracja była skierowana na, że się tak wyrażę, "zewnętrzne" objawy - brak snu, brak apetytu, płaczliwość, drgawki, bóle, myśli samobójcze itp. Wreszcie ta "prawdziwa" depresja, która nastąpiła po rozwodzie, a której wynikiem są apatia, negacja, utrata zaufania, stany lękowe przed nowymi sytuacjami,  trwa  od jesieni ubiegłego roku. Leki miałam dobierane w zależności od mego stanu. Obecnie ciągle jestem na "venlectinie" i "deprexolecie", nie muszę już brać oxazepanu, który ratował mnie w ostrych stanach neurozy ( paniczny lęk połączony z drgawkami i utratą oddechu) więc jakaś poprawa jest. Poza tym na terapii mogę już normalnie rozmawiać, głos nie więźnie mi w gardle. Mimo to, obie panie ( lekarka i terapeutka) namawiają na hospitalizację, której po prostu się boję.

Zuzka towarzyszę Tobie od początku (na forum) obserwuję, jak przebiega twoja depresja i powiem, tak - martwi mnie Twój stan. Był taki moment, kiedy myślałam ok - łapiesz stabilność, ale niestety z tego, co piszesz tej stabilności nie widzę.
Jestem spokojna wiedząc, że jesteś pod opieką specjalistów. Może jednak warto pomyśleć o hospitalizacji. Samą mnie przeraża myśl pobytu w szpitalu. Przyznam, uciekłam od takiej oferty. Wiem, że jest też opcja tzw. pobytu dziennego. Idzie się wtedy na ok. 8 godzin i jest to czas intensywnej terapii w różnych formach. Podpytaj się o możliwość takiej opcji. Terapia trwa kilka tygodni.
Nie wiem na ile specjaliści opiekujący się Tobą mówią o etapach depresji na ile o etapach żałoby. Absolutnie nie chcę podważać ich metod, bo nie mam odpowiedniej ilości danych aby jednoznacznie się wypowiadać.
Ja mocno wierzę w to, że któregoś dnia wyjdziesz wreszcie z tego stanu w którym jesteś i spojrzysz na swoje życie z nadzieją.
Życzę tego Tobie z całego serca
a wiem, że można podnosić się z dna ale trzeba być aktywnym i zawalczyć o siebie.
Jestem osobą, która ma dużą praktykę w tym temacie wink
Zuzka nie daj się smile

659

Odp: rozwód po 30 latach

Zuzanno, czemuś nie dziwi mnie, że zaczęłaś właśnie od spisu pasywów a nie aktywów. W stanie, w jakim jesteś, konstruktywne myślenie, a zwłaszcza pozytywne przychodzi z wielkim trudem. Taka to wyniszczająca choroba. Ale uwierz, że mija. Miałam ? nie mam, ale jestem czujna.

W moim przypadku ? depresja endogenna, uwarunkowana przyczynami biologicznymi (zaburzony wtórny wychwyt serotoniny). Coś jak, nie przymierzając, cukrzyca, tyle że niedoborami walnęło po zwojach a nie po trzustce. Leki pomogły i już od wieeelu lat problem nie powrócił, choć dłuższą chwilę to jednak trwało. Potworną chwilę. Głównie przez to, że nie od razu trafiłam w dobre ręce. Miałam też w rodzinie przypadek depresji egzogennej (reaktywnej) ? żałoba po śmierci męża. Czyli coś jak u Ciebie, bo Twój eksmałżonek właściwie zszedł, tyle że cywilnie. Wyobraź sobie, że tu leczenie poszło znacznie szybciej. Tak więc i ty masz pełne szanse powrotu do normalności.

Doskonale, że jesteś pod fachową opieką. A leki antydepresyjne i poczekanie na ich działanie wymaga cierpliwości. Ale i pracy własnej. Czytałaś ?Radość życia czyli jak zwyciężyć depresję? Davida Burnsa? Spora cegła ale dla wielu odkrywcza. Nawet dla mnie jako ozdrowieńca.

A jak już zdołasz się oderwać od myślenia katastroficznego i przejdziesz do tego pozytywnego, to zachęcam wręcz do pomarzenia sobie. Mnie nazwanie i takie właśnie spisanie ?szczęśliwego zakończenia? pomagało. I jakoś tak drobniutkimi kroczkami okazywało się, że sporą część z tego zdołałam zrealizować. Coś tam korygowałam, coś weryfikowałam, niektóre elementy okazały się w ogóle do niczego mi nie potrzebne i z listy wypadały; odptaszkowywanie innych ? budowało moje poczucie sprawczości. (proszę, nie pomyl tego z przyciąganiem sukcesu, czy jakimiś innymi szamańskimi bzdurami, bo w ostatecznym rozrachunku tu chodzi o bardzo konkretny wkład pracy własnej).

?Podglądaj? inne kobiety po takich perypetiach (tego ci u nas dostatek). Do tej pory zapewne na kobiety w takiej sytuacji życiowej w ogóle nie zwracałaś uwagi. Bo nie musiałaś, nie utożsamiałaś się. Teraz się przyda. Są książki, filmy, z PEWNOŚCIĄ masz jakieś znajome, które przeszły coś analogicznego. Cała, że się tak wyrażę, skarbnica wiedzy. I wiesz co? One przeżyły i niektóre nawet są szczęśliwe.

W tworzeniu swoich list możesz skorzystać też z pomocy osób bliskich. Powiedz im, że zapodałaś sobie takie właśnie ćwiczenie. Pójdź do nich ze szkicem a nie z czystą kartką, pokaż, że chcesz uporać się problemami i chcesz sobie nakreślić plan działania ale i mieć świadomość konkretnych zagrożeń. Z pewnością nie odmówią. Może rozpędzą niektóre lęki, np. wizję wylądowania pod mostem, bo nie wierzę, żeby rodzina i przyjaciele, o których tu pisałaś na to pozwolili. Może coś podpowiedzą do tabelki z plusami. W końcu znają Ciebie, Twoją sytuację, Twój potencjał lepiej niż każda z nas, tu.

Generalnie, powiem Ci, że zarówno stan jak i sytuacja życiowa, w jakiej jesteś wymagają wielu drobnych, niemal niezauważalnych działań. To ich suma przynosi skutek. Nie ma jednej WIELKIEJ rzeczy, którą mogłabyś zrobić i która załatwiłaby problem. Nawet gdybyś wygrała jutro w totka zyliard złotych, to po chwili i tak by się okazało, że problem nie zniknął i jednak trzeba nad nim popracować.

Dorula, no i widzisz, jakoś kiepsko mi idzie z tym rozbijaniem na mniejsze bloki tekstowe big_smile Ale się starałam. Słowo.

660

Odp: rozwód po 30 latach
Dorula napisał/a:

czulabym żal do całego swiata i nie wiem, czy bym sie podniosła.

a dlaczego nie ?
proszę napisz mi odpowiedź na to pytanie, dlaczego miałabyś się nie podnieść ?

661

Odp: rozwód po 30 latach

Zuzanna 58
Hospitalizacja?
Matko jedyna, jest aż tak złe?
A moze zmienisz lekarza? Wiem, ze to niełatwe, ale wierz mi, ja trafiłam zupełnie przypadkowo na lpsychiatrę, który w jeden dzień wyprowadził mnie z głębokiej depresji.
A ja już z łóżka nie wstawalam.
Nie jadłam, nie żyłam.
Przyjął mnie w nocy, zapisał leki i obiecał, ze będzie lepiej.
A ja na to - każdy obiecuje i nic.
A on -będzie dobrze,ja to wiem.
Wzięłam leki.
Drugiego dnia wstałam, wykapalam sie, zjadłam śniadanie, żyłam!!!

Nie wiem, co bym bez niego zrobiła...

662

Odp: rozwód po 30 latach

Nie wiem, In_ka.
Znając siebie, przeżyję, ale k.... Ile mozna?
Albo: dlaczego miałabym sie podnieść po raz kolejny?
W imię czego?

663 Ostatnio edytowany przez in_ka (2015-03-13 00:30:27)

Odp: rozwód po 30 latach
Dorula napisał/a:

Zuzanna 58
Hospitalizacja?
Matko jedyna, jest aż tak złe?
A moze zmienisz lekarza? Wiem, ze to niełatwe, ale wierz mi, ja trafiłam zupełnie przypadkowo na lpsychiatrę, który w jeden dzień wyprowadził mnie z głębokiej depresji.
A ja już z łóżka nie wstawalam.
Nie jadłam, nie żyłam.
Przyjął mnie w nocy, zapisał leki i obiecał, ze będzie lepiej.
A ja na to - każdy obiecuje i nic.
A on -będzie dobrze,ja to wiem.
Wzięłam leki.
Drugiego dnia wstałam, wykapalam sie, zjadłam śniadanie, żyłam!!!

Nie wiem, co bym bez niego zrobiła...

jednodniowe leczenie depresji - cudotwórca wink
dawaj namiary smile

Dorula napisał/a:

Nie wiem, In_ka.
Znając siebie, przeżyję, ale k.... Ile mozna?
Albo: dlaczego miałabym sie podnieść po raz kolejny?
W imię czego?

w imię swoje

664 Ostatnio edytowany przez Dorula (2015-03-13 00:33:02)

Odp: rozwód po 30 latach

Namiary?
Genialny lekarz, cudowny człowiek, bez niego dawno by mnie tu nie było.
Zginął w wypadku samochodowym  pare lat temu, nie naśmiewaj sie, proszę...

665

Odp: rozwód po 30 latach
Dorula napisał/a:

Namiary?
Genialny lekarz, cudowny człowiek, bez niego dawno by mnie tu nie było.
Zginął w wypadku samochodowym  pare lat temu, nie naśmiewają sie, proszę...

Dorula ja się nie naśmiewam, tylko ...
nie ma takiej możliwości, żeby wyjść z depresji z dnia na dzień - można nazwać to, tylko cudem...
żaden lek nie wyleczy depresji z dnia na dzień - no chyba, że czary wink
być może twój stan - to nie była depresja tylko zupełnie inna dolegliwośc i wtedy rzeczywiście nie polemizuję więcej ...

666 Ostatnio edytowany przez Antypoda (2015-03-13 00:47:46)

Odp: rozwód po 30 latach

Zuzanno, dodam coś jeszcze, bo mię poruszyło po sąsiedzku.

Przeczytaj sobie komentarz nr 94 Przyszłości z wątku http://www.netkobiety.pl/p2411893.html#p2411893
Tak to właśnie bywa. Była wielka kariera, wielkie firmy, wielkie rynki, wielkie pieniądze (i pewnie odpowiednio wysokie składki ZUS big_smile), ale kiedy przyszedł dramat rodzinny, to nic jej nie uchroniło przed koniecznością odrobienia tej samej pracy domowej, którą teraz wykonujesz Ty.

No i te słowa:
Życiowe zakręty często pomagają nam w odkryciu tego, co sami przed sobą ukryliśmy (...)

Takie właśnie sobie "podglądactwo" uskuteczniłam :-) Polecam. Jest z czego czerpać.

Dorula, wierzę, że ten lekarz Cię zmobilizował, natchnął nadzieją, ale w jednodniowe wyleczenie depresji - nijak. Za dużo osób w depresji i z nią walczących w życiu spotkałam. Stan głębokiego przygnębienia graniczący z depresją, zaburzenia napędu, być może, ale depresja, jeden dzień - never. Leki też tak szybko nie działają.

667

Odp: rozwód po 30 latach

To była depresja, taka diagnozę usłyszałam, mam ja na piśmie, a czym wywołana?
Nie mam pojęcia.
Nie wnikalam.
Chciałam tylko oddychać, zjeść, napić sie herbaty.
Udało sie i tylko to sie liczy.

Pozdrawiam.

668 Ostatnio edytowany przez Dorula (2015-03-13 01:26:39)

Odp: rozwód po 30 latach

Sa takie leki, tylko trzeba sie wysilić, zeby je odpowiednio dobrać.
Do dzisiaj walczę z niedouczonymi lekarzami, nawet na neurologii musiałam pouczać panią ordynator.
No, cóż, sama nie wierzę w to, co piszę, ale tak było i leki do dzisiaj działają.

669 Ostatnio edytowany przez Antypoda (2015-03-13 01:38:59)

Odp: rozwód po 30 latach

Zasadniczo rzecz biorąc - tak, masz rację, najważniejsze, że się dobrze czujesz, a i niezbadane są moce umysłu ludzkiego. Jednak byłby to pierwszy taki znany mi przypadek. Bardziej skłonna jestem przypuszczać, że lekarz dmuchał na zimne - wolał nie dopuścić do rozkręcenia się dużej depresji, co też świetnie, bo to trudniej leczyć.
No i czasem lekarze też się mylą. Kiedy byłam mała zachorowałam na COŚ. Badało mnie trzech lekarzy i każdy z nich po poprzedniku kreślił w książeczce zdrowia dziecka (mam ją do dziś) - odra (przekreślone), różyczka (przekreślone), odra (znak zapytania). A kiedy starałam się o dziecko i chciałam się prewencyjnie zaszczepić na różyczkę (bo przecież niby ostatecznie przeszłam odrę), to testy różyczkowe wyszły dodatnie.

670

Odp: rozwód po 30 latach

Dmuchał na zimne?
Maz mnie prowadził do gabinetu, bo sama nie byłam w stanie tam dojść.

Dawniej nasmiewalam sie z depresji, ot, jakaś melancholia, ktoś sie naczytal Kepinskiego,
Udaje, taka moda, wypada na to chorować, itd,
No cóż, nikomu tego nie życzę, to jakiś dramat, nie czujesz, nie widzisz, nie słyszysz, nic nie ma znaczenia, ale sorry, to nie forum medyczne, nie znam sie na tym, wiem tylko, co mnie uratowało
I kto to zrobił.

671

Odp: rozwód po 30 latach

Antypodo
Zapałałam świętym oburzeniem;-))
Wcale nie zaczęłam od pasywów! Tylko....
No, lista aktywów była niepokojąco krótka:-( więc przeszłam do kolejnego zadanego punktu, który z kolei okazał się ( a i to pewnie jeszcze nie w całej okazałości) przerażająco długi. Tak przerażająco, że znowu zastrajkował mi żołądek, więc zamiast smacznie pochrapywać siedzę czujnie przy kompie;-)

Wygląda na to, że mądrość nie jest moją największą wadą, bo nie potrafię zrobić  pozytywnego użytku z posiadanej ( a tym bardziej nie posiadanej) wiedzy. Ona w jakiś magiczny sposób obraca się przeciwko mnie:-(

W którymś poście In-ka wypunktowała mi że:
Posiadam ręce i nogi ( za nogi w moim wieku już nie płacą;-) więc skupiłam się na rękach, które to, coś tam potrafią ( głównie rękodzieło no, powiedzmy, że z gatunku " art-pop")  które to momentami umilają mi monotonię samotności a czasem zasilają budżet drobną sumką. Za bardzo nie mogę się w tej materii rozbuchać, bo oczy strajkują.

Posiadam alimenty, które w całości powinny iść na opłaty i leki ( opłaty jak na razie pokrywają solidarnie dzieci) więc idą na skromne życie.

Posiadam dzieci - patrz wyżej, więcej nie mogę oczekiwać a dodatkowo jest to moje źródło frustracji, że muszą sobie umniejszać zasoby.

Posiadam mieszkanie - sprzedaż nieopłacalna - skarbówce trzeba oddać podatek od różnicy, notariusz, przeprowadzka, mały remont( w optymalnym wariancie) i zakup potrzebnych sprzętów czyni to przedsięwzięcie bezcelowym ( przeliczyłam wszystko, nie piszę "na wiatr") Wynajem części również jest "wysokiego ryzyka" bo opłaty za wodę, prąd wzrosną, nie wiadomo, czy wynajmujący jest wypłacalny i może tak być, że któregoś dnia po powrocie do domu zostanę bez co lepszych rzeczy za to z wysokimi rachunkami na następny rok.

Posiadam przyjaciół, którzy robią co mogą, ale po pierwsze głupio mi korzystać z ich pomocy bez możliwości rewanżu, po drugie ich możliwości też są ograniczone - Ci wpływowi odpłynęli razem z "już nie moim"...
Poza tym jeszcze jedna okoliczność, każda zarobiona przeze mnie złotówka, będzie wykorzystana przez "już nie mojego" jako podstawa do obniżenia alimentów...może to nie jest szlachetne, ale nie mam ochoty robić mu tej uprzejmości ( dla "logiczne inaczej myślących" wersja w trosce o jego dobro, aby nie wodzić go na pokuszenie np. upłynniania zdobytej nadwyżki w monopolu;-))
Tyle aktywów...aha, mam też choroby ( w których, jak zdaje się, że TakasobiejaS, upatrywała możliwość "załatwienia" renty) ale po licznych nagłaśnianych przez media kuriozalnych przypadkach traktowania pacjentów przez ZUS nie zamierzam z nich "skorzystać" - wystarczy mi że, są i od czasu do czasu gwałtownie i dolegliwie przypominają mi, że żyję.

Skorzystać z doświadczeń znajomych nie mogę, gdyż żadna z moich przyjaciółek ( na szczęście) niczego podobnego nie przechodziła, w moim pokoleniu i środowisku rozwody są rzadkością. A z kolei z dalszymi znajomymi wśród których może kilka po przejściach bym znalazła, rozmawiać nie chcę, bo dla nich to sensacja pierwszej wody i rozmowy sprowadzają się do "jak ty taka mądra, taka głupia byłaś"
Potrzeby optymalizować, marzyć? Antypodo, nie wiem kiedy Ty przechodziłaś swoje " najczarniejsze" chwile ale w moim wieku marzyć to można tylko o szybkim i łagodnym zejściu - inne są nieziszczalne :-(

Wiem, wiem, optymizm ze mnie bucha - przepraszam ale dolegliwości i te fizyczne i te psychiczne dziś rozwalają mnie szczególnie :-(

Co do integracjonowania siebie - to ja akurat byłam zintegrowana ze sobą w małżeństwie, teraz się jakoś "rozczłonkowałam" :-( I próbując składać się na nowo chyba umieszczam sobie nos na pięcie :-)

672

Odp: rozwód po 30 latach

Dorulo!
Nie wiem czy "tak jest źle", mnie się wydaje, że lepiej, jestem spokojniejsza, mniej płaczę, nie rozmyślam już o sposobach zejścia ( choć może to z lenistwa, bo każde takie działanie wymaga "działania";-))

Lekarza zmienia mi NFZ - co jakiś czas następuje zmiana na etacie ośrodkowego psychiatry - można powiedzieć, że Fundusz Zdrowia sam dba o to, by pacjent miał  kontakt z różnymi osobami ;-) Do tej pory zdążyłam już poznać trzy panie.

Hospitalizacji się boję, więc jak mocno naciskają to "rżnę zucha", że sobie poradzę i zapewniam ( świadomie i fałszywie) że jakby co, to zaraz się zgłoszę

673

Odp: rozwód po 30 latach

In-ka
Tak siedzę i dumam, i zaczynam mieć wątpliwości czy przypadkiem nie masz racji? Może psychiatra faktycznie mówił o fazach żałoby, a nie depresji?  Mam jakieś "dziury" w pamięci, jak jestem u lekarza to niby wszystko rozumiem i pamiętam, a potem bywa, że wszystko mi się kręci, informacje zlewają mi się w całość ( o! integrują się ;-)) bądź część z nich umyka :-(Przez to  kiedyś spędziłam bardzo nieprzyjemna noc, bo jakoś "zakodowało" mi się, że jak lek nie skutkuje, to mogę wziąć go podwójnie, co zrobiłam, ze skutkiem niemalże natychmiastowym, ale odwrotnym od spodziewanego. Rano jak odnalazłam "rozpiskę" okazało się, że owszem mogę podwójnie, ale po 1/2 tabletki, a nie po 2 ( jak zażyłam) bo pomyliłam z dawkami innego leku, który akurat też zażywałam...

674 Ostatnio edytowany przez Antypoda (2015-03-13 09:49:22)

Odp: rozwód po 30 latach
Zuzanna 58 napisał/a:

Posiadam mieszkanie - sprzedaż nieopłacalna - skarbówce trzeba oddać podatek od różnicy (...)

Podatek od różnicy? Jakiej różnicy? Podatek przy transakcji kupna-sprzedaży nieruchomości co do zasady uiszcza kupujący.

Zuzanna 58 napisał/a:

Poza tym jeszcze jedna okoliczność, każda zarobiona przeze mnie złotówka, będzie wykorzystana przez "już nie mojego" jako podstawa do obniżenia alimentów...może to nie jest szlachetne, ale nie mam ochoty robić mu tej uprzejmości ( dla "logiczne inaczej myślących" wersja w trosce o jego dobro, aby nie wodzić go na pokuszenie np. upłynniania zdobytej nadwyżki w monopolu;-))

Nie chodzi o pogorszenie jego sytuacji, tylko o polepszenie Twojej. Każda złotówka, którą zarobisz SAMODZIELNIE ma:
- aktywizować Cię na rynku pracy,
- wzmacniać Twoje poczucie niezależności od zewnętrznych źródeł finansowania
- budować Twoją pewności siebie.

Nie jestem też przekonana, czy to do końca tak działa, że Twoje dochody przekreślają alimenty zasądzone na Twoją rzecz. Alimenty w przypadku rozwodu z orzekaniem o winie mają na celu pokrycie uzasadnionych potrzeb bytowych i masz wpływ na uzasadnienie tego, co nimi jest.

Zuzanna 58 napisał/a:

Antypodo, nie wiem kiedy Ty przechodziłaś swoje " najczarniejsze" chwile ale w moim wieku marzyć to można tylko o szybkim i łagodnym zejściu - inne są nieziszczalne :-(

Jestem w wieku zbliżonym do Ciebie.

Propozycja zrobienia list in plus i in minus nie miała na celu wpędzanie Cię w bezsenność, tylko:
- po pierwsze uzmysłowienie, że jest wariant "piętro niżej", czyli jeśli sobie wyobrazisz sytuację, w której np. tracisz alimenty, to ta sytuacja, w której jesteś aktualnie JEDNAK jest na swój sposób komfortowa i na piętrze niżej wspominałabyś ją z rozrzewnieniem i mówiłabyś: wtedy wcale nie było tak źle,
- po drugie uzmysłowienie sobie, że nawet jeśli zdarzy się kilka niekorzystnych sytuacji, ta TAM nadal jest życie. Może nie takie, o jakim marzyłaś, mniej komfortowe (bo nie każda zasuszona krowa to gazela) ale też można się w tym odnaleźć.

675

Odp: rozwód po 30 latach

Antypodo
Od różnicy między ceną kupna a sprzedaży czyli od wzbogacenia - 20%... Obowiązkowy, jeśli sprzedaje się nieruchomość nabytą wcześniej niż po pięciu latach od nabycia, ja "nabyłam" połowę w tym roku i od niej będę zmuszona odprowadzić haracz :-( A kupującym też będę :-(

676 Ostatnio edytowany przez Antypoda (2015-03-13 10:39:42)

Odp: rozwód po 30 latach

A, rozumiem, czyli chodzi o nabycie i odsprzedaż w ramach "magicznych" pięciu lat, bo nabyłaś od eksa jego udziały. OK. W takim razie proponuję to Twoje mieszkanie wynająć i niech przez tych 5 lat (dopóki nie wyskoczy z podatku) na siebie pracuje i dla siebie wynająć mniejsze - schludne, gotowe do zamieszkania i tańsze w opłatach. Ja w tej chwili właśnie z ogromnym powidzeniem ćwiczę taki wariant. Polecam. Nie będziesz musiała patrzeć na ściany, w których żyłaś z mężem, a jeśli zdecydujesz się na inną miejscowość (bo w tej Cię przecież nic nie trzyma), to mogą się otworzyć nowe możliwości zawodowe.

677

Odp: rozwód po 30 latach

Antypodo
Ściany mi nie przeszkadzają, nie mam do nich urazy, że były świadkiem tego i owego.
Zmiana miejscowości oznaczałaby zmianę na miejscowość mniejszą, tańszą która ma  jeszcze mniejsze możliwości rynku pracy - tam wszystkie miejsca są szczelnie obsadzone przez "swojaczków" .
W "mojej"  trzymają mnie wieloletnie przyjaźnie, które dają mi tę możliwość, że w razie choroby ktoś podrzuci mi chleb, czy lekarstwa. Mam dostęp do specjalistów choćby endokrynologa pod którego stałą opieką też jestem ( guzy) ortopedy - kręgosłup i kości, okulisty a do których musiałabym cykliczne dojeżdżać co łączyłoby się z dodatkowymi kosztami.

Zastanawiałam się, co porobiło się z moim mózgiem, że jestem taka "na nie", że przy rozważaniu różnych wariantów negatywne myślenie uruchamia się samo, a na wyszukiwanie pozytywów przychodzi mi z największym trudem?
Dlaczego obecnie nie potrafię odnaleźć " radości" ( nie mówię o wesołości, bo tę owszem, potrafię wykrzesać) z prostych życiowych czynności. Dlaczego nie mogę polubić ryżu na wodzie, ( choć przecież miliardy Chińczyków się tym żywią i sobie chwalą) zapachu tanich dezodorantów ( a innym jakoś nie przeszkadzają), kiepskiej jakości rajstopki tylko na moich nogach wywołują nieprzyjemne swędzenie?
Nie chodzi mi nawet o obniżenie stopy życiowej tylko o mechanizm, który uniemożliwia mi cieszenie się życiem. Wiem, że są ludzie w gorszych sytuacjach i czepiają się życia kurczowo, zachłannie, za wszelką cenę. W sobie tego teraz nie odnajduję :-(

Jakoś nie potrafię odnaleźć w sobie "motoru", który napędzał by mnie, który na poziomie emocjonalnym, nie intelektualnym, sprawiał, żeby chciałoby mi się chcieć. Jestem "obowiązkowa" więc staram się robić to co muszę, ale brakuje w tym żaru :-( Czasem jest tak, że sprężę się, np. ugotuję coś smacznego, ale odechciewa mi się tego jeść.

To samo z ciuchami - mam nieźle zaopatrzoną garderobę, ale jakoś tak jest, że ciągle wyciągam z szafy szare lub czarne ubrania.  A propos garderoby - zrobiłam ostatnio jej przegląd i odniosłam do komisu sukienki których już nigdy nie będę miała okazji założyć, szpileczki w których chodzić nie będę. Może uda mi się zarobić parę groszy. Ale wiesz, smutno mi było, nie, nie dlatego żebym była do tych łaszków nadmiernie przywiązana, tylko dlatego, że symbolicznie oddawałam wraz z nimi marzenia o niewytańczonych walcach, nie wysłuchanych koncertach, nie obejrzanych spektaklach...

Czy to wszystko jest sprawą brakujących ( po operacjach) hormonów, czy może nadmiernej wyobraźni, która, kiedy wymyka mi się spod kontroli ( a robi to regularnie) podsuwa wyłącznie scenariusze mroczne i przerażające?  Czy też może podprogowo nie pozwalam sobie na jaśniejsze, bojąc się, że w razie porażki będę cierpieć jeszcze bardziej? Czasem wydaje mi się, że krążę w kółko, uwięziona niewidoczną ale ciasną obrożą.

Obejrzałam ostatnio film "Chce się żyć". Jest tam scena, która mnie poruszyła. W ośrodku dla niepełnosprawnych odbywa się rutynowa wizyta duszpasterska, podczas której kapłani klepią każdemu z pensjonariuszy tę samą regułkę "Bóg cię kocha". I na to myślowy komentarz głównego bohatera "Całe szczęście, bo co by było, gdyby mnie nienawidził?"...
W tym kontekście pomyślałam, że czasem faktycznie ubodzy duchem są błogosławieni...przyjmują wszystko tak prosto, wolni są od rozterek, które potrafią przysporzyć wiele cierpienia.

Wybacz, że dzielę się przemyśleniami, ale jakoś poczułam taką potrzebę

678

Odp: rozwód po 30 latach

Niemożność odczuwania radości, przyjemności (anhedonia) w Twoim przypadku zdaje się mieć trzy źródła:
- zespół stresu pourazowego (zostałaś oszukana i w swoisty sposób okradziona z rzeczy istotnych, a to bez wątpienia jest traumą),
- pewien rodzaj żałoby po utracie bliskiej osoby i wizji życia, do której byłaś przywiązana,
- skutkująca powyższym depresja (jak rozumiem stwierdzona przez specjalistów).

Wszystko traci smak, kolor, emocje przestają być spontaniczne, zanika ta specyficzna lekkość bytu i uczucie satysfakcji z większych i mniejszych dokonań. Wszystko, co kiedyś zdawało się proste i oczywiste, teraz jest nie do udźwignięcia. Powtórzę się, Zuza, z tego się wychodzi. Tyle że trzeba sobie w tym pomóc. Niemal zmusić siebie samą do pewnych aktywności.

679

Odp: rozwód po 30 latach

Próbuję się zmuszać :-( Wychodzę ( no czasami). Biorę leki, które mają mi pomagać i pewnie pomagają ale nie w takim stopniu, w jakim bym oczekiwała bo dają umiarkowany spokój, ale niestety nie chęci czy radość.

Spotykam się z przyjaciółmi ( jak mam lepszy nastrój, żeby nie zarażać ich pesymizmem i nie zatrważać swoim stanem)
Kiedy rozmawiałam ostatnio z lekarzem, stwierdził, że na mój stan  ma wpływ obecna aura - że szaro, brak ciepła wszystkim obniża samopoczucie. Możliwe, że częściowo tak jest, ale w tej szarzyźnie czuję się jakoś "bardziej wtopiona", nie zwracająca uwagi a już się boję co będzie gdy "wiosna nad ziemią rozszaleje się od bzu" :-(((

Wszędzie pojawią się roześmiane, szczęśliwe pary w jasnych pastelach a ja na ich tle będę się czuła jak wykrzyknik grozy :-( Można się okłamywać, ale oszukać samej siebie nie... I choćbym milion razy powtarzała sobie "nie jest źle" szczęśliwsza się od tego nie poczuję :-(

Próbuję lżejszych lektur - nie mogę ich czytać, irytuje mnie ich ubóstwo przekazu, przewidywalny schemat, łatwość z jaką bohaterki wychodzą z życiowych zakrętów, nagradzanie ich ( obowiązkowo) na koniec miłością.
Spróbowałam wrócić do malowania - kiedyś było moim hobby - nic nie wychodzi.
Na kino, teatr, podróże nie mam pieniędzy, telewizja nudzi mnie śmiertelnie ( wszystko co dają wartościowego widziałam już po kilka razy)
Z pracą nic się nie klei, próbuję wszelkich ofert, jakie pojawiają się w okolicy - najczęściej bez żadnej odpowiedzi, czasem z "nieaktualne".
To wszystko dołuje mnie dodatkowo, bo może nie o tyle przygnębiałaby mnie rzeczywistość, gdybym znajdowała jakąś od niej "odskocznię".
Myślę nad tym co mi poradziłaś i próbuję, próbuję, próbuję...wariant piętro niżej ( całkowicie realny :-() uaktywnia tylko myślenie destrukcyjne ( po co się męczyć żeby było gorzej), wariant " schodek wyżej" ( bo na piętro to już się nie wdrapię) jakoś niewspółmierny do wysiłku, który musiałabym włożyć...
Widzisz, pewnie, że mogę spać z misiem przytulanką, uprawiać seks z wibratorem, dorobić sobie ideologię do tego ryżu,potraktować ograniczenie potrzeb "sportowo" i śrubując codziennie normę próbować czerpać z tego satysfakcję...tylko czy to da mi szczęście? Nie przypuszczam...:-(

680

Odp: rozwód po 30 latach

Zuzanna postanowiłam opisać Ci, krótko moją historię bo może uwierzysz, że tylko od naszego podejścia zależy jak nam się wiedzie w życiu.

Mam 46 lat, zawsze pracowałam chociaż w trakcie mojej "kariery" zawodowej musiałam się "przekwalifikować". 2 lata temu rozstałam się z moim mężem po prawie 30 letnim związku. Pochodzę z dużego miasta wojewódzkiego z bardzo słabym rynkiem pracy.
6 lat temu przeprowadziłam się do Warszawy. Miałam tu gdzie mieszkać ale nie miałam pracy. Dzisiaj mam własne mieszkanie w Warszawie, zarabiam 3 średnie krajowe, stać mnie na ratę kredytu, wakacje i inne przyjemności. Wszystko to osiągnęłam sama bo w końcu odważyłam się zaryzykować. Nie jestem specjalistą wysokiej klasy, miałam po prostu szczęście, że udało mi się znaleźć taką pracę. Znam angielski ale to mnie specjalnie  nie wyróżnia tutaj w Warszawie.To jest moja 2 praca tutaj jednak nigdy nie szukałam pracy dłużej niż miesiąc. Również na początku.
Pisałam o odwadze bo podobnie jak Ty przez wiele lat szukałam wymówek: znajomi, rodzina, mieszkanie. Dzisiaj żałuję tylko jednego, że tak późno to zrobiłam. Gdybym została w moim rodzinnym mieście to pewnie też byłabym sama, być może bez pracy i bez pieniędzy i obwiniałabym mojego męża za tą całą sytuacje. Miałam też wybór kupić swoje mieszkanie czy zostać w jego i w ten sposób "dać mu nauczkę". Po ponad roku jednak stwierdziłam, że mój spokój, pewność jutra jest ważniejsze i dlatego znowu zaryzykowałam. Wzięłam kredyt na 30 lat.
Zuzanna nic już nie będzie takie jak kiedyś. Doskonale rozumiem Twoją złość i rozgoryczenie, że  w dużej mierze Ty ponosisz konsekwencje decyzji i zachowań Twojego byłego męża ale to jest teraz tylko i wyłącznie TWOJE życie i od Ciebie zależy w jakim standardzie je przeżyjesz. Czasem trzeba opuścić strefę komfortu po to żeby otrzymać zdecydowanie większy komfort.
Odpowiedz mi co byś wolała zarabiać 10 tys. złotych i pokazać Twojemu mężowi, że sobie radzisz czy ciągle dostawać od niego 750 zł alimentów? Sądzę, ze to pytanie retoryczne.

Na koniec napiszę Ci tylko jeszcze, że Warszawa to teraz moje miasto, które bardzo lubię. Mam tu znajomych a rodzinę odwiedzam. Nie napiszę Ci, że jestem szczęśliwa bo moje emocje ciągle wpływają na moje samopoczucie ale nie mam większych powodów, żeby narzekać na swoje życie.

681

Odp: rozwód po 30 latach

Kochamkonwalie
Oj aż mi zapachniało od Twego nicku :-)
Piękna historia i szczerze bardzo się cieszę, że Ci się udało!!!!
Tylko widzisz te 6 lat temu to Ty miałaś "40 stkę" wiek akurat - na tyle poważny by powierzać odpowiedzialne stanowiska i na tyle młody by warto je było powierzać. Jechałaś z mężem więc przynajmniej na początek nie byłaś sama, miałaś jakieś wsparcie. Co oczywiście nie umniejsza mojego dla Ciebie podziwu.
Pewnie masz rację, że na dnie mojej adecyzyjności leży strach... Widzisz w małżeństwo weszłam bez kalkulacji, w trakcie jego trwania również nie rozważałam opcji co by było gdyby, bo po prostu ufałam bezgranicznie, że wszystkie nasze działania są dla wspólnego dobra. Wyszło jak wyszło i teraz aż nadmiernie analizuję wszystkie "za i przeciw", zwłaszcza, że na ryzyko mnie nie stać, nie mam z czego tracić  ani dopłacać :-(
Te 13 lat różnicy wieku między nami też trochę znaczy, bo Ty w dorosłość kiedy uwolnił się rynek, brało się "życie w swoje ręce" więc nasiąkałaś tym od początku swego zawodowego życia. Osoby z mojego rocznika traktuje się ( poniekąd słusznie) za skażone socjalizmem, co nie ułatwia zaistnienia na rynku pracy, zwłaszcza przy kompletnym braku doświadczenia i archaicznym wykształceniu. Jestem realistką, nie mam duszy hazardzistki, zawsze mi się wydaje, że ryzykować znaczy "tracić" :-(
Ale bardzo się cieszę, że do mnie napisałaś, takie historie jak Twoja, są ( mimo braku klasycznego happy endu, a może właśnie z powodu tego braku?) krzepiące.
Życzę Ci, abyś kiedyś do osiągniętego już zadowolenia dołożyła poczucie szczęścia!

682

Odp: rozwód po 30 latach

Zuzanna

Byłam bardzo ciekawa Twojej odpowiedzi bo mój post nie miał na celu chwalenia się tylko pokazania, że jeżeli z jakiegoś powodu przestaniesz szukać wymówek to świat może stanąć przed Tobą otworem. Co więcej, może Cię nagrodzić za Twoją odwagę bądź chęć zmiany. Chciałam Ci również pokazać, że gdybym została, jak wtedy mi się wydawało, w mojej strefie komfortu to teraz mogłabym zostać z niczym bo naprawdę w moim rodzinnym mieście nie ma pracy. Mój dorosły syn od bardzo wielu lat pracuje za marne grosze (niewiele większe niż Twoje alimenty) znacznie poniżej swoich kwalifikacji.
Masz rację, wtedy wyjeżdżałam z moim mężem ale jak się rozstawaliśmy ja akurat straciłam pracę więc nie miałam w nim wsparcia finansowego. Więcej, niedługo potem i on stracił pracę ale wtedy ja właśnie stawałam na nogi.
I ja byłam dzieckiem socjalizmu bo polemizując z Tobą w okresie przełomu Ty byłaś w najlepszym wieku. Wtedy ludzie właśnie w Twoim wieku robili duże pieniądze. Ja dopiero wkraczałam w dorosłe życie mając już dziecko, mając skończone tylko liceum.
Może szybko jeszcze jedna historia.
Moja przyjaciółka 50 letnia w zeszłym roku straciła pracę. Los nie był dla niej łaskawy. Rok wcześniej przeszła chorobę nowotworową, ma niepełnosprawnego męża na rencie oraz kredyt na dom. Po krótkim okresie poszukiwania pracy stwierdziła, ze może to czas na realizowanie marzeń i postanowiła otworzyć własną "knajpkę". Postarała się o dotację z Unii i od 9 miesięcy prowadzi własną działalność. Wszystko jest w naszych głowach. Zawsze znajdziemy powód by czegoś nie robić ale zawsze też znajdziemy motywację, żeby coś zrobić.

Zuzanna, życzę Ci żebyś wkrótce znalazła w sobie tyle motywacji, żeby jednak zacząć myśleć poza utartymi schematami. I nie zrozum mnie źle, nie uważam, że tak Ci jest dobrze. Po prostu nie masz na to siły ani ochoty. Pomyśl o tym bo wkrótce może już być za późno.

683 Ostatnio edytowany przez Antypoda (2015-03-14 00:58:11)

Odp: rozwód po 30 latach

Zuza, wszystko jest kwestią odpowiedniej priorytetyzacji. Gdybym ja sobie robiła gradację, za czy przeciw zmianie lokalizacji, to na pierwszym miejscu stałaby dla mnie:
- możliwość istotnej redukcji kosztów utrzymania (zmiana mieszkania na tańsze, bo lokum zaplanowane dla dwóch osób w tych okolicznościach dla jednej jest nieuzasadnionym nadmiarem)
oraz
- możliwość zmiany środowiska na bardziej perspektywiczne (znalezienie pracy).

Nowych przyjaciół można znaleźć wszędzie, do awaryjnego dowożenia chleba w każdym większym mieście można skorzystać ze sklepów internetowych, znalezienie dobrego lekarza w nowej lokalizacji też nie problemem, a i w naszych czasach można lekarzowi przesłać wyniki mailem i potem skonsultować się telefonicznie. Przyjmijmy więc, że póki co oni wszyscy są zaledwie pretekstem a nie rzeczywistym powodem Twojej decyzji. Zapewniam Cię, że gdyby to o byt i przyszłość ?swojaczków? i lekarzy chodziło, to oni na Ciebie by się pięciu minut nie oglądali.

Boisz się podjąć ryzyko. OK. Zrozumiałe. Nie boją się tylko szaleńcy i psychopaci. Nawet kiedy mamy do wyboru dwie pary butów, to się wahamy, a co dopiero w kwestii takiej wagi, jak całkowite przemeblowanie życia. No risk, no fun, Zuza. Nie jest filozofią zmarnowanie potencjału, który nadal masz i zostanie zgorzkniałą babą wysiadującą zgniłe jajo. Ale szkoda by było. Może nie muszą być wodotryski, ale może być przynajmniej godnie (oraz ciekawie). W aktualnym układzie, sama widzisz, że nie jest, bo czujesz się pokonana, bezwyjściowa, uboga, niespełniona. No i w ostateczności będziesz sobie mogła powiedzieć, że przynajmniej spróbowałaś.

684

Odp: rozwód po 30 latach

Antypodo!
Błagam, tylko nie ciekawie!!!
Ciekawie, aż za bardzo, miałam przez ostatnie dwa lata ( prawie). Poznałam nowe miejsca i nowych ludzi ( sąd, PZP, prawników, psychiatrów) którzy dostarczyli mi tyle nowych wrażeń, że leczę się do dziś. Więc teraz z wielką obawą podchodzę do "nowego" :-(
Tak, niektórym się udaje zaadaptować w nowych środowiskach, niektórym nie - tylko, że Ci nie piszą, bo mało kto ma ochotę dzielić się porażkami.
Znam parę pań w moim wieku, które z różnych ( najczęściej rodzinnych - by pomóc dzieciom w opiece nad dziećmi) zmieniły miejsce zamieszkania. Żadna z nich nie jest z tego zadowolona.  Czują się wyobcowane, zdane wyłącznie na krąg rodzinny, nie mogą "wrosnąć" mimo, że niektóre z nich, mieszkają w nowych miejscach prawie 10 lat.

"Starych drzew się nie przesadza"- jest dużo prawdy w tym powiedzeniu. Teoretycznie można znaleźć nowych przyjaciół ( choć ja uważam, że teraz to już tylko znajomych - przyjaźnie buduje się latami), ale w praktyce to nie jest proste, bo z reguły każdy z potencjalnych "nowych przyjaciół" ma już swój krąg "wsparcia i adoracji" i niechętnie poszerza go o nowych członków. Myślę, że w nowym miejscu byłabym jeszcze bardziej wyalienowana, wyrzucona poza nawias.

Jak już pisałam "aby było taniej" mogę zmienić miejscowość tylko na mniejszą ( większe są dużo droższe i w cenach mieszkań i w życiu codziennym - komunikacja, koszty utrzymania, właśnie ze względu na "możliwości" jakie oferują) Z kolei te mniejsze gdzie ceny są niższe ( z jakiegoś powodu) pustoszeją właśnie z powodu braku pracy i perspektyw.

Ale rozważam Twoją "podpowiedź" o  podwójnym wynajmie w ramach mojej miejscowości. Wprawdzie pośrednik "od sprzedaży" bardzo mnie przed takim krokiem przestrzegał ( bo, w przeciwieństwie do sprzedaży, nie ma żadnej fizycznej możliwości "sprawdzenia" komu wynajmujemy i egzekwowania od niego należności) ale popytam wśród znajomych czy nie mają kogoś  " z polecenia"

Jakoś bezpieczniej czuję się w "swoim" środowisku, może to błąd, ale nie potrafię rozbudzić w sobie ducha "wielkiej przygody", nigdy nie pociągało mnie eksplorowanie "terra incognita". Nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy pchają się na niezdobyte szczyty odmrażając sobie co wrażliwsze "końcówki" ( żeby tylko :-()ryzykują wszystkim aby osiągnąć swój ten cel. Niby wiem, że to pasja, imperatyw ale "do końca" tego nie pojmuję.

"No fun, no risk" -są tacy, którym adrenalina jest niezbędna do dobrego samopoczucia,  ja do nich nie należę. Pewnie jestem tchórzem, może mam zbyt mało "tego czegoś' ( wiary w siebie, brawury, fantazji?) a może za dużo "czegoś innego" ( poczucia rzeczywistości, krytycyzmu, wyobraźni) by rzucać się na nieznane wody -wbrew słowom wieszcza "mierzę zamiar według sił" gdyż moim zdaniem to rozsądniejsze.

Nie chciałabym Antypodo, abyś odniosła wrażenie, że nie doceniam Twoich starań. Bardzo Ci za nie dziękuję, rozważam każdą z rad, przyswajam sugestie, że mogę coś zmienić.

Na marginesie - te  "uzasadnione potrzeby" - sąd traktuje bardzo "siermiężnie" - np. nie uznał mojej potrzeby korzystania z komunikacji miejskiej :-( Choć wcale nie żądałam "fanaberyjnie" na taksówki, czy bilet lotniczy ( do dzieci w końcu) tylko na bilet miesięczny...

685

Odp: rozwód po 30 latach

Zuzanna i in_ka ,dzis u mnie troche lepiej .Prozaicznie sugerowany (czy tam nazwany inaczej )rachunek za  prad okazal sie przewidywalny .Stad mam lepsze  spojrzenie na przyszlosc ..Wiem Wy o czym innym a ja ,ze dam rade ,ze pradu mi nie odetna .Rozne sa radosci.Na dzien dzisiejszy moja  jest taka smile.Małe radosci ,duze radosci .Wiem ,wiem zawezilam radosc do przezycia .Taki etap .Bedzie inny .lepszy .ale dzis ten wystarczy .

686

Odp: rozwód po 30 latach

Kochamkonwalie
Wiem, że czas nie jest przyjacielem kobiety, że "ucieka" mi bezproduktywnie, że czekanie "iż coś się zdarzy" nie ma sensu, bo samo nic się nie zdarza. Tylko, że nie potrafię tej wiedzy przekuć na czyn :-(
Przerażeniem napawa mnie każde przedsięwzięcie - od  wyjścia z domu po rozmowy  "z panią za biurkiem". I nie jest to jakiś konkretny lęk ( bo będzie bolało, bo jestem na to za głupia, bo sobie złamię nogę, który można oswoić) tylko paniczny, obezwładniający, odbierający zdolność logicznego myślenia. Przypuszczam, że jest to "podzwonne" po ostatnich przejściach, bo nigdy przed tym czegoś takiego nie miałam.
W ogóle nigdy nie bałam się o siebie. Drżałam o dzieci, o "już nie mojego",o rodziców ale do swego bezpieczeństwa nie przywiązywałam wagi, uważając, że skoro nie prowokuję niebezpieczeństw, to nic złego mi się nie przytrafi. Wygląda na to, że teraz suma wszystkich strachów przypadających "na głowę mieszkańca " skumulowała  mi się.
Tak, "wszystko jest w naszych głowach" - tylko jak odróżnić " ograniczające śmieci"  od "pożytecznych doświadczeń" i wyrzucić zbędne a zachować potrzebne? Jak zbudować na nowo wiarę w możliwości, kiedy okoliczności sprzęgają się przeciwko? Jak się zmotywować, gdy posiadło się już tę smutną wiedzę, że nie warto, że za późno?

687

Odp: rozwód po 30 latach

Rakija!
Bardzo się cieszę i doskonale rozumiem Twą radość. Będziesz miała prąd, będziesz na forum! ( A to jest i moją radością) Hurra!
Wiesz co dla kogo "dużo" co dla kogo "mało" to sprawa nierozwiązywalna.
Fajnie, że na weekend ubyła Ci jedna troska. Oby i inne pierzchły gdzieś, skąd nie będą miały wyjścia i tam sobie wyzionęły ducha ;-)

688

Odp: rozwód po 30 latach
Zuzanna 58 napisał/a:

Błagam, tylko nie ciekawie!!!
Ciekawie, aż za bardzo, miałam przez ostatnie dwa lata ( prawie). Poznałam nowe miejsca i nowych ludzi ( sąd, PZP, prawników, psychiatrów) którzy dostarczyli mi tyle nowych wrażeń, że leczę się do dziś. Więc teraz z wielką obawą podchodzę do "nowego" :-(

Nieprawda. Mylisz pojęcia. To nie były wrażenia ?ciekawe? tylko nieciekawe ale konieczne, bo zapewnione Ci przez czynniki zewnętrzne. Na ?ciekawe? trzeba popracować swoim wnętrzem.

Zuzanna 58 napisał/a:

Tak, niektórym się udaje zaadaptować w nowych środowiskach, niektórym nie - tylko, że Ci nie piszą, bo mało kto ma ochotę dzielić się porażkami.

Nieprawda. To właśnie porażkami i dramatami ludzie się dzielą najchętniej i najgłośniej. I to jest bolączką tego społeczeństwa. Zobacz, jaki jest tego procentowy udział w świecie mediów i na forach.

Zuzanna 58 napisał/a:

"Starych drzew się nie przesadza" - jest dużo prawdy w tym powiedzeniu.

Za grosz prawdy. To urban legend powtarzana przez ludzi małej wiary dla ludzi małej wiary. Żeby ich jej pozbawić do cna. Jest mnóstwo ludzi, którzy w dużo późniejszym wieku się przesadzili. Trzeba tylko nastawić ?odbiornik? na ich dostrzeganie.

Zuzanna 58 napisał/a:

Teoretycznie można znaleźć nowych przyjaciół ( choć ja uważam, że teraz to już tylko znajomych - przyjaźnie buduje się latami),

Prawda. A tych lat masz jeszcze trochę przed sobą. I czy ktoś powiedział, że zdobywając nowe znajomości masz się pozbywać starych przyjaciół?

Zuzanna 58 napisał/a:

ale w praktyce to nie jest proste, bo z reguły każdy z potencjalnych "nowych przyjaciół" ma już swój krąg "wsparcia i adoracji" i niechętnie poszerza go o nowych członków.

Nieprawda. Ja sama chętnie poszerzam i znam ludzi, którzy też tak robią. To nas wzbogaca, rozwija, daje radość. Mało tego, można mieć nawet kilka kręgów wsparcia i adoracji.

Zuzanna 58 napisał/a:

"No fun, no risk" -są tacy, którym adrenalina jest niezbędna do dobrego samopoczucia,  ja do nich nie należę. Pewnie jestem tchórzem, może mam zbyt mało "tego czegoś' ( wiary w siebie, brawury, fantazji?) a może za dużo "czegoś innego" ( poczucia rzeczywistości, krytycyzmu, wyobraźni)

Nieprawda. Właśnie poczucie rzeczywistości i wyobraźnia powinny Ci podpowiadać konieczność zmian i podjęcia ryzyka. Ale masz pełne prawo pozostać w tej konfiguracji, w jakiej jesteś teraz. Tyle tylko, że wtedy to jest już Twój świadomy wybór i nie możesz sobie rościć prawa do czegoś bardziej satysfakcjonującego.

689

Odp: rozwód po 30 latach

Antypodo!

Lubię Cię czytać, bo wprowadzasz jakiś "nowy prąd" w moje myślenie. I nawet jeśli jest to myślenie nad kontrargumentami, to zmusza mnie do zastanowienia...
Nad "prawda - nie prawda" nie będę się rozwodzić, bo moim zdaniem bywa tak i tak. Są tacy, którzy czerpią satysfakcję ze zmian (nawet na gorsze) bo jest "inaczej" i to już jest dobrze, są tacy którzy zmian się boją ( zwłaszcza diametralnych) bo dla nich "inaczej" znaczy źle..."lepszy wróg znany od nowego"

Zmieniając miejsce zamieszkania niestety w jakiś sposób tracisz kontakt z przyjaciółmi - powoli odsuwasz się od ich życia, a oni od twego. Nie wpadną do ciebie ot, tak, nie wyciągniesz ich na spontaniczny spacer... Potem dochodzisz do wniosku, że nie ma sensu obarczać ich swymi problemami, więc w telefony zamiast rozmów są prostą wymianą informacji :-( Na koniec wysyłasz kartki cztery razy do roku z życzeniami...

Nowi...Widzisz, nie zaprzyjaźniam się "łatwo" i choć pozornie jestem otwarta i kontaktowa bardzo ostrożnie "odkrywam się", a teraz, to chyba już bym nie potrafiła "tak do końca" komuś zaufać. Poza tym mimo niewątpliwie przeludnionego świata, wcale nie jest łatwo "trafić na ludzi ze swej bajki" :-(

A nawet "technicznie" jest to trudne, bo co? Ganiać po ulicach z napisem na plecach "szukam przyjaciół"? Ogłosić się w internecie? Można, tylko ze smutnych historii ( od czasu do czasu obejrzę jakiś program w tv) wynika, że znacznie częściej można paść ofiarą niż znaleźć prawdziwą przyjaźń. Bo jeśli ktoś wie, czego potrzebujesz, to bardzo łatwo tę wiedzę wykorzysta przeciwko tobie. Będzie tobą manipulował, dając iluzję tego czego szukałaś, a biorąc to, na czym jemu zależy. Popatrz na te wszystkie kobiety, które szukają "prawdziwej miłości" na różnych portalach a potem żalą się publicznie, że zostały oszukane, wykorzystane, okradzione...

Oczywiście, nie musi tak być, ale bywa, niepokojąco często.

Powiesz, że trzeba "iść" po linii pasji, zainteresowań - ale niestety każda aktywność społeczna wymaga środków finansowych ( im ciekawsza, przyjemniejsza, tym większych)

Przestroić odbiornik powiadasz... Rada słuszna tylko jak to zrobić? Cóż poradzę na to, że moje zainteresowania nie oscylują między kuchnią a zdrowiem, kościołem a plotkami? Że sensacje z tabloidów nie wywołują we mnie innej reakcji, niż wzruszenie ramion? I czy będę szczęśliwsza gdy "wejdę" w cudze nieszczęścia w jakiejś  "grupie wsparcia?"

Masz rację, że mogę tkwić w tej konfiguracji w jakiej jestem. Nie jest mi w niej dobrze, ale obawiam się, że w "innej" też będzie źle, bo to co dawało mi radość,  szczęście, poczucie spełnienia już do mnie nie wróci :-(

A "na dnie" wszystkich moich frustracji, leży bunt przeciwko temu, że to ja mam sobie szukać "nowego" ( miejsca, sposobu na życie, sensu i motywacji, zmuszać się do działań, na które nie mam najmniejszej ochoty) bo "nie mój" uznał, że więcej już ze mnie "nie wyciągnie"...

690

Odp: rozwód po 30 latach

Ja już, Zuzanno, podzieliłam się z Tobą wszystkimi swoimi przemyśleniami na temat sytuacji, w jakiej się znalazłaś. Być może, jeśli nadejdzie moment, w którym znajdziesz w sobie więcej odwagi i determinacji (a może zdrowej złości), raz jeszcze, w innym świetle odczytasz wszystko, co tu zostało napisane i zaczerpniesz z tego. Pozdrawiam Cię serdecznie z nieustającą wiarą w Twoją moc i potencjał teraz, mam nadzieję, przytłumione jedynie przez nadmiar i kaliber ostatnich zmian.

691

Odp: rozwód po 30 latach

Antypodo
Dziękuję Ci,  ze poświęcałaś mi swój czas.
Wszystkie uzyskane rady analizuję ( może zbyt drobiazgowo) tylko z wcielaniem ich w życie mam problemy, bo widzę głównie trudności i niebezpieczeństwa. Zaczynałam od solidnych fundamentów i zawaliło się :-( Teraz mam zaczynać od dymu z komina...

692

Odp: rozwód po 30 latach

Wpadniesz w czarną dziurę zapomnienia Zuzanno,
piszę więc w twoim wątku, żeby go odświeżyć wink
Antypoda wpadła jak 5 dniowa burza pogoniła towarzystwo i ... cisza smile
Pisz co tam u ciebie Zuzanno, oderwiesz się może od swojej codzienności trochę, ktoś odpisze - podrażni, a ty poćwiczysz asertywność wink

693

Odp: rozwód po 30 latach

In- ko
Rzeczywiście mam nawyk "odpisywania" :-) choć czarna dziura zapomnienia nie przeraża mnie bardziej niż, czarna dziura porzucenia, każda z nich jest tak samo czarna :-( ale bardzo miło, że próbujesz mnie "rozruszać".
Co u mnie? Kolejna wizyta u psychiatry, zmiana leków na silniejsze - już żadną miarą nie dało się zwalić apatii na pogodę, bo słońce pobudziło  do życia nawet muchy :-) Zobaczymy jak podziałają.
Zastanawiałam się co leży u podstaw mojej indolencji? Strach? Brak wiary w możliwość zmiany? Nieumiejętność pogodzenia się z rzeczywistością? Czy może właśnie pogodzenie się z nią?
Jakikolwiek by nie był powód, to skutkuje "ciągnięciem w dół" :-(

694

Odp: rozwód po 30 latach

Antypoda jak wszyscy zostala storpedowana slowami ....NIE, bo.....
Kazdy jest panem swego losu, kieruje nim, sam decyduje czy i co robic.
A Zuzanna, narazie czeka, nie jest przeciez tak zle, dzieci placa rachunki, alimenty mam na zycie, wiec czarna dziura jeszcze nie tak czarna....

Pozdrawiam Zuzanno.
Ps.A  Antypoda mnie nie przegonila,  brak czasu tylko,  syn szkarlatyne zalapal. Cala jesien i zima bez kichniecia nawet, a teraz corka ospa niedawno, syn szkarlatyna teraz.

695 Ostatnio edytowany przez Antypoda (2015-03-19 10:38:26)

Odp: rozwód po 30 latach

Zuza, po Twoich słowach o budowaniu z dymu z komina trochę poszperałam. Może tu znajdziesz jakieś natchnienie, trochę motywacji. Coś o pracy 50+ i nie tylko o pracy big_smile.

(Mam nadzieję, że nie ma wśród tych linków niczego, co mogłoby okazać się przekierowaniem niezgodnym z regulaminem.)

http://poradnik-kariery.monsterpolska.pl/rozwoj-zawodowy/wyksztalcenie-i-szkolenia-zawodowe/aktywni-po-piecdziesiatce/article.aspx
http://www.portalsamorzadowy.pl/praca/urzedy-pracy-beda-mocniej-wspierac-osoby-po-piecdziesiatce,59566.html
http://www.wellnessday.eu/rozwoj/emocje/454-zycie-zaczyna-sie-po-50.html
http://www.wspolczesna.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20150301/MAGAZYN/150229755
http://www.biznes.newseria.pl/news/co_czwarty_bezrobotny_po,p1746969834
http://www.eostroleka.pl/tylko-30-proc-polek-po-55-roku-zycia-pracuje-zawodowo,art43175.html
http://50plus.gov.pl/Historie-osob-40416
http://www.plus50.pl/index.php/oto-moja-historia.html
http://www.centrum50plus.edu.pl/
http://stylissima.pl/

in_ka napisał/a:

Antypoda wpadła jak 5 dniowa burza pogoniła towarzystwo i ... cisza smile

Słabe. Niepotrzebne. Chyba że Tobie. Bez tego zdania Twój post byłby sympatyczniejszy. Imperatyw nieodpuszczania/odwetowość szalenie utrudnia komunikację.

takasobiejaS, owszem zostałam storpedowana, ale uznaję to za naturalne w tych okolicznościah i nie wywołuje to mojego znieciepliwienia tylko pobudza do myślenia, co ew. mogłoby pomóc.

696

Odp: rozwód po 30 latach

TakasobiejaS
Zajmujesz się akupunkturą zawodowo, czy też wbijanie szpilek to Twoje hobby?
Oczywiście doceniam Twą aktywność w tym wątku, ale z mojej oceny jest ona bezcelowa ( poza podbijaniem ciśnienia bez porannej kawy;-)) bo  przestroga płynąca z mojej historii Ciebie nie dotyczy, ani rad specjalnie konstruktywnych nie udzielasz :-(.
Może więc, ku ogólnemu pożytkowi skieruj, swe działania w inną stronę.
Również pozdrawiam i życzę szybkiego powrotu do zdrowia Twemu dziecku.

697

Odp: rozwód po 30 latach

Antypodo
Dziękuję! Będę się zapoznawać cyklicznie z Twoimi propozycjami. Z pobieżnego "oglądu" na razie, zauważyłam, że zainteresują mnie i teraz będę się wczytywać.
Miłego dnia - "na dziś" już możesz sobie odptaszkować "dobry uczynek" ;-) to oczywiście żart z dużą dozą uznania dla Ciebie

698

Odp: rozwód po 30 latach
Antypoda napisał/a:
in_ka napisał/a:

Antypoda wpadła jak 5 dniowa burza pogoniła towarzystwo i ... cisza smile

Słabe. Niepotrzebne. Chyba że Tobie. Bez tego zdania Twój post byłby sympatyczniejszy. Imperatyw nieodpuszczania/odwetowość szalenie utrudnia komunikację.

być może dla ciebie "słabe"
przyznam szczerze dla mnie mało istotne jest Twoje zdanie na mój temat,
mój post odniósł skutek, Zuzanna się odezwała a to było moim celem, mam nadzieję, że nadal będziesz aktywna w Jej wątku (w co ostatnio zwątpiłam)

Zuzka może nawyk "odpisywania" zmień na pisanie, opowiadanie nam o sobie, o tym co czujesz w jakim jesteś nastroju,
to też bywa formą terapii,
dobrze, że zmiana leków - widać było taką potrzebę
bywa tak, że nieraz nie potrafimy znaleźć odpowiedzi na pytania, może ich zwyczajnie na razie nie zadawać smile

699 Ostatnio edytowany przez Antypoda (2015-03-19 11:51:58)

Odp: rozwód po 30 latach

Zuza, i tak nie pójdę do nieba. Żadne ptaszki mi nie pomogą. big_smile
A poza wszystkim, nie zapominaj, że jesteśmy w zbliżonym wieku, więc i sama dla siebie z tych stron coś zaczerpnęłam. Obie więc jesteśmy do przodu.

in_ka napisał/a:

przyznam szczerze dla mnie mało istotne jest Twoje zdanie na mój temat,

ale dla mnie jest istotne, to do czego próbujesz sprowadzić mój udział w tym wątku.

in_ka napisał/a:

mam nadzieję, że nadal będziesz aktywna w Jej wątku (w co ostatnio zwątpiłam)

Niepotrzebnie. Będę uczestniczyć ale tylko w takim wymiarze, w jakim uznam za stosowne. Nie każdy ma taki komfort czasowy (albo potrzebę), żeby udzielać się na forum codziennie.

700

Odp: rozwód po 30 latach
Zuzanna 58 napisał/a:

Zastanawiałam się co leży u podstaw mojej indolencji? Strach? Brak wiary w możliwość zmiany? Nieumiejętność pogodzenia się z rzeczywistością? Czy może właśnie pogodzenie się z nią?
Jakikolwiek by nie był powód, to skutkuje "ciągnięciem w dół" :-(

We wszystkich książkach, które czytałam ? od pojechanych typu Tolle, Louise Hay po standardowe poradniki psychologiczne ? jako przyczynę depresji podaje się niewyrażoną złość. Tłumione uczucie złości. Ponieważ przez wiele lat uczyliśmy się tej złości nie wyrażać, nie uzewnętrzniać jej na innych, to skierowaliśmy ją do środka. Efektem może być depresja. Pomieszane jest to też z poczuciem winy. Skoro złość jest "zła", to jestem "winna". Zła, niedobra a dzi a dzi zrobię sobie krzywdę i będę miała depresję za karę.

Nie wiem, jak jest u Ciebie. Dzielę się informacjami i własnym doświadczeniem.

701

Odp: rozwód po 30 latach

Zuzanna spokojnie. Taka "niemoc" to być może efekt depresji. Długotrwały stres robi swoje.

Masz mieszkanie, 700 zł alimentów, zdrowe, odchowane, samodzielne dzieci, przyjaciół. Nie jesteś osobą chorą, borykasz się raczej ze zwykłymi problemami zdrowotnymi. Nie jest źle.
Moim zdaniem nastaje dla ciebie dobry czas na zadbanie o dalszą przyszłość. Tak zwyczajnie, spokojnie, krok po kroku ku lepszemu:)
Nie musisz się spieszyć, nie musisz drżeć, że zostaniesz bez dachu nad głową. Masz czas wyjść na spacer, poodwiedzać urzędy. UP oferuje różnego rodzaju kursy, świadczy porady prawne. Można skorzystać z doradztwa zawodowego.
Masz czas na szukanie pracy. Mieszkasz w dużym mieście. Nie musisz sprzątać dla kogoś czy niańczyć dzieci. Cierpliwie szukałabym odpowiedniej pracy.

Twoje życie. Możesz sobie rozpaczać do końca - to są twoje decyzje. Ty decydujesz co zrobisz, kiedy zrobisz.
Nic nikt od ciebie nie wymaga. Dzieci będą cię kochać tak samo niezmiennie niezależnie od tego jak pokierujesz swoim życiem. Przyjaciele też zostaną. Nic nie tracisz, ale możesz wyłącznie zyskać.
Mam czasem pewne opory. Jednak jeśli zaryzykuję to może albo się udać albo i tak zostaję na zero.  Mimo to ciężko mi się przełamać, zdobyć na odwagę.

Nastaje piękna wiosna. Zresztą każda pora roku ma swój urok, każdy dzień. Zuzanna pomyśl ile możesz.
Tak jak to co się stało w twoim życiu osobistym nastąpiło nagle i zaskoczyło cię tak samo dzieje się w innych obszarach naszego życia. Nie wiesz co wydarzy się na godzinę, minutę.
Lubię sobie czasem ponarzekać. Oj to mi wychodzi bardzo dobrze.
Od jakiegoś czasu źle się z tym czuję. Nie wiem po co mi to.
To nic nie zmienia w moim życiu, nie daje mi nic pozytywnego. Ani rewelacyjnie nie nastawia mnie ani otoczenie. Jest gadaniem, żadnym działaniem. To już chyba lepiej na wesoło i się z tego pośmiać.

A tak na marginesie. Nie zawsze trzeba ciężko pracować. Jest podobno taki program " żony Hollywood" - moja psycholog życzy mi tego, abym miała takie wygodne życie. Nie oglądałam tego programu, ale życzę wszystkim kobietom jak najbardziej wygodnego życia. Pracy z pasji, chęci, a nie z obowiązku.
Za wyjątkiem tych, które ustawiły się w ten sposób kosztem innej kobiety.
Zuzanna ty sobie przynajmniej w miarę fajnie żyłaś przez 30 lat. Nie wykluczone, że wkrótce znów tak będzie.
Niektóre nigdy nie miały tego luksusu. Nie dość, że musiały zasuwać od 6 rano to jeszcze np wcale fajnego chłopa nie miały.
Tak znowu źle na tych 30 latach nie wyszłaś:)

702 Ostatnio edytowany przez in_ka (2015-03-19 12:10:54)

Odp: rozwód po 30 latach
Antypoda napisał/a:
in_ka napisał/a:

przyznam szczerze dla mnie mało istotne jest Twoje zdanie na mój temat,

ale dla mnie jest istotne, to do czego próbujesz sprowadzić mój udział w tym wątku.

in_ka napisał/a:

mam nadzieję, że nadal będziesz aktywna w Jej wątku (w co ostatnio zwątpiłam)

Niepotrzebnie. Będę uczestniczyć ale tylko w takim wymiarze, w jakim uznam za stosowne. Nie każdy ma taki komfort czasowy (albo potrzebę), żeby udzielać się na forum codziennie.

Antypodo odpuść ...
ja więcej nie rozmawiam z Tobą, ty zostaw mnie,
pragnę przypomnieć, że to Ty mnie zaczepiłaś w tym wątku, nie ja Ciebie (przeczytaj początek swojego pierwszego postu)
miłego dnia Antypodo

703

Odp: rozwód po 30 latach
in_ka napisał/a:

[Miłego dnia Antypodo

OK. Wzajemnie miłego :-)


bet napisał/a:

To już chyba lepiej na wesoło i się z tego pośmiać.

Bingo! Kocham Cię big_smile
Zna ktoś jakąś dobrą komedię o kobiecie po podobnych przejściach, którą mogłybyśmy polecić Zuzie? Hmmm. Muszę pomyśleć.

704

Odp: rozwód po 30 latach

Mam nadzieję, że pouśmiechacie się jak ja:)
Spec " Ona robi ...."
Eh... ta piękna, romantyczna miłość...:)))!!!
Co tam praca, kasa i inne błahe sprawy!
Chciałam jeszcze raz posłuchać a tu : Chryzantemy złociste.

705

Odp: rozwód po 30 latach

No to tak:

Babcia gandzia
Lepiej późno niż później
Co nas kręci, co nas podnieca
Lepiej być nie może
oraz OBOWIĄZKOWO - Zakopana Betty (tak proste, że aż wzruszające)
I, co mi tam, niech będzie - Zmowa pierwszych żon

A na deser - Jabłka Adama (rola Mikkelsona ? pastora, jakby specjalnie dla Ciebie zagrana, Zuza) oraz Jestem na tak (Program obowiązkowy)

Mam nadzieję, że choćby trochę się uśmiechniesz. big_smile

706

Odp: rozwód po 30 latach
bet napisał/a:

Zuzanna spokojnie. Taka "niemoc" to być może efekt depresji. Długotrwały stres robi swoje.

Masz mieszkanie, 700 zł alimentów, zdrowe, odchowane, samodzielne dzieci, przyjaciół. Nie jesteś osobą chorą, borykasz się raczej ze zwykłymi problemami zdrowotnymi. Nie jest źle.
Moim zdaniem nastaje dla ciebie dobry czas na zadbanie o dalszą przyszłość. Tak zwyczajnie, spokojnie, krok po kroku ku lepszemu:)
Nie musisz się spieszyć, nie musisz drżeć, że zostaniesz bez dachu nad głową. Masz czas wyjść na spacer, poodwiedzać urzędy. UP oferuje różnego rodzaju kursy, świadczy porady prawne. Można skorzystać z doradztwa zawodowego.
Masz czas na szukanie pracy. Mieszkasz w dużym mieście. Nie musisz sprzątać dla kogoś czy niańczyć dzieci. Cierpliwie szukałabym odpowiedniej pracy.

Twoje życie. Możesz sobie rozpaczać do końca - to są twoje decyzje. Ty decydujesz co zrobisz, kiedy zrobisz.
Nic nikt od ciebie nie wymaga. Dzieci będą cię kochać tak samo niezmiennie niezależnie od tego jak pokierujesz swoim życiem. Przyjaciele też zostaną. Nic nie tracisz, ale możesz wyłącznie zyskać.
Mam czasem pewne opory. Jednak jeśli zaryzykuję to może albo się udać albo i tak zostaję na zero.  Mimo to ciężko mi się przełamać, zdobyć na odwagę.

Nastaje piękna wiosna. Zresztą każda pora roku ma swój urok, każdy dzień. Zuzanna pomyśl ile możesz.
Tak jak to co się stało w twoim życiu osobistym nastąpiło nagle i zaskoczyło cię tak samo dzieje się w innych obszarach naszego życia. Nie wiesz co wydarzy się na godzinę, minutę.
Lubię sobie czasem ponarzekać. Oj to mi wychodzi bardzo dobrze.
Od jakiegoś czasu źle się z tym czuję. Nie wiem po co mi to.
To nic nie zmienia w moim życiu, nie daje mi nic pozytywnego. Ani rewelacyjnie nie nastawia mnie ani otoczenie. Jest gadaniem, żadnym działaniem. To już chyba lepiej na wesoło i się z tego pośmiać.

A tak na marginesie. Nie zawsze trzeba ciężko pracować. Jest podobno taki program " żony Hollywood" - moja psycholog życzy mi tego, abym miała takie wygodne życie. Nie oglądałam tego programu, ale życzę wszystkim kobietom jak najbardziej wygodnego życia. Pracy z pasji, chęci, a nie z obowiązku.
Za wyjątkiem tych, które ustawiły się w ten sposób kosztem innej kobiety.
Zuzanna ty sobie przynajmniej w miarę fajnie żyłaś przez 30 lat. Nie wykluczone, że wkrótce znów tak będzie.
Niektóre nigdy nie miały tego luksusu. Nie dość, że musiały zasuwać od 6 rano to jeszcze np wcale fajnego chłopa nie miały.
Tak znowu źle na tych 30 latach nie wyszłaś:)

No sorry Bet,
wtrace się, bo Zuzanna bliska mi jest swoja historia , wiekiem...
Myśle, że skoro czegoś nie przeżyłyśmy to tego nie znamy, więc wypowiedzi na ten temat moga byc nietrafne.
jak mozna mówic Zuzie, że źle nie wyszła na tych 30 latach?! To co, ma sobie zupe na kieckach ugotować?To nie Zuzy wina, że inne do roboty na 6-stą jeżdżą, i  z tegoz samego powodu nie należy jej do takiej roboty wyganiać!
700 alimentów, po całym życiu poświęconym wspólnej sprawie, wspólnej działalności, kto nie przeżył - nie wie o czym mowa!
Gdy żyje sie bez większych problemów finasowych i nagle traci się to z nie własnej winy, przychodzi lęk, strach, i każde gadanie - dasz radę, pierdu pierdu tego strachu nie cofnie.
Cos się zawaliło, ptaszki ćwierkające za oknem tego lęku nie pogonia.
Zuzanno, życzę ci siły, by depresję zwalczyć, chęci do życia i siły do życia,
ja mam większe "alimenty", a i tak uważam, że w czarnej jestem.....
Szczęśliwie, bez leków, bez medyka, jedynie bezsenność mnie męczy i zniechęcenie do wielu rzeczy, ale jak ten żółwik macham łapkami by w jakikolwiek sposób nie osiąść na dnie

707 Ostatnio edytowany przez Antypoda (2015-03-19 22:10:08)

Odp: rozwód po 30 latach

Wszystko się zgadza, Krys_na. Zuzanna, przeżyła nie tylko i nie po prostu rozwód (bo nie wyszło, bo niezgodność charakterów, bo się wypaliło) ale w pakiecie dostała też upokorzenie w postaci długoletniej zdrady, która potęguje poczucie porażki x 10. Zgadzam się, że osobom, które takiego kalibru porażki nie przeżyły trudno jest poczuć ogrom strat i beznadziei. Sama nie wiem, jak ja bym zareagowała w takiej scenerii, bo moją sytuację w onym czasie od sytuacji Zuzanny różnił jednak wiek (choć też już młódką nie byłam), to, że miałam pracę oraz że to ja podjęłam decyzję o odejściu. Też była zdrada (-y), zmiana lokalizacji, wstrząs, lęk o przyszłość. Tyle tylko, że dla Zuzy to już stan zastany. Teraz trzeba się zastanawiać nad ułożeniem sobie życia w tym / z tym co jest, a nie co mogło być. Zuzanna nadal ma bazowe składowe, z którymi można pokombinować, tylko że ona, z oczywistych przyczyn nie ma do tego żadnej motywacji. I w tym chyba głównie Zuza potrzebuje wsparcia ? w walce ze stanem apatii. Wszelkimi sposobami.

Zaprawdę, jest sporo fajnych kobiet w wieku dojrzałym, które ku zaskoczeniu całego otoczenia (i samych siebie) nie tylko podniosły się z kolan ale i błysnęły inwencją, ogarnięciem, samodzielnością i odrodzoną kobiecością. Owszem, nie ma ich za wiele. Trzeba się trochę naszukać, nie walają się na chodniku, ale jednak są i warto mieć to na uwadze.

Osobiście znam dwie kobiety, dziś w wieku 55 i 58 lat, o których, gdy je poznałam w momencie wtórnego rozkwitu, nie miałam pojęcia, przez co musiały przejść. Kiedy się dowiedziałam ? kopara mi opadła, jak wielkie rwanie wykonały. Jedna z nich, zapytana o to, co jej dawało motywację odpowiedziała: nie chciałam, żeby na moim nagrobku napisali ?Tu leży ofiara. RIP?

708

Odp: rozwód po 30 latach

Krys_na chyba mnie nie zrozumiałaś. Doskonale rozumiem Zuzannę jak i Ciebie. Nie ma we mnie przyzwolenia na według mnie niebywałą niesprawiedliwość.
Cóż jednak nam da to utyskiwanie.
To jest grzebanie w czymś na co się nie ma za bardzo wpływu. Na dłuższą metę to nie wprowadza nas w dobry nastrój, nie przynosi nam korzyści. Na pewnym etapie jest chyba nieuniknione, ale nie zmienia w żaden sposób naszej sytuacji. My się może i solidaryzujemy, ale nasz głos ginie. Nie prowadzi do zmiany.
Proponuję Zuzannie skupienie się na tym co ma, a nie na rozpamiętywaniu straty.
Czy mamy z Zuzanną dzielić jej żałobę? Wspólnie opłakiwać stratę?
Myślę, że tak, ale nadchodzi kiedyś czas by spojrzeć w przyszłość.

Zuzanna Ty z pewnością sama będziesz wiedzieć najlepiej kiedy...
Pozdrawiam ciepło:)

709

Odp: rozwód po 30 latach

Antypoda, bet
wic polega na tym, że czasami dawanie motywujących przykładów demotywuje.

I po prostu nie uważam za stosowne punktowanie Zuzanny za życie, które miała.Jakby sie jej nie należało, bet, tak odebrałam twoje słowa.
Że źle nie wyszła, no wybacz, ale oburza mnie to.

A fakt, że wiele kobiet się podnosi z takiej sytuacji jest budujący. Dobrze byłoby gdyby tutaj znalazła sie taka, która mogłaby swoim przykładem podbudować Zuzannę.
Ja np moge tylko powiedzieć, że rozumiem.Ale pomysłu nie mam.

710

Odp: rozwód po 30 latach

Bet
Ja nie rozpaczam, nie rwę włosów z głowy ( bo mimo wszystko szkoda mi  - kapelusik w trumnie się chyba nie sprawdza ;-)) po prostu się nic mnie nie cieszy mimo tych wszystkich sugestii, że powinno.
Wiosna mnie przeraża. Do tej pory mogłam ( jak musiałam) przemykać sobie okryta smutkiem tak szczelnie, jak muzułmanka burką, nie wzbudzając żadnego zainteresowania. Mogłam odmawiać wyjścia z domu pod pretekstem ( zimno, mokro, wieje, ciemno) teraz to odpadnie. Samotne spacery mnie nie pociągają  widok "sparowanych", co tu ukrywać, boli. Urząd pracy już odwiedziłam - oferty owszem są... dla operatorów wózków widłowych, budowlańców, księgowych ( ale z doświadczeniem zawodowym). Jakoś nikt nie czuje potrzeby zatrudnienia prawie  60 letniej, nieużywanej humanistki - takie czasy, że nie tylko odzież z drugiej ręki ma wzięcie.
Fakt, że nie wiem co mnie czeka, też mi humoru nie poprawia, bo mimo wysiłków, nie mogę dostrzec w przyszłości nic pozytywnego, natomiast bez trudu nasuwają mi się katastroficzne wizje.
Piszesz, że miałam fajne życie - poniekąd masz racje, bo choć jak każde życie nie było wolne od trosk i zmartwień to miało tę zaletę, iż dzieliłam je z kimś, kogo kochałam. Ale wspomnienia tego nie są w stanie "ocieplić" mi niefajnej rzeczywistości. Wiem, że ewoluuję ku zgorzknieniu i zdziwaczeniu bo źle się czuję "wśród ludzi" ale i w samotności nie za dobrze, bo wtedy wszystko sobie "odpuszczam" z braku motywacji.

711

Odp: rozwód po 30 latach
krys_na napisał/a:

Dobrze byłoby gdyby tutaj znalazła sie taka, która mogłaby swoim przykładem podbudować Zuzannę.

ale tutaj na FORUM jest lub było wiele, takich kobiet, które mogą "swoim przykładem podbudować" ...
takich, które przeżyły stratę i wywrócenie życia do góry nogami,
takich, które spotkała niesprawiedliwość, którym zawalił się ich świat
takich, które zostały przez życie zmuszone do budowania nowego ładu

drugiej takiej samej Zuzanny nie będzie, bo Zuzka jest jedna, jedyna niepowtarzalna, tak jak każda z nas wink

712 Ostatnio edytowany przez Antypoda (2015-03-19 23:42:48)

Odp: rozwód po 30 latach
Zuzanna 58 napisał/a:

Fakt, że nie wiem co mnie czeka, też mi humoru nie poprawia, bo mimo wysiłków, nie mogę dostrzec w przyszłości nic pozytywnego, natomiast bez trudu nasuwają mi się katastroficzne wizje.

Jak dla mnie, kobiety, która przeżyła upokorzenia trójkącika, najbardziej katastroficzną wizją jest taki scenariusz, że zostałabyś w tym związku, on okłamywałby Cię, wymykał się na schadzki, miał tajną komórkę, ty odchodziłabyś od zmysłów, bo intuicji i godności nie da się oszukać, czułabyś się jak pozbawiona płci kuchta do tych mniej atrakcyjnych zadań. Okłamywałabyś siebie i bliskich, że rodzinka jest cacy, zrobilibyście srebrne (czy jakie tam) gody, po których on skoczyłby przelecieć kontrkandydatkę, a Ty byś samotnie chlipała w poduszkę i zastanawiała się, w czym tamta jest lepsza. To jest dopiero wizja piekła. Pamiętasz jeszcze, jak się wtedy czułaś? Przypominaj sobie to do czasu do czasu. Pomaga. Wtedy też nie wiedziałabyś, co Cię czeka. To, paradoksalnie, teraz masz większą klarowność sytuacji. To teraz wiesz na czym stoisz i nikt nie podaje Ci soli łapskami dopiero co wyjętymi z innych majtek. To byś wolała? Ja wiem, że nie o takich wyborach marzyłaś, ale z dwojga złego...

713

Odp: rozwód po 30 latach

Antypodo
Odrobiłam zadanie :-)
Przeczytałam wszystkie linki. Niestety inspiracji nie znalazłam :-( Większość historii dotyczy ludzi, którzy, nie dość, że mieli doświadczenie zawodowe i po utracie pracy "przebranżowili się" mając na dodatek wsparcie w postaci męża/żony więc teraz mają z kim dzielić świeżo odzyskaną "radość życia".
Programy dla 50+ są , tylko, że jak sami ich twórcy przyznają, nie działają, bo pracodawcy nie  są skłonni podzielać entuzjazmu autorów dla  zatrudniania wiekowych pracowników. Te 30% kobiet pracujących po pięćdziesiątce ( a ja za chwilkę będę po sześćdziesiątce :-(((() mówi samo za siebie.
Poczytałam o blogerkach, "szafarkach" dojrzałych modelkach - miło, że mają pasję, że działają, ale to tylko hobbistyczna działalność. Na upartego mogłabym założyć bloga np. "Ryż na wodzie na 100 i więcej sposobów" - ryż na wodzie przegotowanej lub kranówce, posolony lub pocukrzony, mieszany łyżką, widelcem, trzonkiem noża, w prawo, w lewo itp... tylko po co? Żeby mi znajomi "lajknęli"?
Co  napiszą na moim nagrobku jest mi doskonale obojętne, bo ja tego czytać nie będę :-) A jak nieraz czytam napisy na cudzych, to wychodzi, że same ideały po tej ziemi chodziły ( wiadomo  - de mortuis aut bene, aut nihil). Więc ten impuls też odpada :-(
Ale doceniam Twe starania i bardzo za nie dziękuję, bo gdzieś tam głęboko w środku leży we mnie "nadziejka" że któregoś dnia obudzę się z letargu ( cholera przydałby się pocałunek prawdziwego królewicza :-)) z pomysłem na dalsze życie. Choć pesymizm od razu podpowiada, że pewnie to będzie ostatni mój dzień...

714 Ostatnio edytowany przez in_ka (2015-03-20 00:16:36)

Odp: rozwód po 30 latach

Zuzka, ty załóż bloga
"I tak się nie uda - bo nie ..."
taki żarcik, bo ja to wiesz - szutnik jestem wink

a co do rwania włosów z głowy to ja mówię tak:
a po co mi to, już raz same wyszły, jeszcze znowu im się to spodoba smile
a co do twojego wieku - moja koleżanka (twoja rówieśnica) zmieniła właśnie kolejnego partnera, zmieniła pracę, rożne ma dolegliwości na co nie zważa a jak ja noga boli mówi: a to sprawa nogi, że boli wink
i wyjeżdża właśnie na narty w Alpy

wszystko można, tylko to chcieć trzeba mieć w sobie, może gdzieś tam Zuza w twojej okolicy jakieś zagubione CHCĘ się błąka - rozejrzyj się troszku dookoła smile

715

Odp: rozwód po 30 latach

Antypodo
Od podawania ( soli, cukru, herbatki, lekarstwa) byłam ja, więc ta drastyczna wizja i tak nie miała by miejsca. Oczywiście, że pamiętam jak było i że to było piekło.
Tak masz rację, teraz mam pod tym względem "lepiej" niż wtedy. Już nie trzęsę, nie myślę, nie odkrywam nowych dowodów perfidii. To wprawdzie tkwi we mnie, ale się "otorbiło" i   już  nie uraża bezustannie. Ale jest i  nie pozwala na normalne funkcjonowanie, bo paraliżuje  niewiarą, nieufnością, lękiem przed "nowymi" ludźmi, sytuacjami, działaniami.

Posty [ 651 do 715 z 1,226 ]

Strony Poprzednia 1 9 10 11 12 13 19 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » rozwód po 30 latach

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024