Niektóre dzieci mają się tylko uczyć, mama im gotuje, pierze i sprząta pokój.
Inne mają stosowną do wieku swobodę, ale rodzice wymagają drobnej pomocy w domu, sprzątania zabawek, wyprowadzania psa na spacer.
Jeszcze inne od maleńkości muszą sprzątać, gotować, pracować w polu i opiekować się młodszym rodzeństwem.Jakie obowiązki i w jakim wieku miały/mają Wasze dzieci? Czy spotkałyście się kiedykolwiek z zarzutami, że Wasza pociecha robi zbyt mało/zbyt wiele? Gdzie, Waszym zdaniem, kończy się normalne przyuczanie do życia w rodzinie i do późniejszej, samodzielnej egzystencji, a zaczyna przeciążanie dziecka i... wykorzystywanie?
Zapraszam do dyskusji.
Wypowiem się tylko z własnego punktu odniesienia, żeby nie hołdować powiedzeniu: "najlepiej, to się cudze dzieci chowa".
Oprócz czynności, które mają na celu w miarę znośne współżycie w rodzinie, nie wymagałam od dzieci zbyt wiele. Odstawianie po sobie naczyń, pomaganie przy przygotowywaniu posiłku, czy porządki, nie nazywam pracą, to część naszego życia, jak jedzenie, czy higiena.
Mycie okien, malowanie płotu, albo wrzucanie opału do składzika, to już poważniejsze zajęcia, w których albo dzieci uczestniczyły na zasadzie wspólnego spędzania czasu, albo, gdy podrosły, wykonywały samodzielnie.
Pomimo, że nasze pociechy chętnie pomagały w domu, gdy były młodsze i wielokrotnie słyszałam podziw z ust znajomych i rodziny na ich temat, obecnie migają się, jak mogą. Dwójka z nich jest już dorosła i pomimo, iż nie samodzielna, mają własne życie i sprawy. Jednak, gdy zapowiem, że w danym dniu potrzebuję ich pomocy w gotowaniu, bo szykuje się jakaś uroczystość rodzinna albo trzeba skosić trawę, to nie odmawiają.
Mąż zawsze uważał, że za mało wymagam od dzieci, ja, że za dużo.
Obecnie trzymają swój artystyczny nieporządek na terenach swoich pokoi i w te zakamarki nie wnikam, ale jeśli zostawiają swoje rzeczy w pokoju dziennym lub pozostawiają bajzel po swoich wyczynach kulinarnych w kuchni, potrafię być niemiła.
Jestem zdania, że nie będę po nich sprzątać, bo oni po mnie nie muszą.
Inaczej ma się sprawa z dwunastoletnią córką, która lubi mi pomagać. Chętnie wykonuje czynności, o które ją poproszę pod warunkiem, że jakieś bardziej fascynujące zajęcie nie odwróci jej uwagi.
Nigdy nie nakazywałam dzieciom sprzątania zabawek natychmiast po zabawie. Często ich budowle pozostawały do kolejnego dnia, żeby mogły je kontynuować. Nie wymagałam idealnego porządku na biurku, bo zdaję sobie sprawę, że to doskonałe miejsce dla niedokończonych czynności.
Dzieciaki miały też stałe obowiązki adekwatne do wieku. Nie było ich wiele, raczej jedna czynność na osobę, ale ta sama codziennie. Syn na przykład karmił psy, córa nakrywała do stołu.
Uważam, że najważniejszym obowiązkiem dziecka jest nauka. Moim zdaniem powinno się traktować uczęszczanie do szkoły na równi z pracą zawodową dorosłych.
W dni powszednie nie wykonuję w domu żadnych poważnych prac. Nie rzucam się na mycie okien lub szorowanie podłóg, bo nie mam na to czasu, ani siły. Poważne czynności planuję na sobotę, gdy mam wolne. Dlaczego miałabym wymagać od dzieci, żeby robiły coś, czego sama nie robię? Mamy pewien rytm życia i uczestniczymy w nim wspólnie.