Ja składając pozew brałam pod uwagę moje zarobki i zarobki mojego męża, a nie fakt, że powinien w połowie partycypować w kosztach utrzymania. Bardziej na zasadzie "ojej jak on da radę, a mi wystarczy".
Dziś się wściekłam... bez tych rózowych okularów ciężko się toleruje takiego człowieka.
Był wczoraj u młodej, najadł się ciasta do oporu, dziś młoda zawiozła ciasto dla jego mamy, a on pyta dlaczego tortu nie przywiozła.
Nosz... q$%#$%.
Młoda po dzisiejszej wizycie troche rozzalona wróciła, bo lodówka cała upstrzona magnesami kochanicy (fanka me to you) i obok dwa magnesy, które w lipcu mąż przywiozł z wycieczki niby dla "dla kolegi", "mamo, a tata znow mnie oszukał"...
Ja juz się nie odzywam, ona sama niech ocenia, moge ją przytulić i tyle.
Ojciec obiecuje jej, że zadzwoni, pozniej mowi, że nie dzwonił, bo ona nie dała mu pika. Ta ryczy, że nie umawiała się na pika, tylko np miał zadzwonic po meczu.
Mnie to przerasta. Zrezygnowałam z kontaktów telefonicznych z mezem na rzecz e-maila, bo się za nerwowo robiło. Ja nie mam ochoty płacic zdrowiem za jego zachowania.