Sytuacja wyglądała tak: spotykam faceta, zataja fakt, że pracuje u niego jego eks - prowadzi biuro. Potem zrywam kiedy kłamstwo wychodzi na jaw. Ten przeprasza, wyjaśnia, daję się przekonać (stara a druna ;-)). I eks, czyli kobieta, z którą był 8 lat nadal pracuje u niego. Oczywiście obiecywał ją zwolnić, potem pomyślałam, że nie chcę mieć jej na sumieniu, w końcu nic mi nie zrobiła więc powiedziałam, żeby została. A potem co jakiś czas jakieś informacje o niej, że auto jej nawaliło więc jeździ firmowym, że jest chora na to i na to. Oczywiście, z moim temperamentem nie wysłuchiwałam tego spokojnie tylko regularnie były o to awantury. Zawsze zapewnienia, że to tylko relacja zawodowa. Potem już nie mogłam/chciałam pytać bo pan miał uczulenie na moje pytania.
I wreszcie się wyniosłam. Powód był inny, choć wieczna obecność eks w różnych kontekstach mnie męczyła.
I okazało się, że jego poprzednia eks (ta pracująca u niego) od paru ładnych miesięcy ma nowego pana. Od kogo się dowiedziałam? Od mojego eks, że oto nasz związek został zniszczony przez coś czego nie było (w domyśle specjalne traktowanie przez niego jego eks).
Moim zdaniem, ona była wyjściem awaryjnym lub ja (co boli) rodzajem zemsty lub przerwy (trwającej niemal 1,5 roku).
A co Wy sądzicie? Gdzie popełniłam błąd. Miałam się upierać przy zwolnieniu?