byłam kochanką.. odeszłam - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » byłam kochanką.. odeszłam

Strony Poprzednia 1 12 13 14 15 16 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 846 do 910 z 985 ]

846

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Potrzebuję jakiegoś maila do Majorki, czy któraś z Was ma może?

Zobacz podobne tematy :

847

Odp: byłam kochanką.. odeszłam
majorka napisał/a:

Jesienna01 cieszę się ogromnie, wiedziałam, że Ci się uda smile 3maj tak dalej!!

Dzięki Majorka,chyba za bardzo we mnie wierzysz tongue Ale dziękuję smile
U mnie po staremu, trzymam się dalej dzielnie. Mam Go "na miejscu",ale przyjęłam taktykę olewania.Rozmawianie tylko w razie konieczności,żadnych prywatnych pogaduszek,ewentualnie krótka wymiana prywatnych informacji,raczej w ramach uprzejmości. Kiedyś myślałam,że jak nasza bliższa znajomość się utnie,to jakoś będziemy umieli się ze sobą pogadać spokojnie bez emocji.W końcu tyle nas łączyło,tyle godzin przegadaliśmy razem...Teraz wiem,że na razie to niemożliwe. Przynajmniej z mojej strony. Za dużo jeszcze nas mimo wszystko łączy,żeby przejść nad tym do normalności. On ma o to do mnie żal, że tak to wszystko ucięłam,że nie możemy normalnie porozmawiać itd. Trudno,ja na razie przyjęłam taktykę "nie lubię Go" smile

Z perspektywy ponad rocznej przerwy mam też dużo czasu na przemyślenie tego wszystkiego.
Dziś już wiem,że nigdy więcej nie wejdę w taki układ,ani z nim ani z nikim innym.Analizując swoje zachowanie stwierdzam,że wolę układ jasny i prawdziwy,gdzie nie muszę nikogo okłamywać,kominować i stosować jakieś dziwne zagrania. Aż się sama sobie dziwię,że tak długo trwał ten mój "pseudo-związek". Ja, osoba z zasadami i kręgosłupem moralnym pozwoliłam sobie na takie coś... sad  Wstyd mi czasami przed sobą,bo nikt inny nie wie o tym,ale postanowiłam nie biczować się za to, tylko wyciągnąć odpowiednie wnioski na przyszłość. Może też nie dokucza mi aż tak sumienie,bo mój mąż kilka lat zachowywał się wobec mnie jak ostatnia świnia, zdradzając i taktując jak osobę trzeciej kategorii. Ale nie chcę spadać do jego poziomu, chcę patrzeć w lustro i widzieć uśmiechniętą i uczciwą osobę smile
I tego się trzymam na moim "odwyku" wink

848

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Cześć Dziewczyny, znów tu trafiłam sad potakiej przerwie.... nie mam już siły! sad ten człowiek zmarnował mi życie!

849

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Dziewczyny ja stoję po tej drugiej stronie, jestem zdradzoną żoną. Nie winie żadnej kobiety która romansuje z żonatym mężczyzną. Nie widzę w tym sensu, chyba że owa kochanka zna żonę Pana Męża. To mąż ma zobowiązania w stosunku do żony, i to on jest tym złym. Chciała bym zapytać, czy jak zaczyna się romans to kobieta ma świadomość, że wchodzi w układ z kłamcą. Kimś kto na dzień dobry pokazuje nam ze potrafi okłamać osobę z którą żyje śpi, spędza święta nierzadko ma dzieci. Czy przychodzi taka myśl, "jeżeli okłamuje żonę to równie dobrze może kłamać mnie". Mówi że kocha i rozumiem że mogą to być klapki na oczy. Czemu na początku, nie stawiacie warunków " Ok ja też się zakochałam, to uporządkuj swoje sprawy a potem wróć"? Tak z czystego egoizmu.

850 Ostatnio edytowany przez GraffitiWomen (2011-04-24 10:00:13)

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Będąc zdradzaną również nie winiłam tych panien. Bolała zdrada fizyczna, bolała mentalna. Ta druga zdecydowanie bardziej - jakoś gorzej mi ją przełknąć. On mieszał, zamiast być szczerym dawał im nadzieję, a one łapały to jak młode pelikany. Szkoda mi ich, bo to był świetny facet, ale jako... przyjaciel, kumpel. Do tego bardzo niestabilny i wiele razy nie wiedział, czego tak naprawdę chce. Chociaż prawie nie mamy kontaktu, widać po nim i jego przeszłości, że z kwiatka na kwiatek o czymś mówiło. I on się zakochiwał i one. To nie wybiera, uczucia nie wybierają. Ani miłość. I za to nikogo nie winię, bo jeśli to jest szczere, proszę bardzo. Jeśli to tylko trofeum, premedytacja, a takie przypadki na pewno też się znajdą, nie umiem tego ogarnąć smile

Sama będąc Trzecią, wiedziałam, że to ciężka sprawa i choć zawsze zaczyna się niewinne, potem zostaje tęsknota i niedosyt smile Aż w końcu popada w uzależnienie i masz babo placek. Bogu dziękuję, że nigdy ze sobą nie spaliśmy, bo teraz nie byłabym tak daleko, jak jestem teraz. Pewnie dalej siedziałabym w tym gównie po uszy i martwiłabym się, że On jest tam a ja Tu. Jest ciężko, ale podziwiam Cię Majorko, bo bardzo mało jest kobiet, które decydują się na taki krok. Mi też było ciężko i minęło parę dłuugich miesięcy, odchorowanych po... również paru dłuugich miesiącach smile I teraz łapią mnie czasem wspomnienia, czasem sobie rozmawiamy i któreś nie wytrzyma. Kocham Cię, ja Ciebie też, ale mam swoje życie i mam kogoś przy swoim boku, kto będzie zawsze. Jestem dla kogoś powodem do życia i w końcu czuję się potrzebna. Nie doraźnie jako tymczasowy zastrzyk dopaminy. Poukładałam swoje sprawy i jest dobrze. Nie jest to raj, ale trzeba mieć wzgląd na to, że... Gdyby chciał, byłby tu obok.
Fakt, że kiedy kogoś się nie widzi, jest lepiej. Kiedy jestem z Partnerem czuję się szczęśliwa i w ogóle o tym nie myślę. Kiedy go nie ma, zaczynają łapać wspomnienia, ale już mniej, znacznie mniej.
Radykalne kroki są czasem najlepsze. Z drugiej strony, ze Zdradzających wychodzi Pies Ogrodnika i desperacja "Nie kończ tego". Cieszę się, że krokiem, który powiedział mi "Jest już lepiej" było przejście obok Niego bez tego durnego bicia serca i możliwość normalnej rozmowy.
Najbardziej cieszę się z tego, że trafiłam na Pana, który jest przede wszystkim moim przyjacielem i pomaga mi w tych chwilach, które coraz mniejsze, ale nadal są dla mnie ciężkie.
Jedyne co, to wiem, że naprawdę trudno ułożyć sobie życie potem. Po kradzionych chwilach z kimś, do kogo czuje się coś porażającego, ale jest to możliwe. Kobieta czuje się wyjałowiona, niezdolna do miłości i zmanipulowana, bo jak to nazwać? "Nie mogę już tak żyć, odejdź", albo jak to powiedziała Majorka "Mieszkanie, dom, kredyt, zabierze mi, bla bla". Tego aż się słuchać nie chce.
A jak odeszłam, tak zaczęło się "wróć", na które nie było odpowiedzi, chociaż fakt - potrafiło nieźle natelepać smile
Teraz mam swoje życie, w którym mógł być. Godność jest najważniejsza. I dupa twarda jak skała smile

Dodam tylko, że ranione są wszystkie 3 osoby, bez wyjątku. Na życzenie zdradzającego, który szamota się sam ze sobą i przez brak zdecydowania, kosi wszystko wokół.

851

Odp: byłam kochanką.. odeszłam
NeverMind napisał/a:

Potrzebuję jakiegoś maila do Majorki, czy któraś z Was ma może?

NeverMind proszę bardzo majorka007@o2.pl jak tylko masz ochotę to pisz.

kachna66 napisał/a:

Dziewczyny ja stoję po tej drugiej stronie, jestem zdradzoną żoną. Nie winie żadnej kobiety która romansuje z żonatym mężczyzną. Nie widzę w tym sensu, chyba że owa kochanka zna żonę Pana Męża. To mąż ma zobowiązania w stosunku do żony, i to on jest tym złym. Chciała bym zapytać, czy jak zaczyna się romans to kobieta ma świadomość, że wchodzi w układ z kłamcą. Kimś kto na dzień dobry pokazuje nam ze potrafi okłamać osobę z którą żyje śpi, spędza święta nierzadko ma dzieci. Czy przychodzi taka myśl, "jeżeli okłamuje żonę to równie dobrze może kłamać mnie". Mówi że kocha i rozumiem że mogą to być klapki na oczy. Czemu na początku, nie stawiacie warunków " Ok ja też się zakochałam, to uporządkuj swoje sprawy a potem wróć"? Tak z czystego egoizmu.

zacytuje Twoje pytanie... "jeżeli okłamuje żonę to równie dobrze może kłamać mnie". dokładnie... dlatego to tez był jeden z powodów dla których ja zrezygnowałam kiedyś z takiego układu...
i to pytanie kazda z was powinna sobie zadac... inna sytuacja jest wtedy gdy owy maz zaczyna spotykac sie z Toba bo jego malzenstwo to koniec, zwiazek bez przyszloci i chce go zakonczyc bo po prostu sie rozlatuje i sklada pozew o rozwód, bo kazdemu moze sie zdarzyc zle wybrac... ale jesli sprzedaje nam tylko historie jak mu sie nie uklada a nic z tym nie robi oprocz wymyslania klamstw jak sie z Toba spotkac zeby zona nie miala cienia podejrzen to jest zwyklym draniem dla którego nie ma co tracić czasu....


a Kaszmirko i Jesienna jak tam u Was??????????? smile


Kaszmirko a co u Ciebie??? Jak Ci się układa?

852

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Witaj Majorka, dzięki,że o mnie pomyślałaś smile
U mnie nadal do przodu...bez Niego big_smile  Jest dobrze,ja też jestem z siebie dumna,że udało mi się to zakończyć. Oczywiście cały czas jest problemem to,że jednak mamy siebie na codzień w pracy. On niestety czasami jeszcze próbuje "wkraczać" na niebezpieczne tory,kiedy rozmawiamy,na szczęście rzadko się to zdarza i od razu kończę takie tematy. Czasami też mi zdarza się "wpadka" i rozmowy wkraczają na prywatne tematy (dom,dzieci itp.). Na szczęście rzadko tongue   Ogólnie problem jest taki,że my się po prostu przedtem bardzo lubiliśmy i przyjaźniliśmy,więc cieżko tak zupełnie się odciąć od tego.
Fajne jest to,że już nie czuję w jego obecności tych wibratorków w brzuchu,tych emocji,nie czekam na jego telefony itp. Chciałabym tylko,żeby jeszcze on zrozumiał,że nie wrato wracać do tego co już było. Ja z nas dwojga zakończyłam ten chory układ,też kosztowało mnie to sporo nerwów,odchorowywania...Może też uda nam się kiedyś spokojnie porozmawić tak zupełnie z sympatią,bez emocji. MAm nadzieję,że kiedyś nam się to uda smile

Pozwolę sobie zacytować fragment wypowiedzi GraffitiWomen:
" Teraz mam swoje życie, w którym mógł być. Godność jest najważniejsza. I dupa twarda jak skała "
I tego się trzeba trzymać smile

Buziaki dla Ciebie Majorka i też dla GraffitiWomen :*

853

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Jesienna gratuluję! Dałaś sobie radę. Cieszę się , naprawdę się cieszę. Jak widać, to była dobra decyzja, Kala nie chciała nas posłuchać i domyślam się, że bardzo żałuje swojej decyzji.  Szkoda?
Kalu napisz co u Ciebie, co się stało?
majorka widzę, że ciągniesz pomalutku do przodu smile i bardzo dobrze. Jakieś poważniejsze plany?
26 stron robi wrażenie. Różne historie, różne osoby a morał jeden. nie warto . Nie ma co się łudzić.  Statystycznie,  żadna tu przedstawiona  historia nie skończyła się happy endem.

854

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Cześć Dziewczyny. Wiec opisze w kilku zdaniach co u mnie się wydarzyło. W sierpniu tamtego roku rozstaliśmy się a tak naprawdę on rozstał się ze mną twierdząc, że niszczy mi Zycie, ze jestem dla niego najważniejsza i właśnie dlatego musi mnie zostawić. Nie może mi teraz nic zaoferować, bo ma małe dzieci których nie zostawi. Zrozumiałam to, nie mogę wymagać od niego tego, żeby je zostawił ( tylko czemu wcześniej mówił, że poukładamy wszystko) Od sierpnia do początku listopada miałam z nim sporadyczny kontakt, telefon raz na tydzień, czasem sms, mail. Serducho bolało jak cholera, nie wiedziałam co mam ze sobą robić, każde miejsce, każda piosenka, każda chwila była przepełniona nim. Wiecie jak to jest, bo same to przeżywałyście. Później zaczęłam się przyzwyczajać do sytuacji, nie płakałam już tak, nauczyłam się oszukiwać serce, odpędzałam myśli. W listopadzie zaczęłam pracę i spotkałam się z nim od tak?.Z Racji tego, że do Stolicy mam jakieś 40 km a tam pracuję musiałam jakos dojeżdżać, zaproponowal mi żebym jedziła z nim i jeszcze dwoma osobami razem samochodem?zgodziłam się?.możecie się domyślać co było dalej. Widuję go teraz codziennie, codziennie jest obok, na początku było mi znów cudownie, on był kochany jak nigdy?Padło znow tyle pieknych słów, w które uwierzyłam. Teraz?? Ja znow zaufałam a On? On znów twierdzi, ze marnuje mi Zycie, ze kocha mnie,ale musi dla mojego dobra mnie zostawić, mimo to codzienie gdy zostajemy już sami trzyma mnie za rękę?całuje, przytula. Jednego dnia mówi, że nie umie beze mnie żyć, kupuje mi kwiaty czuje, że jest moim mężczyzną, ze należymy do siebie a drugiego?
Wiem, że to co robie jest głupie, czuje się jak w jakiejś pułapce.Czuje się manipulowana, najgorsze jest to, że on wie, że jest ode mnie silniejszy? Boję się od niego odejść, bo wiem jak to boli, ale wiem tez ze teraz toja powinnam zrobic ten krok. Kocham go prawdziwą, jedyna miłością i nie wyobrażam życia bez niego, ale nie chce już się tak męczyć. Chciałabym po prostu przestać go kochać i żyć normalnym życiem.  Nie umiem tego zrobić?zawładnął mną. Niestety...

855

Odp: byłam kochanką.. odeszłam
Kala napisał/a:

Cześć Dziewczyny. Wiec opisze w kilku zdaniach co u mnie się wydarzyło. W sierpniu tamtego roku rozstaliśmy się a tak naprawdę on rozstał się ze mną twierdząc, że niszczy mi Zycie, ze jestem dla niego najważniejsza i właśnie dlatego musi mnie zostawić. Nie może mi teraz nic zaoferować, bo ma małe dzieci których nie zostawi. Zrozumiałam to, nie mogę wymagać od niego tego, żeby je zostawił ( tylko czemu wcześniej mówił, że poukładamy wszystko) Od sierpnia do początku listopada miałam z nim sporadyczny kontakt, telefon raz na tydzień, czasem sms, mail. Serducho bolało jak cholera, nie wiedziałam co mam ze sobą robić, każde miejsce, każda piosenka, każda chwila była przepełniona nim. Wiecie jak to jest, bo same to przeżywałyście. Później zaczęłam się przyzwyczajać do sytuacji, nie płakałam już tak, nauczyłam się oszukiwać serce, odpędzałam myśli. W listopadzie zaczęłam pracę i spotkałam się z nim od tak?.Z Racji tego, że do Stolicy mam jakieś 40 km a tam pracuję musiałam jakos dojeżdżać, zaproponowal mi żebym jedziła z nim i jeszcze dwoma osobami razem samochodem?zgodziłam się?.możecie się domyślać co było dalej. Widuję go teraz codziennie, codziennie jest obok, na początku było mi znów cudownie, on był kochany jak nigdy?Padło znow tyle pieknych słów, w które uwierzyłam. Teraz?? Ja znow zaufałam a On? On znów twierdzi, ze marnuje mi Zycie, ze kocha mnie,ale musi dla mojego dobra mnie zostawić, mimo to codzienie gdy zostajemy już sami trzyma mnie za rękę?całuje, przytula. Jednego dnia mówi, że nie umie beze mnie żyć, kupuje mi kwiaty czuje, że jest moim mężczyzną, ze należymy do siebie a drugiego?
Wiem, że to co robie jest głupie, czuje się jak w jakiejś pułapce.Czuje się manipulowana, najgorsze jest to, że on wie, że jest ode mnie silniejszy? Boję się od niego odejść, bo wiem jak to boli, ale wiem tez ze teraz toja powinnam zrobic ten krok. Kocham go prawdziwą, jedyna miłością i nie wyobrażam życia bez niego, ale nie chce już się tak męczyć. Chciałabym po prostu przestać go kochać i żyć normalnym życiem.  Nie umiem tego zrobić?zawładnął mną. Niestety...

Widzisz Kala drugi raz weszłaś w to... drugi raz spróbowałaś i drugi raz się rozczarowałaś... czy to o czymś nie świadczy? Musisz sobie sama to wytłumaczyć, że on nie zostawi żony... że półki Ty nie odpuścisz będzie to sie dalej za Tobą ciągneło i będziesz cierpiała sad ta sytuacja powinna dać Ci do myślenia... dobrze mu przy Tobie, jak sie spotykacie ale jesteś i przewiduje że zawsze bedziesz ta druga.... odpuść... nie ma innego wyjścia bo tylko siebie krzywdzisz i ranisz.... Moim zdaniem powinnaś zerwać kontakt jak najszybciej i poszukać innego środka transportu do pracy...

jesienna01 napisał/a:

Witaj Majorka, dzięki,że o mnie pomyślałaś
U mnie nadal do przodu...bez Niego   Jest dobrze,ja też jestem z siebie dumna,że udało mi się to zakończyć. Oczywiście cały czas jest problemem to,że jednak mamy siebie na codzień w pracy. On niestety czasami jeszcze próbuje "wkraczać" na niebezpieczne tory,kiedy rozmawiamy,na szczęście rzadko się to zdarza i od razu kończę takie tematy. Czasami też mi zdarza się "wpadka" i rozmowy wkraczają na prywatne tematy (dom,dzieci itp.). Na szczęście rzadko    Ogólnie problem jest taki,że my się po prostu przedtem bardzo lubiliśmy i przyjaźniliśmy,więc cieżko tak zupełnie się odciąć od tego.
Fajne jest to,że już nie czuję w jego obecności tych wibratorków w brzuchu,tych emocji,nie czekam na jego telefony itp. Chciałabym tylko,żeby jeszcze on zrozumiał,że nie wrato wracać do tego co już było. Ja z nas dwojga zakończyłam ten chory układ,też kosztowało mnie to sporo nerwów,odchorowywania...Może też uda nam się kiedyś spokojnie porozmawić tak zupełnie z sympatią,bez emocji. MAm nadzieję,że kiedyś nam się to uda

Pozwolę sobie zacytować fragment wypowiedzi GraffitiWomen:
" Teraz mam swoje życie, w którym mógł być. Godność jest najważniejsza. I dupa twarda jak skała "
I tego się trzeba trzymać

Buziaki dla Ciebie Majorka i też dla GraffitiWomen :*

Bardzo sie ciesze i jestem z Ciebie dumna!!! smile co do tego ze chciałabyś mieć jeszcze z nim fajny kontakt nie pamietajac tego co bylo to nie wiem czy to możliwe ale nie mowie nie... ja z tym "moim" od ktorego ten watek sie zaczol od czasu do czasu sie spotkamy przypadkiem zamienimy pare słów, koleżeńskich słów, myśle ze jest ok jade do domu a tu zaraz sms od niego: nie moge o Tobie dalej zapomniec.... ja nie odpisuje... tak jakby nie bylo tych smsow potem znow sie przypadkiem spotykamy i rozmawiamy jakby smsa nie było... i on proponuje czy moze wypijemy kawe... mam zawsze wymówke bo własnie od kawy wszystko sie zaczeło............ tak naprawde można w to brnać i historia kołem sie toczy ale ja nie chce... mam faceta i powiedziałam sobie nigdy juz w cos takiego nie wejde i trwam w tym i jest mi z tym dobrze i Tobie i Wam wszystkim tez zycze takiej wersji wydarzen..:)

856

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Pomóżcie...nie mam już siły dalej żyć...
Opowiem Wam moją historię, choć liczę się z tym, że rzucicie na mnie gromy...Większość z Was będzie mnie nienawidzić, ale proszę nie oceniajcie jednakowo każdej historii...Nie ma dwóch takich samych historii i nie wszystkie "te drugie" są takie same. To samo dotyczy zdradzających mężczyzn, nie należy wszystkich wrzucać do jednego worka. Proszę Was o obiektywną ocenę, o radę która pomoże mi dalej żyć....
Od początku ponieważ to może mieć znaczenie w ogólnym wymiarze...Mam 34 lata, w życiu zupełnie mi się nie ułożyło, jestem takim chodzącym niewypałem, i każdy dzień, każda historia w moim życiu bardziej mnie w tym utwierdza. Dzieciństwa nie miałam, jestem DDA, zatem ojca w moim życiu nie było, wprawdzie żyje, ale to jest tak jakby nigdy nie istniał, bo nie rozmawiamy ze sobą od czasu kiedy byłam maleńkim dzieckiem. Matka wiadomo, skupiona na ratowaniu swojego małżeństwa, wiecznie płacząca, litująca się i żyjąca jego życiem. W gruncie rzeczy wychowywałam się w zupełnej samotności. Spotkałam się z tego powodu z ogromnym współczuciem wielu psychologów, którzy pojawili się w moim życiu. Dzieciństwo jednym słowem było piekłem i zostawiło balast, który od lat ciągnie mnie na dno. Odkąd pamiętam miałam myśli o tym,że lepiej skończyć ze sobą niż żyć takim życiem....Szkoła, studia, pierwsza praca....Dopiero na pierwszym roku studiów uwierzyłam, że mogę mieć jakiegoś faceta, że mogę się zakochać i odmienić swoje życie. Niestety zakochałam się i zostałam wykorzystana. Wychodziłam z tego 5 lat, pięć lat dochodzenia do siebie. W międzyczasie prawie wylądowałam w szpitalu, chciałam ze sobą skończyć....Potem w wieku 25 lat poznałam faceta, który był bardzo zamknięty w sobie i miał problemy z komunikacją. To był już etap w moim życiu, gdy zaczęłam o siebie walczyć- chodziłam na spotkania z psychologiem, na terapię, starałam się zostawić zmory przeszłości za sobą. Zamieszkaliśmy razem. Bywało ciężko, ale jakoś to ciągnęliśmy. Nie czułam się jakoś szczególnie dobrze w tym związku, ale przyzwyczaiłam się do życia z nim. W międzyczasie poznałam kilku innych facetów, którzy zaczęli mnie adorować, zobaczyłam, że mogę być kochana tak naprawdę, tak z oddaniem i troską. Zaczęłam wtedy analizować swój związek i wychodziło na to, że wiele poświęcam i nie dostaję tego na co zasługuję. Było wiele rozmów, płaczu, odchodzenia, wracania, ale coś pękło, szczególnie gdy zobaczyłam, że nie zależy mu na budowaniu związku ani na małżeństwie....Przeżyłam wtedy ogromny zawód, ale czas mi pomógł, po 5 latach się rozeszliśmy. Po kilku miesiącach poznałam w necie faceta. Byłam wtedy bardzo sceptycznie nastawiona do związków, czułam niechęć do facetów i było mi dobrze samej ze sobą. Nie szukałam nikogo na siłę. Znajomość w necie się rozwijała, było bardzo sympatycznie. W końcu spotkaliśmy się,  przypadliśmy sobie do gustu i zostaliśmy parą po jakimś czasie. Było z każdym spotkaniem lepiej. Najpierw bardzo ostrożnie, potem zaczęłam kochać coraz mocniej. To był związek na odległość, spotykaliśmy się 1-2 razy w miesiącu na weekendy. Ja zadeklarowałam że się przeprowadzę, bo w Warszawie nigdy mnie nic nie trzymało. Bardzo się zaangażowałam, ten facet wydawał się spełnieniem moich marzeń, był dla mnie ukojeniem. Miał trudności w okazywaniu uczuć, ale kiedy się przełamywał i pokazywał emocje widziałam, że bardzo mu na mnie zależy. Zaręczyliśmy się i planowaliśmy zamieszkanie razem. Niestety znów okazało się, że trafiłam na niedojrzałego faceta- straciłam pracę, miałam idealny moment na to by się przeprowadzić, ale ....podszedł do tego mało entuzjastycznie. Wcześniej było kilka niepokojących sygnałów, które zlekceważyłam (sama spędziłam urlop- niby że urlopu nie dostał, nie chciał wynająć mieszkania-uważał, że lepiej poczekać, aż kupi swoje, po rozwodzie siostry na kilka tygodni odciął się-twierdził, że musi wszystko przemyśleć...), ale wybaczałam mu, bo kochałam....i chciałam być z nim... Kilka miesięcy po zaręczynach bardzo się posprzeczaliśmy o wspólne zamieszkanie i jego podejście do bycia razem, o to, że kiedy pojawiał się problem lekceważył go i nie chciał ze mną rozmawiać... Powiedziałam, że mam dość i nie chcę takiego związku i żeby się zastanowił nad wszystkim...powiedział, że mu bardzo na mnie zależy, że to wszystko co robi jest dla mnie, że nie wyobraża sobie zycia beze mnie i przyjedzie jak tylko ułoży sprawy z kupnem mieszkania....Od tamtej pory już go nie zobaczyłam...Sprawy ułożył, kupił mieszkanie i przez kilka miesięcy karmił mnie gadaniem, ze "jak tylko znajdę trochę czasu to przyjadę".....przez 7 miesięcy nie znalazł na to czasu....Nie miał nawet odwagi zachować się jak facet i przyznać uczciwie, że to koniec...Nie miał nawet tyle odwagi by powiedzieć "nie kocham Cię, nie chcę być z Tobą"...i to wszystko kilka miesięcy po zaręczynach.....Przeżyłam piekło, płakałam tygodniami...Prosiłam, nawet błagałam, wszystko na nic....Miał mnie głęboko gdzieś....Nie wiem jakim cudem to przeżyłam, może to ten ktoś w górze nie pozwolił mi zrobić najgorszego...Myślę, że miną lata zanim zapomnę o tym jak to boli nadal....ale do rzeczy- teraz najważniejszy rozdział mojego życia....Dokładnie rok temu poznałam go w pracy...Najpierw tylko telefonicznie, bo pracujemy w innych oddziałach i w innych miastach. Zaczęliśmy rozmawiać także poza pracą. W końcu zaczął do mnie dzwonić codziennie. Rozmawialiśmy godzinami. Chciał wiedzieć o mnie wszystko, zwierzał mi się, opowiadał o swoich problemach. Problem w tym, że jest żonaty i ma 2 letniego synka. Potem zobaczyliśmy się twarzą w twarz na imprezie firmowej i świat się zatrzymał....Zakochałam się bez pamięci....Nienawidziłam siebie za to, wcześniej żonaty facet to była dla mnie świętość, miałam zasady i nigdy nie sądziłam, że mogę je złamać. Tak bardzo broniłam się przed tym uczuciem, tak dobrze jeszcze pamiętałam gorycz poprzedniego związku. Jemu też zaczęło zależeć, kiedy próbowałam się odsuwać i wrócić do poziomu koleżeńskiego- wpadał w panikę, prawie płakał, błagał mnie żebym nie odchodziła... Pomyślałam, że może uda mi się to kontrolować, że będę wiedziała w którym momencie się wycofać, bo że muszę się wycofać wiedziałam od początku...Nigdy nie wierzyłam w szczęśliwe zakończenia takich historii, szczególnie po moich poprzednich doświadczeniach, ja miałabym wierzyć, że dla mnie też życie może okazać się szczęśliwe? Nigdy, to nie w moim stylu by tego doświadczyć....Więc na początku kontrolowałam się, powtarzałam mu, że to nie ma sensu, że nie wierzę że się rozwiedzie, że to nie może się udać.....Odchodziłam i wracałam dziesiątki razy....Z każdym spotkaniem angażowałam się mocniej, tak jak i on....W końcu przyłapałam się na tym, że kocham tego faceta najbardziej na świecie, że jest dla mnie wszystkim....Od tamtej pory zaczął się mój kolejny dramat....Spędzaliśmy najpiękniejsze chwile na ziemi....po czym on wracał do niej, a ja wyłam z bólu... w końcu wyznał, że mnie kocha, co czułam już od dawna, ale bardzo bał się tych słów, bał się tego nazywać...szukał non-stop kontaktu ze mną....nikt nigdy tak o mnie nie zabiegał, w ciągu tych kilku miesięcy i ukradzionych chwil dał mi więcej niż dostałam w obu poprzednich związkach razem wziętych....Tyle szczęśliwych chwil.....To jest facet, na którego czekałam całe życie...Ja to wiem, czuję, każdą komórką swojego ciała....I wiem, że dla niego jestem kimś bardzo bardzo ważnym....ale wiem też, że za każdą chwilę szczęścia przyszło mi w życiu zapłacić...Teraz też płacę....gorzkie łzy....gorycz...ból...w końcu nadal jest z nią....A ja nie jestem tak naiwna by myśleć, ze dla mnie bajka się ziści....Zrobiłabym dla niego wszystko....Skoczyłabym za nim w ogień...Ale oprócz serca mam rozum, który mi mówi "uciekaj"....Przeczytałam setki wypowiedzi na forach internetowych takich kobiet jak ja....setki obelg na takie kobiety, gorzkie opinie, setki historii, które skończyły się źle....Statystyki są nieubłagane....mniej niż 10% takich facetów zostawia żonę....za każdym razem gdy to czytam to jakbym wbijała sobie nóż w serce....wierzę w te słowa które piszą....łatwiej jest mi wierzyć w to co przykre niż w to co mało realne, ale dobre... bardzo chciałabym wierzyć w to, że ta historia skończy się dobrze, ale nie potrafię....na to potrzebuję dowodów....same słowa, piękne słowa już nie wystarczą....Oczywiście wszystkimi przemyśleniami na ten temat dzielę się z nim- mówię mu o tym jakie są statystyki, jak tego doświadczyły inne kobiety, co czuję, jak o mnie mogą myśleć ludzie i za kogo mnie mają, mówię wszystko szczerze....A on się ciągle nie poddaje i mówi, że wierzy, że się uda...że czas mi pokaże, że nigdy czegoś tak silnego nie czuł i że powinnam zaufać....że czekać cierpliwie....wcześniej nawet nie potrafił mi podać konkretnego terminu....więc tym bardziej go odpychałam, mówiłam o tym, że nie mogę żyć czekając wiecznie....że to mnie rani....że potrzebuję jakiejś deklaracji, oparcia....Nie mógł mi go dać, twierdząc że podawanie mi terminu byłoby nieuczciwe bo skoro go nie zna to podać nie może.....Staram się myśleć, że nie jest jak Ci wszyscy faceci, którzy podają terminy i ich nie dotrzymują....Tak naprawdę nigdy mnie nie okłamał, zawsze stawia sprawę uczciwie i widzę, że układa swoje sprawy w kierunku rozwodu, że naprawdę mu na mnie zależy, ja naprawdę czuję jego miłość, to nie jest udawane, ale.... Ja po prostu nie wierze w to, że do tego rozwodu dojdzie, że znajdzie w sobie tyle siły, że żona go puści, że to po prostu się uda....Jestem rozdarta między sercem a rozumem....Naprawdę mi na nim zależy, ale nie potrafię żyć takimi złudzeniami.....Wczoraj znów rozmawialiśmy i stało się coś jeszcze....On widzi jak bardzo cierpię, jak się męczę w tej sytuacji, dlatego też stara się wszystko przemyśleć, zanalizować i wczoraj mi powiedział, że myślał o tym ile czasu mu zajmie zakańczanie jego spraw rodzinnych i zawodowych....Że może jak mi powie to poczuję się lepiej bo będę miała jakiś grunt-termin-deklaracje....I usłyszałam, że on potrzebuje DWÓCH LAT....I wiecie co....to mnie zabiło.....bo brałam pod uwagę to, że będę czekać, ale 2 lata? Dwa lata spotykania się na odległość, myślenia o tym co robi z żoną, czy będzie czy nie będzie rozwód, dwa lata czekania na coś co nawet dziś jest nieokreślone???? Przez dwa lata mnóstwo może się zdarzyć- żona dowiedziawszy się o rozwodzie może go wpakować w ciążę, ja mogę już nie żyć, może mnie już nie chcieć po 2 latach, mogę spotkać kogoś kto da mi stałość i bezpieczeństwo, on może przez 2 lata odbudować swoje małżeństwo.....To mnie po prostu zabiło....Tak "bardzo mnie kocha", że jest gotowy ciągnąć swoje małżeństwo przez kolejne 2 lata?? Tak mu "zależy" że może aż tyle czekać, żeby ze mną być na poważnie? Tak mnie "kocha", że przez 2 lata wystarczy mu jedno spotkanie w miesiącu? Nie zniosłam tego, powiedziałam "Odchodzę, to koniec". Czy dobrze zrobiłam? Być może tracę najważniejszą i jedyną prawdziwą miłość w swoim nędznym życiu.... Uważam jednak, że kiedy się naprawdę kocha to zrobi się wszystko, żeby być z ukochaną osobą jak najszybciej i nie odstawia się jej na półkę jak przedmiotu, który może poczekać na swoją kolej....
Nie wiem na ile silna będę i wytrwam, czy się nie złamię, bo naprawdę go kocham i wiem, że również cierpi....ale co mi po takiej miłości, skoro jestem sama? Ten facet dał mi bardzo wiele, nie mam tu nikogo, nie mam z kim pogadać, zwierzyć się, wypłakać, przez pół roku on był nie tylko najbliższą memu sercu osobą, ale także najlepszym przyjacielem jakiego miałam. Zawsze miał dla mnie czas, zrozumienie, wsparcie. Troszczył się o mnie. Nikt inny tego nie robił. Ten facet jest dla mnie prezentem od losu, zadośćuczynieniem za te krzywdy których doświadczyłam. Gdybym wierzyła w ten rozwód....Może powinnam czekać? Tylko nie piszcie tekstów w stylu "jakby cie kochał to już by się rozwiódł"- bądźmy dorośli, rozwód wymaga trochę czasu i nie ma sensu oczekiwanie że za miesiąc będzie wolny, trzeba też wziąć pod uwagę, że czasem dochodzą jakieś inne problemy typu finanse i praca. Poza tym jak facet jest uczciwy to nie zostawia zony z dnia na dzień tylko stara się zachować jakoś po ludzku i pamięta o tym, że zostawia ją z dzieckiem. Myślę, że tylko prawdziwe dranie rzucają żonę w ciągu kilku dni. Wiadomo, wszyscy opowiadają jaka to żona jest beznadziejna itd. On mi niewiele o niej mówił, ale od dawna widać, że to nie jest normalne udane małżeństwo, jego znajomi też tak mówią. On bardzo się starał (zanim mnie poznał) żeby ratować swoje małżeństwo, wiele ze sobą o tym rozmawiali, ona obiecywała, że się zmieni, ale chyba próbowali już wszystkiego i nie potrafią żyć ze sobą. Wiadomo, że to wersja jednej strony i trzeba brać poprawkę na to, że nie musi tak być naprawdę. Ja mu się w ramiona nie pchałam, a on też nie jest facetem który szuka przygód. Musiało być już wcześniej źle, skoro coś nas do siebie przyciągało. Oczywiście, że to nie jest uczciwe, ale w życiu naprawdę różnie się układa, różne są historie. Teraz wiem, że dopóki nie przeżyjesz to nie oceniaj....

857

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

pomóżcie, napiszcie coś proszę, jak z tym żyć.....? skąd czerpałyście siłę?

858 Ostatnio edytowany przez sonieczka123 (2011-05-09 19:10:50)

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

To co ja napiszę pewnie nie będzie się Tobie podobało, ale twój kochaś jest wyrachowanym graczem i dobrze wie że nigdy od żony nie odejdzie, bądź więc mądrzejsza i trzymaj się tego co już zrobiłaś czyli rozstań się z nim raz na zawsze i nie pozwól aby Tobą manipulował bo on od żony nigdy nie odejdzie. A jak się romans wyda to podkuli ogon i winę zwali na Ciebie. Znam z autopsji. Poza tym poczytaj sobie tutaj na forum wątki kochanek i badź mądrzejsza:) I nie wmawiaj sobie że to taka wielka miłość, bo tak raczej nie jest. Jest tylu fajnych wolnych facetów:) Życzę mądrych decyzji i siły, trzymam kciuki.

859

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Wolni faceci? o czym Ty mówisz....nawet gdy byłam 20;latką nie miałam nikogo wokół siebie i nigdy nie umiałam sobie znaleźć faceta...teraz tym bardzie-uważam  że już przegrałam, straciłam szanse na posiadanie rodziny....A może nigdy jej nie miałam... Nie mam szans by kogoś poznać, tak jak pisałam żyję zamknięta w czterech ścianach samotności....Cholernie boli....On był także moim przyjacielem, mogłam na niego liczyć, i nie mylę się - to była największa miłość w moim życiu, oddałabym chyba wszystko byleby mieć szansę na życie z nim....Ale jego decyzji zaakceptować nie potrafię.... Może jestem nikim, nic mi się nie udało i nie zasługuje na wiele, ale nie zasługuję na czekanie ze znakiem zapytania.....Dlatego postanowiłam zabić tą miłość, tak samo jak siebie...

860

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

hej przeżyłam dokładnie to samo co ty sad no w sumie prawie, w moim przypadku wybrał żonę, ale doskonale wiem co czujesz, mogę ci powiedzieć że z czasem będzie lepiej, choć nadal go kocham, to spycham to na dno serca by za często nie wychodziło, ale wszystko da się przeżyć, nie myśl o samobójstwie to nic nie da, każdy ma swoją lekcję w życiu którą musi przejść (przynajmniej ja w to wierzę) i ucieczka nic nie da.

861

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

To nie znaczy że masz sobie marnować życie przez żonatego faceta. Kochanka w takim układzie zawsze cierpi i nie ma co się oszukiwac że on odejdzie od żony, a Ty masz życie przed sobą, polecam szczerą rozmowę z psychologiem.

862

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

TADRUGA musisz nauczyc sie żyć z ta milością.Zaakceptowac ją na dzien dzisiejszy,bo zwalczyc sie nie da...Jednak z uplywem czasu,co teraz zdaje sie byc niemożliwe nauczysz się wypierac ja ze swojej świadomości w coraz glębsze zakamarki serca i umysłu.Nie twierdze że sie pozbędziesz tego uczucia,ale przyzwyczaisz się do niego.Za jakiś czas zrozumiesz.Tak byc musi,i powinnas sie  z tym pogodzic.
Nie pisz ze nie masz szans na ulożenie sobie życia,ze Twoj czas minął,bo to niedorzeczne.Jestes molodą kobietą,potencjalną kandydatką na zone i matke.Masz jeszcze czas...jednak gdy bedziesz ciągle zyla dniem wczorajszym,rozpamietywala i rozdrapywala rany,zatrzymasz się w miejscu ,a może i cofniesz...nie odbieraj sobie szansy.
Nie oddasz wszystkiego żeby z nim byc,zaakceptowac decyzje musisz bo innego wyjścia nie masz...Milości nie zabijaj bo zabijesz cząstke siebie a to proces nieodwracalny.nie mowie tu zebys ją pielęgnowala ale nauczyla się z nia zyć bez niego...przez jakis czas dopoki nie minie bol.
Pozdrawiam

863

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

witam
uwazam ze wine za zdrade ponosi tylko mezczyzna kochanka jest tylko jego ofiara ,to on zdradza bo a takie potrzeby nie bylo by kochanek gdyby nie bylo na nie zapotrzebowania,wiec przestancie moje drogie mscic sie na kochankach ,jezeli facet ma kochanke,to ma takie potrzeby,kochanka jet tylko skutkiem a nie przyczyna rozpadu zwiazku .oni oszukuja tez kochanki,tak samo jak was,bo dla nich monogamia to wymysl kobiety,kierowani sa testosteronem,instynktami,nie zmienicie ich ,musicie sie same zmienic.facet zdradza i bedzie zdradzal bo potrzebuje podniet.jesli czujecie sie oszukane przez meza to niech on za to wine ponosi a nie kochanka,bo to on zazwyczaj daje nadzieje tej drugiej,oklamujac ja ze zony juz nie kocha.a wiec przyczyna zla jest mezczyzna a nie druga kobieta.ona mu tylko wierzy tak jak wy mu wierzycie.
my kobiety mamy sklonnosc zeby szukac zla w innych kobietach,a nie w mezczyznach.jemu wybaczymy bo on taki slaby,a na kochance chcemy sie mscic.te nasze myslenie daje im tylko moc ,a z nas robi ofiary.oni nas wykorzystuja.
kobiety sa manipulowane przez swiat mezczyzn,zeszly do roli "musze byc dobra zona bo mnie zostawi".zmienmy to na "musi byc dobrym mezem bo go zostawie.czy mozemy tego wymagac? mysle ze przyszedl na to czas!

864 Ostatnio edytowany przez 02 (2011-05-10 13:43:54)

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Tadruga zrobiłaś bardzo dobrze odchodząc. Owszem odpowiedzialność i poukładanie wielu spraw przed rozwodem są ważne, ale nie trzeba tego robić, będąc z żoną. Gdyby był uczciwy powiedziałby jej prawdę, rozstał się, przez jakiś czas może mieszkali by w osobnych pokojach (lub nie), gdyby było to konieczne do czasu załatwienia formalności, ale szybko by się wyprowadził, a zabezpieczenie jej pozostawiłby na okres separacji przed rozwodem (bo w końcu od rozstania do rozwodu musi upłynąć spory czas by go otrzymać). Wtedy faktycznie byłby uczciwy i odpowiedzialny, bo nie oszukiwałby żony ani Ciebie.
Sama wiem, że gdy uczucie jest bardzo silne nie potrafisz się zbliżyć do innej osoby (nawet męża) i to dotyczyć też mężczyzn. A on całuje raz Ciebie raz ją.

Kiedyś ktoś mi powiedział (doświadczony), że jak w ciągu pół roku od żony nie odejdzie, to już nie odejdzie nigdy. Sporo w tym racji.

Piszesz, że jesteś taka szczęśliwa i on Ci wszystko dawał (w tym czas?!). A z drugiej strony mówisz o łzach, rozpaczy, czekaniu, widywaniu się raz w miesiącu. Gdzie to szczęście? Czy oby nie jest tak, że każda chwila to ból i niecierpliwość, wyczekiwanie na tą jedną, krótką, magiczną chwilę, które dzięki temu stanowi wcześniej jest o wiele większą euforią niż powinna być w rzeczywistości. Dobry związek powinien przynosić spokój. Pewnie jako DDA jednak jesteś przyzwyczajona do mieszanki bólu z radością, i to takie emocje są przez Ciebie pożądane i uznajesz za szczęście (znam to...).

Czytając, co piszesz pomyślałam sobie o moim byłym mężu - to świetny facet. Nic mi właściwie nigdy nie zrobił. Jednak każdego dnia, cały czas musiałam ubiegać się o jego uwagę i gesty czułości - słowo, spojrzenie, dotyk. To wyczekiwanie było ciągłym, małym stresem - takim stanem gotowości, a gdy w końcu choćby musnął.... euforia. Moje gesty odrzucał. To bolało. Żyłam sobie w permanentnym stanie napięcia, bólu odtrącenia i chwilowej euforii. A on był zawsze w centrum. To na dłuższą metę nie daje szczęścia - zabija miłość. Przemyśl to, bo tak chyba wygląda Twoja z nim codzienność... napięcie .... i tak kolejne dwa lata.

865

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

No mniej więcej tylko krótko i dosadnie napisałam o tym powyżej. Uciekać z takiego układu bo jeśli nie odszedł od żony do tej pory to nigdy tego nie zrobi a Tobie pozostaną łzy, ból i cierpienie-coraz większe!! Zgadzam się z O2 całkowicie.

866

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

http://www.youtube.com/watch?v=JpLnJMQJH10&feature=related

867

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

tadruga odezwij się !!!!!

868

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

dzięki że przeczytałyście, odpisałyście...
jesteście teraz moją jedyną szansą na to by utrzymać się przy życiu....
psycholog? na terapię chodzę od lat...psycholog nie zmieni mi życia...jest tylko po to by wysłuchać...pokazać inną stronę....a to już dawno wiem, znam, próbowałam, nie wyszło...chyba już nikt nie jest w stanie mi pomóc....z nim wiązałam szansę na to by wreszcie zacząć ŻYĆ... tak bardzo się myliłam....wstyd mi mojej naiwności....wstyd mi, że mu wierzyłam....był moim światem przez kilka miesięcy....a teraz nie mam nawet dobrych wspomnień...bo skoro odważył się postawić kwestię miłości w taki sposób to czym była jego miłość? kłamstwem....wiem, że mnie nie okłamywał w wielu kwestiach, ale jakie to ma znaczenie skoro wybrał tak a nie inaczej? jaki sens ma ta jego "miłość" skoro woli żyć podwójnie, nawet jeśli mówi, że tylko jakiś czas - to jest to czas z nią, czas odłożenia moich uczuć i potrzeb na półkę....a dla mnie to nie jest miłość....Nienawidzę go teraz, tak mocno aż boli....nie jestem w stanie poradzić sobie z najmniejszą myślą o nim....teraz są jak miny, które staram się omijać....ale one nie znikną, w końcu będę musiała na nie wpaść i wtedy mnie to zabije....mam już za sobą jedną próbę samobójczą....wiem, że to głupie, ale ja naprawdę nie wyobrażam sobie życia dalej ze świadomością kim byłam dla tych wszystkich facetów.... Marzę o śmierci...i o tym, żeby on nigdy nie istniał, żebym już nigdy nie musiała go widzieć i rozmawiać z nim....Jest mi niedobrze na samą myśl o tym co będzie teraz robił i jak się ułoży jego życie, że mnie już w nim nie będzie, i już nigdy nie będzie się troszczył o to jak się czuję i dlaczego płakałam...
Miałam nadzieję, taką malutką jak ziarnko piasku, że choć jedna z Was napisze- pomyśl jeszcze raz, może on naprawdę Cię kocha. Ale rozum woła "gdyby kochał wybrałby Ciebie, nie kazałby Ci czekać..."....żeby choć jedna z Was napisała, że może tracę najważniejszą osobę w swoim życiu...Ale z drugiej strony- przeczytałam tyle na ten temat, tyle historii, jedna na sto z happy endem...Nie wiem dlaczego napisałam właśnie teraz, na tym forum...Może chciałam zostawić po sobie jakiś ślad....jakieś wołanie o pomoc...
A wiecie jak on zareagował? Szokiem, że nie potrafię zaakceptować jego decyzji (chodzi o czas), że przekreślam szansę na bycie razem...ze JA ją przekreślam....że czuje się bezradny wobec moich słów...że on nie ma innego wyjścia i nie wynika to z jego woli....
Chciałabym, żeby poczuł ból o takiej sile choć przez jeden dzień....Zastanawiam się czy nie powiedzieć jego żonie, nie zniszczyć mu życia tak jak on mi....Myśl o tym sprawia mi satysfakcje....Tylko co by to dało....Mi to życia nie wróci...
Wczoraj wyłam tak bardzo, że myślałam, że już tego nie przeżyję....leżałam na podłodze łazienki i wyłam....
I to nieprawda,że życie przede mną....nie wiecie jakie to życie, jak ono wygląda na codzień i ile mnie kosztuje by wstać z łóżka każdego dnia...Wieczory są piekłem....moje życie nie raz, nie dwa dało mi w kość,ale jeszcze nigdy tak mocno...a wiecie czemu? bo jeszcze nigdy tak nie kochałam....

869

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

TADRUGA jak widac uprzedzilam cie...chcialas zeby dal ci ktoś iskierke nadziei,ze  kocha...możliwe ze tak jest...wrzucialam link powyżej pewnej piosenki"Nie wolno mi".chacialam wlasnie żebyś zrozumiala,że byc może kocha ale nie powinien i nie moze cię kochac!
Dla czego wybral żone...bo wiele ich łączy wbrew pozorom,wbrew temu co byc może mowil,wbrew temu co ty myslisz o ich związku.nie ławo rzucić wszystko na jedna szale i odejśc,nawet jesli się kocha...Uwierz mi kochana ,analogicznie rzecz biorąc,nie wiem czy potrafilabym odejśc od rodziny,pozostawić wszystko za soba,dom,męża,nawet gdybym go nie kochala(choć trudno to sobie wyobrazić).Dla czego? Poniewaz w malżeństwie liczą się też inne wartości.Sa dzieci,byc może kochający mąz w ktorym mimo braku milości mialabym oparcie,może wspólne kredyty,może firma...może poprostu przysięga malżeńska...I wcale nie wbijaj sobie do głowy że gdyby cię kochal to by nie odszedl...Poczytaj wątek zz2.(nieorginalny dramat zdrajcy i dwoch kobiet)Zobacz jak ten mężczyzna cierpi...Pozostal z zona.Postanowił "odzyskać" dawne uczucie ktore łączylo małżonkow.Postapil bardzo mądrze.Jednak nadal nie podjąl decyzji,czy z tą rodzina pozostanie.musisz zrozumiec Tadruga ,ze w zyciu nic nie jest takie proste,oczywiste,ze takie wybory są dramatem rozgrywającym sie w sercu każdego z zaangazowanych w taki uklad osób.Zycze ci duzo sily bo naprawde rozumiem Twoje cierpienie...
I jeszcze jedno,nie mow jego żonie,nie niszcz mu zycia,nie dobijaj go!Jesli to zrobisz spalisz za soba wszystkie mosty,znienawidzi cię.Czy tego chcesz?
Rob wszystko żeby zając czyms czas,wychdz z domu,umawiaj sie z koleżankami,oglądaj komedie,idz do fryzjera...nie wiem cokolwiek na co masz ochote ale nie zatracaj sie w rozpaczy!
Pozdrawiam

870

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Kasandra mądre słowa.
Los ślimaka
Pewnego dnia, kiedy byłem z nim [Don Juanem] w mieście, podniosłem ślimaka ze środka chodnika i odłożyłem w bezpieczne miejsce, pomiędzy jakieś pnącza. Byłem przekonany, że pozostawiony samemu sobie, wcześniej czy później zostałby rozdeptany. Uważałem, że przenosząc go w bezpieczne miejsce, uratowałem mu życie.
Don Juan wykazał, że moje przekonanie było bardzo pochopne, bo nie rozpatrzyłem dwóch istotnych faktów. Po pierwsze, ślimak mógł uciekać przed śmiercią od trucizny zawartej w liściach winorośli, po drugie, mógł mieć wystarczająco silną wolę, aby przejść przez chodnik. Wtrącając się, nie uratowałem go, ale sprawiłem, że utracił to, co z takim trudem zyskał.
Oczywiście chciałem odłożyć ślimaka w miejsce, z którego go podniosłem, ale don Juan mi nie pozwolił. Powiedział, że przeznaczeniem ślimaka było to, że jakiś idiota przetnie mu drogę i wyhamuje impet. Jeśli zostawię go tam, gdzie go odłożyłem, być może ślimak zbierze wystarczającą moc, by podążyć tam, dokąd zmierzał.
Pomyślałem, że rozumiem o co mu chodzi. Najwyraźniej jednak zgodziłem się z nim jedynie powierzchownie. Najtrudniejszą dla mnie rzeczą było pozwolić innym ? być. ?

871

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

KACHNA analizuje los tego ślimaka i ... big_smile stwierdzam że jestesmy slimakami ktorych los w dużej mierze zależy od innych osób...ze decyzje ktore podejmujemy wzgledem innych,bez zastanowienia moga wyrządzić wiecej szkody niz pozytku.Moze czasami warto zostawic tego slimaka samemu sobie...niech się zbierze...moze da rade sam... big_smile

872

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

A jednak to nie jest takie proste jak oceniłyście i jak ja oceniłam....
Być może odchodząc popełniłam największy błąd swojego życia....
Pisałam Wam o dwóch latach czekania, tylko że to nie chodzi ani o dziecko ani o żonę....Chodzi o pracę, którą zawsze chciał zdobyć....Żona mu nie pozwoliła, musiał zapomnieć o swojej pasji, odłożył swoje marzenia na bok. Ja pomogłam mu zrozumieć, że zasługuje na to by zajmować się tym o czym zawsze marzył. Dałam mu gwarancję, że nigdy nie stanę na drodze realizacji jego marzeń zawodowych, tak jak zrobiła to jego żona. Tylko, że paradoksalnie to nas rozdzieliło....Nie potrafię czekać mając świadomość, że mieszkają pod jednym dachem. On postępuje ściśle wg swojego planu- najpierw zdobędzie wymarzoną pracę (daje sobie na to max 2 lata), ale do tego potrzebuje kasy i dlatego nie chce brać rozwodu wcześniej-po rozwodzie nie dostanie pożyczki w banku. Po zmianie pracy, prawdopodobnie będzie tutaj w Warszawie, rozwód. Tak sobie to wymyślił. On uważa, że to że odsunął na bok swoje marzenia o tej pracy przyczyniło się do rozpadu jego małżeństwa i że jeśli znów odsunie je teraz by najpierw wziąć rozwód to nasz związek (już były...) miałby mniejsze szanse na przetrwanie. Takie są jego doświadczenia. Po części rozumiem go.Włożył wiele lat życia w swoją pasję, ale musiał ją porzucić, bo żona jej nie akceptowała. Musiał się wyrzec zatem części samego siebie. Nie dziwię się, że teraz wkłada wszystkie siły w to żeby do tego wrócić. Ale ten plan zakłada, że ja czekam, a na to się nie potrafię zgodzić. Widzę  jak bardzo jego życie się zmienia, jak niewiele go teraz obchodzi zdanie żony i jak coraz bardziej się od siebie oddalają. Dał mi gwarancję, że jak tylko dostanie tą pracę to będziemy razem. A jesli mu się nie uda w tym czasie to się podda i zrezygnuje z tych marzeń. Ale ja nie potrafię na to przystać. Nie wiem czy chodzi o czekanie, czy o to, że nie wierzę mu do końca, czy o to że przez tyle czasu mnóstwo rzeczy może się zmienić.....Po prostu nie umiem się z tym pogodzić, choć kiedyś obiecałam mu, że nigdy nie stanę na drodze realizacji jego marzeń zawodowych. I wiecie co, zaczynam widzieć, że on naprawdę chce tego rozwodu. Mówi, że nawet jeśli nie będę na niego czekać to on i tak się rozwiedzie, bo myślał o tym jeszcze zanim się poznaliśmy. On wierzy, że ja mu dam szansę, że pozwolę mu na kontakt. Mówi, że to tylko etap przejściowy, który prowadzić będzie do naszej przyszłości. Ale ja nie mam innego życia niż "teraz".... Widzę jego zaangażowanie, uczucia....ostatnio zrobił 800 km żeby pobyć ze mną 2 godziny....Postępuję wbrew sobie samej....wbrew swoim uczuciom....Boję się, może powinnam zaufać....zaryzykować....Może zbyt naiwnie oczekuję, że życie będzie czarno-białe...Może gdybym miała 25 lat to poczekałabym bez problemu, ale mój wiek mnie przeraża....Przeczytałam tysiące wypowiedzi w internecie, wchłonęłam mnóstwo ksiązek o zdradzie i przesiąkłam myśleniem, że kochanka zawsze przegra....Tak bardzo wierzę w te wszystkie historie że nie pozwalam samej sobie na doświadczanie czegoś tak ważnego....Być może gdybym była optymistką to postawiłabym wszystko na jedną kartę...Problem w tym, że ja uważam, że mi może przytrafić mi się tylko to co złe.... Dlatego wolałam się wycofać, zabijać swoje uczucia dzień po dniu....Być może to dobra decyzja, jednak czuję w sercu, że źle robię....Być może to właśnie jedna z tych historii, która może się skończyć dobrze, ale nie pozwoliłam sobie na to...Na razie obserwuję to wszystko z boku, ale moja psychika się rozpadła....Mogę stracić pracę, bo nie wytrzymuję napięcia i stresu....On też cierpi....przygotowuję się do rekrutacji, która czeka go na jesieni....może zdobędzie tą pracę i wtedy jak będę wyglądała z tą swoją decyzją o odejściu? To naprawdę nie jest takie czarno-białe jak Wy dziewczyny opisujecie....Łatwo jest osądzać na podstawie własnych doświadczeń, sama to wiem, jednak czasem życie jest o wiele bardziej złożone. Moja przyjaciółka, która zna tą sprawę i rozmawiała z nim bardzo długo, uważa, że powinnam zaryzykować, bo on dobrze wie co robi. Ona sama jest w związku z facetem, który jest po rozwodzie, więc sama też ma pewne doświadczenia w tej kwestii. Napewno jestem nie fair wobec niego w jednej podstawowej kwestii- brak zaufania.... Gdybym potrafiła mu zaufać, potrafiłabym mu wierzyć....I nie mówcie mi proszę, że on wraca do domu i sypia z żoną, bo między nimi już dawno to umarło....W tej kwestii mu akurat wierzę...

873

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

problem w tym, że nie wierzę iż żona da mu rozwód...to typ kobiety, która nigdy nie odpuszcza....twardy tyłek i niezniszczalność....

874

Odp: byłam kochanką.. odeszłam
tadruga napisał/a:

I nie mówcie mi proszę, że on wraca do domu i sypia z żoną, bo między nimi już dawno to umarło....W tej kwestii mu akurat wierzę...

Ok, nie powiem. Za to powiem, ze ja to tez slyszalam - ze pozycie miedzy nimi umarlo, ale za miesiac powiedzial mi, ze jednak ja kocha i bedzie o nia walczyc. I nie ja jedna slyszalam te pierdoly na temat braku seksu lub marnego seksu...
Co do pozostalych spraw. Dla mnie wcale nie jest jasne po tym, co napisalas, ze on sie rozwiedzie i z Toba bedzie. Ale najpierw musi zrobic to, tamto i jeszcze tamto..Tralaallaalala... to tez slyszalalm. Zawsze bylo "cos" na pierwszym miejscu. Doskonale ulozony plan, ale w tym planie bylam czasem na 3, a czasem na czwartym miejscu. Najpierw musial sobie ulozyc rzeczy nr 1, nr 2 i nr 3. I dopiero jak sobie to ulozy (oczywiscie ja bede musiala poczekac na swoja kolejke) to wtedy zajmie sie "nasza sprawa". Guzik prawda. Jesli komus na Tobie zalezy to sprawe zalatwiasz od razu, bo nie chcesz tracic czasu. I tyle w temacie. Oczywiscie bedziesz sie upierac, ze sie myle, ze Ty wiesz lepiej, bo on przeciez jest szlachetny, ale niestety - nasze wyobrazenia sobie, a ichniejsze sobie.. A zycie sobie. Tak to dziala.

875

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Tym razem wdam się w polemikę. I bynajmniej nie wyniknia ona z przekory. Zacznę od łatwiejszych rzeczy.
Pożycie może umrzeć, marny seks też być może. A umrzeć może "chociażby" z takiego powodu, że nie sposób zamknąć oczy i kopulować, kiedy kocha sie inną osobę. Więc proszę bez generalizowania. Niestety czasem tak jest, że .................nie ma mozliwościa bycia razem. Po prostu. Istnieją takie uwarunkowania, że to się udać nie może. Paradoksalnie wynika to czasem z odpowiedizalnośći. Nie stricte żadnej materialnej czy też związanej z dzieciakami.  I sądzę, że to najbardziej boli. Bo jeśli jest sie tylko zabawką w czyichś rękach, odskocznią od codzienności, to faktycznie lepiej, że coś takiego sie kończy. Warto przecierpieć i iść dalej. Jeśli natomiast obie strony są tak samo zaangażowane, nikt nie stanowi tylko wypełniacza przytulankowego to naprawdę jest cholernie ciężko z tym sie pogodzić. Wydaje mi się, że sformułowanie:"jak kocha, to rozwód i heja nowe życie powineien zacząć" nie jest wcale takie proste i oczywiste. I wiem co mówię.  Mozna to uznać za dosyć smutne, ale na pewno nie za tchórzliwe sad.

876

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Wydaje mi sie ze walczenie o milosc kogos, kto ktos jest niezdecydowany i nie wie czy ma odejsc od zony, jest strata czasu

Wedlug mnie powinien byc jakis slownik tlumaczacy slowa/ zdania zdradzaczy, np:

Zdradzacz mowi: Kocham Cie z calego serca, ale nie moge Ci dac rozwodu bo zona mi na to nie pozwoli ( czyli ) >>>> zalezy mi na tobie nie jestes mi obojetna, ale wole zostac z zona, bardziej ja kocham, i jest mi z nia wygodniej...

877

Odp: byłam kochanką.. odeszłam
Beznamietnosc napisał/a:

Tym razem wdam się w polemikę. I bynajmniej nie wyniknia ona z przekory. Zacznę od łatwiejszych rzeczy.
Pożycie może umrzeć, marny seks też być może. A umrzeć może "chociażby" z takiego powodu, że nie sposób zamknąć oczy i kopulować, kiedy kocha sie inną osobę. Więc proszę bez generalizowania. Niestety czasem tak jest, że .................nie ma mozliwościa bycia razem. Po prostu. Istnieją takie uwarunkowania, że to się udać nie może. Paradoksalnie wynika to czasem z odpowiedizalnośći. Nie stricte żadnej materialnej czy też związanej z dzieciakami.  I sądzę, że to najbardziej boli. Bo jeśli jest sie tylko zabawką w czyichś rękach, odskocznią od codzienności, to faktycznie lepiej, że coś takiego sie kończy. Warto przecierpieć i iść dalej. Jeśli natomiast obie strony są tak samo zaangażowane, nikt nie stanowi tylko wypełniacza przytulankowego to naprawdę jest cholernie ciężko z tym sie pogodzić. Wydaje mi się, że sformułowanie:"jak kocha, to rozwód i heja nowe życie powineien zacząć" nie jest wcale takie proste i oczywiste. I wiem co mówię.  Mozna to uznać za dosyć smutne, ale na pewno nie za tchórzliwe sad.

Niestety smutne, ale bardzo prawdziwe...

878

Odp: byłam kochanką.. odeszłam
majusia napisał/a:

Wydaje mi sie ze walczenie o milosc kogos, kto ktos jest niezdecydowany i nie wie czy ma odejsc od zony, jest strata czasu

Wedlug mnie powinien byc jakis slownik tlumaczacy slowa/ zdania zdradzaczy, np:

Zdradzacz mowi: Kocham Cie z calego serca, ale nie moge Ci dac rozwodu bo zona mi na to nie pozwoli ( czyli ) >>>> zalezy mi na tobie nie jestes mi obojetna, ale wole zostac z zona, bardziej ja kocham, i jest mi z nia wygodniej...

Tu akurat nie mogę się z tym zgodzić... Nie bronię go....jednak czasem to, że nadal JEST  z żoną nie wynika absolutnie z tego, że WOLI... Naprawdę nie wszystko jest takie czarno-białe... Sama zawsze byłam przykładem generalizowania, uwielbiałam powtarzać, że jeśli tak to powinien to, sramto i owamto, że jak tak nie robi to znaczy, że to czy tamto, bo inaczej ...itd... Niestety to są teksty, którymi często się karmimy, żeby było nam łatwiej pogodzić się z końcem...i dlatego, że osądzać jest bardzo łatwo... Nie wolno wszystkich wrzucać do jednego worka.... A jednak w tym przypadku to zrobiłam i wszystko mi mówi, że nie powinnam myśleć schematami....Serce mówi co innego, rozum co innego....chyba jeszcze nigdy nie męczyłam się aż tak bardzo jak teraz, starając się sobie wytłumaczyć, że zrobiłam co musiałam....Warto też wziąć pod uwagę to, że czasem BYCIE z żoną jest całkowitym zaprzeczeniem BYCIA.... Ale oczywiście najczęściej prawda leży gdzieś pośrodku.... Może być tak jak twierdzi, że jest , ale może być też tak jak ja nie wiem, że jest...
On mi nie wmawiał, że nie może mi obiecać rozwodu. Nie obiecywał go też, bo to są sytuacje, kiedy ważniejsze są czyny niż słowa. Myślę, że on naprawdę postara się o ten rozwód, bo mu na tym zależy. Natomiast to, ze JA UWAŻAM, że żona zrobi wszystko żeby mu go nie dać, to już zupełnie inna sprawa... To moja ocena i obawa, i nie jest wykluczone, że się mylę...

879

Odp: byłam kochanką.. odeszłam
Median napisał/a:

Jesli komus na Tobie zalezy to sprawe zalatwiasz od razu, bo nie chcesz tracic czasu. I tyle w temacie. Oczywiscie bedziesz sie upierac, ze sie myle, ze Ty wiesz lepiej, bo on przeciez jest szlachetny, ale niestety - nasze wyobrazenia sobie, a ichniejsze sobie.. A zycie sobie. Tak to dziala.

wcale nie twierdzę, że jest szlachetny,,,
Natomiast mówienie " jeśli mu zależy to załatwiasz to szybko i bach, masz potwierdzenie miłości lub nie" jest dla nas wygodne, ale ogromnie schematyczne i nie uwzględnia tego, że każdy przypadek powinno się traktować indywidualnie. Oczywiście to pierwsze Twoje zdanie to jest to co ja sobie wkładam do głowy i przy czym dziecinnie się upieram. Tak właśnie myślę. Jednak biorę też pod uwagę to, że czasami naprawdę życie odbiega od schematów i zwyczajnie nie wolno generalizować. Łatwo jest sobie powiedzieć "jakby mnie naprawdę kochał to najpierw by się rozwiódł i byłoby po sprawie".... Tu jednak w grę wchodzi i życie, i kwestia zaufania i szacunku... I boję się, że odchodząc właśnie temu wszystkiemu zaprzeczyłam... Oczekiwałam bezwarunkowej miłości i zaufania i szacunku, podczas gdy sama zaufać nie potrafiłam, ani uszanować jego ścieżki do naszego bycia razem... To nie do końca jest fair... Oczywiście on też nie jest do końca fair wobec mnie, ale naprawdę czuję, że mogę się mylić w kwestii mojego podejścia.

880

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Witam Was wszystkie. Od dłuższego czasu czytam to forum. Szczególnie ten wątek. Ja również byłam w 3'letnim związku z żonatym mężczyzną. Ponieważ sytuacja ta stawała się dla mnie coraz trudniejsza do zniesienia zapytałam jak widzi przyszłości - powiedział że tylko ze mną, a gdy zapytałam kiedy odpowiedział że nie wiem, bo nie widzi tego jak odchodzi o dzieci (9 i 6 lat). Powiedziałam, że a takim układzie nie widzę sensu tego kontynuować. on powiedział, że  bardzo by chciał ze mną być i gdyby mógł cofnąć czas... ale że jego serce rozdarte jest m.dz. mną i dziećmi a że ich jest dwoje a ja jedna... nie umie sobie wyobrazić że się od nich wyprowadza... No i powiedziałam, że skoro tak stawia sprawę - wcześniej często powtarzał, że wyobraża nas sobie w przyszłości i że z żadną kobieta mu tak dobrze nie było, byliśmy sobie blisko - ja tez z nikim tak blisko nie byłam, ale... no co innego miałam zrobić. powiedziałam, poprosiłam o zwrot kluczy od mojego mieszkania.. klamka zapadła, powiedziałam "dość" ale nie czuję się z tym świetnie. Wciąż sobie powtarzam, że lepiej jak ja jedna cierpię aniżeli 2 dzieci, ale ja naprawdę wyobrażałam sobie że to się da i że będę dbała o jego kontakt z dziećmi - stawiałam sobie to w wyobrażeniach za punkt honoru... niestety moje marzenia legły w gruzie... niedługo wrócę z krótkiego zwolnienia do pracy gdzie będziemy się nie rzadko spotykać.

Gdzieś w sercu mam nadzieję, że on się opamięta i nie zniszczy tego co nas połączyło.. ale z drugiej strony czytając to co piszecie, to chyba nie mam co na to liczyć...

Jestem w ogromnym dołku psychicznym. Mam 31 lat, czuję że przegrałam życie. W moim otoczeniu nie ma wolnych mężczyzn, mam niewielu znajomych- dwie żonate koleżanki, nie mam najbliższej rodziny.

Możecie mnie biczować, ale ja wierzyłam, że ta cała sytuacja, choć dla mnie trudna bo przeciez 3 lata w ukryciu to zaczynałam w tym widzieć sens - w tym kontekście że go wspierałam, w kontekście, że skoro z żoną nie ma żadnej więzi to i ona z tego wyjdzie z korzyścią gdy się rozstaną bo i on ze mną a ona z kimś innym znajdzie szczęście. Liczyłam, że uchronię dzieci przed dwójką nie kochających się rodziców. Nie, nie... tam nie było przemocy ale był kompletny brak więzi, z nikim tak blisko nie byłam, on tez często powtarzał, że nigdy tak blisko z nikim nie był. A nie można być tak skrajnie blisko z jedną i drugą kobietą, nie ma takiej opcji.. temu myślałam, że to związek który ma rację bytu i dlatego widziałam wydawało mi się naprawdę dobre rozwiązanie. Nie że mnie ta sytuacja cieszyła i bez skrupułów się z nim spotykałam, wcale że nie - na początku wyrzuty sumienia mnie niszczyły ale z czasem kiedy nabrało to tak silnego wymiaru zaczęłam patrzeć na tą sytuację w wyżej opisany przeze mnie sposób...

Nie wiem co dalej. Naprawdę nie wiem. Całymi dniami siedzę i patrzę w sufit. Obiecuję sobie coś zrobić a nie robię nic. Czas tak szybko mija gdy się marzy... gdy się marzy i płacze... Nie wiem już czy dobrze zrobiłam czy powinnam była dać mu czas na zebranie myśli, czy może czekać miałam aż jego żonie by puściły nerwy i odeszła, gdyż jedyne co ich łączy to dzieci... a długo to dla samych dzieci nie potrwa.. Nie wiem jak żyć. Wiem, że takie jak ja się nienawidzi i się nimi inni brzydzą. Ja po prostu na początku zaczęłam się z nim spotykać bo nagle zmarła najbliższa mi osoba - wcześniej długi czas byłam sama i po prostu straciłam wiarę w Boga, sprawiedliwość i że warto uczciwie żyć skoro zabiera ci tych co kochasz ostatnich z rodziny a nawet choć bardzo się starałam żyć porządnie to nie dawał żadnego wolnego mężczyzny tylko wciąż propozycje żonatych... i pękłam i teraz mam... to miało być na chwilę, a zakręciło się w ogromne zbliżenie i uczucie i przyzwyczajenie.. nie chce go przekonywać odejdź od dzieci, nie mogę tego robić, a on sam mówił że nie wyobraża sobie że odejdzie od nich. Ja tylko chciałabym by życie mi się ułożyło. Rozumiem że musiałabym znieść piętno kochanki kiedy to by się wydało i że dzieci jego mogłyby mnie nie zaakceptować i jego rodzina... ale chciałam, a teraz jestem sama w pustym mieszkaniu, ze znajomymi którzy mają swoje rodziny i nie mogę ani im się do tego przyznać... z resztą obcowanie z rodzinami dobija mnie - te małe wspaniałe dzieci tulące się do mam, mężowie którzy się starają i ja sama sama i sama... nie wiem co robić- tęsknie, brakuje mi go bo spędzaliśmy wspólnie ogrom czasu... nie wiem dziewczyny co zrobić z tym moim pochrzanionym głupim życiem - życiem która ma być bez niego.. może źle zdecydowałam, a może dobrze, ale co dalej? Już żołądek wypłakuję, ani żyć bez niego nie chcę, ani żyć jako kochanka bez końca, ani w ogóle nic... jak długo ja tak będę za nim tęsknić i tak płakać i sie gnębić raz tęsknotą za nim raz wyrzutami wobec jego żony a raz myślą, że jestem sama jak palec??

Widzę, ze strasznie dużo napisałam, nie wiem czy ktoś z was znajdzie siłę i chęć do przeczytania tego... ale dziękuję, że choć mogłam napisać..

881

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Współczuje. Wiem, że boli i teraz będziesz musiała przechodzić przez najgorsze. Niewiele da się powiedzieć. Na pewno zrobiłaś dobrze, nie dlatego, że przestałaś być kochanką, ale dlatego że odeszłaś od mężczyzny, który nie chciał być z Tobą w całości. Dla siebie.

882

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Te które mają problem wiedzą jak to jest. Boisz się napisać, a gdy napiszesz to co chwile sprawdzasz czy ktoś się tobą zainteresował,  czy coś poradził, czy zganił czy wyśmiał....

Co chwilę słyszałam, że chciałby być ze mną, że marzy o życiu ze mną, że nie wyobraża sobie życia beze mnie, że jest mu ze mną najlepiej na świecie... ale powiedział, że musi zostać w domu bo inaczej jego żona zabierze dzieci i wyjedzie za granicę bo tam ma rodzinę i on je straci. Tak jak któraś napisała nic nie jest czarne lub białe a na pewno w życiu... temu staram się zrozumieć, bo faktycznie musiałby się zgodzić na jej wyjazd stąd - inaczej my nie mielibyśmy życia no i co? Co on ma zrobić? A co ja mam zrobić? Wrócić do niego i czekać aż nabierze odwagi -ale czy nie stanie się odwrotnie i nie uzna że po co coś zmieniać skoro teki układ jest ok??

Kurcze nooo.... nie wiem co robić, kurcze nie wiem. Wmawiam sobie że dobrze zrobiłam, może im się ułoży i niepotrzebnie bym niszczyła kogoś związek a nie jak sadziłabym że wszystkim wyszłoby to na dobre... a może nie, może.... tych może jest z każdą minutą coraz więcej.. Co robić? Czekać bo może mu mnie zabraknie i coś zrozumie? Ale czy jest sens się łudzić? Czy jest nadzieja gdy patrzycie na to z boku??

883 Ostatnio edytowany przez Median (2011-06-09 22:39:35)

Odp: byłam kochanką.. odeszłam
tadruga napisał/a:
Median napisał/a:

Jesli komus na Tobie zalezy to sprawe zalatwiasz od razu, bo nie chcesz tracic czasu. I tyle w temacie. Oczywiscie bedziesz sie upierac, ze sie myle, ze Ty wiesz lepiej, bo on przeciez jest szlachetny, ale niestety - nasze wyobrazenia sobie, a ichniejsze sobie.. A zycie sobie. Tak to dziala.

wcale nie twierdzę, że jest szlachetny,,,
Natomiast mówienie " jeśli mu zależy to załatwiasz to szybko i bach, masz potwierdzenie miłości lub nie" jest dla nas wygodne, ale ogromnie schematyczne i nie uwzględnia tego, że każdy przypadek powinno się traktować indywidualnie. Oczywiście to pierwsze Twoje zdanie to jest to co ja sobie wkładam do głowy i przy czym dziecinnie się upieram. Tak właśnie myślę. Jednak biorę też pod uwagę to, że czasami naprawdę życie odbiega od schematów i zwyczajnie nie wolno generalizować. Łatwo jest sobie powiedzieć "jakby mnie naprawdę kochał to najpierw by się rozwiódł i byłoby po sprawie".... Tu jednak w grę wchodzi i życie, i kwestia zaufania i szacunku... I boję się, że odchodząc właśnie temu wszystkiemu zaprzeczyłam... Oczekiwałam bezwarunkowej miłości i zaufania i szacunku, podczas gdy sama zaufać nie potrafiłam, ani uszanować jego ścieżki do naszego bycia razem... To nie do końca jest fair... Oczywiście on też nie jest do końca fair wobec mnie, ale naprawdę czuję, że mogę się mylić w kwestii mojego podejścia.

A wiesz co? smile Nie wiesz, to ja Ci wytlumacze big_smile Otoz, to jest tak, ze to jest wlasnie cholernie proste. Nic nie jest skomplikowane. To jest naprawde bardzo schematyczne. Tylko, ze po pierwsze:
-boimy sie prawdy, a co za tym idzie - odtracenia
- mamy niezwykla umiejetnosc dorabiania sobie w glowie teorii.
- jestesmy podatne na manipulacje, a faceci sa w tym wbrew pozorom mistrzami hmm

No i tak wlasnie sobie tlumaczymy - zycie jest rozne, ludzie sa rozni. sytuacje sa rozne bla bla bla. Niestety wszystko w wiekszosci przypadkow jest takie samo  - nie jestesmy dla nich najwazniejsze. Wiem, ze boli, ale tak wlasnie jest. I czym szybciej kochanka sobie to uprzytomni, tym szybciej sie z tego wylize.

Mikra napisał/a:

Co chwilę słyszałam, że chciałby być ze mną, że marzy o życiu ze mną, że nie wyobraża sobie życia beze mnie, że jest mu ze mną najlepiej na świecie... ale powiedział, że musi zostać w domu bo inaczej jego żona zabierze dzieci i wyjedzie za granicę bo tam ma rodzinę i on je straci. Tak jak któraś napisała nic nie jest czarne lub białe a na pewno w życiu... temu staram się zrozumieć, bo faktycznie musiałby się zgodzić na jej wyjazd stąd - inaczej my nie mielibyśmy życia no i co? Co on ma zrobić? A co ja mam zrobić? Wrócić do niego i czekać aż nabierze odwagi -ale czy nie stanie się odwrotnie i nie uzna że po co coś zmieniać skoro teki układ jest ok??

O wlasnie - to jest pierwszy z brzegu przyklad na manipulacje, ktora kochanka oczywiscie okresli jako "rozna/inna sytuacje". A tak powiedzmy sobie szczerze - skoro tak bardzo nie wyobraza sobie zycia bez kochanki, jest mu z nia najlepiej na swiecie to...? (btw, ogarnia mnie pusty smiech, bo slyszalam identyczny tekst). Wykretem jest bajdurzenie o tym, ze straci dzieci. No przepraszam bardzo, ale od kiedy to sądy zabieraja opieke prawna rodzicowi, ktory postanawia zaczac inne zycie? Dla mnie to zwykle tchorzostwo, a facet doskonale wie, ze kochanka zmieknie pod ciezarem argumentu, ktorym jest szeroko pojete dobro dzieci.
Jesli naprawde by mu zalezalo to odszedlby, a z dziecmi nie stracilby kontaktu. Jest to dla mnie ewidentny szantaz i robienie w balona kochanki, ktora lyknie wszystko.
Przykro mi.

Mikra... pocierpisz, ale pewnego dnia zaczniesz sie na to uodparniac. A pitolenie o straconym zyciu jest takie infantylneeeee. Przyjdzie czas, ze staniesz na nogi, ale zanim trucizna z Ciebie uleci troche to potrwa.

884

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

można to streścić krócej

   facet zjada ciastko i chce mieć ciastko   Mikra .... jak by na to nie patrzeć nigdy daniem głównym nie będziesz z tym facetem

885

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Krótko i zwięźle dajcie sobie kobiety spokój z żonatymi bo oni powielają jeden schemat. Takie tam bla bla bla a jak przyjdzie co do czego to ogon pod siebie i do żonki wróci. A zwłaszcza jeżeli romans trwa już 3 lata to na pewno kochanka nie zajmnie miejsca żony, pozdrawiam i życzę mądrych decyzji.

886

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Zgadzam się z tym wszystkim co napisano powyżej, kilka lat to naprawdę szmat czasu...

887

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Zgadzam się z koleżankami powyżej. Też byłam kochanką i 3 lata szukałam pocieszenia na tym forum i jakiejś nadziei. Cały ten czas wierzyłam, że on mnie kocha i będziemy razem. Ale niestety rzeczywistość jest brutalna i po tych 3 latach podpisuję się w pełni pod stwierdzeniem, że nie ma co się łudzić! Pewnie nas to czegoś nauczy, na pewno nas zmieni. Niestety uczymy się na błędach i dopiero po czasie odkrywamy, że wszystko to co jest zapisane na tym forum to prawda, która powtarza się w 99.9% takich historii.

888

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

No ja podobnie, odpuściłam po roku i nie żałuję i nigdy nie będę!! Ale moge udzielać porad zdesperowanym kochankom pt. jak wyjść z tego bagna;)

889

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

dobry wieczór kochane kobietki smile

890

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Wiem co sobie myślicie i o czym marzycie. Chcemy być kochane, szanowane i uwielbiane przez mężczyznę swoich marzeń, mężczyznę swojego życia, przeznaczenia. Niestety czasem droga się urywa i znajdujemy się na w zupełnie innym świecie. Świat, w którym odkrywamy siebie, nasze pragnienia i siłę uczuć, pojawia się głód namiętności, a nasza próżnia uczuć zostaje zmieniana. Po co to piszę- zastanawiacie się- a dlatego, że spotkało mnie w życiu coś o czym nawet nie śniłam i chyba nie chciałam żeby tak naprawdę się wydarzyło.
Mam męża, dziecko i dobrą pracę. Jestem wykształcona i chyba podobam się facetom. Nigdy nie reagowałam na ich zaloty, kuszące spojrzenia czy zalotne teksty. Do czasu. Pojawił się on."To" uderzyło we mnie tak mocno, że nie mogłam przestać o nim myśleć, marzyć. Próbowałam się powstrzymać, pozbyć się myśli o nim, ale nie udało się. Nigdy nie zdradziłam męża i myśl o tym wydawała mi się pusta i niepotrzebna - byłam pewna, ze tego nie zrobię. Zależało mi na stabilnym życiu mojej rodziny.
Bałam się mojej reakcji, kiedy się ON pojawił. Trzęsły mi się ręce i czułam, że wszystko w środku mi się przewraca. Pojawił się i rozmawialiśmy i tak codziennie w pracy. Stało się. Wymieniliśmy się telefonami. 20 sms codziennie- rano i w nocy. Pierwsze spotkanie przy kawie. Jego błyszczące oczy, cudowny śmiech i te czułe spojrzenia- podobał mi się. Powiedział mi, że ma żonę i dwoje dzieci i że nie mieszka z nimi. Odszedł od żony tłumacząc, że jej nie kocha. Chciał się z nią rozwieść. Nie zależało mi, by uwierzyć w to - liczyły się chwile z Nim. Po dwóch miesiącach spotkaliśmy się wieczorem. Dotknął mnie pierwszy raz. Ręką pieścił moje włosy i moje dłonie. Pocałował mnie, a ja drżałam jakby był to mój pierwszy raz. Nigdy tak się nie czułam. Całowaliśmy się bardzo namiętnie, porywczo. Boże wybacz, ale ja nie wiem dlaczego to się stało. Na następnym spotkaniu kochaliśmy się - nie wytrzymaliśmy. Żaden mężczyzna w moim życiu nie był taki czuły, nie dotykał mnie tak, nie całował tak namiętnie. Nie mogliśmy wytrzymać bez siebie jednego dnia. Sypały się kilometrowe sms. Spotkanie za spotkaniem kończące się porywczym seksem. Płakałam, bo zdradziłam męża, ale z drugiej strony potrzebowałam tego, pragnęłam. Wyznał mi, ze zakochał się we mnie, lecz ja do tego się nie przyznałam - bałam się. Zakochałam się w Nim. Tęskniłam, pragnęłam go, marzyłam o nim. Wszystko co dobre szybko się kończy. Nie umiem odejść od męża, on od żony. Okazało się, że okłamywał mnie. Chodził do żony i kochał się z nią potem przyjeżdżał do mnie w środku nocy i robił to samo ze mną. Boli mnie to. Zerwałam z nim i cierpię. Piszemy do siebie sms, ale są bardzo chłodne sad On jednak nalega na spotkania lecz ja boje się, że go pokocham tak mocno, że nie wytrzymam jak mnie skrzywdzi. Tęsknię za nim, potrzebuje go.

891

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

LOTOS a skąd znasz szczegoły z jego zycia intymnego? "chodzil do żony,kochal sie z nia..." Swoja droga jurny z niego facet smile

892

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Podzielę się z wami moim smutnym doświadczeniem.
Pomimo jego rozwodu nadal czułam się jak kochanka. Nie byłam jego oficjalną partnerką, tylko tzw. "znajomą". Z dzisiejszej perspektywy już wiem, że on ciągle się wahał, zastanawiał, analizował, co będzie dla niego najlepsze. Często myślami był nieobecny, choć w słowach zapewniał mnie o największej miłości i chęci stworzenia rodziny. Nieczego nieświadoma cieszyłam się tak bardzo, że udało nam się pokonac wszelkie przeciwności losu i że już na zawsze będziemy razem. O naiwności!!!
Nie licząc się ze mną i moimi uczuciami niedawno zakończył nasz związek, bo chce SAM wyjechać do pracy za granicę.
Ja zostałam ze zniszczonym poczuciem własnej wartości i rozszarpanym sercem. Zerwałam z nim wszelkie kontakty, chyba muszę też zrezygnować z bliskich i życzliwych mi osób, bo to nasi wspólni znajomi. Nie chcę już się katować jakąkolwiek obecnością tego faceta w moim życiu.
Nawet jeśli mężczyzna się rozwiedzie to nie znaczy, że już wszystko będzie pięknie. Prawdziwy dramat zacznie się dopiero potem.
Najgorsze teraz jest to, że to cale cierpienie, począwszy od złamania własnych zasad moralnych, bycia tą drugą, wyrzutów sumienia, życia w ciągłym napięciu, samotnych świąt, oczekiwania aż złoży pozew, lęku przed rozprawą itp. poszło na marne. Nie było warto. On nie był tego wart.
Ściskam Was koleżanki bardzo mocno - kochajcie siebie przede wszystkim i nie skazujcie się na śmierć za życia.

893

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Nie twierdzę, że jest łatwo... Być może faktycznie jest tak jak piszecie i być może będzie tak jak mówicie na podstawie własnych złych doświadczeń.
Ale co jeśli nie? Co będzie jeśli zdarzy się wyjątek i facet okaże się w porządku?
Będę się upierać przy swoim zdaniu, że nie wszystko zdarza się wg schematów. Bywają też szczęśliwe zakończenia, szkoda tylko że tak rzadko. Myślę, że to właśnie m.in. kwestia tego, że to naprawdę nie zawsze bywa proste.
Trzy lata w takim związku jaki miałam nie wytrzymałabym. Dlatego postawiłam sprawę jasno i odeszłam. Jeśli uda się dojść do kompromisu- zgodzę się na rozważenie go. Ale czekać latami nie mogę. Zgadzam się również z tym, że odebranie dzieci ojcu to bujda, a raczej dokładniej rzecz ujmując- wymówka.

894

Odp: byłam kochanką.. odeszłam
Mikra napisał/a:

Witam Was wszystkie. Od dłuższego czasu czytam to forum. Szczególnie ten wątek. Ja również byłam w 3'letnim związku z żonatym mężczyzną. Ponieważ sytuacja ta stawała się dla mnie coraz trudniejsza do zniesienia zapytałam jak widzi przyszłości - powiedział że tylko ze mną, a gdy zapytałam kiedy odpowiedział że nie wiem, bo nie widzi tego jak odchodzi o dzieci (9 i 6 lat). Powiedziałam, że a takim układzie nie widzę sensu tego kontynuować. on powiedział, że  bardzo by chciał ze mną być i gdyby mógł cofnąć czas... ale że jego serce rozdarte jest m.dz. mną i dziećmi a że ich jest dwoje a ja jedna... nie umie sobie wyobrazić że się od nich wyprowadza... No i powiedziałam, że skoro tak stawia sprawę - wcześniej często powtarzał, że wyobraża nas sobie w przyszłości i że z żadną kobieta mu tak dobrze nie było, byliśmy sobie blisko - ja tez z nikim tak blisko nie byłam, ale... no co innego miałam zrobić. powiedziałam, poprosiłam o zwrot kluczy od mojego mieszkania.. klamka zapadła, powiedziałam "dość" ale nie czuję się z tym świetnie. Wciąż sobie powtarzam, że lepiej jak ja jedna cierpię aniżeli 2 dzieci, ale ja naprawdę wyobrażałam sobie że to się da i że będę dbała o jego kontakt z dziećmi - stawiałam sobie to w wyobrażeniach za punkt honoru... niestety moje marzenia legły w gruzie... niedługo wrócę z krótkiego zwolnienia do pracy gdzie będziemy się nie rzadko spotykać.

Gdzieś w sercu mam nadzieję, że on się opamięta i nie zniszczy tego co nas połączyło.. ale z drugiej strony czytając to co piszecie, to chyba nie mam co na to liczyć...

Jestem w ogromnym dołku psychicznym. Mam 31 lat, czuję że przegrałam życie. W moim otoczeniu nie ma wolnych mężczyzn, mam niewielu znajomych- dwie żonate koleżanki, nie mam najbliższej rodziny.

Możecie mnie biczować, ale ja wierzyłam, że ta cała sytuacja, choć dla mnie trudna bo przeciez 3 lata w ukryciu to zaczynałam w tym widzieć sens - w tym kontekście że go wspierałam, w kontekście, że skoro z żoną nie ma żadnej więzi to i ona z tego wyjdzie z korzyścią gdy się rozstaną bo i on ze mną a ona z kimś innym znajdzie szczęście. Liczyłam, że uchronię dzieci przed dwójką nie kochających się rodziców. Nie, nie... tam nie było przemocy ale był kompletny brak więzi, z nikim tak blisko nie byłam, on tez często powtarzał, że nigdy tak blisko z nikim nie był. A nie można być tak skrajnie blisko z jedną i drugą kobietą, nie ma takiej opcji.. temu myślałam, że to związek który ma rację bytu i dlatego widziałam wydawało mi się naprawdę dobre rozwiązanie. Nie że mnie ta sytuacja cieszyła i bez skrupułów się z nim spotykałam, wcale że nie - na początku wyrzuty sumienia mnie niszczyły ale z czasem kiedy nabrało to tak silnego wymiaru zaczęłam patrzeć na tą sytuację w wyżej opisany przeze mnie sposób...

Nie wiem co dalej. Naprawdę nie wiem. Całymi dniami siedzę i patrzę w sufit. Obiecuję sobie coś zrobić a nie robię nic. Czas tak szybko mija gdy się marzy... gdy się marzy i płacze... Nie wiem już czy dobrze zrobiłam czy powinnam była dać mu czas na zebranie myśli, czy może czekać miałam aż jego żonie by puściły nerwy i odeszła, gdyż jedyne co ich łączy to dzieci... a długo to dla samych dzieci nie potrwa.. Nie wiem jak żyć. Wiem, że takie jak ja się nienawidzi i się nimi inni brzydzą. Ja po prostu na początku zaczęłam się z nim spotykać bo nagle zmarła najbliższa mi osoba - wcześniej długi czas byłam sama i po prostu straciłam wiarę w Boga, sprawiedliwość i że warto uczciwie żyć skoro zabiera ci tych co kochasz ostatnich z rodziny a nawet choć bardzo się starałam żyć porządnie to nie dawał żadnego wolnego mężczyzny tylko wciąż propozycje żonatych... i pękłam i teraz mam... to miało być na chwilę, a zakręciło się w ogromne zbliżenie i uczucie i przyzwyczajenie.. nie chce go przekonywać odejdź od dzieci, nie mogę tego robić, a on sam mówił że nie wyobraża sobie że odejdzie od nich. Ja tylko chciałabym by życie mi się ułożyło. Rozumiem że musiałabym znieść piętno kochanki kiedy to by się wydało i że dzieci jego mogłyby mnie nie zaakceptować i jego rodzina... ale chciałam, a teraz jestem sama w pustym mieszkaniu, ze znajomymi którzy mają swoje rodziny i nie mogę ani im się do tego przyznać... z resztą obcowanie z rodzinami dobija mnie - te małe wspaniałe dzieci tulące się do mam, mężowie którzy się starają i ja sama sama i sama... nie wiem co robić- tęsknie, brakuje mi go bo spędzaliśmy wspólnie ogrom czasu... nie wiem dziewczyny co zrobić z tym moim pochrzanionym głupim życiem - życiem która ma być bez niego.. może źle zdecydowałam, a może dobrze, ale co dalej? Już żołądek wypłakuję, ani żyć bez niego nie chcę, ani żyć jako kochanka bez końca, ani w ogóle nic... jak długo ja tak będę za nim tęsknić i tak płakać i sie gnębić raz tęsknotą za nim raz wyrzutami wobec jego żony a raz myślą, że jestem sama jak palec??

Widzę, ze strasznie dużo napisałam, nie wiem czy ktoś z was znajdzie siłę i chęć do przeczytania tego... ale dziękuję, że choć mogłam napisać..

Bardzo Ci współczuję i dzielę Twój ból z racji swojej świeżej sytuacji. Wiele spraw odczuwam dokładnie tak samo jak Ty... Jeśli tylko miałabyś siłę i chęć-pisz do mnie na priv....

895

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

MIKRA kochajac drugiego czlowieka pragniemy jego szczęścia.Czyz nie tak jest?Jak myslisz czy potrafilabys uszczęśliwic swojego kochanka gdyby odszedl od rodziny?Jesli naprawde go kochasz,zrozumiesz...
Poza tym pamiętaj,że rodzina to nie tylko dzieci.To też rodzina jego ,jej,ich dzieci.Dalsza,blizsza itd...zwiazane,spokrewnione,skoligacone...Rodzina to taka integralna cząstka,scisle ze soba zwązana,nie chodzi tylko o uczucia ale tez i sprawy przyziemne,czysto ekonomiczne...nawet jesli nie kocha swojej zony,to będzie trzymal sie dorobku swojego zycia jak kura grzedy.Owszem zdazaja się przypadki że odchodza.sama obserwuje że zdaza się to coraz cześciej.Jednak nie dostalas takiej polisy od swojego kochanka.nie obiecal ci tego.On dokonal wyboru.Ty też i tak niech pozostanie.
Odpowiedz sobie na pytanie.Czy naprawde potrafisz dac mu szczęście?Czy zagluszysz jego sumienie?Bo jesli nie,to w chwili gdy ono sie odezwie Ty na tym ucierpisz...
W obecnej chwili znasz tylko rozpacz.Jednak uwierz mi ze dokonalas dobrego wyboru.Ratujesz siebie.Nadejdzie moment ze bedziesz ponadto wszystko silna i dumna ze swojej decyzji.
Pozdrawiam serdecznie

896

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Witam, drogie kobietki smile
dołączyłam do waszego grona dopiero dzisiaj... szukając chyba zrozumienia... porady... nie wiem czy jestem już kochanką... czy nią będę czy nie... nie wiem jak to nazwać i co o tym myśleć... ale poznałam faceta, który ma żonę i dziecko ... powiedział mi o tym od razu, nie kłamał i nic nie ukrywał. Od samego początku od razu poczuliśmy tą samą chemie... na pierwszym (i jak na razie ostatnim) spotkaniu połączyły nas namiętne pocałunki... myślałam, że może to jednorazowy wybryk (bo po małej ilości alkoholu) i że się nie powtórzy ale na następny dzień przed jego wyjazdem było to samo. Nie wiem co dla niego to znaczy... czy w ogóle coś znaczy... czy uważa to za zdradę... ? Jak myślicie ?
Ja nie mogę przestać o nim myśleć, mamy cały czas kontakt telefoniczny lub przez internet, na moje szczęście (lub nieszczęście:)) on mieszka dośc daleko ode mnie i raczej nie będziemy się za często spotykać...
chodzę jak w amoku... nie wiem co robić... nie wiem kiedy go zobaczę... wiem, że mu sie podobam - on mi też - i że spędził, ze mną fantastyczny wieczór... tylko co dalej... czy warto w to brnąć? Z żoną jest mu chyba ok, nie pytałam i nie wiem dlaczego się spotyka ze mną... czy może nawet z innymi ... skoro ma żonę?

Czy warto się w to angażować.... pewnie usłyszę to samo co od przyjaciółki ... żeby się w to nie pchać i kopnąć go ...
Tylko co jeśli już coś czuję i nie wiem czy to się uda... jestem po prostu jak zaczarowana... Czy warto z nim o tym porozmawiać w takich kategoriach... ?
Nie chcę żeby mnie oszukiwał i mówił to co chcę usłyszeć... a z kolei skąd mam wiedzieć, że nie będzie ze mną szczery...
rozmowa wisi na włosku... niestety po weekendzie bo weekend standardowo z rodziną... a ja czas spędzam na rozmyślaniu ...co dalej i czy warto...
mam nadzieję, że nie napisałam zbyt chaotycznie... i da się coś z tego zrozumieć...  będę wdzięczna za jakąkolwiek poradę... może coś zrozumiem:)

897

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

ZAUROCZENIE chcesz zrozumieć,to poczytaj sobie podobne wątki,posty wielu kochanek jak rownież wielu zdradzonych żon.Zrozumiesz ile zla niesie za soba zdrada w malżeństwie i stanie z boku jako ta Druga.
Zapewniam cie ze nie warto zaczynać.Lepiej zabic to nawo rodzące się uczucie w zalążku.Co będzie jak naprawde się zakochasz?Czarna rozpacz!Napisałas ,że on z zona okey,więc czego szuka w spotkaniach z Toba?Zapytaj go o to.Odwroc się od niego plecami dopuki nie jest za późno.
Pozdrawiam

898

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

I nie szukaj zrozumienia Zauroczenie,bo świat nie zrozumie!

899

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

No tak pewnie dużo łatwiej jest zapytać... ale jaką mam pewność, że to co usłyszę będzie prawdą... a nie będzie kolejną ściemą dla "kochanki" "przyjaciólki" czy jak to inaczej można nazwać.... zamierzam się dowiedzieć i zapytać jednak się boję... do tej pory byłam i czułam że jest szczery ze mną ale pod wpływem innych zaczynam się obawiać i przestaję mu ufać ... chociaż póki co zupełnie bez powodu ( poza tym, że zdradza ze mną żonę)...czy to można już nazwać zdradą? Czy on też myśli o tym w tych kategoriach? Czy to była dla niego zdrada?

900

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

O co chcesz go zapytac Zauroczenie?Czy jego zachowanie bylo zdradą?A owszem wedlug mnie bylo.jego żonie tez by sie takie zachowanie z jego strony nie spodobalo smile Podobno zdrada zaczyna się nawet z chwila zdjęcia obrączki.Jest wyrazem obojetności wobec malżeństwa,no chyba ze facet ma taka prace ze nie jest pożadane jej noszenie.A tak w ogole to czego sie boisz?Szczerej odpowiedzi z jego strony,ze nigdy nie zostawi swojej rodziny?

901

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Nie wiem sama o co chcę i muszę zapytać smile... chciałabym wiedzieć w jakim kierunku zmierza ta "znajomość" i jaki w ogóle jest jej sens... co do obrączki... akurat w moim przypadku cały czas ją miał na palcu... (o ile to była obrączka- bo była srebrna)... Nie, tego się nie boję, wiem, że nie zostawi rodziny i nawet chyba bym tego od niego nie oczekiwała... jestem pierwszy raz w sumie w takiej chorej sytuacji ... może tylko teraz tak mówię póki nie oszalałam na jego punkcie do końca i jeszcze jakieś resztki rozsądnego myślenia mną kierują....
Do tego jestem rozbita bo co chwile dostaję sprzeczne sygnały...z jednej strony jeszcze zanim się spotkaliśmy powiedział, żebym nie zawracała sobie nim głowy bo jest daleko, ma rodzine... na drugi dzień z kolei jak się spotkaliśmy całkiem inna gadka, że chciałby żeby to była znajomość na lata... i do tego te pocałunki, przytulanie, ... to trochę skomplikowane i on chyba nie wie, że mąci mi w głowie...

Ja z kolei nie wiem czy mam udawać, że mnie to nie rusza i że podchodzę do tego z dystansem, na chłodno .... czy jednak pokazać, że coś mnie rusza, że mi zaczyna zależeć ... może od razu z grubej rury, wymyślę, że się zakochałam.... on się zapewne wystraszy i sprawa sama się rozwiąże?:)...

Ale to wszystko pokręcone...

902

Odp: byłam kochanką.. odeszłam
odtrutka napisał/a:

Nawet jeśli mężczyzna się rozwiedzie to nie znaczy, że już wszystko będzie pięknie. Prawdziwy dramat zacznie się dopiero potem.

Nigdy nie zbudujesz szczęścia na nieszczęściu innego człowieka.

903

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Uwazam że jego zachowanie jest jak najbardziej świadome.On wie że mąci ci w glowie...Chce sobie wychowac kochanke i to wszystko!Po co mu przyjaciolka jesli ma żone/Ona powinna byc jego prawdziwym przyjacielem.
Bądz bezposrednia wobec niego,zapytaj co będzie jeśli się w nim zakochasz,jak dalej widzi waszą znajomośc.Otwarcie i z grubej rury tak jak napisalas smile

904

Odp: byłam kochanką.. odeszłam
xpathx napisał/a:
odtrutka napisał/a:

Nawet jeśli mężczyzna się rozwiedzie to nie znaczy, że już wszystko będzie pięknie. Prawdziwy dramat zacznie się dopiero potem.

Nigdy nie zbudujesz szczęścia na nieszczęściu innego człowieka.

Prawda jest bolesna, ale masz absolutną rację. Mój post miał mieć właśnie takie przesłanie, że związek z zajętym lub właśnie rozwodzącym się mężczyzną zawsze będzie bolesny i utopijny.

Zauroczenie, tak jak doradza Kasandra, wal z grubej rury - każdemu należy się szczerość i jasność sytuacji. Niestety panowie mają niesamowity dar do manipulacji i krętactwa. Ja dałam się paskudnie nabrać i teraz mam to, na co zasłużyłam.

905

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Dzięki kobitki za rady smile
na pewno będzie rozmowa... bo już została zapowiedziana... póki co wydaje mi się, że był ze mną szczery .... i nie wymiguje się od rozmowy... więc może nie będzie źle:) tylko chyba wole poczekać z tym do kolejnego spotkania aby to była rozmowa w 4 oczy... wtedy mam nadzieję, że będę miała większe szanse na ewentulne wykrycie ściemy... czy może lepiej nie czekać i załatwić to jak najszybciej?? ... tylko, że możliwe to będzie tylko przez neta... bo jak mówiłam dzieli nas oprócz tego jeszcze mnóstwo kilometrow...
póki co nawet nie wiem jak on sobie to w ogóle wyobraża... nie wiem co myśleć... ale wiem, że było mi z nim rewelacyjnie... tylko co z tego jak i tak nie ma to żadnej przyszłości ...

odtrutka... niestety my kobiety to jesteśmy podatne na te ich wszystkie gierki sad a oni to wykorzystują...

tylko chciałabym wierzyć, że ten jest troszkę inny niż wszyscy... na pewno w jakimś stopniu jest inny bo zaskakuje mnie takimi rzeczami, że aż ciężko uwierzyć, że to mogłby powiedzieć (lub zrobić) facet smile ...

chociaż dla mnie był naprawdę dobry... to jak w rzeczywistości może być dobry??... skoro robi takie rzeczy żonie sad jedno wyklucza drugie...

906

Odp: byłam kochanką.. odeszłam
zauroczenie napisał/a:

chociaż dla mnie był naprawdę dobry... to jak w rzeczywistości może być dobry??... skoro robi takie rzeczy żonie sad jedno wyklucza drugie...

Przeczytaj to z 1000 razy i zastanów się.

907

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Niekochana72 No tak odpowiedź byłaby prosta... niby jest prosta...

ale jednak czy to od razu skreśla go w 100% z listy dobrych ludzi... nie może być przeciez przekreślony i potępiony przez innych ... w tym przeze mnie ...

idąc tym tokiem myślenia wychodziłoby na to, że ja też jestem zła.. .bo przecież się na to zgodziłam... pozwoliłam mu zdradzić żonę...

czy to że ją oszukuje i zdradza to od razu będzie oznaczało, że mnie też oszukuje lub bedzie oszukiwal... ?
ze nie zasluguje na zaufanie... ehhh ... sama nie wiem...

Odtrutka:
Skoro on(i) ma dar manipulacji to ja też muszę nim pomanipulować smile a sama mu się nie dam smile

908

Odp: byłam kochanką.. odeszłam
zauroczenie napisał/a:

Niekochana72 No tak odpowiedź byłaby prosta... niby jest prosta...

ale jednak czy to od razu skreśla go w 100% z listy dobrych ludzi... nie może być przeciez przekreślony i potępiony przez innych ... w tym przeze mnie ...

A czy ja cokolwiek na jego temat napisałam? Sama sobie udzieliłaś odpowiedzi. A że Ci ona najwyraźniej nie pasuje - Twój problem, kochana.
Ty będziesz z tym żyć, a nie ja. A za parę miesięcy pewnie wejdziesz na forum i będziesz płakać, jak Cie strasznie wykorzystał.
Teraz jest pora na decyzję. A jaką? Twój wybór i Twoje konsekwencje.

909

Odp: byłam kochanką.. odeszłam

Nie mówię, że coś na jego temat napisałaś... Po prostu się głośno zastanawiam... takie pytania, w których brakło znaku zapytania smile ja swoją odpowiedź znam... i nie skreślam od razu ludzi... ale chętnie usłyszałabym co inni o tym myślą....
może i będę płakać smile takie jest życie... do tej pory też płakałam po poprzednim związku... a teraz dzięki niemu zapominam o tym co było i ponownie poczułam jak to jest być szczęśliwą...

będę robiła wszystko aby nie dać się wykorzystać... ale nie wiem jak to wszystko się potoczy...

910

Odp: byłam kochanką.. odeszłam
zauroczenie napisał/a:

N
może i będę płakać smile takie jest życie... do tej pory też płakałam po poprzednim związku... a teraz dzięki niemu zapominam o tym co było i ponownie poczułam jak to jest być szczęśliwą...

będę robiła wszystko aby nie dać się wykorzystać... ale nie wiem jak to wszystko się potoczy...

A może tak by zastanowić się, że oprócz Ciebie jeszcze ktoś inny może być skrzywdzony?
A nie tylko JA, JA, JA?

Posty [ 846 do 910 z 985 ]

Strony Poprzednia 1 12 13 14 15 16 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » byłam kochanką.. odeszłam

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024