To nie tak, że zakochałam się w kochanku. Mogę powiedzieć co najwyżej o zauroczeniu.
Zafascynowało mnie to, że pod względem intelektualnym jesteśmy bardzo dopasowani. Zgrywamy się na poziomie podstawowym. Relacja z nim mi pokazała, że aby stworzyć coś fajnego z drugą osobą nie trzeba wiecznie naginać własną osobowość, udawać, męczyć się. Jeśli trafią na siebie dwie osoby, które mają zgodny układ w mózgowiu to można stworzyć naprawdę coś fajnego.
Ale wiecie? Dokładnie tydzień temu zaczęłam się zastanawiać: póki mam tak częsty kontakt z byłym kochankiem to nie mam realnych szans na prawdziwe budowanie NAS (ja - mąż) od nowa. Uświadomiłam sobie, że to moje nieudane małżeństwo w porównaniu z "przyjaźnią" z b. kochankiem wypada blado, bardzo blado. Dlatego w niedzielę przeprowadziłam długą rozmowę z byłym i oznajmiłam, że chcę odsunąć bodziec który stawia moje małżeństwo w złym świetle, tzn. chcę urwać z nim kontakt. Właśnie po to abym mogła dać mojemu małżeństwu szansę. On nie protestował, starał się zrozumieć moją decyzję mając nadzieję, że za jakiś czas odezwę się z wnioskiem iż nasza przyjaźń w niczym nie przeszkadza. To jest jedna z cech która mi u niego bardzo odpowiada, szanuje moje wybory, decyzje, mimo że ma odmienne zdanie na dany temat. Nie przekonywał mnie, nie nagabywał.. po prostu przyjął do wiadomości.
Masz rację Excop, boję się, że wejdę w stare buty żony którą byłam przez 8 lat. Bardzo się zmieniłam, jestem dziś inną osobą niż rok temu, ale mam lęk, że budując nowy związek z mężem znów się zagalopuję i będę poświęcać własne potrzeby dla celu wyższego.
Mąż zauważył moją przemianę. Wie czego dziś oczekuję od naszej relacji, zna moje wyobrażenie na ten temat. Dwa dni temu jednak tak sobie myślałam: ok, on wie czego ja oczekuję, ale dlaczego on mi nie komunikuje swoich potrzeb. Też chcę je znać abym mogła stwierdzić czy jestem w stanie im podołać. Dziś zapytałam go o to. Powiedział, że on nie ma większych potrzeb, że skupia się na tym aby zaspokoić moje, aby mi dać to czego mi brakowało w starym związku. To bardzo szlachetne i szczerze muszę przyznać, że jak sobie pomyślę, że miałabym spełniać jakieś jego potrzeby to mam tak zryty beret, że włącza mi się w mózgu mechanizm który mi przypomina jak przez 8 lat się starałam i czuję to straszne uczucie: musisz się starać żeby mąż był z Ciebie zadowolony, bo on nie akceptuje Cię taką jaką jesteś, musisz się starać. O ja pierdziulę... mam wrażenie, że te przykre uczucia drzemią we mnie i tylko czekają kiedy będą mogły się uruchomić blokując mnie i zarazem niszcząc od środka.
Wręcz jestem przewrażliwiona. Wczoraj rozmawiałam do późna z koleżanką z DE. Jakoś się tak stało, że po rozmowie akurat mąż napisał do mnie co jeszcze porabiam o tej porze. Odpisałam, że rozmawiałam przez skype. On zapytał z kim, a na mnie już to zadziałało jak płachta na byka. Właśnie przez to, że przez 8 lat był szpiegiem, kontrolerem, a ja musiałam się tłumaczyć z każdego kroku zrobionego bez niego. Dlatego nawet najdrobniejsze pytania typu: z kim rozmawiałaś przez tel, z kim się spotkałaś po pracy, działają na mnie bardzo drażniąco. I mimo, że wiem że takie pytania pojawiają się w normalnym związku, to gdy padają one z jego ust mam ochotę obrócić się na pięcie i wycofać, bo pojawiają się myśli: przecież on wie jak to mnie wpienia, więc dlaczego pyta? Nie zmieni się, swojej natury nie idzie zmienić..
Nie jestem również podatna na zbytnią czułość. Fajnie jak możemy się poprzytulać od czasu do czasu, sex i takie tam.. ale gdy zaczyna choćby zbyt miło do mnie pisać to znów dziwne uczucie które wręcz wzbudza u mnie psychiczne mdłości. Problem w tym, że gdyby to była inna osoba to zapewne nie miałabym nic przeciwko (oczywiście tak czy tak uważam że są granice pieszczenia partnera) ale dlatego że to jest mój mąż, który przez całe nasze życie traktował mnie jak kota pupila, to tego typu gesty z jego strony wywołują u mnie alergie.
Napisaliście: potrzebna jest komunikacja. Zgadzam sie, chcę szczerych rozmów o naszych uczuciach. Jednak z tego co zauważyłam to tylko ja się przed mężem otwieram. Głównie rozmawiamy o mnie. Dziś wręcz kazałam mu powiedzieć, opowiedzieć: co Ty czujesz obecnie? Jak oceniasz swój stan emocjonalny? Rozmawiaj ze mną o swoich przemyśleniach, wnioskach.. niech w końcu na boga zagości u nas komunikacja. Skwitował trzema, może czterema zdaniami.. ehhh.. nie wiem. Może musi się nauczyć.
Postanowiłam, że na rozprawie poproszę o separację. Niech sąd nam wyznaczy określony termin, minimum pół roku, maximum rok. Chcę spróbować mimo wszystko, ale chcę również byśmy mieli określony czas, ponieważ nie chcę czekać wieczność. Chcę abyśmy się wzięli do kupy i zaczęli działać, a nie takie dajmy sobie czas i czekanie na efekty w nieskończoność.
Wiem, że mam o co walczyć. Zrozumiałam, że pełna rodzina to wielka wartość. Ale taka prawdziwa a nie sztuczna. Bardzo chciałabym stworzyć tą prawdziwą. Mimo wielu wad męża nad którymi on pracuje i mimo swoich, choćby te alergiczne reakcje, chcę spróbować. Ten człowiek jest ojcem mojego dziecka i to z nim muszę wykorzystać każdą szansę na stworzenie córce szczęśliwego domu, nie z kimś innym. Nawet były kochanek przyznał, że muszę z tej szansy skorzystać, żeby później nie mieć do siebie żalu. I to jest święta racja.
Cieszę się, że mimo iż nie wiadomo co czuję do męża, to nadal łączą nas przyjemne chwile. Ciągle lubimy wspólne zakupy, wypady do restauracji, wieczorem lubimy wgnieść się w kanapę i obejrzeć film. Także istnieją jakieś minimalne warunki ku temu aby coś zaiskrzyło. Byleby tylko tak się stało.