Witam Was Kochani!
Piszę tutaj, ponieważ widzę, że nie jestem jedyną, która przeżywa dramat rozstania z chłopakiem.
Moja historia jest dosyć skomplikowana, ale postaram się opowiedzieć krótko, jak to było. Liczę na Wasze rady.
Ze swoim byłym chłopakiem byliśmy 14 miesięcy. To był mój pierwszy chłopak, ja dla niego zaś byłam drugą dziewczyną. Poznaliśmy się, kiedy kończył liceum, ja jestem rok młodsza. Od początku był bardzo pewny naszego związku, wyraźnie mu zależało, czułam, że traktuje mnie jako tą jedyną i ma wobec mnie poważne plany. Mimo, że jesteśmy młodzi byłam prawie pewna, że jeszcze rok/półtorej i się oświadczy. Owszem, kłóciliśmy się, ale zawsze te wszystkie problemy doprowadzały do umocnienia więzi. Kiedy poszedł na studia, widywaliśmy się raz na tydzień, raz na dwa tygodnie, ale to sprawiało, że jeszcze bardziej potrzebowaliśmy siebie nawzajem. Od początku sprawiał wrażenie człowieka porządnego i ODPOWIEDZIALNEGO, bardzo silnego. To nie była tylko moja opinia. Obydwoje jesteśmy bardzo wierzący i dogadywaliśmy się idealnie pod tym względem...niestety...
Gdy przyjechał, bo miał wolne, czułam, że coś jest nie tak..był dziwnie chłodny...zdystansowany...potem, jak już wrócił do miasta, gdzie studiuje, zadzwonił do mnie i powiedział, że...nie wie, czy chce ze mną być...nie wie, czy jestem tą jedyną...bardzo bolało, bo zawsze był pewny...nawet w kłótniach...bał się, żebym ja nie zerwała przypadkiem...wiedziałam, że mu zalezy na mnie jak nie wiem...jego słowa bolały, ale słyszałam, że on sam czuje sie bezradny....jakby już nie wiedział, czego chce. zerwalismy...ale zaraz po rozmowie wyslal mi smsy, że zaluje, ze to nie było z serca...zebym dala mu czas...itd.zgodzilam sie...
na drugi dzien bylam bardzo zdenerwowana, że tak mnie potraktowal. doszlam do wniosku, ze nie bede czekac, az łaskawie...napisze mi po tygodniu ze chce ze mna byc...albo nie chce..wieczorem do niego zadzwonilam...nie odebrał...wysłał mi na maila list, w którym napisał, jak bardzo zaluje decyzji...ze dzien beze mnie...to koszmar...ze zalezy mu na mnie...ogolnie co sie dalo...to napisal...zadzwonil potem i dlugo rozmawialismy...wiele sobie wytłumaczylismy...było idealnie...bardzo ta sytuacja otworzyła moje serce na niego...starał się przez cały tydzien...dzwonil...potem sie poklocilismy bo zaczelam czuc ze znowu zachowuje sie jak przed rozstaniem...no i tydzien po tamtym zerwaniu przyjechal do mnie z kwiatami...ale ogolnie znow zaczal mowic ze nie wie czego chce i w ogole...ja bardzo sie denerwowalam, krzyczałam, ale...po godzinie rozmowy...stwierdzil ze zalezy mu na mnie ze sie zmieni...i ogolnie...przekonywal mnie na kazdy mozliwy sposob zebym mu zaufala jeszcze raz ze mnie nie skrzywdzi ze nigdy nie czul zeby go ktos tak kochal jak ja...ze nigdy nie chcial mnie stracic ze....bede wspaniala zona narzeczona...zgodzilam sie i znow...poczulam ze to naprawde ten jedyny ze zalezy mi na nim...i było mi go bardzo szkoda, ze tak mnie musial prosic...bo widzialam jak bardzo mu na mnie zalezy....tydzien po tej sytuacji jechalismy z jego rodzina na 4 dni na wesele jego brata...dosc daleko od mojej miejscowosc...liczylam ze tam wykaze sie jak bardzo jestem dla niego wazna ze bedzie bardzo troszyczl opiekowal...itd. ogolnie juz pierwszego dnia sie poklocilismy...chodzilo o to ze mialam pretensje ze mnie zostawia sama...nie bede wchodzic w szczegoly ale kazdemu komu opowiadam stwierdza ze nieodpowiedzialnie sie zachowywal...gdy mu to powiedzialam stwierdzil ze ...za duzo wymagam i chce nie wiadomo czego od niego...byłam załamana...tydzien wczesniej...obiecywal ze bedzie sie opiekowal bedzie zabiegal...a teraz...ogolnie...na drugi dzien rano...mnie wycalowal...i przeprosil i powiedzial ze...przy mnie czuje sie najszczesliwszy...itd...
no a potem na weselu...znow chlod, obojetnosc, zostawianie samej...wiadomo ja tez mialam humory bo po tamtej sytuacji oczekiwalam ze bedzie bardziej o mnie zabiegal a tutaj bylo nawet gorzej niz wczesniej...jakby w ogole zapomnial...zawsze sie zarzekal ze nie pije wodki...bo to tylko po to zeby sie opic a na tym weselu...pił...potem...zrobil w stosunku do mnie bardzo okropna rzecz, SWIADOMIE...a nastepnie mnie zignorowal...
bylam zalamana...bo nie wiedzialam co mu sie stalo...podeszlam w koncu do niego i powiedzialam, że nie moge byc z kim kto nie wie czego chce...na to stwiedzil ( a wypil dosc sporo) ze on juz wie...i ze przy mnie czuje sie jak na szpilkach...ze ja kocham sie w wyobrazeniu o nim....i ogolnie takie niemile slowa...
bylam w szkou...nie chcialam z nim zrywac...chcialam zeby sie ogarnal po prostu...wrocilam z jego bratem do siostr gdzie spalismy i na drugi dzien z rana odprowadzil mnie bez slowa na autobus...to była niedziela...miałam zostac razem z nimi do poniedzialku...mieli mnie odwiezc...puscil mnie samą z torbami bez sniadania itd. musialma jechac z przesiadką w Krakowie...sama...potem w ogole nie napisal do mnie czy dojechalam czy wszystko w porzadku...nikt sie nie odezwal....
napisalam do niego w srode na co odpisal ze koniec to koniec, tak mialo byc i lepiej bedzie jak sie przestaniemy kontaktowac...dzwonilam 20 razy... napisal ze i tak nie odbierze zebym nie dzwonila...potem napisalam do niego list...w ktroym nie wspominalam o tym ze sie zle zachowal ale napisalam ze go nie docenialam ze chcialam odbudować...i w ogole napisalam ze tesknie...eh...dziewczyny moze sie ponizylam...ale...:( coz...nie odpisal...to mu wyslalam z smsa, ze zycze mu aby go nikt nie potrakotwal tak okrutnie jak on mnie...na to on po kilku dniach odpisal mi na ten list...bardzo chlodno...ogolnie krytykujac nasz zwiazek...to co wzesniej we mnie docenial w liscie...skrytykowal...napisal ze wybacza mi to co sie zwiodl...ze przeprasza za to co mi sprawilo przykrosc...i ze to koniec i ze juz wiecej nie napisze...i zebym nie dramatyzowala...i ze taki jest mlodych ludzi...
Nie leze w lozku nie placze...ogolnie spotykam sie z ludzmi...ale...caly czas mam metlik w glowie...nie wiem....jakby go ktos podmienil...za dwa tygodnie spotkamy sie bo pracujemy w jednym miejscu...boje sie...czuje sie ponizona a od niego bije taki chlod...jakby to ja go skrzywdzilam...dla niego nasza relacja to teraz cos o czym trzeba zapomniec...cos niewanzego...wspomnienia...a jak bylismy razem...mowil ze to najpiekniejszy czas w jego zyciu...chcial wziac ze mna slub...itd...mowil jak pieknie bedzie jak ja pojde na studia...ze bedziemy codziennie razem...dziewczyny ja sie czulam kochana przez niego...czulam ze mu zalezy...ze swiata nie widzi...co sie mu stalo?