Przyszłość napisał/a:kachna66 napisał/a:Czytając forum widze jak mało osób to potrafi, jak dużo osób nie potrafi odciąć swojego myślenia od krzywdy a co za tym idzie, od krzywdziciela.Wiem że gdybym odeszła nadal bym tkwiła uwikłana w jego zdrady, w jego życie. Tylko będąc z nim mogłam się od tego oderwać. Nie było łatwo, prawie 2 lata minęło zanim zaczęłam się uczyć czym jest zajmowanie się sobą, zanim zaczęłam chcieć się uczyć. Te dwa lata zajmowałam się w większości moim M, tym jak się czuje, bardzo pilnowałam, żeby nie za dobrze, pilnowałam, żeby jego myślenie było na właściwych torach, oczywiście właściwych dla mnie
Dziś śmieję się z tego dowodu miłości, który dał mi mój M. Ja bym ze sobą nie wytrzymała
.
Ja to widzę nieco inaczej.
Jest trochę tak, jak wtedy gdy dziecko zaczyna zauważać, że oprócz mamy jest jeszcze...cały świat.
Bo przez tyle czasu byliśmy MY, NAS, NASZE.
Trudno z dnia na dzień przejść na liczbę pojedynczą.
I chyba łatwiej uwiesić się na jego uczuciach, emocjach i myślach niż swoich własnych, które tak bolą na początku.
Pewnie gdybym miała tę dziecięcą naiwność to nie miałabym tylu obaw przed spojrzeniem w głąb siebie.
Powoli przestaję się bać. Przyglądam się sobie.
Jednak dalej mnie nurtuje pytanie, co też siedzi u niego w głowie.
Czuję taką ogromną potrzebę poznania jego prawdziwego oblicza, tego kim jest.
Nie potrafię odpuścić.
Tym bardziej jeśli mamy dalej iść razem przez życie.
Przychodzi czarodziejka i pyta "kto chce wiedzieć co siedzi w głowie partnera?". Nie ustawiłabym się w kolejce, ale dwa lata temu pchałabym się żeby być pierwszą.Jest to naturalny odruch, jak komuś nie ufamy, a umówmy się po zdradzie nie ma zaufania.
Kochana to nie jest przejście na liczbę pojedynczą, szczególnie jak pozostajesz w związku, ja nie proponuje -zostań egoistką, egocentryczką czy samolubem. Dbanie o siebie nie wyklucza wspierania M, ugotowania, czy wyprasowania koszuli. Dbanie o siebie to również dbanie o niego, ale na innych zasadach.
Kiedyś napisałam artykuł na ten temat :oto on
Nic nie muszę, wszystko mogę (bo mam takie prawo)
Podczas mojego wychodzenia ze współuzależnienia przeszłam wiele stopni na drodze do decydowania o sobie. Zaczynałam od tego, ze dawałam sobie prawo do wszystkich uczuć i zachowań. Ufałam mojemu mężowi, bo brak zaufania krzywdził zarówno mnie, jak i jego. Ba, samo podejrzenie, że mnie okłamuje, czy manipuluje mną, było dla mnie bolesne. Więc dawałam sobie prawo do wiary w jego uczciwość, mimo dowodów że nie powinnam tego robić. Nikt mnie do tego nie zmuszał, to był mój wybór, to Ja wierzyłam w kłamstwa, to Ja wierzyłam w logiczne ?prawdy?, to Ja spychałam w niebyt poczucie że coś tu jest nie tak, wreszcie to Ja bagatelizowałam kłamstwa, których nie dało się nie zauważyć, traktując jako nieszkodliwą wadę charakteru. Czy mogłam coś zmienić? Nie, choć mogłam wszystko i nic nie musiałam. Wiedziałam że mam takie prawo i korzystałam z tego prawa całe moje życie, ale jak się okazało, dla mnie bezużyteczne, bo nie potrafiłam dbać o siebie.
Jednak nie miałam świadomości, że mam coś do zmiany, że mogę inaczej, że mam jakiś wybór, bo nie potrafiłam zmieniać siebie. W tamtym czasie gdyby ktoś mi powiedział ?Twój mąż jest uzależniony, a to niszczy ciebie, zrób z tym coś, ale jego zostaw w spokoju, Ty zrób coś ze sobą, nie z nim, bo jego problem, to nie twój problem?, uznałabym to za absurd. ?Mogę? było tylko teorią, a w życiu zamieniało się w ?muszę?. Musiałam ufać, wierzyć, poddawać się manipulacji i odsuwać od siebie niepokój, który czułam, bo inaczej ... to co? Rozwód? Z powodu kilku drobnych kłamstw, czy mojego, być może nieuzasadnionego niepokoju? I mimo że znam powiedzenie ?zaufaj i sprawdź?, nie zrobiłam tego ani razu. Nie tylko dlatego, że mi to nie przyszło na myśl, ale już sama możliwość że mąż mnie okłamuje była bolesna i chyba bałam się dowiedzieć prawdy, a ponad wszystko nie chciałam tej prawdy w moim życiu. Wybierałam logiczne kłamstwa, bo prawda była pozbawiona rozsądku, logiki, do tego była bolesna, no i przyjmując fakty chciałabym coś z tym zrobić, a przecież nie było mi źle, to po co drążyć coś, bez czego mogę i chcę żyć? Przy czym są to tylko moje przypuszczenia, bo nigdy tak nie pomyślałam, nigdy tak tego nie nazwałam, a że nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, ?dlaczego?? to myślę, że działała tu podświadomość, która chroniła mnie przed prawdą. Tym bardziej, że mogłam tak żyć, nie pamiętam, aby mi to ciążyło, więc nie musiałam niczego zmieniać. Ale prawda, ta prawdziwa, sama do mnie przyszła, tak wyraźna, że nie mogłam już jej zignorować. W tamtym czasie miałam prawo do wszystkich uczuć i zachowań, które nie krzywdziły innych wokół mnie, bo tylko takie prawo sobie dawałam. Potrafiłam poradzić sobie z krzywdą jaką mi robiono, ale nie potrafiłam krzywdzić innych.. Nigdy też nie miałam poczucia, że zaniedbuję siebie, ale nie pamiętam abym kiedykolwiek pochyliła się nad swoimi uczuciami.
Mogłam wszystko w sobie zmienić, lub nie i miałam do tego prawo. Tylko po co mi to było, skoro nie potrafiłam korzystać z tych praw? Od takiego momentu, zaczęła się moja droga do moich praw i do mojego ?mogę?, ?nic nie muszę?, droga bardzo trudna, bolesna, długa, a była tylko niewielką częścią tego z czym miałam się zmierzyć. W pierwszej kolejności musiałam dowiedzieć się czego Ja chcę. Wydaje się to bardzo proste i staje się takie, jak do realizacji moich planów potrzebuję tylko siebie. A moje ?chcę? w większości zależne było od mojego męża. I tak, nie chciałam aby mój mąż był uzależniony, a jeżeli już to niech się leczy i chciałam aby szybko, najlepiej natychmiast wyzdrowiał. Chciałam żeby mój mąż .., oj dużo tego było, ale kompletnie nie miałam pomysłu na to co Ja mogłabym chcieć zmienić w sobie, a właściwie to nawet nie widziałam potrzeby, abym Ja coś robiła. Przecież wystarczy że On się zmieni i coś zrobi, bo to nie Ja mam problem. No i na tym się skupiłam.
Dziś jak to piszę to uśmiecham się, bo pamiętam jak bardzo byłam o tym przekonana. Teraz widzę jak moje myślenie i postępowanie było zależne od mojego męża i jego zachowań. Może to się wydać dziwne, ale dziś również tak bywa, że moje postępowanie jest zależne od mojego męża. Bardzo dużo rzeczy nas łączy i siłą rzeczy oddziałujemy na siebie każdego dnia. Ale teraz nie czuję niepokoju, bo wiem że zawsze ?mogę?, ?nic nie muszę? bo już potrafię zarówno chcieć, jak i nie chcieć, bo wiem jak to obronić.
Bardzo ciężko mi było zrozumieć że Ja decyduję o swoim życiu i nikt inny nie ma wpływu na to jak będę żyć. Na przykład: nie chciałam mieć uzależnionego męża, a mam, to jaki mam na to wpływ? Ano mam, mogę odejść, i nie będę miała uzależnionego męża.
Mój problem polegał na tym, że wbiłam sobie do głowy, że jeżeli to Ja decyduję o swoim życiu, to wszystko co chcę, mogę i mam prawo jest idealne i przyniesie mi szczęście. I nie wzięłam pod uwagę czynników zewnętrznych, to tak jakbym chciała zamieszkać na Florydzie, ale wizy nie mam. Mogę żyć na walizkach i oczekiwać na nią, mając świadomość, że być może nigdy wizy nie dostanę. Mogę prowadzić takie życie jak dotychczas, ale nie inwestować w nic, mając nadzieję, że kiedyś, może ... Mogę również się z tym pogodzić i żyć pełnią życia tu gdzie jestem, lub w innym dostępnym dla mnie miejscu. Żadna z trzech możliwości nie jest tym czego chcę, a chcę na Florydę, ale to nie jest zależne tylko ode mnie. Ale jak zechcę pojechać do Rzymu to pojadę.
Jak już zrozumiałam, że mogę wszystko, nic nie muszę i mam prawo, to zachłysnęłam się tą świadomością. Korzystałam z tych praw całą sobą, zachowywałam się jak dziecko, które właśnie odkryło że potrafi chodzić i wykorzystuje tę umiejętność nie zważając na nic. Wszystko mogłam co tylko chciałam, byle tylko było oparte o mnie. Nie chciałam nawet myśleć, że mam zrobić coś dla innych, na szczęście nie obejmowało to dzieci, w takim stopniu jak męża. Bo w tamtym okresie, nie było we mnie potrzeby liczenia się z jego zdaniem, czy potrzebami i nie miało to nic wspólnego z zemstą. Chyba pierwszy raz w naszym małżeństwie, to co roiłam nie było oparte o mojego męża, choć On to boleśnie odczuł . Wejście w rolę egoisty, nie było dla mnie łatwe, bo było mi nieznane, obarczone wyrzutami sumienia i świadomością empatyka - altruisty. Dałam sobie prawo bycia egoistką, Wiem, że musiałam przejść ten etap, ten jakże intensywny kurs myślenia tylko o sobie. Egoizm nauczył mnie jak zadbać o swoje potrzeby, jak odmówić nawet najbliższym, nawet jak jest to dla nich bardzo ważne. To pozwoliło mi poznać siebie. Dowiedziałam się że nie pasuje mi ani jedna skrajność ? nieliczenie się ze sobą, ani druga skrajność ? nieliczenia się z nikim. Dziś potrafię zadbać o siebie i swoje potrzeby, potrafię również z niektórych zrezygnować, bez żalu.
Jakiś czas temu rozmawiałam z koleżanką, która od sześciu lat ma ogromny żal do swojej mamy. Podczas rozmowy z nią uderzyło mnie to jak Ona zaciekle broniła tego żalu, kilka razy powtarzała ?mam prawo czuć się z tym źle?, ?mam prawo być wściekła?, ?mam prawo do wszystkich uczuć?, ?mam prawo przeżywać ból?. Dlaczego Ona broniła tych uczuć, przecież one ją męczą, nie lubi ich, czuje się z nimi źle? Ta koleżanka stała się przez chwilkę, dosłownie ułamek sekundy, moim lustrem, moim odbiciem. Ja nie potrafię wybaczyć mojemu mężowi, mimo że wiem, że obciąża to najbardziej mnie. Ja też ?mam prawo? i tak samo go bronię, tylko po co mi takie prawo z którym mi źle? Przecież to ?wszystko mogę, nic nie muszę bo mam prawo? ma mi pomagać w życiu, a nie mnie unieszczęśliwiać. To o co chodzi, czemu Ja, tak jak i moja koleżanka dałyśmy sobie prawo do tak długiego przeżywania żalu, złości i niewybaczenia? Wiem dlaczego tak się stało u mnie, bo nie zajęłam się tymi uczuciami a dałam im prawo do istnienia. Bo tak zagalopowałam się w dawaniu sobie praw, że zapomniałam o istnieniu ?wszystko mogę? i ?nic nie muszę?.
Dziś wiem że NIC NIE MUSZĘ, chyba że chcę, bo mogę chcieć, WSZYSTKO MOGĘ jak tylko chcę, potrafię i godzę się z tym, mogę godzić się na to czego nie chcę, mogę się również nie godzić na nic. MAM PRAWO ale nie zawsze muszę z niego korzystać, mam prawo nie dać sobie prawa. Mogę żyć tak jak chcę, bo mam takie prawo i nie muszę żyć tak jak nie chcę, muszę to oprzec o siebie, muszę bo tak chce.