depress napisał/a:To źródło tkwiło chyba we mnie jeszcze zanim ją poznałem.(...) Ten stan w jakim jestem jest poniekąd skutkiem niespełnienia. Chyba tak to mogę nazwać. Uzmysłowienie sobie że nie będzie tak jak chciałem. Tak jak chciałbym aby było.
Bolesna lekcja dojrzewania i zrozumienia, że czasem pragnienia przerastają nasze możliwości. Ja także zbudowałam swoje małżeństwo na pragnieniu. Było we mnie tyle wiary, determinacji i właśnie pragnienia stworzenia głębokiej, serdecznej relacji. To pragnienie przysłoniło mi rzeczywistość i oddaliło na dalszy plan moje niedoskonałości, braki, nieumiejętności, a na ich miejsce wstawiło ambitne ?mogę?, ?chcę?, ?potrafię?.
Mój były mąż, podsumowując nasze krótkie małżeństwo wyznał, że świetnie nadaję się na przyjaciela, ale dla niego nigdy nie stałam się żoną. Rzeczywiście, ani ja ani on nie nawiązaliśmy więzi. Robiliśmy razem różne rzeczy, pomagaliśmy sobie, sensownie staraliśmy się wieść życie, podróżować, ale dziś wiem, że nie wyszłam za mąż z miłości, a właśnie kierowana pragnieniem i wiarą, że na bazie pięknej przyjaźni, która się nawiązała między nami przed ślubem, będę zdolna zbudować królestwo mojej miłości do niego, i że temu właśnie człowiekowi, chcę ofiarować najlepsze co mam. Czy tak właśnie wygląda małżeństwo z rozsądku? Dlaczego w takim razie niektórym się udaje?
Są też sprawy, o których nie sposób napisać tu na Forum, jednak one są właściwie tylko elementem, który dodatkowo utrudnił położenie fundamentów pod ten związek i ? zaczął się dramat.
Pamiętam, że w swoich początkowych postach, gdy charakteryzowałeś Wasze małżeństwo, pojawił się motyw bycia terapeutą dla Żony. Tam, gdzie i Tobie była potrzebna pomoc wszedłeś w rolę ?oddziału ratunkowego?. Tak myślę, że tu leży też jeden z powodów rozpadu Waszego związku, bo w tych pierwszych, tak ważnych latach tworzenia się relacji na Twoją ?formację? zabrakło już miejsca i czasu, ale to tylko moje przypuszczenia.
depress napisał/a:Od kiedy jestem na nowym miejscu, ani razu nie położyłem się do łóżka po to aby się trząść, ani razu nie płakałem. Nie wiem czy trzyma mnie nadal "szok adaptacyjny" o którym wspomniałem wcześniej, gdzie gdy emocje opadną przyjdą refleksje (tudzież demony) , czy też ta zmiana na prawdę ma wpływ na moje życie. Odczuwalny wręcz.
Nawet pomimo tego że wczoraj czułem się źle.....
No właśnie, jesteś już w innym miejscu, zdystansowałeś się. To tak, jakby wspiąć się na wieżę obserwacyjną. Nie tracisz przecież wówczas świadomości istnienia poziomu zero, z którego przyszedłeś i praw według których ów poziom zero funkcjonuje, a jednak z góry widzisz wszystko o wiele lepiej i możesz nawet dostrzec, z której strony zbliża się zagrożenie.
W takich stanach depresyjnych to szalenie istotne ? nabywać świadomości tego, co dzieje się w obrębie ciała i umysłu. Dzielić na jakieś odcinki czasowe ? chwile słabsze i obserwować momenty wytchnienia. Nazywać stany emocjonalne.
Teraz, gdy mam trudniejszy czas tłumaczę sobie pewne rzeczy trochę jak dziecku: Aurora, teraz jesteś smutna, bo? (na przykład poczułam w kinie zapach wody kolońskiej mężczyzny siedzącego obok mnie, zapach, który na zawsze będzie mi się kojarzył z kochanym niegdyś przeze mnie człowiekiem), a teraz płaczesz, bo? , za chwilę przestaniesz, bo nie da się płakać bez przerwy? Wzięłam też ?pod lupę? takie stwierdzenia, którymi się posługiwałam, typu: bez przerwy płaczę, w ogóle nie śpię, czuję się beznadziejnie, nic nie mogę zrobić, na niczym się skupić ? takie frazy powtarzałam bezmyślnie wiele razy, dopóki nie odkryłam, że są to kłamstwa. Zaczęłam zamieniać je na: bardzo często płaczę, mało śpię, czuję się kiepsko i to, co dotychczas było dla mnie przyjemne, w tej chwili nie jest źródłem satysfakcji, z trudem udaje mi się wykonać najbardziej podstawowe czynności.
Zdałam sobie sprawę z istnienia tych chwil, które nie były obciążone depresją i znowu ?przemawiałam? do siebie: dziś w nocy udało mi się obudzić tylko raz, ale szybko usnęłam ponownie, zupełnie inaczej niż wczoraj, gdy do rana nie mogłam już zasnąć? poszłam na spacer? ugotowałam pyszną serową zupę, chodzę do pracy, a będąc tam rzadko myślę o tym, co się stało.
W ten sposób tę początkowo szczelną kapsułę beznadziei zaczęłam perforować drobniutkimi otworkami świadomości. Z czasem przez tę perforację zaczęło przenikać ?uzdrowienie? ? dla mnie stały się nim nowe obowiązki w pracy, ważne słowa, serdeczne myśli, muzyka, książki, szalona wyprawa w Alpy i oglądanie świata z wysokości prawie 5000 metrów. To wszystko działo się stopniowo. Z okresami remisji, których siła jednak za każdym razem słabła. Dlatego nie obawiaj się co będzie, gdy minie "szok adaptacyjny", bo amplituda wahnięć tych gorszych nastrojów powinna być z czasem wygasająca...
Jeszcze nie odbiłam się na trampolinie nowego życia, jeszcze nie do końca pożegnałam się z przeszłością, więc nie rzucam się na poszukiwanie ?nowego?, nie jestem zachłanna w poszukiwaniu nowych wrażeń, sytuacji, ale czuję, że z każdym dniem wraca mi apetyt na życie, że znowu jestem pogodna, śmieję się do rozpuku, dając w ten sposób dostęp słońcu do mojej duszy. Każdy znajduje sobie własne "kanały" tej osmozy: sport, relaks, arteterapia, nowe środowisko, a nawet kupno zwierzaka.
Zdrowiej, Depress... Obroty wskazówek na tarczy ludzkiego życia są precyzyjnie wyliczone. A Ty jesteś temu światu potrzebny, wręcz niezbędny, bo masz mu wiele jeszcze do zaoferowania. On Tobie też :-)