Witam,
Na wstępie chce powiedzieć że jestem tutaj świeżakiem. Przepraszam jeśli w jakiś sposób naruszę netykietę. Za ortografię i interpunkcję również
Chciałbym opisać swój problem, podejrzewam że niektórym czytelniczkom się narażę, niektóre też obrzucą mnie epitetami. Wolno każdemu mówić co myśli. Nawet jeśli tak będzie, nie mam żalu do kogokolwiek. Nawet jeśli ktoś oceni mnie po pozorach.
Miotam się z myślami o odejściu od żony. Nie podjąłem jeszcze żadnych wiążących czynności, ponieważ nie mam na to siły.....zarówno psychicznie jak i fizycznie.
Moją żonę poznałem 8 lat temu. Ja mam obecnie 31 lat, ona 32. To była moja pierwsza dziewczyna. Dzieci nie mamy.
Przez pierwszy rok, można powiedzieć że było jak w bajce. Ja też zabiegałem o nią na każdym kroku. Potrafiłem w ważny dla niej dzień przyjechac kilkaset kilometrów z prezentem, po to by go wręczyć.
Ona też sie zaangażowała. Potrafiła z wieloma rzeczami przejąć inicjatywę, co bardzo mi imponowało. Chwyciłem Pana Boga za nogi. Kogoś takiego szukałem. Po okolo 8 miesiącach się oświadczyłem.
Nadmienię że moja żona, lata temu przeszła przez traumatyczny zwiazek, który odwrócił jej postrzeganie pewnych rzeczy....lecz wtedy jeszcze o tym nie wiedzialem.
Pierwsze problemy, tudzież symptomy pojawiły sie po okolo roku. Wtedy moja dziewczyna zaczęła się ode mnie oddalać. Stopniowo. Na coraz mniej rzeczy mi pozwalała (w sferach intymnych), pracowała bardzo dużo (objawy pracoholizmu są ewidentne).
Ja nie bagatelizowalem tego problemu. Sygnalizowalem ze widze zmiany, ze cos sie dzieje. Jednak podczas rozmow z nia, powody okazywaly sie byc prozaiczne....choroba, stres z praca, ze zmiana pracy, z awansem.....itd itd. Ja czekalem cierpliwie, znosilem, pomagalem nawet.
Po ponad dwóch latach, zacząłem sie czuć nieszczęśliwy. Pojawiło sie we mnie poczucie winy ze nie jestem szczesliwym, bedac z dobrym czlowiekiem. Ona jest na prawde dobrą osobą. Jest również szalenie atrakcyjna, tyle że kamufluje to jak tylko się da.
Wylądowałem u psychologa. Powód? Wtedy powiedzialem ze nie czuję się kochany...na tyle aby czuć się szczęśliwym. Wtedy psycholog dal mi do zrozumienia ze problem jest we mnie...ze musze nauczyc sie z tym zyc.
Staralem sie cos z tym zrobic. Pracowałem nad sobą....tak mi się wydaje. Jednocześnie moja dziewczyna dalej się ode mnie oddalała. Kupowalem kwiaty....wtedy patrzyla na mnie podejrzliwie, bizuterie....niekiedy nawet jej nie zalozyla, pogubila. Przestalem to robić. Zawsze jestem pomocny dla niej, zawsze staralem się ja wyreczyć, pomóc. Ulżyć jej. Natomiast ona....oddalala sie dalej. Gdy mialo dojsc do intymnosci, wzdychala ciezko, wszczynala sprzeczki....widzialem ze robi to mechanicznie.....niekiedy myslami byla gdzie indziej....przestala mnie calowac namietnie....jedynie po ustach.
Po prawie 4 latach postanowilem odejsc. Doszedlem do wniosku ze to nie ma sensu. Ublagala mnie....prosila.....ze nie wyobraza sobie zycia beze mnie.....zostalem.
Staralem sie zbudowac w sobie na nowo to wszystko.....naprawić a nie niszczyć. Bo najlatwiej jest cos zniszczyc niz naprawić. Niemniej jednak zawsze pojawiala sie taka rozmowa, na temat nas, naszej intymnosci.....jałowosci.....na codzien również w naszych relacjach ta jałowość się pojawiła. Ona ma to do siebie ze nie lubi lub nie umie rozmawiac o uczuciach.....jest empirykiem, klasycznym szkielkiem i okiem, twardo stapa po ziemi.....ja jestem romantykiem......moja wrażliwość jest ponadprzeciętna. Ona potrafi również byc nieodpowiedzialna lub też niesłowna. Wiele razy przymykałem na to oczy, lub robilem pewne rzeczy za nia pomimo tego ze obiecala "byc na czas". Nikt nie jest idealny...ja tez swiety nie jestem.....jestem cholerykiem z natury.
Po 6 latach nie wytrzymalem. Przycisnalem ja do muru.....wtedy mi powiedziala o tym traumatycznym zwiazku sprzed wielu lat. Poczułem się dziwnie......tak nie do konca obdarzony zaufaniem, aby o tym powiedziec.
Staralem sie zrozumiec.
Mowi sie ze najlepsza gra wstepna sa pomyte naczynia..abstrachujac ze moja zona nie uznaje gry wstępnej....jest bardziej sprinterem w tych tematach...nie pamietam ile razy czekalem na nia w wysprzatanym pachnacym mieszkaniu, z obiadem na stole, z kolacja przy siwecach...gotuje lepiej od żony, wiec mialem polot w roznego rodzaju potrawach....aczkolwiek Maklowiczem nie jestem......zawsze konczylo sie tak samo....albo byla sprzeczka...albo bylo tak normalnie.....tak beznamietnie....albo bylo jałowo....lub bardzo jałowo.
Przy kolejnych rozmowach na temat nas, pojawily sie inne powody...brak czulosci z mojej strony, dotyku, brak komplementow. Kazdy powod jak mantre powtarzalem sobie, bralem do serca i cos z tym robilem. Jednak zawsze, po dzis dzien intymnosc wystepuje z mojej inicjatywy. Jej to chyba nie jest potrzebne. Być może jest oziębła. Gdybym nie nalegal przez miesiac, przez miesiac byloby cicho w temacie. Nawet jesli ona wykaze chec, to jest to takie....mechaniczne. Takie jak zwykla czynnosc...calkowicie przyziemna. Bolesne to jest dla mnie.
Ostatni rzekomym powodem naszych kulejacych relacji intymnych bylo to ze nie jestesmy malzenstwem. Hurraaa.....tak tez sie stalo. Po slubie mialo sie wszystko zmienic. Ślub sie odbyl w polowie zeszlego roku. Miało się zmienić.........
W grudniu 2013 zacząłem się pogrążać coraz bardziej. Zaświtało mi kiedy zacząłem przezywac pewnej nocy koszmar z dziecinstwa na jawie. Przerazilo mnie to. Moje zycie zaczelo wygladac nastepujaco.....praca...sen w domu. I tak w kolko. Zona nie interweniowala jakos specjalnie.....zyla wlasnymi sprawami.....zadnej poprawy nie zauwazylem. Byl jeden epizod kiedy przygotowala cos dla mnie, wspolna kolacje, ubrala sie atrakcyjnie. Jednak pod koniec tejze "romantycznej kolacji" jedno dosadnie uszczpliwe pytanie na temat mojej osoby zgasiło mnie totalnie. Poddałem się.
Nie jestem moze jakimś super atrakcyjnym mezczyną....ale podobam się kobietom. Niektore się oglądają.....ale na swoją żonę nie działam. Trafila kosa na kamień.
Obecnie rozmawiamy ze soba, jak koledzy, w sprawach codziennych. Razem jemy posiłki od czasu do czasu, zrobimy razem zakupy......a tak to kazde zyje swoimi sprawami. Śpimy osobno. O dziecko sie staralismy przed slubem, jak i po...ale zaczelo mnie to przerazac. Nie sam fakt bycia ojcem, bardzo tego chce, ale to że tą kobietą z którą jestem bedzie błedem. Ostatnio dochodzę do wniosku że nawet nie o nią chodzi tylko o mnie. Boje sie tego aby dziecko wychowywalo sie w rodzinie która się rozpadnie. Z reszta wiem, ze gdyby sie urodzilo dziecko, pojde juz calkowicie w odstawkę. Nie chce cementować związku dzieckiem. Intymnosc jest miedzy nami od czasu do czasu...ale to juz tylko moja inicjatywa. Jesli poruszam "temat stary jak świat" zawsze sie konczy tak samo. Ona cos zrobi a na drugi dzien jest tak samo. Juz nawet ten fakt zaczął wywoływac u mnie poczucie winy.
Od ponad trzech miesięcy zaczalem sie sypać. Koszmary w śnie i na jawie, budzenie sie w nocy, brak apetytu, problemy z potencją, drżenie rąk. Doszły napady dusznosci i mdlosci ktore pojawiaja sie w drodze do domu. I tylko wtedy.
Od miesiąca leczę się psychiatrycznie. Przyjmuję wesołe tabletki. Chodze na terapię do psychologa. Nie jestem w stanie juz poradzic sobie sam ze sobą.
Psycholog powiedzial ze kocham projekcję lub wyobrazenie swojej zony a nie ją samą. Ze ona nigdy taka nie będzie. Ale czy ja tak duzo pragnę? Czy ja chce czegoś niemożliwego do osiągnięcia? Jestem w stanie zrozumiec wiele......ale nie to.
Teraz dowiedzialem sie od psychologa po ostatniej wizycie ze ona mnie kocha i ze jest zastraszona. Ze ona się mnie boi.
Coz......zawsze staralem sie zrozumiec, porozmawiac...ale odpowiedz z jej strony byla albo zadna (nic nie mowila tylko ja czaly czas mowilem, czasami przez lzy).....albo mowila ze "nie wiem czemu tak jest"
Po tej wizycie juz zostalem sam ze soba i swoimi lzami, nie wiedzac jak zyc, co zrobilem zle. Przez lata walczysz z czyms, by dowiedziec sie na koncu ze sam jestes sobie winien.
Juz nie ma zbliżeń miedzy nami...nawet jesli sa to sporadyczne zeby sobie " ulżyć" .....nie chcę....boję się po prostu. Kiedys mialem potezny temperament i potrzeby. Teraz pod tym katem jestem wrakiem.
Chcę sie wyprowadzić na jakiś czas. Chce pobyć sam. Potrzebuję tego bo zwariuję. W głebi duszy chce odejść....wiedząc ze popełnie pewnie błąd.....z resztą cokolwiek nie zrobię, i tak popełnie błąd. Zostalo juz tak duzo wypowiedziane i wykrzyczane slow w tym zwiazku.....przykrych.....a ona wciąż nie ma dziecka ze mną które tak pragnie. Czuję ze jesli tak dalej będzie zmarnuje zycie jej.....i sobie. Ze mnie znienawidzi.....a ja będę toksyczny.....z resztą już jestem. Zawiodłem...ją, swoją rodzinę, siebie samego......wszystkich.....i nie wiem czemu...co poszło nie tak....Wolę chyba być sam.
Chce odejsc, a ona wciaz powtarza ze mnie kocha. Najbardziej boje się słów o tym ze mnie kocha, ze tesknila.....bo ja juz nic nie potrafię odpowiedzieć.
Obawiam sie ze na nas jest juz za pozno....
O nic nie proszę...jedynie o radę....ewentualnie zrozumienie.
Dziękuję za wysłuchanie
skruszony.