Witaj. Tak sobie teraz pomyslalam, wiem ze bedzie to okrutne ale to moze ona juz Cie nie kocha. Kobiety potrafia pieknie grac swoje dramy. Widzi w jakim jestes stanie i nie potrafi sama powiedziec ze to koniec. Tak po prostu przyszlo mi to do glowy po twoich ostatnich wypowiedziach. Czasami tak jest, ze ludzie do siebie nie pasuja, ciagna cos latami i probuja naprawiac cos co juz dawno sie rozlatuje.
Podobne tematy
67 2014-04-17 11:15:27 Ostatnio edytowany przez depress (2014-04-17 11:17:28)
Może....trudno mi stwierdzic.
Ostatnimi czasy cos mowi, na drugi dzien odwoluje. Ze ona tak nie myslala. Tak jest w kółko. Nie raz i nie dwa zdarzylo sie tak ze dosolila czyms, widzac ze mnie to w jakis psosób dotknelo nie sprostowala. Kiedy jednak ja nie godzilem sie na to i podejmowalem wątek, to odpowiadala ze jedynie zartowala.
Co ciekawe przez lata za kazdym razem kiedy rozmawialismy na powazne tematy zwiazane z nami to padalo z jej ust pytanie lub tez stwierdzenia:
- "to po co TY ze mna jestes? Jest tyle fajniejszych dziewczyn?"
- "To weź sobie taką która ...... Nawet nie wiesz jakie poitrafią byc kobiety"
- "Jeszcze będziesz za nami płakał, zobaczysz"
Po ślubie zmienilo sie na:
- "Trzeba bylo sobie wybrac dziwke za zone"
lub też
- "Prosze, smialo, mozemy sie rozejść...powiedz kiedy to złożę papier"
- "Kocham Cię dlatego dam Ci rozwód"
Te słowa padały z jej ust tak.....lekko? Nawet nie wiem czy to odpowiednie określenie......po prostu rzucała tak nimi, moze nie przy kazdej rozmowie o nas, ale padały. Zapadły mi w pamięć.
Teraz kiedy ja jestem na skraju, jej slowa do niej powróciły w moich zamiarach....i teraz ona wielce walczy. Nie raz wiem ze rozmawiala z moimi rodzicami mówiąc że mnie kocha, wiedząc że chcę odejść. Tylko czemu teraz? Dlaczego wczesniej nie walczyla? Bylo tyle lat, tyle okazji. Nie chcialem wiele.
Abstrachując już od tego ze ja do jej rodzicow sie nie zwracam w takich sprawach.
Póki co potrzebuję czasu. Muszę sie podnieść sam. Stanąć na nogi. Zebrać siły. Nic innego póki co mi nie przychodzi na myśl.
ja mam lęki przed ostatnimi 7 latami tego zwiazku, przed obietnicami ktorych nie dotrzymano i ktorych nijak dalo sie dotrzymać, nad praca nad soba ktorej niewykonano. Lęk przed kolejnym zawodem, przed kolejnym bolesnym zderzeniem z rzeczywistoscia. Lek przed tym ze za dwa lata wroce na to forum i znowu bede sie wszystkim zalil i uzalal nad soba jaki to ja jestem nieszczesliwy. Ze znowu popelnilem blad dajac szanse.
Mozesz powiedziec ze to dziecinne......ale ja chcialem przez kilka lat.....teraz juz mam dosyc....chce zyc inaczej...a jej sie nagle zachcialo. Smieszne prawda?
a wiesz, że jeżeli problem jest w tobie, to z każdym związkiem będzie podobnie...
ja nie mówię zostań, może powinieneś odejść, tylko czy będzie tobie lepiej jak odejdziesz?
depress napisał/a:ja mam lęki przed ostatnimi 7 latami tego zwiazku, przed obietnicami ktorych nie dotrzymano i ktorych nijak dalo sie dotrzymać, nad praca nad soba ktorej niewykonano. Lęk przed kolejnym zawodem, przed kolejnym bolesnym zderzeniem z rzeczywistoscia. Lek przed tym ze za dwa lata wroce na to forum i znowu bede sie wszystkim zalil i uzalal nad soba jaki to ja jestem nieszczesliwy. Ze znowu popelnilem blad dajac szanse.
Mozesz powiedziec ze to dziecinne......ale ja chcialem przez kilka lat.....teraz juz mam dosyc....chce zyc inaczej...a jej sie nagle zachcialo. Smieszne prawda?
a wiesz, że jeżeli problem jest w tobie, to z każdym związkiem będzie podobnie...
ja nie mówię zostań, może powinieneś odejść, tylko czy będzie tobie lepiej jak odejdziesz?
Czy bedzie podobnie? Nie wiem......nawet zakladajac ze problem jest rowniez we mnie.....to to jest nabyte przez te kilka lat. Przedtem nie mialem takich lęków. Ten związek mnie wykonczył....wypalił. Zabił.
Padlo juz pytanie czy bede szczesliwy po odejsciu. Zapewne z początku nie. Ale bede sie staral zyc w zgodzie z samym sobą. Skupic sie na swoich pasjach.
Depress to byl typowy szantaz i sprawdzanie na ile moze sobie jeszcze pozwolic. Twoja zona jest toksykiem, ktory cie zniszczyl. Zajmie Ci troche czasu odbudowanie w sobie tego co ci odebrala. Ja sluchalam identycznych tekstow od mojego exa. Po jednej z awantur powiedzial mi ze jestem tak zalosna i nie mam jaj, zeby zerwac. Raz mowil, ze kocha a potem, ze jestem psychiczna. Raz mowil, ze jestem swietna a za chwile, ze jestem zalosna suka. Depress od takich ludzi trzeba wiac, oni Sa niestabilni, potrzebuja pomocy....ale specjalisty. Nie dasz razy zmienic drugiej osoby, jeszcze takiej ktora cie rani i jeszcze tego nie widzi. Jezeli zdecydujesz sie na odejscie moim zdaniem powinienes przejsc przez porzadna terapie po latach toksycznego zwiazku, zeby wiedziec czego unikac i odbudowac samego siebie. Takie zwiazku wyniszczaja wszystko co dobre, czujesz sie zjedzony, strawiony i wyrzygany w bloto. Bedziesz potrzebowal wsparcia ale wyjdziesz z tego.
(...) Nie dasz razy zmienic drugiej osoby, jeszcze takiej ktora cie rani i jeszcze tego nie widzi. (...)
W poniedzialek przez łzy powiedziała mi ze ona niczego juz mi nie moze obiecywac i nie chce. Odebralem to jako to ze sie nie zmieni. "Taka jestem"...powiedziała stojąc przede mną.
...
Boze ta kobieta to damska wersja mojego exa. Jezeli ktos Kocha i mu zalezy to bedzie chcial zmienic. Bedzie chcial zeby bylo dobrze. Moja terapeutka zawsze mi powtarzala, ze on sie nie zmieni ale ja zylam nadzieja, ze skoro ja moglam nad soba popracowac i zmienic kilka rzeczy to moze on tez cos zrobi. I wiesz co? Wyszlo na to, ze ja zaczelam nad soba pracowac, rozwiazywac swoje problemy i tylko mnie to wyszlo na dobre, bo otworzylam oczy i odeszlam. Teraz juz wiem, ze ludzie jacy Sa tacy Sa i albo sami beda chcieli byc lepszymi albo beda zmieniac nas pod swoja modle, oczekiwac niewiadomo jakiej milosci, poswiecenia nie dajac nic w zamian. A to niestety jest rownia pochyla wprost do toksycznego zwiazku, depresji i totalnego rozczarowania. Moim zdaniem ona dala ci wybor albo bedziesz tanczyc jak ci zagra albo spadaj. Mialam to samo i wybralam to drugie. Wygralam siebie, wolnosc i szanse na to zeby wyzdrowiec, dokonczyc terapie, pokochac siebie i kiedys tam otworzyc sie na milosc, ale na taka zdrowa milosc nie na kolejnego toksyka.
....
nieraz człowiek by chciał się zmienić ale wie, że to niemożliwe, bo taki jest...
Boze ta kobieta to damska wersja mojego exa. Jezeli ktos Kocha i mu zalezy to bedzie chcial zmienic. Bedzie chcial zeby bylo dobrze. Moja terapeutka zawsze mi powtarzala, ze on sie nie zmieni ale ja zylam nadzieja, ze skoro ja moglam nad soba popracowac i zmienic kilka rzeczy to moze on tez cos zrobi. I wiesz co? Wyszlo na to, ze ja zaczelam nad soba pracowac, rozwiazywac swoje problemy i tylko mnie to wyszlo na dobre, bo otworzylam oczy i odeszlam. Teraz juz wiem, ze ludzie jacy Sa tacy Sa i albo sami beda chcieli byc lepszymi albo beda zmieniac nas pod swoja modle, oczekiwac niewiadomo jakiej milosci, poswiecenia nie dajac nic w zamian. A to niestety jest rownia pochyla wprost do toksycznego zwiazku, depresji i totalnego rozczarowania. Moim zdaniem ona dala ci wybor albo bedziesz tanczyc jak ci zagra albo spadaj. Mialam to samo i wybralam to drugie. Wygralam siebie, wolnosc i szanse na to zeby wyzdrowiec, dokonczyc terapie, pokochac siebie i kiedys tam otworzyc sie na milosc, ale na taka zdrowa milosc nie na kolejnego toksyka.
Trudno si z Tobą nie zgodzic
...albo nie wie jak to zrobic i dlatego twierdzi, ze sie nie da. Jego zona nie chciala, nie poszla do terapeuty a przeciez ewidentnie problem mozna by rozwiazac. Tylko trzeba chciec,trzeba sie wysilic a ona nawet nie sprobowala. Szkoda zycia na cos takiego.
77 2014-04-17 14:11:29 Ostatnio edytowany przez depress (2014-04-17 14:13:05)
...albo nie wie jak to zrobic i dlatego twierdzi, ze sie nie da. Jego zona nie chciala, nie poszla do terapeuty a przeciez ewidentnie problem mozna by rozwiazac. Tylko trzeba chciec,trzeba sie wysilic a ona nawet nie sprobowala. Szkoda zycia na cos takiego.
Gwoli scislosci bylismy razem na spotkaniu u terapeuty. Napisalem w pierwszym poscie. Od czasu tamtego spotkania byla jeszcze raz czy tez dwa razy. Ale do tego czasu nic, choc wielokrotnie prosilem i sugerowalem pojscie. Zaczela chodzic w momencie kiedy ja sie rozsypalem psychicznie i jednoczesnie nie mozna bylo zaprzeczyc temu, ze problemu nie ma.
...albo nie wie jak to zrobic i dlatego twierdzi, ze sie nie da. Jego zona nie chciala, nie poszla do terapeuty a przeciez ewidentnie problem mozna by rozwiazac. Tylko trzeba chciec,trzeba sie wysilic a ona nawet nie sprobowala. Szkoda zycia na cos takiego.
Mówią, że do tanga trzeba dwojga i to jest prawda.
Ja chciałem naprawi swój związek ale sam bym go nie naprawił.
Tylko, że my chcieliśmy oboje i dlatego jeszcze jesteśmy razem, jeszcze walczymy, ale razem.
Sorry Depress juz gubie watek. Moj ex tez poszedl dwa razy i sie wymigal, stwierdzil ze babka jest idiotka i nie ma o niczym zielonego pojecia. Widze ogromne podobienstwo twojej historii do mojej. Tylko u ciebie nie bylo przemocy fizycznej.
W tym miejscu którego sie bałem, upatruje ulge, po to aby sie poskładać do kupy.
81 2014-04-30 07:56:12 Ostatnio edytowany przez depress (2014-04-30 08:54:04)
Ostatnie dni są jak podróż wgłąb samego siebie.
Od czasu brania leków nie widziałem wyraźnej porpawy. Czuję się jak matrioszka....a bardziej jak mniejsza matrioszka w większej. Niby z zewnątrz wszystko ok, ale w środku dygoczę.
Kilka dni temu miałem wizytę u psychiatry, który jest doktorem habilitowanym, podobno bardzo ceniony, nie tylko po opiniach w sieci, ale i miałem możliwość rozmawiania z ludźmi którzy u niego byli.
Pomógł im. Wybitny specjalista.
Wizyta trwała około godziny. Człowiek bardzo inteligentny, bystry i przede wszystkim empatyczny.
Nie spodziewałem się że podczas tejże wizyty, będzie w stanie zdefiniować moje życie, nawet okres wczesnego dorastania.
Jestem chory na Dystymię.
Od czasu diagnozy, łzy dopływają mi do oczu nieustannie. Moje życie poskładało sie w jedną całość. Gdy czytam na ten temat, to wszelkie publikacje traktujące o tej tematyce, są jakby istnym opisem mojej osobowości. Mam zaplanowane leczenie farmakologiczne na najbliższe 10 miesięcy.
Wiem jak ma na imię wróg.
Problemy w moim małżeństwie to jedno, wieloletnia katorga w pewnych sferach to drugie. Kilkanaście lat wewnętrznego rozdarcia to trzecie. A plan działania to czwarte.
Teraz zaczynam prawdziwą walkę.
82 2014-04-30 10:23:20 Ostatnio edytowany przez szczęście111 (2014-04-30 10:26:23)
depress. Mogę cię pocieszyć tym że ja leczę się na nerwicę, depresje i urojenia i wiesz co.... brałam leki parę miesięcy a teraz mi je lekarz odstawia bo jest wszystko ok. Więc trzymajta się
Wyzdrowiałam. Trochę przytyłam - mam nadzieję że po odstawieniu leków spadnie waga w dół chociaż źle nie wyglądam, tylko ja lubię z wagą dramatyzować więc mi te kilogramy zbędne przeszkadzają.
Po odpowiednim leczeniu farmakologicznym problemy znikają. Tak jak już ci zresztą wcześniej pisałam- musisz się trochę podleczyć a zobaczysz jeszcze jakie życie jest piękne.
A jak tam z twoją żoną?
Od czasu wizyty czytam wiele...bez przerwy.
Z dystymią jest tak że szanse na wyleczenie są mniejsze jak przy depresji. Z danych statystycznych wynika że około 60% ma szanse wyleczenia. Podkreślam: ma szanse.
U mnie to trwa wiele lat...uświadomiłem sobie to niedawno. Zacząłem analizować swoje dzieciństwo, wczesne dorastanie (gdzie miałem już mocno rozwinięty zespół jelita nadwrażliwego który już jest ściśle powiązany z tą chorobą) okres studiów. Teraz mam 31 lat i wszystkie puzzle "mnie" poukładały się perfekcyjnie.
Wręcz przerażające!
Tak więc liczę się z tym że będę z tym żył do końca życia temperowany prochami i zmianami nawyków, terapią.
Przedtem byłem jedynie w stanie wykluczyć "co nie jest powodem mojego stanu" gdzie moi bliscy w to nie dowierzali.
Teraz wiem co jest tym powodem. Wizyta u psychiatry była niejako tego potwierdzeniem
Co do żony.........problemy w naszych relacjach istnieją. Dwa nadszarpnięte misie z wyrwanymi uszkami, bez oczka.
Jednak ostatni czas też dał mi pewną rodzaju nauczkę, że moją żona też nie do końca powodem jest powodem mojego stanu.
Przeprosiłem ją za to że obwiniałem ją za wszystko.
Pocieszające i deprecjonujące zarazem.
Wracam do domu na stałe. Jestem jej wdzięczny że trwała przy mnie tyle lat. Chciałbym zacząć wszystko od nowa. Wynagrodzić jej to po części.
Przedtem napisałem w którymś poście że nigdy więcej terapii wspólnej. Teraz zmieniłem zdanie. Chce pójść razem z nią, aby terapeuta wiedząc co dolega mnie i jej, aby pomógł nam uleczyć naszą relację. Jest co naprawiać i ona też potrzebuje pracować nad sobą.
Pomimo syfu w jakim się znalazłem, wieloletniej męki z samym sobą i świadomością że moje dotychczasowe życie było przezywane w pół gwizdka, pociesza mnie to że mam szanse zacząć życie od nowa.
Od nowa wiedząc co mi jest i próbować walczyć, mając na uwadze porażki.
trochę więcej optymizmu ![]()
Tak myślałam, super że z żoną zaczynacie OBYDWOJE walkę o twoje i jej zdrowie, lepsze życie, małżeństwo. Pamiętaj, wina zawsze leży po obu stronach, ale nie szukajcie winy lecz przyczyny.. jedną a nich jest twoja dystymia oraz problem żony z samą sobą. Inne przyczyny znajdziecie we wspólnych rozmowach, szczerych podkreślam.
Walczcie o siebie, dacie radę, ja już widzę połowę drogi za sobą ku lepszemu, a wiesz czemu? ... bo obydwoje jesteście świadomi choroby twojej i problemów żony z sobą, a to już połowa drogi do sukcesu.
Oprócz twojego leczenia postawcie na wspólną szczerą rozmowę. Teraz będzie już tylko lepiej.
85 2014-04-30 11:19:10 Ostatnio edytowany przez depress (2014-04-30 11:21:15)
Dystymikowi mówić o optymiźmie?
Ona może nie ma o tyle problemu ze soba, co z przeszłością. Nierozliczona która zostawiła blizny. Jedyne co jej potrzeba to być bardziej otwartą również na sfery bliskości między nami samej inicjując.
Niesamowite że, pomimo tego ze wyszedlem z gabinetu psychiatry ze łzami w oczach, majac swiadomosc ze moje dotychczasowe zycie jest fikcją przezywaną w 1/3, to poczułem ulgę że znam przyczynę.
Powiem więcej. Pod kątem Dystmii, zaczalem analizowac to co osiągnąłem w życiu. Po raz pierwszy powiedziałem o sobie że mam jaja, osiągnąć tyle z taką potężną kulą u nogi jaka jest ta choroba.
Rozmawiamy......wracam do domu.
chce zacząć od nowa
dziękuję za wsparcie i dobre słowo!
86 2014-04-30 12:02:04 Ostatnio edytowany przez slońce1 (2014-04-30 12:02:46)
..
trzymam kciuki!
87 2014-04-30 12:03:39 Ostatnio edytowany przez szczęście111 (2014-04-30 12:04:17)
to poczułem ulgę że znam przyczynę.
poczułeś ulgę bo połowę drogi masz już za sobą, wiesz w czym tkwi problem a to sporo.
Nie masz pojęcia jak się cieszę że wracasz do domu, mimo że jesteś znajomym przez internet.
Powodzenia!
jesli mogę coś polecić to jednym z sensownych sposobów w walce z depresją jak i dystymią jest terapia poznawczo-behawioralna, jedynie w jej wypadku wykazano skuteczność w badaniach.... znajdź sobie jakiegoś dobrego terapeute w tym nurcie i nadal odwiedzaj psychiatrę a będzie dobrze i wszystko wróci do normy:) musisz dać sobie szansę !:)
"Ostatnie dni są jak podróż wgłąb samego siebie.
Od czasu brania leków nie widziałem wyraźnej porpawy. Czuję się jak matrioszka....a bardziej jak mniejsza matrioszka w większej. Niby z zewnątrz wszystko ok, ale w środku dygoczę."
Jeśli mogę wtrącić swoje trzy grosze, to po części zdiagnozowałeś się sam, na długo przed Twą wizytą u psychiatry... choćby wybierając taki, a nie inny nick. Więc zasługa pana doktora, jest tylko połowiczna... ;-)
Pisałam Ci już, że masz rewelacyjne analityczne spojrzenie na siebie i rzeczywistość. Wiem, że niektórym cierpiącym na depresję, bardzo pomaga we wglądzie we własne "ja" pisanie. Notowanie myśli, zapisywanie obserwacji własnego samopoczucia, ważnych dla siebie sentencji, etc. Jesteś w tym świetny depress!
Twoje zdanie o matrioszce, które pozwoliłam sobie zacytować jest niesamowicie obrazowe, choć ja trochę inaczej spojrzałam na jego przesłanie. Sens zabawce, którą jest matrioszka nadaje to, że musi stanowić komplet. Żadnej nie może brakować, bo każda ma swą funkcję. Żadna też nie istnieje bez relacji z pozostałymi, bo jest jedynie pustą w środku "skorupką". Coraz większe elementy, to jakby kolejne poziomy stawania się coraz bardziej świadomym siebie (i swoich ograniczeń) człowiekiem. A wszystkie większe, jakby nadbudowane i udoskonalone mają za zadanie "uchronić ten najmniejszy - dzieciątko", którym trzeba się dobrze opiekować... Jakże często się zdarza, że u osób z problemami, właśnie już ta "matrioszka - dzieciątko" doznała tak wielu zranień...
Cieszę się z Twoich decyzji o powrocie do domu.
Pojąłeś...
90 2014-05-04 20:16:42 Ostatnio edytowany przez depress (2014-05-04 20:28:22)
Jakkolwiek traktować matrioszkę, to porównanie odbija się realnie na moim życiu.
Czy się zdiagnozowałem sam? Trudno mi stwierdzić. Mogłem określic jedynie szczątkowe symptomy, skrawki zachowań, jakieś odczucia wyrwane z kontekstu codziennego życia pod przymusem.
Czy pojąłem? Wydaje mi się, że nie jest to odpowiednie słowo. Mnie raczej doinformowano, określono jednym słowem wieloletnie, o ile nie kilkunastoletnie cierpienie. Jeśli chodzi o kwestię pojmowania, to raczej tyczy się ona mojego otoczenia, najbliższego otoczenia, które będzie miało z tym nie lada problem. Z resztą ostatnie dni pokazują, że pewne decyzje były błędem. Nawet te podejmowane w stanie "świadomym". Jestem bliski określenia powrotu do domu mianem błędu. Co ciekawe trudno mi stwierdzić czy mój sposób rozumowania jest właściwy czy nie. Obłęd.
Jak na razie próbuję się dowiedzieć czegoś więcej o swojej chorobie, przypadłości.
Wiem póki co że leki które przyjmuję są "grubszego" kalibru. Dla takich co się lubią przebierać za Napoleona.
Na pewno będę chciał porozmawiać ze swoim terapeutą na temat tejże terapii poznawczo-behawioralnej. Nie ukrywam że chodzą mi po głowie jeszcze inne, bardziej niekonwencjonalne rozwiązania, sposoby.
Jednym słowem depressed constance.
Depress i jak tam w domu?
Witaj.Jesteś w takim samym momencie życia jak ja.Nasza historia jest tak podobna i wiem jak to boli.Też zastanawiam się nad odejściem bo już dalej tak nie mogę. Tylko jest jedno ale... dziecko chociaż nie moje ale które bardzo pokochałem.Też mam zamiar udać się do psyhologa i muszę znalezc dobrego (jestem z Bytomia).Powiem , że walka o moją partnerkę trwa już 4 lata po tym jak jej ex namieszał jej w głowie.Ty masz ten jeden plus , że kocha tylko ciebie.Życze ci byś znalazł w sobie siłę i odwagę a ból kiedyś minie musimy w to wierzyć.Trzymaj się i nigdy nie wątp , że jesteś bardzo wartościowym człowiekiem.
Witaj szczęście111.
Jak w domu? "Rewelacja"!
Po 3 dniach była dyma. Średnio jest co dwa dni. Już trzeciego dnia zacząłem żałować swojej decyzji.
Podczas jednej z kłotni mając świadomość co mi jest, przytoczyła mi że żebym spojrzał na siebie jak toczę pianę z buzi. Pojechała po mnie po prostu. Aż miałem ochotę jej.....ehh.
Przeszła samą siebie. Doprowadza mnie momentami do skrajności.
Dziś jej oświadczylem że wyprowadzam się do rodziców za tydzień. Nie wiem na jak długo. Powiedziałem jej że to jest bez sensu. Znów zaczynam dygotać. Znów wracają demony. Wróciłem do domu i zamiast być lepiej, jest tak samo, o ile nie gorzej.
Przy wczorajszej klotni powiedziala mi ze od dawna czuje ze jestem z nia tylko dlatego że nie mam się podziać. Aż trudno mi to skomentować.
Dziś mi mówi że mnie kocha. Że moge jej nienawidzieć, a ona i tak będzie mnie kochać.
NOSZ K##@!
Nie wiem czy to szczescie ze biore leki dla schizofreników, bo na prawdę jestem bliski rozklejenia sobie mózgu na dwie części. Cho chwile sprzeczne ze sobą sygnały. Jestem bliski obłędu. Mam nadzieje że amisulpryd bedzie choc w czesci zbawienny.
Witaj.Jesteś w takim samym momencie życia jak ja.Nasza historia jest tak podobna i wiem jak to boli.Też zastanawiam się nad odejściem bo już dalej tak nie mogę. Tylko jest jedno ale... dziecko chociaż nie moje ale które bardzo pokochałem.Też mam zamiar udać się do psyhologa i muszę znalezc dobrego (jestem z Bytomia).Powiem , że walka o moją partnerkę trwa już 4 lata po tym jak jej ex namieszał jej w głowie.Ty masz ten jeden plus , że kocha tylko ciebie.Życze ci byś znalazł w sobie siłę i odwagę a ból kiedyś minie musimy w to wierzyć.Trzymaj się i nigdy nie wątp , że jesteś bardzo wartościowym człowiekiem.
Krist, więc wiesz przez co przechodzę. Jednocześnie chylę czoła przed Twoją drogą krzyżową.
Pocieszę Cię: mieszkamy od siebie 8-10 km
Na prawdę bardzo bliziutko. Idziemy na piwo?
Na prawde, jesli chcialbys pogadać po męsku jestem otwarty. Powiem Ci szczerze też potrzebuję takiej rozmowy, ale z kimś kto wie o co biega. Ludzie wyrwani z codziennosci ipadów, prowizji, trudnych spraw i podobnych gówien nie są w stanie mnie zrozumieć. Mało kto umie. Zobacz jaki swiat jest piekny, usmiechnij sie...i tak w kołko takie puste frazesy.
Jeśli przeczytasz moją odpowiedź, odezwij się do mnie na maila. Zgadamy się.
A co do Twojego problemu.....w sumie nie wiem czy mam lepiej. TY przynajmniej widzisz przyczyne w postaci ex ktory miesza Twojej kobiecie w głowie. Widzisz przyczyne! U mnie nikogo trzeciego nie ma. Przynajmniej tak myślę. I to jest frustrujace bo przyczyny nie widzisz. A problem jest.
Nie mam już siły, Nie chce o raz kolejny ewentualnie wraca i testowac na sobie jak kroli doswiadczalny czy bedzie dobrze czy zle. Jestem czlowiekiem do cholery, mam uczucia i granice ktore sa lamane srednio co dwa dni . Mam dosyc.
Przedtem byly leki, bol, rozdygotanie. Teraz jest złość, ból i rozdygotanie. Lęków jeszcze nie ma ale już do mnie wracają. Czuję to. Demony wrócą.
Dziekuje za dobre slowa. Przede wszystkim musze znaleźć w sobie siłę. Tylko to. A tego już mi dawno zabrakło.
no to bardzo mi przykro, a o co się kłócicie? Ona miała też nad sobą popracować, nie tylko ty, ty jesteś chory i że tak powiem twoje zachowania są jakoś dla mnie wytłumaczalne, powinno być więcej zrozumienia przynajmniej dla ciebie - tak mi się wydaje. A ona coś z sobą robi, pracuje nad sobą?
no to bardzo mi przykro, a o co się kłócicie? Ona miała też nad sobą popracować, nie tylko ty, ty jesteś chory i że tak powiem twoje zachowania są jakoś dla mnie wytłumaczalne, powinno być więcej zrozumienia przynajmniej dla ciebie - tak mi się wydaje. A ona coś z sobą robi, pracuje nad sobą?
Coś tam robi. Niby inicjuje. Ale to nie chodzi już tylko o tę sferę tylko o caloksztsztalt tworczosci.
Czy pracuje. Trudno to nazwac. Probuje wszystkie niepowodzenia tlumaczyc moja chorobą co jest mocno nie fair. Ma po prostu proste wytlumaczenie, wygodne wręcz.
Ostatnio sie mnie zapytala co ona ma robic, mowic zeby bylo ok. Odpowiedzialem ze to tak nie dziala. Albo sie czuje albo nie. Albo sie wie, albo nie.
Pierwszy dym wybuchł w momencie kiedy sie dowiedzialem ze nie bedzie chodzic do psychologa. "Nie będę chodzila, bo Pani psycholog powiedziala ze nie muszę". Nie musze wiec nie ma problemu. Jakie to proste i wygodne.
Ja tez nie musze chodzic. I co z tego? Tyle że ja mam w sobie doze samokrytycyzmu aby obwiniac siebie. Ona nie.
Reszta kłotni jest o dorobek artystyczny. Tak na prawde smarkam tym wszystkim z nią na czele. Najbardziej mam dosyć jej obrazonej miny przeplatanej ze slowem "kocham". Istna huśtawka. Zgłupieć można.
Nie masz czasem wrażenia, że ciągniecie ten związek na siłę?
Ani Tobie, ani jej się tak naprawdę nie chce, jesteście ze sobą, bo nie umiecie być sami.
Ona na pewno ma jakieś poczucie winy -to ją trzyma, nieważne że odmawia wizyty u psychologa.
A Ty..jesteś od niej uzależniony.
Po co ta męka? w imię czego?
Nie masz czasem wrażenia, że ciągniecie ten związek na siłę?
Ani Tobie, ani jej się tak naprawdę nie chce, jesteście ze sobą, bo nie umiecie być sami.
Ona na pewno ma jakieś poczucie winy -to ją trzyma, nieważne że odmawia wizyty u psychologa.
A Ty..jesteś od niej uzależniony.Po co ta męka? w imię czego?
Też się zastanawiam. Nie potrafie odpowiedzieć.
Masz racje. Jeśli widzę u niej jakieś "ruchy" to tylko ze strachu że straci. Z obawy ze zostanie sama.
Jednak nie powstrzymuje jej to aby obrzucic mnie rzygowinami typu toczenie piany z buzi, albo bycia z nia bo sie nie mam gdzie podziać.
Masz wiele racji tylko nie bede na tyle perfidny aby z premedytacja ja zniechecac do siebie. No chyba ze w tym jest metoda?
Bo poki co proby odejscia jak "dorosły człowiek" mając szacunek do niej, koncza sie placzem, i deklaracjami ze zawsze mnie bedzie kochala. I czy to co przeszlismy razem nic dla mnie nie znaczy?
Jak to spiewal Skubikowski, "złe słowa ze słodkich ust"
No dobrze, ale co Ty Caritas jesteś?
Ona boi się być sama więc postanowiłeś poświęcić się dla jej samopoczucia? Jeszcze żeby to faktycznie coś dawało..a ona się miota: bo serce mówi -nie, a rozum- nie chcę być sama.
Dwoje desperatów.
W dodatku Ty masz swoje problemy na głowie, zero wsparcia, tylko Ci dokłada problemów ta kobieta.
Obudź się z tego koszmarku i podejmij decyzję.
Każda decyzja jest lepsza niż tkwienie w takiej nijakości i maraźmie.
No dobrze, ale co Ty Caritas jesteś?
Ona boi się być sama więc postanowiłeś poświęcić się dla jej samopoczucia? Jeszcze żeby to faktycznie coś dawało..a ona się miota: bo serce mówi -nie, a rozum- nie chcę być sama.Dwoje desperatów.
W dodatku Ty masz swoje problemy na głowie, zero wsparcia, tylko Ci dokłada problemów ta kobieta.
Obudź się z tego koszmarku i podejmij decyzję.
Każda decyzja jest lepsza niż tkwienie w takiej nijakości i maraźmie.
.... to prawda. Brutalna......ale prawda.
Macie w domu gnijącego trupa. Te kłótnie i sprzeczki to wynik drażniącego odoru jadu kiełbasianego, którego nie da się niczym zneutralizować.
Im dłużej będziesz z rozstaniem zwlekał, tym dłuższe wychodzenie z uzależnienia.
To nie jest tak, że z czasem będzie łatwiej..
Macie w domu gnijącego trupa. Te kłótnie i sprzeczki to wynik drażniącego odoru jadu kiełbasianego, którego nie da się niczym zneutralizować.
Im dłużej będziesz z rozstaniem zwlekał, tym dłuższe wychodzenie z uzależnienia.
To nie jest tak, że z czasem będzie łatwiej..
Bardzo brutalnie to ujęłaś, ale coś w tym jest. Tyle że do odejscia bede musial stanac samemu na przeciw calej swojej rodzinie która uwaza ze moje problemy to chwilowy zakręt w zyciu.
Nawet jesli mi sie uda, nie zaakceptują tego wyboru. Boje się napiętnowania i porównywania ciagłego do tej "jedynej".
102 2014-05-12 14:43:19 Ostatnio edytowany przez Elle88 (2014-05-12 14:56:19)
Strach nie jest dobrym "paliwem" dla bycia z kimś.
Boisz się porównywania z kim przepraszam? Z TĄ JEDYNĄ? A czym ona sobie na to miano zasłużyła ostatnimi czasy?
Wygląda na to, że postanowiłeś tkwić w związku bez miłości, bo "co ludzie powiedzą?". Można i tak..Dla mnie to niepojętę.
Więzienie na własne życzenie.
Już gołym okiem widać, że kondycja tego "związku" przyczyniła się do Twojej depresji i cały czas ją karmi.
Niby chodzisz do psychologa, ale chyba tylko po to, by doraźnie jako tę sytuację móc dalej znosić, bo nie zamierzasz nic z tym zrobić.
Oczywiście odpowiedzialny za swój stan zdrowia jesteś od momentu uświadomienia sobie źródła problemu TYLKO Ty.
Wiesz na czym stoisz, więc czas na wymówki się skończył.
Co z tym zrobisz?
Strach nie jest dobrym "paliwem" dla bycia z kimś.
Boisz się porównywania z kim przepraszam? Z TĄ JEDYNĄ? A czym ona sobie na to miano zasłużyła ostatnimi czasy?
Wygląda na to, że postanowiłeś tkwić w związku bez miłości, bo "co ludzie powiedzą?". Można i tak..Dla mnie to niepojętę.
Więzienie na własne życzenie.
Poniekąd masz rację. Jednak tkwienie w czyms takim poniekąd.....podkreślam poniekąd doprowadziło mnie do takiego momentu w którym jestem teraz.
Główny problem to nie Twoja depresja- to problem wtórny.
Prawdziwy to to, że Ty się KARASZ za brak miłości Twojej partnerki, bo w głębi duszy uważasz, że i tak nie zasługujesz na pełnowartościową miłość.
Cierpienie daje Ci jakieś dziwne poczucie "misji", wrażenie "robienia czegoś" na czym się znasz .. w końcu długo już cierpisz.
Szkoda, że to jałowe i bezproduktywne dla świata działania.
Główny problem to nie Twoja depresja- to problem wtórny.
Prawdziwy to to, że Ty się KARASZ za brak miłości Twojej partnerki, bo w głębi duszy uważasz, że i tak nie zasługujesz na pełnowartościową miłość.
Cierpienie daje Ci jakieś dziwne poczucie "misji", wrażenie "robienia czegoś" na czym się znasz .. w końcu długo już cierpisz.
Szkoda, że to jałowe i bezproduktywne dla świata działania.
Juz sam nie wiem co jest czym. Co powinno być, jak powinno być. Nie wiem juz nic.
A moze ona nie jest taka zla? Jedna Pani psycholog powiedziala mi "lepsza taka zona jak zadna"
Ostatnio widze ze sie stara. Zrobi mi kanapki do pracy, stara sie byc mila. Ale ogolnie jest jałowo. Nie wiem czy moze byc inaczej? A moze sie okaze na koncu ze nie mam racji, ze w kazdym zwiazku tak jest?
Nie mam skali porownawczej. Wiem tylko ze boli mnie. Nie wiem czy slusznie.
106 2014-05-12 15:30:36 Ostatnio edytowany przez Elle88 (2014-05-12 15:32:44)
To co piszesz brzmi tragicznie.
Skoro Ty sam nie wiesz jak powinien wyglądać związek, w którym chciałbyś być - masz DOKŁADNIE to, co w głowie w tym momencie- czyli chaos i jałowość.
Sam kreujesz swoją rzeczywistość. Nie ma 1 (słownie: JEDNEJ) sytuacji (w tym choroby), która spotyka nas przypadkowo.
Wszystko jest manifestacją tego, co nosisz w podświadomości.
A Pani psycholog, która Ci to powiedziała chyba robiła specjalizację w Wyższej Szkole Biznesu bez stresu..no comment.
Nie ma to jak wyuczona bezradność, co?
A to, że ona "się stara" i robi kanapki.. To jakiś żart?
Chcesz to Ci kanapki zrobię, podaj adres- prześle kurierem. Rozumiem, że jesteśmy w związku? ![]()
To co piszesz brzmi tragicznie.
Skoro Ty sam nie wiesz jak powinien wyglądać związek, w którym chciałbyś być - masz DOKŁADNIE to, co w głowie w tym momencie- czyli chaos i jałowość.
Sam kreujesz swoją rzeczywistość. Nie ma 1 (słownie: JEDNEJ) sytuacji (w tym choroby), która spotyka nas przypadkowo.
Wszystko jest manifestacją tego, co nosisz w podświadomości.)
Jak mam to rozumieć? Wiem czego bym chciał, a w zasadzie czego chciałem. Teraz juz nie chce bo wiem ze to bedzie wymuszone.
Zastanawiam sie jedynie czy to czego chce nie jest niemozliwym do osiagniecia przez kogokolwiek? Czy tylko przez nia?
Owszem chaos jest. Niewiadoma również.
Z tymi kanapkami to nie jest głupie....to co? adres chcesz? ![]()
Jak mam to rozumieć? Wiem czego bym chciał, a w zasadzie czego chciałem. Teraz juz nie chce bo wiem ze to bedzie wymuszone.
Zastanawiam sie jedynie czy to czego chce nie jest niemozliwym do osiagniecia przez kogokolwiek? Czy tylko przez nia?Owszem chaos jest. Niewiadoma również.
Z tymi kanapkami to nie jest głupie....to co? adres chcesz? big_smile
To jest właśnie Twój problem: masz przekonanie, że ona się dla Ciebie bardzo poświęca -"już mi te kanapki robi.." to prawie jak seks, co?
Ona ma Cię gdzieś.. To że Ci mówi, że "kocha", a co za różnica, to słowo nie ma dla niej żadnej treści. Co ma Ci powiedzieć, że Cię "lubi"?
To już kocham lepiej brzmi..
Z taka samooceną to jeszcze w tym celibacie pożyjesz kolejne parę lat.. Zdrówka nie wróżę, ale może problem "sam" się rozwiąże i to ona sobie kogoś przygrucha?
Żyć nie umierać, sielanka.
Nie wierze, ze ona cie kocha. To nie jest zwiazek tylko wieloletnie wspoluzaleznienie, nie mozecie sie dogadac i sie prawdopodobnie nie dogadacie. Czy gdybyscie nie byli malzenstwem tez by sie tak zachowywala? Bo mnie sie wydaje, ze ja trzyma wstyd przed byciem rozwodka, samotnoscia i wzieciem odpowiedzialnosci za swoje zycie. Jezeli na cos sie nie zdecydujesz, znowu wyladujesz w doopie i to jeszcze z wieksza depresja. Pozdrawiam.
Cokolwiek nią kieruje w chwili obecnej, póki co w domu mam paradę "demonstracji własnej wartości" w jej wykonaniu.
Psycholog też mi wczoraj podniosl cisnienie tetnicze w opór i zastanawiam sie czy jeszcze do niego pójść. Ehh..
Rownie dobrze moglbym wydac te kase na inne cele i być może przez chwile wiedzialbym ze zyje. Chocby przez chwilę ![]()
Witaj. Psycholog, terapeuta jest od tego zeby podnosic cisnienie. Lepiej do niego idz. Pozdrawiam
Psycholog też mi wczoraj podniosl cisnienie tetnicze w opór i zastanawiam sie czy jeszcze do niego pójść. Ehh..
a to niby dlaczego? co ci powiedziała?
depress napisał/a:Psycholog też mi wczoraj podniosl cisnienie tetnicze w opór i zastanawiam sie czy jeszcze do niego pójść. Ehh..
a to niby dlaczego? co ci powiedziała?
A zaczeła podwazac wizyte u tego psychiatry ktory stwierdzil dystymie, ze wie wszystko najlepiej, ze on jest najgorszy. Jesli ona bedzie musiala sie z nim konsultowac to mam poszukac sobie kogos innego. Ze dystymia jest modna i tak dalej i tak dalej.
Dziecinada troche dla mnie. Czlowiek przychodzi z prośba o pomoc a zamiast tego wysluchuje dziecinady i przepychanek pomiedzy ludźmi z branży.
Wkurzyła mnie ta wizyta. Zero konstruktywizmu. Nic mi nie dała ta wizyta tak na prawdę. Bardzie wyszedłem rozgoryczony.
Poza tym odnioslem wrazenie ze to o czym jej mowilem nie robilo na niej wrazenia. Poczulem sie potraktowany po macoszemu.
114 2014-05-14 14:27:15 Ostatnio edytowany przez sluuu (2014-05-14 14:28:56)
No ja też mam depresje lękową, ale po części Twoja psycholog miała racje. Na pewno nie chodzi tu o to że neguje psychiatrów, bo tego u psychologów nie cierpię, ale jak już przejdzie Ci etap "JESTEM CHORY PSYCHICZNIE", na etap "da się z tym żyć i z tego wyjść" to sam zobaczysz że nerwice i depresje to choroby cywilizacyjne!!!!
Co do diagnoz od psychiatry: jak pójdziesz do innego to Ci zdiagnozuje inne zaburzenie. Spokojnie...
Z jednym się zgodzę, teraz zaczyna się walka.
"Dystymia to zaburzenie psychiczne, na które może cierpieć ok. 2 - 5% populacji"
Pozdrawiam, sama toczę walkę 2 lata.
Depress kiedy moja powiedziala mi, ze mam depresje z tendencja do maniakalnej ryczalam przez dwa dni. Nigdy czegos takiego nie mialam, nigdy tak zle sie nie czulam. Wpedzilo mnie w to kkzb, przemoc w zwiazku i fakt ze jestem ddd. To sa rzeczy z ktorych sie wychodzi. Musisz poukladac swoje zycie, Ty tkwisz w toksycznym zwiazku, jak masz sie lepiej poczuc?
Ja wiem poniekąd ze depresja jest epidemią XXI wieku. zdaje sobie z tego sprawe, stres, wymagania, znieczulica itd itd.
Jeden zdiagnozowal stany lekowe i depresyjne a drugi dystymie w ktorej pierwsza diagnoza sie zawiera bardzo mocno. Do tego zespol jelita nadwrazliwego ktory mam rowniez wynika z tej choroby. Wszystko pasuje.
Walka zaczyna się i owszem...a ja dzis mam dość. Chciałbym spać.......spać..................spać
sluu współczuję. To walka świadoma? Nie wiem co lepsze...czy walka w swiadomości czy nieświadomosci z która ja sie borykam latami....dlugimi latami. Po tym jak sie dowiedzialem co mi jest, czuje sie jakbym poniekąd zaczynał od początku.
kattyen myslisz ze u mnie bylo inaczej? sam tez ryczalem, nie umialem sie pozbierac...z reszta dalej nie potrafie. Poukladalem w miare to co bylo przez lata...ma to sens....w zamian wszystko co jest teraz stracilo sens kompletnie. Nie wspomne o tym co ma byc...jak ma byc. Nie umiem tego poskładac do kupy, ogarnąć. Nie umiem nazwac tego co czuje...nie wiem co czuje...czy to moje czucie czy choroba. Nic nie wiem
Tkwie w toksycznym zwiazku fakt. A może to nie jest toksyczny zwiazek? Moze to ja jestem tak toksyczny ze zatruwam wszystko razem z nią, a efekt tego jest widoczny w jej zachowaniu?
Mysle o odejsciu....wydaje mi sie ze wiele by mi to dalo. Skupilbym sie na sobie. Na swoich pasjach. Wiem rownie z ze co poniektorzy okresla mnie jak niedojrzałego, wiecznie zdziecinnialego smarkacza ktory nie potrafi przezyc zycia jak mezczyzna, splodzic syna miec zone dom, dziecko itd itd.
Mnie to przerasta. Chcialbym ale się boję. Nie wiem czy bałbym się z kim innym. Wiem ze bałbym się z tym, z kim jestem teraz.
Depress, jaki smarkacz, zdziecinnialy mezczyzna?! Jak sie zachowuje twoja zona, Bo dla mnie ona jest chora, osobowosc typu nienawidze cie - nie odchodz? Gdybym ja miala takiego faceta jak Ty w zyciu zlego slowa bym Na niego nie powiedziala a tym bardziej tak zgnoila. Jestes z toxyczna osoba, ktora cie niszczy, nie wspiera cie i jeszcze dobija gwozdz do trumny. Kiedy w koncu przestaniesz sie obwiniac i ruszysz do przodu? Jak wyladujesz w psychiatryku? Ona bedzie przynosic ci czekoladki i nowic jak bardzo cie kocha. Przeczytaj jeszcze raz twoj pierwszy post.
Bardzo świadoma moim zdaniem, ale nie zarzucaj na siebie zbyt wielu publikacji bo te psychologiczne wywody jeszcze bardziej Cię zdołują, bądź nakręcą.
Od tej pory musisz nauczyć się zyć dla siebie, bo zbyt długo dawałeś innym prawo do odpowiadania za ciebie i Twoje emocje. Niestety jako, że nasze historie są podobne, chcę Ci powiedzieć, że Twój psycholog ma racje odnośnie naszych projekcji partnerów, które nijak miały się do rzeczywistości i NA PRÓŻNO szukać, kto był bardziej winny. Ja nie mieszkam z 7 letnim partnerem już rok. Wciąż gdzieś jest ale błogość mieszkania samej jest póki co wielka.
Bardzo świadoma moim zdaniem, ale nie zarzucaj na siebie zbyt wielu publikacji bo te psychologiczne wywody jeszcze bardziej Cię zdołują, bądź nakręcą.
Od tej pory musisz nauczyć się zyć dla siebie, bo zbyt długo dawałeś innym prawo do odpowiadania za ciebie i Twoje emocje. Niestety jako, że nasze historie są podobne, chcę Ci powiedzieć, że Twój psycholog ma racje odnośnie naszych projekcji partnerów, które nijak miały się do rzeczywistości i NA PRÓŻNO szukać, kto był bardziej winny. Ja nie mieszkam z 7 letnim partnerem już rok. Wciąż gdzieś jest ale błogość mieszkania samej jest póki co wielka.
Zazdroszczę Ci odwagi do podjecia tego kroku. Mi póki co jej brak. Tymbardziej ze bede musial robic to oficjalnie. W majestacie prawa. Trzasniecie drzwiami za soba nie wystarczy.
Zgadzam sie ze Sluu. Trzeba odgrodzic sie od toksycznej osoby, zeby moc sie skupic na wlasnej drodze do zdrowia. W takim zgielku, pedzie mysli do niczego nie dojdziesz. Moja decyzja o odejsciu byla najciezsza w moim zyciu i nie zaluje. Teraz zaczynam zdrowiec i cieszyc sie zyciem.
kattyen- oj tak znam ten ból.
depress- Posłuchaj w zdrowym związku nie musiałbyś pisać na forum, a te sprawy przedyskutowałbyś ze swoim partnerem. Nawet jeśli chcesz ratować małżeństwo to tymczasowa separacja jest chyba jedynym wyjściem, bo zbyt dużo w Tobie "nie wiem". Olśnienie przy małżonku nie przyjdzie ot tak. Myślę, że sam nie wiesz czego teraz chcesz, pogubiłeś się a to najlepsze danie dla nerwic i depresji. Tak czy siak, PAMIĘTAJ, że decyzję musisz podjąć SAM, nie bazuj na naszych WIZJACH tylko stwórz WŁASNĄ.
Reasumując pukładam czesc swoich tematów i się zawijam.
Muszę odpocząć.
Wszystko mnie już zaczyna irytować, nawet najmniejsza błahostka.
Wcale mnie to nie dziwi. Przydalyby cie male wakacje. Powodzenia.
Mysle o odejsciu....wydaje mi sie ze wiele by mi to dalo.
Depress,
A gdybyś spróbował najpierw "odejść od siebie"?
Depresja jest chorobą, w której człowiek obsesyjnie skupia się na sobie. Ustanawia się "centrum wszechświata" i nasłuchuje każdego pomruku pochodzącego z własnego ciała i umysłu i interpretuje je zawsze na niekorzyść. Depresja to pozbawienie siebie samego jakiejkolwiek nadziei, to zamknięcie się w przestrzeni, do której nie dochodzi już żaden głos miłości. Niektórzy właśnie w ten sposób definiują piekło...
Wyjść z depresji, to znaczy wyjść z piekła stworzonego przez samego siebie. Odejść, porzucić negatywne wyobrażenia na własny temat. Wygrzebać się z mroku i wyleźć na światło. Grzać się w tym świetle jak jaszczurka na kamieniu i poczuć bezpiecznym i wolnym.
Zanim podejmiesz decycję o odejściu od żony, spróbuj wcześniej odejść od siebie...Nawet surrealistyczne bohomazy ogląda się z dalszej perspektywy, aby lepiej pojąć ich sens...
Niby tak, ale ja tak bardzo zaangazowalem sie w nią, zaniedbujac siebie...ze odejsc od siebie znaczy dla mnie odejsc od niej.
Na razie zadnych formalnosci nie bede ruszal.
Musze znalezc w sobie sile i chec na to aby wyjechac. Tylko to poki co moge i jestem w stanie zrobic.
Niechaj będzie to wyjazd, a nie ucieczka...
I proszę Cię, zapisuj gdzieś to, co odczuwasz. Nie interpretuj jednak tego, jedynie zapisuj. Staraj się nie nadawać znaczenia emocjom, myślom, reakcjom Twojego organizmu. Spróbuj tylko jak najprecyzyjniej opisać to, co się z Tobą dzieje każdego dnia. Tak jak kronikarz, jak reporter. Potraktuj to, jak pracę naukowo-badawczą ;-) Niechaj to będzie Twój "wentyl", którym nagromadzone latami "morowe powietrze" zacznie pomaleńku uchodzić...
"Psychika, pojęta jako swoisty układ symboliczny, nie jest wewnątrz, ale na zewnątrz nas. Stąd może bierze się poczucie, że dusza jest nie związana z ciałem..." Antoni Kępiński
No i stało się....
Dziś podpisałem umowę na wynajem pokoju.
Zaczynam się powoli wyprowadzać.
To były ciężkie osiem miesięcy...
Jeszcze cięższe niż to co było dotychczas.
Padło tyle odrażających słów z obydwu stron. Aż mi się ręce trzęsą gdy to klepię w tą klawiaturę.
Tyle....szarpanin.....słownych, fizycznych.
Brak mi wsparcia bliskich. Co ważniejsze osoby w moim życiu mają do mnie żal....za to że nie umiem w sobie wskrzesić jakiegokolwiek uczucia....do kogoś kto nawet w zwykłej rozmowie, mówiąc spokojnie, potrafi powiedzieć coś na prawdę przykrego....tak rzucić tym bez skrupułów....
Sam też w tym czasie przekroczyłem granice, o które bym siebie nie posądzał....wstyd mi za to.
Nawet wylądowałem u wróżki....w akcie desperacji.
Tak źle jak teraz jeszcze nie było...
Niczego nie osiągneliśmy !!
Lata związku z którego ani nie ma potomstwa, ani majątku...ani miłości........kompletnie bezporduktywny. Przynosi jedynie żal, cierpienie wzajemne, brak szacunku, niespełnione plany obu stron,...tak odmienne jak się okazało.
Niby kiedyś marzyliśmy o tym samym, ale życie pokazało że mamy dwa odmienne podejścia do tego, oraz oczekiwania.
Mamy ciężkie charaktery....oboje.
Jakiś czas temu, może to Wam się wyda dziwne, złączyłem dwie pięści z sobą.
Lewą i prawą. Oświeciło mnie...
Zacząłem napierać lewą pięścią na prawą....
Potem odwrotnie....prawą na lewą...
Lecz gdy napierałem obiema, stałem w miejscu....kosztowało to wiele wysiłku...a nic się nie działo.
Nie mam już siły napierać....
Tym właśnie jest ten związek...
Dwoma pięściami które stoją w miejscu ... żadne nie odpuści. Do tego ma to bardzo destruktywny wpływ na mnie.
Tak więc teraz wiele rzeczy się dla mnie zmieni. Zaczyna się okres "podkulonego ogona".
Czy będzie mi lepiej w jakimś pokoiku? Zrobię kilka kroków w tył.....Na pewno jest to dla mnie strzał w pysk....
Czy on mnie przetrzeźwi.....nie wiem.
I`ve failed.
Tak to się kończy jak jedyna pasją i "hobby" w życiu jest - być w związku.
Tak to się kończy jak jedyna pasją i "hobby" w życiu jest - być w związku.
Możesz jaśniej?
130 2015-01-28 16:51:14 Ostatnio edytowany przez Elle88 (2015-01-28 16:55:48)
Jaśniej: Twoim głównym przekonaniem n/t życia jest to, że inni istnieją po to by sprawić byś czuł się szczęśliwy. Gdy to się nie dzieje (i nie ma w tym nic dziwnego przy tak błędnym założeniu) zaczynasz czuć te wszystkie emocje, których wypieranie doprowadziło do depresji.
Depresja to choroba duszy, która ma źródło w 'pysze' (od pychy
), choć z zewnątrz i patrząc b. powierzchownie wygląda się na wielkiego pokrzywdzonego 'altruistę'. Pychy polegającej na przekonaniu jak wyżej - to inni maja dbać o moje szczęście, gdy tego nie robią- obrażam się na cały świat (to mój sposób na bunt i zwrócenie na siebie uwagi nie wprost). Od tej pory - z uwagi na chorobę- mogę oficjalnie czuć się usprawiedliwiony przed sobą i przed innymi, że odmawiam brania jakiejkolwiek odpowiedzialności za swoje samopoczucie i powodzenie w życiu. To ONI powinni czuć się winni tego, jak źle się czuję. Itd. itd.
Z "posiadania" związku i "posiadania" kobiety u swego boku uczyniłeś hobby, bo innych celów, pasji w swoim życiu nie posiadasz, stąd desperackie do bólu próby utrzymania tej farsy na siłę.