Witam...
Jeżeli jest ktoś w stanie przebrnąć przez ten tekst - będę wdzięczna za jakiekolwiek słowo, za spojrzenie na to z booku...W tej chwili wegetuję jak warzywo. Chwytam się pomocy na forum...myślę o śmierci coraz bardziej
Zanim mnie zbluzgacie- już swoją karę ponoszę, za to, że pokochałam zajętego pana...
Wszyscy nastawiali mnie, że on nigdy od niej nie odejdzie...
Czekał aż ja zmienię swoje podejście do niego, bo byłam niedobra ze względu na to, że z nią mieszkał, wyjeżdzał i pewnie sypiał... To było przyczynkiem moich niemiłych smsów do niego...
Prosił mnie bym przestała, bo on musi mieć motywację, by podjąć pewne kroki...W tym roku widzieliśmy się zaledwie może...6 razy. W sierpniu podjął jeszcze jedną próbę dogadania się ze mną. Zgodziłam się na to co mówi...a mianowicie " jeśli do września nic się nie zmieni to kopnij mnie w tyłek".
Za 2 dni wyjechał z żoną w rodzinnych sprawach pod Warszawę. Nie mogłam znieść myśli....i poradzić sobie z nimi, że mówi jedno, robi drugie...Wysmarowałam mu kolejną porcję "chamskich", przykrych zdań w smsach....
Nie wiem co mną kieruje, dostaję adrenaliny, wpadam w panikę, że mnie okłamuje i...tak to się kończy. Poza tym wszyscy nastawiali mnie przeciwko niemu...a powinnam była mu zaufać, zaufać w to, że jest szczery, dobry, że naprawdę mnie kochał.....
Przestał się odzywać...Pod koniec sierpnia napisałam mu, że z nami koniec....ostatecznie. Odpisał, że on właśnie wynajął mieszkanie i, że się wyprowadza od swojej żony...po setkach smsów podziękował mi za rozwalenie życia itd...
Próbował jeszcze do mnie dotrzeć. Podał adres nowego miejsca zamieszkania: " jeśli chcesz porozmawiać - wiesz gdzie mnie szukać...".
Umówiliśmy się, przyszłam...Walizka, jego rzeczy...Naprawdę to zrobił, wyprowadził się od żony....Jego słowa nie były puszczone na wiatr....
Już w progu pocałował mnie na przywitanie, był zgaszony, ale oczywiście zaczął mnie dotykać i całować, więc skończyło się w łóżku. Niestety cały czas był 'nieobecny', jakby oddalony, już nie ten sam...Wiem, że przeżywa to i wiem, że powinnam była go wspierać....Chciałam, ale to jego zachowanie, olewanie mnie sprawiało mi przykrość, nie wiedziałam jak się zachować i......nadal byłam niemiła w smsach.... Mieszkam poza miastem - 80 km od niego, więc przyjeżdżam co tydzień na weekend....
W zeszłym tyg. zapytał co zamierzam robić w sobotę. Powiedziałam, że może wyskoczę na piwo z kolegą. Troszkę w smsie był 'wkurzony' i zaprosił do siebie na wino. Wieczorem dostałam smsa czy wolę iść z kolegą na piwo czy może wolę wino. Napisałam, że wolę wino...gdzie się spotykamy? Wybrał na mieście. Podeszłam do niego siedzącego na ławce. Od razu powiedział, że lepiej będzie jeśli pójdziemy do niego, bo jest chłodno, a ja ledwo wyzdrowiałam. Ok...
Otworzył wino, troszkę się pośmialiśmy, ale nadal był jakby obcy. Zaczął mnie całować, a mieliśmy porozmawiać, przeczuwałam coś dziwnego, więc zaczęłam rozmowę zanim rozebrałby mnie...
W skrócie...powiedział, że jemu już ręce opadły i nie ma siły już na to by ze mną walczyć, bym go zrozumiała...powiedział, że dogadujemy się świetnie, ale tylko w seksie...i żebyśmy rozstali się jak przyjaciele.
Wpadłam w histerię
rozpłakałam się, trzymał mnie, ale wyrwałam się...trzasnęłam drzwiami...nawet nie wyszedł za mną...dopiero potem chyba udawał, że mnie na mieście szuka, dzwonił, nie cchciałam powiedzieć gdzie jestem...Gdybym nie zaczęła rozmowy - przespałby się ze mną na odchodne...poczułam się strasznie...że byłam dla niego tylko dobra do seksu....Zaprosił mnie żeby tak po prostu jak zwykle przelecieć? Nie dałam mu tej satysfakcji tym razem.... Napisał w smsie, że wcale mnie tak nie traktował jak dzi... stwierdził, że stawiał mnie zawsze na piedestale, że mnie kocha, ale jeżeli nie ma w związku porozumienia to taki związek nie istnieje...
Najśmieszniejsze jest to, że przecież ludzie, aby się poznać potrzebują ze sobą zamieszkać, czyż nie jest tak? My nigdy nie mieliśmy takiej okazji. Stwierdził, że nie ma między nami porozumienia...ale jak mogło ono istnieć poprzez telefony, smsy i gadu-gadu?
"rozstańmy się jak przyjaciele...chcę być teraz sam" po 3 latach bycia samej dla niego....po takim okresie oczekiwania....po tym ile przeszłam nerwów, byłam sama, bo czekałam na niego, a on ...spłynęło po nim jak woda po kaczce...bez emocji powiedział mi właśnie te słowa....Powiedział też, że kocha mnie, ale nie możemy się zrozumieć....
Odszedł od żony, odszedł ode mnie....
Odezwałam się na drugi dzień w sprawie naprawy komputera, bo nie miałam do kogo tak naprawdę....został mi tylko on...Gdyby nie chciał - mógł przecież powiedzieć, że jest zajęty, ale on z ochotą przyszedł mi na pomoc. Kiedy zawiózł mnie pod dom, znowu zaczęliśmy rozmawiać. Poprosiłam go żeby mi powiedział, że już nie będziemy nigdy razem. Spytał co mi to da? Odpowiedzaiałam, że bardzo dużo...Jego odpowiedź na to: " Wczoraj już Ci powiedziałem" - chodzi o to "ludzie rozstają się w przyjaźni"....Mieliśmy jeszcze kontakt, pisał na gg w zeszłym tyg., rozmawiało się fajnie, miło...Niestety w opisie umieściłam piosenkę dobrze obrazującą mój stan. Napisał, że tylko dzięki tekstom piosenek jest w stanie poznać co mi w głowie siedzi....odpisałam, że przecież nie musi sprawdzać tekstu skoro niee chce być ze mną i mu nie zależy....odpisał " wybacz, ale nie mam pytań" i już więcej się nie odezwał...więc przedwczoraj poprosiłam go o całkowity brak kontaktu jeśli już faktycznie nie ma wobec mnie żadnych planów...bo nie chcę mieć nadziei i ciągle rozdrapywać ranę...
On się już nie odzywa.
I nie mogę sobie z tym poradzić...z tym, że to moja wina, że zawaliłam...Kocham go nad życie, kocham go tak mocno...łzy kapią, nie mogę znaleźć sobie miejsca...nie mam przyjaciół, nie mam nikogo i nie mam już nic....Jestem sama w wielkim mieście, gdzie wyjechałam żeby układać sobie na nowo życie bez niego, ale on przez te 3 lata ciągle " był " w moim życiu i nie dawał mi spokoju.....
Siedzę sama w mieszkaniu i myślę jak zakończyć swoje nędzne życie. Związek z nim trwał 5 lat. 5 długich lat, które zamieniły mnie we wraka...
Cała ta sytuacja toczyła się w sobotę 14.09. Minęło dopiero 10 dni, a ja wiadrami wylewam łzy i nie mogę się podnieść. Dzisiaj nie wytrzymałam i napisałam do niego na GG, wysłałam mu serce. Źle zrobiłam, prawda? Nie odpisał......ale sama go o to prosiłam jeśli nie ma wobec mnie żadnych planów...żeby się nie odzywał....
Jest mi tak cholernie ciężko....Szukam tutaj jakiegoś słowa pocieszenia, że jest jeszcze szansa, że on się ocknie...Przecież walczył o mnie 3 lata
i nagle.....DLACZEGO? Bo byłam zła...niemiła? Dlaczego więc nie dał mi spokoju rok temu? Tylko właśnie teraz?
Boję się, że znajdzie sobie kogoś...chciał przecież jeszcze pójść ze mną do łóżka, a ja uciekłam...Może gdybym nie podejmowała tej rozmowy, gdybyśmy spędzili ze sobą tę noc - nie podjąłby takiej decyzji? ![]()
Nie wiem czy ktoś przeczytał ten nieład....Chciałam gdzieś wyrzucić to wszystko, bo rozrywa mnie od środka.
Mam 27 lat i życie połamane jak patyk nie jestem w stanie związać się z innym. Brzydzę się innych facetów, żaden mnie nie pociąga. Nie widzę już po prostu nic....