WitchQueen, ja Ci powiem tak - kiedyś byś mnie polubiła, bo ja z tych twardych, co nie płaczą z byle powodu i nie lecą z byle czym do lekarza (to już efekt nie tyle twardości ile marnych doświadczeń z naszą służbą zdrowia). Palce miałam wybite tyle razy, że już je sobie umiem sama nastawiać i wuj, że dwa mam krzywe, bo nie trafiłam stawem dokładnie tak jak chciałam. Jak kiedyś upadłam na schodach, to po 10 sekundach podniosłam się, otrzepałam, poszłam na autobus i wrócilam samodzielnie do domu. W domu odkryłam, że dół moich pleców to jedna fioletowo-krwawa plama, ale przecież nie będę robić z siebie debila i z siniakiem lecieć do lekarza. Smarowałam siniak żelem na stłuczenia, zagryzałam zęby i jeździłam do pracy. Dopiero przy okazji urazu kręgosłupa dowiedziałam się, że uszkodziłam sobie wtedy miednicę i pofarciło mi sie mocno, bo mogłam zostać kaleką albo nawet umrzeć, gdyby uraz był poważniejszy. Pech, że takiego uszkodzenia nie widać tak dobrze jak połamanego palca stopy. Z przeziębieniem, zapaleniem oskrzeli a potem płuca też jeździłam, bo miałam egzaminy, bo moja dziewczyna i przyjaciółka miały poważne problemy, a ja przecież nie jestem zdziadziała, żeby sobie chorować, kiedy mogę wstać. W efekcie o mało co połowy lewego płuca mi nie usunięto, bo zrobiły się powikłania, z którymi bujałam się cholernie długo. Jak mi wyrwali ząb (8-ka, mój pierwszy wyrwany ząb w życiu, nie miałam pojęcia, jak powinno boleć) to 3 tygodnie bujałam się z rozrywającym bólem, bo lekarz na moje pytania, czy to normalne, że AŻ TAK boli, odpowiadał, że owszem, musi trochę poboleć. Nie wiedziałam, że konował zostawił mi kawałki zęba w ranie, wdało się zakażenie, które przez tyle dni dogryzło się aż do szczęki i konieczny był kolejny zabieg. Do tego nieźle rozwaliłam sobie żołądek, bo żeby jako tako funkcjonować leczyłam się koktajlem z nurofenu, ketonalu i solpedine co 4 do 6h.
Każdy normalny człowiek by przez to wszystko nie przechodził, bo latałby od lekarza do lekarza, ponieważ go BOLI, tylko ja, baran, musiałam strugać kozaka, bo przecież wytrzymam. Teraz już jestem mądrzejsza, jak zachorowałam, bo przesiedziałam murem 5 dni w domu, bo jestem chora i mi się należy jak psu buda. Jak mnie coś bardziej boli, też robię sobie wolne. I kurczę jestem szczęśliwszym człowiekiem. Na pewno zdrowszym.
A napisałam tylko o fizycznym aspekcie, zero o psychice, która do płaczu skłoni szybciej niż jakiekolwiek połamane kości. Co jak Twój partner z jakiegoś powodu wpadnie w nerwicę, depresję albo dotknie go ptsd i serio zacznie wybuchać płaczem na środku ulicy? Choroby psychiczne wbrew obiegowej opinii nie dotykają głównie emo-wrażliwców, powiedziałabym, że wręcz przeciwnie.
Ach i jeszcze słówko o płaczu. Potrafiłam łazić z uszkodzoną miednicą, pękniętymi żebrami, prawie odgryzioną przez psa dłonią etc etc i nie płakać, najwyżej warczeć na ludzi. A kiedyś właśnie przy wyrywaniu zęba łzy same lały sie z twarzy, nie mam pojęcia, czemu, nawet tak strasznie nie bolało, a ciekły jak głupie. Nie miałabym u Ciebie szans, co? ;-)