Aleście się przyczepili.
Autorka ma ochotę na bara-bara z kimś niezwykłym. Zamiast Batmana wybrała młodego księdza - ciuchy podobne, a rozterki moralne - bardzo podniecające. Podgrzewają atmosferę. Każde westchnięcie podczas "aktu" wymiany płynów ustrojowych trzeba koniecznie przedyskutować na dziesiątą stronę aby upewnić się, że każde pod kiecką ma ciało zdolne do grzechu. A im bardziej tajnie, tym bardziej fajnie.
Ale.
Ksiądz jest instytucją samą w sobie. Wierni mają do niego zaufanie. Sam z ambony niejednokrotnie mieni się: pasterzem, ojcem, posłańcem bożym, nauczycielem, przez niego przemawia pan. I tym podobne slogany. Słowo coś znaczy. W końcu nikt bozi nie widział, bozia faxów z nieba nie śle. Wszystko opiera się na SŁOWIE. Spisanym, danym. Opiera się na ZAUFANIU. Tak jak dzieci ufają rodzicom - wierni w kościele ufają księdzu. Został ustanowiony na pasterza swoich owieczek, nikt go nie zmuszał, dobrowolnie siedział lata w seminarium, a potem przyjął święcenia. Dał SŁOWO. Uczył się, wiedział z czym się zetknie.
Owszem, może zmienic zdanie. Lizanie się z laską na zakrapianych wódą imprezach i NIE ZMIENIANIE zdania co do swojej drogi życiowej - jest hipokryzją, oszustwem wymierzonym w wiernych. Bo on pierwszy, jako pastuszek i nauczyciel powinien świecić przykładem. Nie. To nie jest "błądzenie". On juz zbłądził dawno temu, w pierwszy wieczór, kiedy zamiast studiować pismo, listy, odezwy i żywoty świętych - udał się na damsko-męski melanżyk i wtykał jęzor w niewieście usta. Już to powinno dać mu do myślenia. Nie jako ksiedzu. Jako człowiekowi właśnie. Człowiekowi, który dał słowo. Który ZOBOWIAZAŁ SIĘ do określonej drogi w swoim życiu. Tak jak rodzic zobowiązuje się do bycia rodzicem, a mąż do bycia mężem, żona do bycia żoną. Wiążą się z tym zobowiązaniem określone OBOWIĄZKI. Jak to w dorosłym życiu bywa. Lojalność, wierność i tym podobne dupakwasy.
Sytuacja księdza przypomina sytuację laski, która idzie na zakrapianą imprezę i daje dupy po kątach. Potem jest w ciąży. A ona przecież tylko dala dupy. W ciąży juz nie chciała być. Niestety, jest za głupia żeby przewidzieć, że każde dzialanie wywołuje konsekwencje. Nasz ksiądz konsekwencji ponieść nie zamierza - rączo galopuje na alkoholowe imprezy z dupami, bo (uwaga) jest TYLKO człowiekiem. I (uwaga) ma prawo. Czym innym jest jednak folgowanie własnym zachciankom, a czym innym posiadanie prawa do czegoś. Bo jak wsadzi łapę w spodenki ministranta to już będzie "jest tylko człowiekiem i ma prawo do błędów", czy jednak "jest zakłamanym, zboczonym fiutem bez serca"?
Moim zdaniem bycie człowiekiem zobowiązuje. Szczególnie, gdy dobrowolnie przyjmuje się pozycję "nauczyciela" łowiecek w tak młodym wieku. Pomylił się? Miał prawo. I wtedy NAJPIERW powinien iść do swojego przełożonego, zrezygnować z czarnej kiecki i wtedy używać fujarki oraz języka na legalu w celach dowolnych. On zamiast rozwiązać sprawę jak mężczyzna, jak CZŁOWIEK (a nie beleco) woli znowu spotkać się z Autorką w celu "dyskusji". O czym tu dyskutować?! To było legalne lizanie się po katach na imprezie, nie ojcowski pocałunek w czółko z błogosławieństwem.
Mało tego. On ma w dupie Autorkę. Gdyby był "poważnym" facetem i chciałby rzeczywiście w oparach wielkiej miłości zakładać świętą rodzinę - też poprzedziłby lizanko na imprach - rezygnacją ze stanu księżowskiego. A on i boga ma w dupie i Autorkę w głębokim poważaniu. Przed konsekwencjami chroni go bycie człowiekim i księdzem w jednym.
I tak jak mąż, znudzony żoną powinien odejść uregulowawszy alimenty na dzieci, a może i na żonę, tak jak zły rodzic powinien zrzec się prawa do wychowawywania swoich dzieci, tak intencjonalnie grzeszący ksiądz - powinien zrezygnować z czarnej sukienki i przwywilejów. Na tym polega bycie dorosłym, odpowiedzialnych CZŁOWIEKIEM. Na ponoszeniu konsekwencji swoich życiowych wyborów.
Utopia? Nie. Człowieczeństwo właśnie.