Yogi ja prawdę mówiąc nie widzę tzw. samorealizacji w przypadku, który opisałeś.
Bo na czym miałaby ona polegać? Praca protokolantki w sądzie na pewno nią nie jest. Nie chcę umniejszać ich pracy, ale to po prostu praca zarobkowa, a nie ambitny plan na przyszłość.
Dziewczyna jest wygodna i tego ją nauczono w domu rodzinnym. Matka do dziś sprząta jej pokój? Ja przestałam sprzątać pokoje dzieci jak były jeszcze w podstawówce. Jak chcą mieć bałagan to mają, jak mają brudno to ich dyscyplinuję, z różnym skutkiem to fakt, ale nie sprzątam. Oczywiście też inne obowiązki domowe.
Dziewczynę przyzwyczajono, że można żyć na koszt innych. Jeżeli do tego posiada inne cechy, umożliwiające jej takie życie, to z tego korzysta. Tu oceniam negatywnie zarówno postawę matki (choć jestem w stanie zrozumieć, bo czasem kobiety opacznie rozumieją macierzyństwo), jak i przede wszystkim postawę tej dziewczyny. Ona nie "samorealizuje" się. Ona żyje tak jak jej wygodnie.
I najważniejsza kwestia - dziecko.
Nie będę oceniać faktu tak wczesnego macierzyństwa. Pojawienie się dziecka powinno przestawiać priorytety w życiu. Powinno, ale wiem doskonale, że nie zawsze tak jest.
Pisałam wcześniej, jak ważna jest dla mnie praca zawodowa. Bo jest. Ale nie jest na pierwszym miejscu, bo tam znajduje się moja rodzina. Piszę z całą odpowiedzialnością - gdybym stanęła przed koniecznością wyboru: praca czy dzieci, to wybrałabym dzieci. One są dla mnie najważniejsze. I nie dlatego, że są takie cudowne, uzdolnione etc., ale dlatego, że są moje. Może nie byłabym zachwycona taką koniecznością, ale nie wyobrażam sobie innej decyzji.
Przy czym nie mam na myśli poświęcenia się totalnego, rezygnacji ze wszystkiego, ale mam na myśli sytuację gdy nie ma innego wyjścia np. nie ma pomocy, choroba dziecka itd. Bo w normalnym życiu pewnych kompromisów dokonujemy. Nie zajmowałam się dziećmi w domu przez kilka lat po ich urodzeniu, do pracy szybko wróciłam, dziećmi przez część dnia zajmowała się opiekunka, potem poszły do przedszkola. Ale w pozostałym zakresie poświęcałam (poświęcaliśmy) im tyle czasu ile to było możliwe. Nie wiem jak wyszło, chyba nieźle.
Ale ja mam szczęście, bo mój mąż jest partnerem, a nie tylko głową domu.
Też widuję w otoczeniu takie przypadki jak opisałeś. Dziewczyny podrzucające dzieci rodzicom na całe tygodnie, a same w tym czasie "samorealizujące" się i to rzeczywiście: znakomita praca, wyjazdy, faceci etc. Dziecko się im "przytrafiło", jest balastem. Tak, kochają je ale tylko wtedy gdy im to nie przeszkadza w danym momencie.
Nie napiszę, że je potępiam, bo jestem od tego daleka. Ale oceniam negatywnie. Dziecko zapewne (bo pewności nigdy nie ma) będzie miało (już je ma) problemy w życiu z własną tożsamością, agresją, odrzuceniem, problemy z nawiązaniem partnerskich relacji, bo wzorzec nie ma najlepszy.
Jeszcze co do samorealizacji. Jeżeli jest się w związku, to samorealizowanie się, bez oglądania się na partnera, jest czystym egoizmem.
U mnie sytuacja była odwrotna. To mój mąż jako naukowiec zarabia mało, ale uwielbia swoją pracę, robi coś czym pasjonuje się od zawsze. Dawno temu była możliwość "wejścia" w działalność z przyjacielem, który mu to zaproponował. Zarabiałby tam znakomicie, ale oczywistym jest, że z jego wykształceniem nie miałoby to nic wspólnego. Był gotów to zrobić (tzn. zrezygnować z pasji na rzecz dobrych zarobków) gdybym tego chciała. Ale ja nie chciałam, bo wiem, że nie byłby szczęśliwy bez swojej pasji. To na co mi dobrze zarabiający mąż, sfrustrowany wykonywaną pracą? Pieniądze się przydają, ale nie są celem.
Ależ się rozpisałam. Sorry 
Miss wiem, że nadwrażliwość bywa przeszkodą. Nie wiem czy da się to zmniejszyć lub jak to osiągnąć.
Chyba czasem się da. Mam przyjaciół lekarzy, którzy z tym się borykali i np. w każdym przypadku zgonu pacjenta, często dzieci, płakali. W końcu uświadomili sobie, że nie da się tak żyć bo "spalą" się całkowicie. Niektórym się udało wyhodować grubszą skórę, innym nie.
Ale nie poddawałabym się. Co masz do stracenia? Próbuj nadal, szukaj innych rozwiązań. Może (?) one gdzieś są.