missnowegojorku napisał/a:Osobiście szukam we wszystkich akceptacji...
Ale czy nie lepiej nie uzalezniac swojej samooceny od innych? Ludzie przychodza i, odchodza; ze soba sie jest cale zycie. Nie mam na mysli jakies slepej wiary w to, ze sie jest osmym cudem swiata, ale akceptacje, dobre czucie sie we wlasnej skorze. Tego nikt inny Ci nie da.
CZY W celu wprowadzenia odrobiny weselszego nastroju, w tej samej tematyce mogę zacytować bajeczkę, którą któraś z uczestniczek wkleiła na blogu?
?Król poszedł do swego ogrodu i zastał tam więdnące i umierające drzewa, krzewy i kwiaty.
Dąb powiedział mu, że umiera, gdyż nie może być tak wysoki jak sosna.
Gdy zwrócił się do sosny, dowiedział się, że więdnie ona, gdyż nie może znieść, że nie ma takich winogron jak winorośl. A winorośl umiera, ponieważ nie może kwitnąć jak róża.
W końcu znalazł jedną roślinę kwitnącą i świeżą jak zawsze ? był to bratek.
Na swoje pytanie król otrzymał taką odpowiedź: ? Uznałem, że gdy posadziłeś mnie, chciałeś, żebym to JA wyrósł. Gdybyś chciał dąb, winorośl czy różę, posadziłbyś je.
A więc pomyślałem: jeśli mogę być tym, czym jestem, spróbuję być tym najlepiej jak potrafię. Nie mogę być nikim innym, tylko tym, czym jestem. I staram się być tym czym jestem, na tyle, na ile potrafię".
CZYŻ mamy większy wpływ na swój wygląd-urodę, pomijając oczywiście zadbanie na co dzień, kontrolę wagi, makijaż, fryzurę i ubiór?
Zdaje się, że reszta jest zwyczajnie genetycznie "zaprogramowana"...
Jaki SENS ma "walka z wiatrakami" ZAMIAST radości jaką niesie BYCIE najlepszą, jaką można być w swojej własnej, takiej, a nie innej skórze...
Nie mogąc być nikim innym, tylko tym, kim się jest, starać się być, NAJDOSKONALSZYM Sobą. Ten stan chyba niesie SPOKÓJ ducha...
Ja, dla odmiany NIE POJMUJĘ jak można żyć w skórze, która wciąż uwiera? I TAK do KOŃCA ŻYCIA? To co to Q... za życie?
