Jakby moja żona pojechała na delegację i tam się z kimś zabawiła i wróciła tak samo kochająca i szczęśliwa, bez choroby i ciąży, jak przed wyjazdem to nie widzę problemu. Niekoniecznie chciałbym o tym wiedzieć. Prawdopodobnie za takie twierdzenie powinienem dostać ekskomunikę. Moja żona po przeczytaniu tego uznałaby, że jej nie kocham, albo co gorsze szukam usprawiedliwienia dla swojej "ewentualnej zdrady". Granica zdrady jest dość umowna -- u nas w Polsce jest to flirt, pocałunek, seks. U Arabów kobiety zasłaniają prawie wszystko. Mogę sobie wyobrazić, że zabraniam swojej żonie w ogóle kontaktu wzrokowego i cielesnego z innymi facetami (np. nie pozwalam jej tańczyć, albo rozmawiać przy grillu z innymi).
W takich związkach, gdzie ludzi łączy jedynie miłość i chęć bycia ze sobą, chęć spędzania czasu razem powinno być lepiej, bo zawsze się nawzajem szanujemy. Nikt nie będzie wprost krzywdził tej drugiej osoby. Każdy może odejść w każdej chwili. To jest forma jakby "chodzenia ze sobą", ale przedłużona na cały czas trwania związku -- bez narzeczeństwa, deklaracji. Związek oparty o miłość, uczciwość, o pragnienie przejścia przez wiele lat razem. Wydaje się, że to powinno piękne i silne.
Ale niestety tak nie jest -- ludzie składają sobie przysięgę, łączą ich majątki, dzieci. Fakt! Trzeba gdzieś mieszkać, trzeba coś jeść, ktoś musi zająć się dziećmi. To oczywiste, że jeśli kobieta chce mieć dziecko, to powinna mieć zapewnione bezpieczeństwo/byt w czasie, kiedy będzie się dzieckiem zajmować. I tak drążąc temat dochodzimy do innych niż miłość/seks/partnerstwo kwestii życia, ale to już inny temat, temat rzeka.
Wklejone, offtopic, science fiction, planeta Utopia:
Była sobie planeta inaczej zorganizowana niż Ziemia. Nie wyznawali tam żadnej religii, ale naukowo badali losy ludzi i wiedzieli w jaki sposób obecne działania wpływają na szczęście lub nieszczęście w przyszłości. Nauka i religia stanowiła jedność. W odróżnieniu od Ziemii wszyscy dążyli do bycia uczciwymi, dobrymi, pracowitymi. Wiedzieli, że każde zło wraca do człowieka jako nieszczęście w ciągu paru lat, a każde dobro w konsekwencji przynosi szczęście.
Nie używali oni pieniądza, ale wszyscy zgodnie pracowali jak mrówki w mrowisku dla wspólnego dobra, z podziałem na role/zawody/specjalizacje. Ci co uprawiali rośliny oddawali zboże za darmo do pierkarni. Piekarz miał za darmo zboże, więc chleb oddawal za darmo. Ci co prowadzili elektrownie mieli chleb za darmo, więc piekarz miał prąd za darmo. Rolnicy mieli za darmo chleb i energię. Były organizacje, które pozyskiwały surowce, oddawały te surowce za darmo. Z tego budowano maszyny, urządzenia. Fabryki miały za darmo wszystko, produkty oddawały za darmo. Nie było konkurencji, ale postęp technologiczny był napędzany filozofią życia, aby innym dostarczyć maksymalnie dużo szczęścia.
Ludzie na tej planecie nie znali luksusu, wszyscy żyli mniej więcej na tym samym poziomie -- co najwyżej ktoś miał starą chatkę, bo zamieszkał w niej wiele lat temu, a kto inny miał nową, bo był młody i taką zajął niedawno. Domy też były za darmo. To były małe domki na jedną rodzinę, prawie wszędzie można było znaleźć po kilka pustych, nowych domków, które każdy mógł w dowolnej chwili zająć. Na Ziemii rzecz jasna każdy by od razu chapnął domek nowowybudowany, a swój stary zostawił. Tam tak nie było, bo wiadomo, że takie działanie było nieuczciwością woboce społeczeństwa i za chwilę pojawiłoby się wielu chętnych, którzy chcieliby pomóc w naprstowaniu światopoglądu. Każdy w tej cywilizacji czymś się zajmował, każdy chciał mieć udział w działaniu całej cywilizacji. Ludzie wiedzieli, że lenistwo, brak zajęcia spowoduje w krótkim czasie napływ nieszczęścia. Ludzie tam bardzo dużo pracowali, ale utrzmywali równowagę pomiędzy prywatnym życiem (egoizmem w dobrym sensie) a życiem zawodowym. Nie było klas robotniczych, bo z pewnych powodów (???) każdy (nawet Ci od nauki, Ci co robili badania, nauczyciele) spędzał część swojego czasu na najbardziej prostych stanowiskach (praca na montażu w fabryce, albo sprzątanie). Było tak, że kilka godzin w biurze, praca umysłowa, potem kilka godzin fizycznie, potem czas dla rodziny. Nie było tam weekendów ani świąt, ale każdy wypoczywał ile chciał.
Jeśli dwoje ludzi chciało spędzić ze sobą wiele lat, to po prostu poza pracą się spotykali, kochali się, uprawiali seks. Gdy decydowali się na poważny związek, to zajmowali jakąś nową chatkę, albo jedno wprowadzało się do drugiego. Po urodzeniu dziecka rodzina mogła liczyć na pomoc dosłownie ze wszystkim -- od opieki nad niemowlakiem (nie wtrącał się nikt do rodziny, ale jak tylko rodzina chciała, to niemal wystarczyło pomyśleć i już były osoby chętne do pomocy), po wszystko co matka robiła przed urodzeniem, a ze względu na brak czasu nie mogła robić po porodzie. Ojciec jak chciał to mógł kompletnie zrezygnować z pracy i zajmować się dzieckiem, albo podzielić czas praca/rodzina w odpowiednim wg jego i matki stosunku. W skrajnych przypadkach matka mogła dalej pracować (przerwy na karmienie), albo ojciec był wśród tych osób, które dzieckiem się cały czas zajmowały.
Związki były wolne w tym sensie, że jeśli dwoje miało ochotę na seks, to po prostu to robili. Jeśli jakiejś parze źle się ze sobą żyło, to się rozstawali. Nie było tragedii związanej z miejscem zamieszkania, nie było tragedii w związku z opieką nad dzieckiem. Były bóle rozstania, gdy jedno wciąż kochało a drugie chciało odejść. Ale wszyscy tam byli na to przygotowani, taka osoba od razu miała pomoc ze wszystkich stron. Było to przerabiane jawnie, wszyscy znali takie przypadki, tak się po prostu działo. Niektórzy szli przez całe życie z jednym partnerem, czasami uprawiali seks z kim innym, ale to były tylko chwilowe zauroczenia. Czasami szli przez wiele lat z jednym partnerem, a potem jakoś miłość umierała i się rozstawali bez gniewu czy tragedii.
Z wychowaniem dzieci nie było problemu, bo gdy tylko dziecko zaczynało samodzielnie myśleć, a rodzice mieli inne pasje niż wychowanie, to dziecko trafiało pod opiekę nauczyciela. Nauczyciel miał pod swoją pieczą kilkoro dzieci. One dorastały w jego towarzystwie, on ich uczył zasad życia w społeczeńśtwie. Co ciekawe to nauczyciele dobierali sobie dzieci, ale każde dziecko miało do wyboru kilku nauczycieli. Nikt do niczego nie był zmuszony. Nauka przez wiele lat była trudna, bo czasami dziecko z nauczycielem nie żyło najlepiej, ale musiało tak być. Szanowali się, ale czasami dziecko było zmuszane do prawidłowych zachowań, moralnych rzecz jasna. Praktycznie wszystkie dzieci, które mogły żyć samodzielnie bez rodziców mieli swojego nauczyciela. Rodzice, dzieci i nauczyciele byli związani dość luźno w relacjach międzyludzkich. Często jak dziecko dorosło, to potem wiodło swoje własne życie. Czasami nawet zupełnie zatracał się kontakt z rodzicami.
Z rozsataniami dwojga ludzi nie było problemów takich jak na Ziemii, bo można było w każdej chwili zająć nowy domek, albo iść do kogoś innego. Wszystko co materialne było zapewnione (jedzenie, energia, transport). Nawet na starość ludzie nie bali się rozstawać, bo wszystko mieli zagwarantowane. Jeśli dwoje ludzi było ze sobą, to tylko dlatego że tak chcieli oboje. Rozstania były tak oczywiste, że nawet ludzie patrzyli, czy czasem dwoje nie jest ze sobą na siłę z jakiegoś powodu (np. ktoś ogranicza wolę drugiego). Związki były bardzo silne, albo się drogi rozchodziły. Rozpad nie polegał na tym, że nagle ktoś komuś oświadczył, że odchodzi... to działo się nautralnie. Na przykład kobieta poznawała kogoś, często się z nim spotykała, łączyły ich wspólne pasje, a mężczyzna a którym mieszkała był pochłonięty jakimiś pasjami w pracy i jakoś cały ten związek się "rozmywał". Czasem mężczyzna był zaangażowany, kochał, ale skoro ona do kogo innego ochodziła, to trudno -- tak lepiej niż na siłę być razem.
Ale nie żyło się tam łatwo. Na Ziemii wszyscy pracują, bo jak nie będą pracować, to nie dostaną jedzenia. Tam też wszyscy pracowali, bo była gigantyczna presja społeczna, aby nie pasożytować na cywilizacji, tylko do niej dokładać. Jeśli ktoś miał zadatki na lenia, nauczyciel miał z kimś trudności, to potem wokół takiej osoby tworzyło się środowisko, które w ramach dbania o resztę społeczeństwa trochę kontrolowało działania lenia. Nie było też marnotrawstwa. Jak ktoś opuszczał domek to prawie wszyscy wiedzieli dlaczego. Domek był wymieniany na nowy, stare sprzęty do utylizacji (zazwyczaj stare sprzęty były zastępowane na sprzęty nowej generacji, bo postęp technologiczny = osiągnięciom naukowym). Jak ktoś otrzymał komputer do wykonywania pracy, to potem patrzyli czy faktycznie komputer jest mu potrzebny, czy "wkład cywilizacji" w wyprodukowanie tego komputera jest niższy niż osiągnięcia lub ilość pracy jaką dzięki temu zyskają.
Zgodnie z regulaminem naszego forum kolorowa czcionka (z wyjątkiem sygnaturek i postów pisanych w kafejkach) zarezerwowana jest wyłącznie dla moderacji. Bardzo proszę, abyś w przyszłości stosował się do tej zasady. Z góry dziękuję i pozdrawiam, Mod. Olinka