netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

Próbuję się odkochać

115 odpowiedzi31 474 wyświetleniazałożony przez glupia, 27.08.2012

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Próbuję się odkochać

Strony Poprzednia 1 2

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 66 do 116 z 116 ]

66

Odp: Próbuję się odkochać

no pewnie masz racje w koncu jestes facetem ale jak przechodzi facet i patrzy centralnie w twoja twarz albo dekold to sprawia to satysfakcje i samoistnie sie usmiecha kobieta

67

Odp: Próbuję się odkochać

w sumie to kiedys zastanawialam sie co wtedy faceci mysla...

68

Odp: Próbuję się odkochać

Sorki End_aluzja! Dopiero w nocy zauważyłem ten twój post. Przeczytałem w całości.

Piszesz, że trudnodarmo zdaje sobie sprawę z namiętności, ale jest uczciwa. Niektórzy uważają, żę sam fakt przeżywania takiej namiętności poza swoim związkiem jest już nieuczciwością. Ja uważam, że ona mogłaby poczekać i jakoś żyć z tą namiętnością -- może sama przejdzie, tak samo jak w małżeństwie uczucie do drugiej osoby się ... nazwijmy to "normuje", czyli nie ma już motylków, szaleństwa.




End_aluzja napisał/a:
sam22 napisał/a:
End_aluzja napisał/a:

pewnie, że kobieta, która zdradza powinna odejśc .... ale to jest juz DECYZJA

A czy można po prostu decyzję odwlec, poczekać, a nic nie psuć? Może nie musi być szybko, może nie spieszyć się. Może kobieta przestanie zdradzać, może mąż się "odkocha"... Niektórzy mówią, że trzeba natychmiast działać, a wcale nie musi to być dobra rada.

Czytałem twoją historię w tym drugim wątku, jak mówiłaś, że byliście idalną parą, że Wam zazdrościli, że "się do Ciebie dowalał na dyskotece", a to był twój mąż. Czytałem, że zdradził trzy razy, chyba z koleżanką z pracy. Wiem, że jesteście razem. Kiedyś napisałaś że mieszkacie razem, a Ty zobaczysz co będzie dalej -- to jest właśnie czekanie. Decyzję o rozstaniu możesz podjąć w każdej chwili. Jak mąż będzie w domu, to może się "odkochasz", może wyznaczysz sobie swoją drogę. Może on też będzie z tobą szedł, a może nie. Wszyscy naokoło skandują jak ten rozszalały tłum: "Wyrzuć go za drzwi! Wyrzuć go za drzwi!". Ja pytam czy to dobre rozwiązanie?

Tak samo radziłem trudnodarmo -- niech poczeka, niech przemyśli. Na rozwalanie swojego stałego związku przyjdzie czas.


sam, chodzi tylko o jedno - chodzi tylko o to, żeby MYSLEĆ

Powiem Ci End_aluzjo, że ja z moją żoną też jesteśmy takim idealnym małżeństwem. Tak to wygląda z wierzchu. Dziecko też straciliśmy (w brzuchu mamy jeszcze). A wiesz co czuję? Że żona bardzo kocha i jednocześnie rani swoją chorobiliwą zazdrością. Zazdrość jest jak choroba, już wypaliła we mnie wszystko co kwitło, co było romantyczne, został sam beton. Do tego czasami nakłada się straszliwy popęd seksualny i wtedy wpadam w totalnego doła. Trudno się myśli, trudno pracuje. I wtedy trzeba przetrwać parę dni. Tak też trafiłem na to forum -- aby wyjść z dołka zacząłem czytać co się dzieje z drugiej strony, po zdradzie... Nigdy żony nie zdradziłem... Mówisz o myśleniu, że trzeba myśleć. Już milion razy o tym myślałem, o małżeństwie, zdradzie, zazdrości, seksie, o dokładnym prysznicu przed powrotem do domu, o tym że ręki nie chce się podać na spacerze, o pytaniu żony "O czym tak myślisz?", o buzi-buzi sztucznym po powrocie, o braku pytania jak było na delegacji, o unikaniu seksu przez chwilę po powrocie, o odwracaniu wzroku do talerza, o wyważaniu żartu.



sam, bo najwazniejsze pytanie brzmi - DLACZEGO?

Znasz moją odpowiedź i pewnie cię ona denerwuje. Moja odpowiedź brzmi "dla seksu" i tyle filozofii.




mój mąż flirtuje, nakręca się i kończy w łózku z jakąs suczą....
FAKT -  i co teraz... co ma odwlec? na co ma poczekać?? ma poczekać - na co? aż będzie PEWIEN czego chce?? aż co? ja się dowiem, podejmę decyzje za niego, zakocha się wreszcie? sprawdzi ile będzie kosztował go ropzwód, az spotka kolejna i tę da w odstawkę?

End_aluzjo! To nie on ma odwlec. To Ty możesz odwlec, bo piłka jest u Ciebie. To trudnodarmo może odwlec, bo piłka jest u niej. To ta kobieta, co kocha M. i ma męża może odwlec.



co to znaczy NIC NIE PSUĆ? przecież w każde spotkanie z nią wpisane jest hasło "WŁĄSNIE NISZCZĘ ZWIĄZEK".

To dotyczy trudnodarmo -- nie psuć własnego małżeństwa tylko dlatego że namiętność uderzyła. To też może dotyczyć Ciebie -- jak wszyscy krzyczą "wyrzuć go za drzwi", to może lepiej dla Ciebie (!!! dla Ciebie) będzie jak zostanie aż postanowisz coś.



spotykam kogoś, spotykam się z nim - oznacza to dla mnie WYBÓR .... Bo przecież jesli mój mąz się dowie to ZAKOŃCZy się pewien etap w moim, naszym życiu więc moge sobie wyobrazić to tak: spotykam się z kimś.. i mąz się dowiaduje -co on pomysli co poczuje.. czy, jesli on będzie chciał ze ,mną być, to ja będe chciałą z nim zostać? czy, jesli on powie, że mam odejść to będe chciałą odejśc i gdzie odejdę? i jakie mam plany zyciowe?
bo kolejnym etapem jest zastanowienie się: CO JA BYM ZROBIŁA NA MIEJSCU MOJEGO MĘŻA, jak ja bym się czuła
wolałabym byc uczciwa..

Tak -- przerabiałem ten tok myślenia milion razy. A jaka jest twoja wersja, w przypadku, gdy mąż się nie dowie? Hmmm? Powiedz szanowna End_aluzjo, jak twojej bajce by to było? Bo w mojej po prostu byście żyli dalej szczęśliwie jak standardowe małżeńśtwo.



więc gdy mnie gruchnie, gdy poczuję, że moje serce wali na widok jakiegoś padalca - podejmę decyzję - jak trudnodarmo - która zdaje sobie sprawę, że swojej namiętności, ale jest uczciwa....
albo odchodzę i układam sobie życie z nowym...

Nie End_aluzjo! Chyba nie podejmiesz decyzji. Chyba będziesz czekać i miotać się jak inne kobiety w tym wątku, które zostały przeszyte strzałą amora. To co innego moim zdaniem. I nie rozwalisz swojego małżeństwa z tego powodu, że zakochałaś się.

Co innego romans w pracy -- krótka znajomość, fascynacja, seks. Wątpię, aby twój mąż na pytanie, czy chce spędzić z nią resztę życia powiedział, że chce... Nie ma bolca! Prawdopodobnie Ty jesteś dla niego idealną kobietą, z którą może iść przez życie... ale zdradził... ale jesteś idealna... ale zdradził... ale jesteś idealna... ale zdradził...



chodzi mi o to, że nie jest tak, że wiatr kurna dziejów gna nas na prawo i lewo i wpadamy w wiry, z których nie możemy się wyplątać. jest tak, że jedna rzecz, wywołuje drugą, jedno zachowanie wywołuje kolejne
i wkurza mnie taka ściema sam
bo ona najbardziej boli

Takie "strzały" namiętności lub miłości, jak są w tym wątku to nie ściema moim zdaniem. To w człowieka uderza i nic się na to nie poradzi. To coś co jest wewnątrz, czuć na poziomie duszy.

A zdrada z koleżanką z pracy to przygoda na którą nie powinno się iść -- tak jak napisałaś o MYŚLENIU. Nie mam ochoty na taką przygodę, nie opłaca się tak samo jak samobójstwo. W chwilach słabości wydaje się, że lepiej iść do dziwki, godzina, dwie stówy, brak zaangażowania emocjonalnego, więc małżeństwo nie jest zagrożone. Ale romans w pracy odpada. Każdy romans odpada. A nuż kochance zachce się o mnie walczyć? I co wtedy?



czy potrafisz sobie to wyobrazić?/
wracasz do domu, a tam czeka zona, witasz ją buziaczkiem, przytulasz, deklarujesz, że tęskniłeś, pytasz, jak się czuje - bo nie dawno straciliście dziecko, spędzacie razem weekend
pięc godzin temu rżnąłeś jakąs sucz - ale nie wiesz dlaczego, byłes durniiem, nie zalezy ci na niej, ona nie ma dla ciebie żadnego znaczenia, nigdy się nie liczyła.....

Możesz nie wierzyć, ale to wszystko jestem sobie w stanie wyobrazić. Jedynie skreśliłbym zdanie "ale nie wiesz dlaczego". Bo ja wiem dlaczego -- dla seksu, popędu, dzikiego, zwięrzęcego, chociaż zwierzęta po nogach nie głaskają, w szyję nie całują, językiem wokół cipki nie tańcują.


SAM?? rozumiesz? jesteś tam? żyjesz?/ bo ja umarłam....

Hmmm... ja żyję. Nie chcę, aby moja żona tak pisała jak Ty. A czy Ty End_aluzjo nie popełniłaś takiego błędu, że on był dla Ciebie całym światem? Czy nie poświęciłaś się po prostu?



dlaczego to zrobił? dlaczego to zrobił po raz drugi. po raz trzeci...
czy ja tego potrzebowałam, on??
mógł do jasnej cholery skończyć nasze małżeństwo
albo dojśc do wniosku - ożesz... ale ja jestem samotny i nieszczęśliwy i tamta jest taka cudowna i to dlatego..
albo cpokolwiek innego
ale mógł pomysleć, co nie??

Mógł pomyśleć. Nie mógł skończyć małżeństwa, bo było dobre. Tamta nie jest cudowna. Pierwszy, drugi, trzeci czy dziesiąty raz -- to nie ma znaczenia, to jest jedna zdrada, jeden seks, choć wiele razy, jedna decyzja, jedna przygoda, jeden romans.

Jeśli Cię denerwuję, bo pewnie brzmię jak twój mąż, to nie odpowiadaj. Na razie!

69 Ostatnio edytowany przez sam22 (2012-09-03 23:59:11)

Odp: Próbuję się odkochać
agnieta1987 napisał/a:

no pewnie masz racje w koncu jestes facetem ale jak przechodzi facet i patrzy centralnie w twoja twarz albo dekold to sprawia to satysfakcje i samoistnie sie usmiecha kobieta

Nie wiem -- nigdy tego nie robię. Nie ma szans, aby kobieta widziała, że się na nią gapię. To początek flirtu, a flirt prowadzi do seksu. A nuż powie "Podoba Ci się mój biust?". Można oczywiście udawać, że tylko flirtujemy, a potem w pewnym momencie ktoś powie "basta!"... ale po co w takim razie flirtować? Poza tym jak się uśmiechniesz, a on do Ciebie podejdzie, to będziesz musiała grzecznie go zbyć, więc po co się uśmiechać? Taka mikro-zaczepka to początek drogi...


agnieta1987 napisał/a:

w sumie to kiedys zastanawialam sie co wtedy faceci mysla...

Nie -- faceci wtedy nie myślą. Po prostu uderza adrenalina. Też się zastanawiam w jaki sposób to działa, że na sam widok jakoś tak podświadomie jest takie wewnętrzne uderzenie. Tutaj jest to wyolbrzymione do poziomu uzależnienia, ale opis wart przeczytania:

http://partnerstwo.onet.pl/1476345,4628,,uzalezniony_od_prostytutek,artykul.html

70

Odp: Próbuję się odkochać

no jak po co,dla kobiety jest to bardzo mile i nie powiesz ze jak jakas kobieta patrzy sie nachalnie na ciebie czy pusci ci oczko,usmiech to nie jest ci przyjemnie ze taka du...fajna zwrocila na ciebie uwage.ja jak czasem widze jak mojego meza kolezanka tak na niego patrzy to mnie krew zalewa.a on tego nie widzi albo udaje.poflirtowac zawsze mozna ale sa pewne granice.w zasadzie to pozwolilam sobie na flirt tylko z jednym facetem ale mowie milo miec swiadomosc ze jeszcze ktos moze na ciebie spojrzec jak na kobiete a nie tylko kure domowa i nikogo wiecej

71

Odp: Próbuję się odkochać
sam22 napisał/a:

Sorki End_aluzja! Dopiero w nocy zauważyłem ten twój post. Przeczytałem w całości.

Piszesz, że trudnodarmo zdaje sobie sprawę z namiętności, ale jest uczciwa. Niektórzy uważają, żę sam fakt przeżywania takiej namiętności poza swoim związkiem jest już nieuczciwością. Ja uważam, że ona mogłaby poczekać i jakoś żyć z tą namiętnością -- może sama przejdzie, tak samo jak w małżeństwie uczucie do drugiej osoby się ... nazwijmy to "normuje", czyli nie ma już motylków, szaleństwa.




End_aluzja napisał/a:
sam22 napisał/a:

A czy można po prostu decyzję odwlec, poczekać, a nic nie psuć? Może nie musi być szybko, może nie spieszyć się. Może kobieta przestanie zdradzać, może mąż się "odkocha"... Niektórzy mówią, że trzeba natychmiast działać, a wcale nie musi to być dobra rada.

Czytałem twoją historię w tym drugim wątku, jak mówiłaś, że byliście idalną parą, że Wam zazdrościli, że "się do Ciebie dowalał na dyskotece", a to był twój mąż. Czytałem, że zdradził trzy razy, chyba z koleżanką z pracy. Wiem, że jesteście razem. Kiedyś napisałaś że mieszkacie razem, a Ty zobaczysz co będzie dalej -- to jest właśnie czekanie. Decyzję o rozstaniu możesz podjąć w każdej chwili. Jak mąż będzie w domu, to może się "odkochasz", może wyznaczysz sobie swoją drogę. Może on też będzie z tobą szedł, a może nie. Wszyscy naokoło skandują jak ten rozszalały tłum: "Wyrzuć go za drzwi! Wyrzuć go za drzwi!". Ja pytam czy to dobre rozwiązanie?

Tak samo radziłem trudnodarmo -- niech poczeka, niech przemyśli. Na rozwalanie swojego stałego związku przyjdzie czas.


sam, chodzi tylko o jedno - chodzi tylko o to, żeby MYSLEĆ

Powiem Ci End_aluzjo, że ja z moją żoną też jesteśmy takim idealnym małżeństwem. Tak to wygląda z wierzchu. Dziecko też straciliśmy (w brzuchu mamy jeszcze). A wiesz co czuję? Że żona bardzo kocha i jednocześnie rani swoją chorobiliwą zazdrością. Zazdrość jest jak choroba, już wypaliła we mnie wszystko co kwitło, co było romantyczne, został sam beton. Do tego czasami nakłada się straszliwy popęd seksualny i wtedy wpadam w totalnego doła. Trudno się myśli, trudno pracuje. I wtedy trzeba przetrwać parę dni. Tak też trafiłem na to forum -- aby wyjść z dołka zacząłem czytać co się dzieje z drugiej strony, po zdradzie... Nigdy żony nie zdradziłem... Mówisz o myśleniu, że trzeba myśleć. Już milion razy o tym myślałem, o małżeństwie, zdradzie, zazdrości, seksie, o dokładnym prysznicu przed powrotem do domu, o tym że ręki nie chce się podać na spacerze, o pytaniu żony "O czym tak myślisz?", o buzi-buzi sztucznym po powrocie, o braku pytania jak było na delegacji, o unikaniu seksu przez chwilę po powrocie, o odwracaniu wzroku do talerza, o wyważaniu żartu.



sam, bo najwazniejsze pytanie brzmi - DLACZEGO?

Znasz moją odpowiedź i pewnie cię ona denerwuje. Moja odpowiedź brzmi "dla seksu" i tyle filozofii.




mój mąż flirtuje, nakręca się i kończy w łózku z jakąs suczą....
FAKT -  i co teraz... co ma odwlec? na co ma poczekać?? ma poczekać - na co? aż będzie PEWIEN czego chce?? aż co? ja się dowiem, podejmę decyzje za niego, zakocha się wreszcie? sprawdzi ile będzie kosztował go ropzwód, az spotka kolejna i tę da w odstawkę?

End_aluzjo! To nie on ma odwlec. To Ty możesz odwlec, bo piłka jest u Ciebie. To trudnodarmo może odwlec, bo piłka jest u niej. To ta kobieta, co kocha M. i ma męża może odwlec.



co to znaczy NIC NIE PSUĆ? przecież w każde spotkanie z nią wpisane jest hasło "WŁĄSNIE NISZCZĘ ZWIĄZEK".

To dotyczy trudnodarmo -- nie psuć własnego małżeństwa tylko dlatego że namiętność uderzyła. To też może dotyczyć Ciebie -- jak wszyscy krzyczą "wyrzuć go za drzwi", to może lepiej dla Ciebie (!!! dla Ciebie) będzie jak zostanie aż postanowisz coś.



spotykam kogoś, spotykam się z nim - oznacza to dla mnie WYBÓR .... Bo przecież jesli mój mąz się dowie to ZAKOŃCZy się pewien etap w moim, naszym życiu więc moge sobie wyobrazić to tak: spotykam się z kimś.. i mąz się dowiaduje -co on pomysli co poczuje.. czy, jesli on będzie chciał ze ,mną być, to ja będe chciałą z nim zostać? czy, jesli on powie, że mam odejść to będe chciałą odejśc i gdzie odejdę? i jakie mam plany zyciowe?
bo kolejnym etapem jest zastanowienie się: CO JA BYM ZROBIŁA NA MIEJSCU MOJEGO MĘŻA, jak ja bym się czuła
wolałabym byc uczciwa..

Tak -- przerabiałem ten tok myślenia milion razy. A jaka jest twoja wersja, w przypadku, gdy mąż się nie dowie? Hmmm? Powiedz szanowna End_aluzjo, jak twojej bajce by to było? Bo w mojej po prostu byście żyli dalej szczęśliwie jak standardowe małżeńśtwo.



więc gdy mnie gruchnie, gdy poczuję, że moje serce wali na widok jakiegoś padalca - podejmę decyzję - jak trudnodarmo - która zdaje sobie sprawę, że swojej namiętności, ale jest uczciwa....
albo odchodzę i układam sobie życie z nowym...

Nie End_aluzjo! Chyba nie podejmiesz decyzji. Chyba będziesz czekać i miotać się jak inne kobiety w tym wątku, które zostały przeszyte strzałą amora. To co innego moim zdaniem. I nie rozwalisz swojego małżeństwa z tego powodu, że zakochałaś się.

Co innego romans w pracy -- krótka znajomość, fascynacja, seks. Wątpię, aby twój mąż na pytanie, czy chce spędzić z nią resztę życia powiedział, że chce... Nie ma bolca! Prawdopodobnie Ty jesteś dla niego idealną kobietą, z którą może iść przez życie... ale zdradził... ale jesteś idealna... ale zdradził... ale jesteś idealna... ale zdradził...



chodzi mi o to, że nie jest tak, że wiatr kurna dziejów gna nas na prawo i lewo i wpadamy w wiry, z których nie możemy się wyplątać. jest tak, że jedna rzecz, wywołuje drugą, jedno zachowanie wywołuje kolejne
i wkurza mnie taka ściema sam
bo ona najbardziej boli

Takie "strzały" namiętności lub miłości, jak są w tym wątku to nie ściema moim zdaniem. To w człowieka uderza i nic się na to nie poradzi. To coś co jest wewnątrz, czuć na poziomie duszy.

A zdrada z koleżanką z pracy to przygoda na którą nie powinno się iść -- tak jak napisałaś o MYŚLENIU. Nie mam ochoty na taką przygodę, nie opłaca się tak samo jak samobójstwo. W chwilach słabości wydaje się, że lepiej iść do dziwki, godzina, dwie stówy, brak zaangażowania emocjonalnego, więc małżeństwo nie jest zagrożone. Ale romans w pracy odpada. Każdy romans odpada. A nuż kochance zachce się o mnie walczyć? I co wtedy?



czy potrafisz sobie to wyobrazić?/
wracasz do domu, a tam czeka zona, witasz ją buziaczkiem, przytulasz, deklarujesz, że tęskniłeś, pytasz, jak się czuje - bo nie dawno straciliście dziecko, spędzacie razem weekend
pięc godzin temu rżnąłeś jakąs sucz - ale nie wiesz dlaczego, byłes durniiem, nie zalezy ci na niej, ona nie ma dla ciebie żadnego znaczenia, nigdy się nie liczyła.....

Możesz nie wierzyć, ale to wszystko jestem sobie w stanie wyobrazić. Jedynie skreśliłbym zdanie "ale nie wiesz dlaczego". Bo ja wiem dlaczego -- dla seksu, popędu, dzikiego, zwięrzęcego, chociaż zwierzęta po nogach nie głaskają, w szyję nie całują, językiem wokół cipki nie tańcują.


SAM?? rozumiesz? jesteś tam? żyjesz?/ bo ja umarłam....

Hmmm... ja żyję. Nie chcę, aby moja żona tak pisała jak Ty. A czy Ty End_aluzjo nie popełniłaś takiego błędu, że on był dla Ciebie całym światem? Czy nie poświęciłaś się po prostu?



dlaczego to zrobił? dlaczego to zrobił po raz drugi. po raz trzeci...
czy ja tego potrzebowałam, on??
mógł do jasnej cholery skończyć nasze małżeństwo
albo dojśc do wniosku - ożesz... ale ja jestem samotny i nieszczęśliwy i tamta jest taka cudowna i to dlatego..
albo cpokolwiek innego
ale mógł pomysleć, co nie??

Mógł pomyśleć. Nie mógł skończyć małżeństwa, bo było dobre. Tamta nie jest cudowna. Pierwszy, drugi, trzeci czy dziesiąty raz -- to nie ma znaczenia, to jest jedna zdrada, jeden seks, choć wiele razy, jedna decyzja, jedna przygoda, jeden romans.

Jeśli Cię denerwuję, bo pewnie brzmię jak twój mąż, to nie odpowiadaj. Na razie!

Sam, nie denerwujesz mnie
w sferze logiki i racjonalizmu, to ja to wszystko wiem i ja to wszystko rozumiem

i pewnie, że rozumiem, że tylko seks

czy był dla mnie całym światem? pewnie nie, ale ja kobieta silna, samodzielna i bardzo niezależna, zwykle służąca wsparciem i oparciem innym, miałam tak bardzo niewiele sfer dla mnie bezpiecznych. wiesz, życie to dzungla, w której się sie ciągle trzeba starać, spinać, rozwijać, tworzyć, kreować, byc do przodu i tak dalej
i każdy z nas pottrzebuje azylu, prawda/
ja jako samodzielna , odpowiedzialna od malenkości - w większości aspektów życia liczyłam zawsze na siebie
a tym obszarem poczucia bezpieczeństwa 9jak się okazało niesłusznie) były relacje z moim mężem - i w nim przekonanie, że o siebie dbamy i nigdy świadomie siebie nie zranimy

a mój mąż obrał mnie z resztek zaufania i wiary

i dlatego jest mi cięzko...
bo ja NIE POTRZEBUJĘ - mojego męża, rozumiesz?
nie jestem typem uwieszonego bluszczu, kobiety niezaradnej, kobiety strachliwej, która boi sie przyszłości, która nie wierzy, że da sobie rade i tak dalej

JA zawsze CHCIAŁAM mojego męża- jako towarzysza mojego zycia, jako partnera, jako człowieka, który podaje mi rekę i razem osiągamy więcej - wiesz.. efekt synergii

ostatecznie mój mąz wrzucił mnie na dno

i teraz zastanawiam się nad relacjami z nim, nad tym czy są mi potrzebne i jakie potrzeby mój mąz mi zaspokaja a jakie zaspokajam ja jemu

okazało sie, że ja nie jestem mu potrzebna - bo założył (tak traktuje zdradę) że może zyć beze mnie
oczywiście, jak mówisz, z jego punktu widzenia nigdy do takich ustaleń nie doszło, nigdy o tym nie pomyslał, nigdy sie nad tym nie zastanawiał..

a ja jestem życiową idelalistką
i bardzo to sobie cenię a w ramach tego uważam, że każdy ma prawo do szczęscia, miłości i pełnego zaangazowania - ja teraz tego męzowi nie daję
więc czuję się nieuczciwie


co do sytuacji - mąz się nie dowie.. no jasne, że to jest opcja - tylko dla mnie w konsekwencje zdrady wpisana jest opcja - mąz się dowie, więc rozwazyłabym cenę, jaką zapłąciłabym za ten romans - pełną cenę

czy sądzisz, że mój mąz przewidział JAK WIELE KOSZTOWAĆ GO BĘDZIE ta zdrada??
nie sądze
sam, on zapłącił okropna cenę
nie tylko sam - przekonując się jak zranił najbliższych'zapłącił cenę zmiany naszych relacji
'zapłacił cenę zycia z inna kobietą - NIE JESTM tą samą kobietą, którą byłam przed zdradą

gdzies czytałam, w jakieś książce, że kilka razy w naszym życiu następuje kres naszego zycia.
moje się skończyło
8 stycznia 2010 roku. serce mi staneło

narodziłam się ponownie, w innym  gorszym świecie, w którym bolało, w którym cierpiałam w którym... musiałam się zahartować..
ciągler wspominam tamtą, starą
ciągle zastanawiam się, czy nie było błędem narodzenie się na nowo ale próbowanie wskoczenia w skórę starego zycia i w jego ramy

ciągle się zastanawiam...


sam, ja wiem i rozumiem, dla niego jestem ideałem - ale on mnie zmienił
jego zdrada sprawiła, że:
stałam się podejrzliwa i zaborcza
nie pozwalam na męskie wypady, przyjemności, wyjazdy
jestem egoistka skupiona na swoich potrzebach
nie umiem dawać i nie umiem tez brać- owszem, rzeczy powierzchowne, materialne, dowody uznania i zachwoty - ale nie biore intymności, miłości, serca
jestem samotna - już teraz nie wierzę, że jest ktokolwiek, kto w trudach obejmie moją skołataną głowę - teraz musze pamiętać, że jestem sama i sama od siebie zależę i sama na sobie polegam i tylko na siebie moge liczyc - tak w ostatecznym rozrachunku

rozumiesz sam??

stara ja kocha męża, stara ja wybaczyłaby zdradę
nowa ja czuje się podeptana i zniszczona

czy słusznie?/
mówisz, że nie

że mój mąz nie chciał

czy ja się starałam to zrozumieć?
sam, ja nic inneego nie robie
ja od dwóch i pół roku z mozołem pracuję nad ta zdradą, tłumaczę tę zdradę, buduję każdy nowy dzień....

ja od dwóch i pól roku staram sie poukładac klocki w mojej głowie, iśc krok naprzód
staram sie przyjąc to, co rozumiem i co jest dla mnie oczywiste:
mój mąz zdradził mnie i skorzystał z okazji, ale nigdy nie chciał mnie zranić, nie chciał ode mnie odejść, nie wyobraża sobie życia beze mnie, dla niego jestem ideałem
gdyby mógł co0fnałby czas, ale nie może tego zrobić,
moje cierpienie nie jest warte tego, co się stało - bo dla niego to nie miało żadnego znaczenia
nigdy tego nie zrobi, bo rozumie, ile krzywdy nam wyrządził i juz nigdy nie narazi mnie i siebie na takie cierpienie
chociaz rozumie, co ja o nim myslę i jak go oceniam.. to jednak ja powinnam zrozumieć że on mysli o sobie jeszcze gorzej i że nienawidzi siebie za to zrobił


to jest oczywiste sam

ale ja NIE CHCE TEJ PRAWDY


wiesz dlaczego?
bo poziom jego mysleniaA I INTENCJI I TŁUMACZENIA  siebie w czasie tej zdrady był taki, że dzisiaj wiem, że przed tym człowiekiem nie moge się otworzyć i nie moge ZAUFAĆ, że w przyszłości będzie moim oparciem
bo mnie nie zna, nie rozumie i jest gotów mnie krzywdzić

72

Odp: Próbuję się odkochać

End_aluzja z mojego punktu widzenia Twój problem polega na tym po prostu, że się nie rozumiecie z mężem, bo nie doświadczyłaś tego, czym jest zwierzęca chuć.

To, że on to wie i doświadczył nie oznacza wcale, że nie możesz budować z nim życia. Oznacza tylko tyle, że on tego doświadczył, a Ty nie. Nie czyni Cię to wcale lepszą, ani gorszą od niego. Tak po prostu jest.

Dobudowujesz sobie do tego jakąś zbędną ideologię, że nie możesz mu już ufać, że on Cię nie rozumie itd. Katujesz samą siebie. Sprawiasz sobie samej cierpienie takimi myślami. Zupełnie niepotrzebnie.

Gdyby owładnęła Tobą czysta chuć to wiedziałabyś, że danie jej upustu nie ma tak naprawdę większego znaczenia. Daje ulgę na jakiś czas i tyle. Z emocjami się to nie wiąże.

Prawdziwym problemem jest przynoszenie do domu choróbsk albo emocjonalny związek z inną osobą.

Z Twoich opisów - przynajmniej dla mnie - wynika, że nie możesz przebaczyć Mężowi, bo traktujesz to co zrobił w kontekście straty zaufania i jakiś zaszłości emocjonalnych.

Gdybyś doświadczyła zwierzęcej chuci to wszystko co zrobił Twój mąż nie bolałoby Cię tak bardzo. Wiedziałabyś jak to jest w zwierzęcy sposób sobie ulżyć, uśmiechnąć się i pójść dalej.

To naprawdę nie ma większego znaczenia. Takie rzeczy robi się na zimno.

Jeśli teraz odrzucisz Męża, to wcale nie masz gwarancji, że Twój następny mężczyzna nie powtórzy jego wyczynów. Faceci są tak skonstruowani i niektóre kobiety też (ja na przykład).

Możesz się zżymać, protestować, rozpaczać, ale rzeczywistości w tym względzie nie zmienisz.

Nie wymażesz również z umysłów ludzkich popędów realizowanych w zwierzęcy sposób. To miliony lat ewolucji tak ukształtowały nasz gatunek. Tylko wychowanie i panująca obyczajowość jakoś moderują nasze zachowania w tym zakresie.

Twój Mąż nie robił nic przeciwko Tobie i w sposób naturalny pewnie przypuszczał, że ewentualnie ocenisz jego postępowanie w taki sposób, w jakich kategoriach on sam ocenia swoje postępowanie.

Innej pociechy dla Ciebie nie mam. Tylko doświadczenia mogłyby uchronić Cię od zupełnie zbędnego i nieproporcjonalnego bólu.

73 Ostatnio edytowany przez sam22 (2012-09-04 17:53:33)

Odp: Próbuję się odkochać

Do End_aluzja.

Zatem jesteś niezależna, nie potrzebujesz męża, ale chcesz. Jasne jak słońce! Chcieliście iść razem przez życie, ale teraz nie możesz mu zaufać. Nie wiesz czy iść z nim dalej.

Mówisz, że zabrał Ci resztki zaufania i wiary. Czy to dlatego że poddał się popędowi, nie pomyślał, podjął decyzję, tak wybrał?

Czy masz jakiekolwiek dowody, chociaż jakikolwiek cień wątpliwości, że on w innej sprawie oszukałby Cię? Czy on nie szanuje Cię? Oprócz tej zdrady, czy rani Cię? Źle o Tobie myśli, gardzi, ma pretensje za to że jesteś jaka jesteś? Nawet gdybym żonę zdradził, to z mojej strony miałaby dalej we mnie totalne oddanie, dalej skoczyłbym za nią w ogień, dalej gdyby potrzebowała pomocy całkowicie bym się zaangażował. Totalne zaangażowanie, totalną uczciwość. Jak w mafii.

Czy seks na boku jest wycelowany w Ciebie? Moim zdaniem niekoniecznie. A co gdyby on był zawsze wierny, ale nie zawsze uczciwy? Na przykład gdybyś zachorowała, a on Cię opuścił? Głupie to są rozważania, ale kto jest lepszy -- ten co zdradza a jest jak opoka na której zawsze możesz polegać, czy ten co jest wierny, ale gdy będziesz potrzebowała się wesprzeć to wykruszy się? 

Pewnie powiesz -- skoro myślałeś o zdradzie to jesteś nieuczciwy. Nie sądzę, że to zdanie jest prawdziwe. Tak samo jak nie sądzę, że ktoś kto zdradził to nie kocha. Nie sądzę, że jeśli jest się w małżeństwie i ktoś się zakocha poza małżeńśtwem, to już nie kocha w małżeńśtwie. Nie ma rzeczy czarnych lub białych -- są szare.

każdy ma prawo do szczęscia, miłości i pełnego zaangazowania - ja teraz tego męzowi nie daję
więc czuję się nieuczciwie

Nieuczciwie? A dlaczego? Bo ślubowałaś miłość? Ten ślub jest nieważny, chyba że dasz przepis jak korzystając z własnej woli można wzbudzić lub zahamować w sobie miłość. Równie dobrze można ślubować, że się będzie zdrowym -- a jak ktoś zachoruje, to wtedy zdrada?. Nie możesz siebie winić za to, że komuś nie dajesz szczęścia i miłości, bo szczęście i miłość powinny wynikać z samego faktu, że idzie się przez życie z tą wybraną osobą. W przeciwnym wypadku zaczyna się poświęcenie, dawanie komuś szczęścia kosztem własnego nieszczęścia. 



co do sytuacji - mąz się nie dowie.. no jasne, że to jest opcja - tylko dla mnie w konsekwencje zdrady wpisana jest opcja - mąz się dowie, więc rozwazyłabym cenę, jaką zapłąciłabym za ten romans - pełną cenę

I niestety taka kalkulacja odbywa się w gowie każdego. Jedni lubią ryzyko, a inni nie nawidzą ryzyka. Ryzyko dotyczy całego życia, szczęścia.




jestem egoistka skupiona na swoich potrzebach

Chyba za daleko posunęłaś granicę egoizmu. Co innego egoizm w sensie czynienia kogoś nieszczęśliwym, aby samemu być szczęśliwym, a co innego ochrona własnego szczęścia.



teraz musze pamiętać, że jestem sama i sama od siebie zależę i sama na sobie polegam i tylko na siebie moge liczyc - tak w ostatecznym rozrachunku   rozumiesz sam??

A nie jest tak:   jestem sama, sama od siebie zależę, sama na sobie polegam, mogę liczyć na męża?



stara ja kocha męża, stara ja wybaczyłaby zdradę
nowa ja czuje się podeptana i zniszczona

U mnie jest tak, że żona nie wybaczyłaby zdrady. Może czułaby się podeptana i zniszczona. Ale mimo to mogłaby na mnie liczyć tak samo jakby wiedziała lub nie wiedziała o zdradzie. Może się mylę, bo łatwo mówić jak się nie jest w danej sytuacji.



że mój mąz nie chciał

Nieprawda -- twój mąż chciał. Nieprawda, że żałuje samej zdrady. Chciał tego. Żałuje konsekwencji.





a od dwóch i pół roku z mozołem pracuję nad ta zdradą, tłumaczę tę zdradę, buduję każdy nowy dzień

Nie ma sensu tłumaczyć zdrady. To popęd, chwila, chwila przyjemności. Nie ma odpowiedzi na pytanie "Dlaczego?". Faceci mówią wtedy "Nie wiem", a odpowiedź jest prosta -- dla przyjemności. Ryzyko tak wielkie jak stracenie życia.




gdyby mógł co0fnałby czas, ale nie może tego zrobić,

Gdyby zdrada nie wyszła na jaw, to wcale czasu by nie chciał cofać. Chce cofnąć czas, bo konsekwencje są wielkie.





bo poziom jego mysleniaA I INTENCJI I TŁUMACZENIA  siebie w czasie tej zdrady był taki, że dzisiaj wiem, że przed tym człowiekiem nie moge się otworzyć i nie moge ZAUFAĆ, że w przyszłości będzie moim oparciem
bo mnie nie zna, nie rozumie i jest gotów mnie krzywdzić

Czyli kłamał w tłumaczeniach. Może dlatego mu nie ufasz, bo kłamał? A czy poza zdradą on kiedykolwiek Cię skrzywdził? Tak odrobinkę...? Czy poza seksem/popędem posunął się do nieuczciwości? Wiesz co End_aluzja... gdybym zdradził i wyszłoby to na jaw, to chyba nie mógłbym tak rozmawiać z żoną jak piszę tu na forum. Żona pytałaby "Dlaczego?" a ja nie miałbym innej odpowiedzi jak "Dla seksu". Na pewno nie powiedziałbym "Nie wiem". Gdyby pytała, czy żałuję, to powiedziałbym, że tak. Ale wiedziałbym, że chodzi o konsewencje a nie samą zdradę.


Wiem, że paskudnie to wszystko i brutalnie opisuję a nie chcę rozdrapywać twoich ran, więc może lepiej nie odpisuj...

74

Odp: Próbuję się odkochać
sam22 napisał/a:

Niektórzy uważają, żę sam fakt przeżywania takiej namiętności poza swoim związkiem jest już nieuczciwością.

Ja tak czuję własnie - wydaje mi sie, że dla mężczyzn to bardziej naturalne odczuwać pożądanie do innej kobiety dla mnie myślenie o innym facecie przez pryzmat pójścia do łóżka to zupełna nowość i jeśli dochodzą do tego uczucia i absolutna pewność, że do tego łóżka by się poszło, to już jest dla mnie zdradą..


sam22 napisał/a:

Już milion razy o tym myślałem, o małżeństwie, zdradzie, zazdrości, seksie, o dokładnym prysznicu przed powrotem do domu, o tym że ręki nie chce się podać na spacerze, o pytaniu żony "O czym tak myślisz?", o buzi-buzi sztucznym po powrocie, o braku pytania jak było na delegacji, o unikaniu seksu przez chwilę po powrocie, o odwracaniu wzroku do talerza, o wyważaniu żartu.

No właśnie - i takie myślenie uważam już za rodzaj zdrady... mnie też to gnębi co i raz - to nie jest w porządku, gdy na takie pytanie "O czym tak myślisz?", "czemu jesteś smutna?", "płakałaś?" odpowiada się wymijająco wymyślając milion różnych powodów.
Już to nie jest w porządku.
Nie potrzeba czynu.

Mówienie o tym mężowi nie ma sensu, bo de facto nic sie nie zrobiło... ale żyć z tym ciężko.

75

Odp: Próbuję się odkochać

Wróciłam do domu, w którym przywitało mnie stworzenie moje drapieżne, stęsknione i niedopieszczone okrutnie. Takie stworzenie, którego namiętności zamykają się zwykle na łapaniu much, komarów i wygrzewaniu się w słońcu. Dobrze by było być takim stworzeniem, nie? Przyjechałam i przywiozłam ze sobą trochę nowej wiedzy, a część z niej dotarła do mnie dopiero teraz, po zrzuceniu sprzętu na podłogę w korytarzu i nasyceniu się błogą lekkością stóp pozbawionych obuwia. Znam przynajmniej jedną osobę, która ciekawa jest moich przemyśleń, więc nie będę ich już dłużej dla siebie zazdrośnie ukrywać.

Jeśli chcesz wyłączyć emocje, jeśli chcesz zatrzymać tabuny myśli, jeśli chcesz odpocząć od poczucia winy i tęsknoty - zmęcz się. To w sumie wszystko, czego się nauczyłam. No, może poza tym, żeby zawsze szczelnie zamykać zapałki, i tym, że woda ze źródeł filtruje się dużo wolniej niż odparowuje z ciała, oraz tym, że jeśli szukasz alkoholu to znajdziesz go nawet w środku lasu.
Jeszcze tym, że jeśli chcesz sama wszystko dźwigać na plecach, to w końcu ramiona będą protestować, jeśli nie będziesz miała w nikim wsparcia, to nogi same się będą o siebie potykać i jeśli chcesz sama iść szlakiem, to w końcu poczujesz panikę i strach.

Już wiem, że nie chcę być sama. To całkiem dużo. Choć zupełnie nie to, z czym miałam nadzieję wrócić. Chcę być również szczęśliwa, ostatecznie, mam do tego prawo. Po prostu jeszcze nie wiem, jak to osiągnąć. Gdybym mogła usiąść i przesiać te wszystkie radości moje i wszystkie smutki, niczym jakiś kocmołuch z bajki, który to groch od popiołu musiał oddzielać! Jakże wspaniale by było zebrać sobie taką miseczkę uczuć szczęśliwych, doprawić to jeszcze jak truskawki cukrem waniliowym z łyżką bitej śmietany i co ranek smakować takie śniadanko! A całą resztę tych niechcianych uczuć, na myśl o których buzia mi się krzywi i podbródek drgać zaczyna - wywalić, a co! Do pieca, a jak! I spalić, z dymem puścić i zapomnieć, och... Jaka to by była bajka!

Ale co ja mogę? Czytam Wasze opowieści, czytam Wasze listy wszystkie i cóż mam odpowiedzieć? Każdy chyba znajduje sobie własne rozwiązanie, choć myślę, że tego właściwego nikt jeszcze nie odnalazł. Nie ma żadnego szlachetnego mędrca na szczycie góry, który wieki już całe siedzi tam, zgłębia tajemnice wszechświata, i czeka na śmiałka, który to zmierzając się ze swoimi słabościami po wielu dniach wycieńczającej wędrówki dociera w końcu do czcigodnej pustelni po to, aby odnaleźć swoją odpowiedź. Pustelnia już dawno jest pusta, a ten koleś, który kiedyś tam zamieszkiwał już dawno umarł. Stawiam nerkę, że nie był szczęśliwy.

Mogę tylko się starać. I niniejszym to właśnie deklaruję. Będę się starać żyć tak, aby niczego nie żałować. Nie ranić nikogo i nie dręczyć się niczym. Będę się starać, ale niestety... Jestem tylko człowiekiem.

76

Odp: Próbuję się odkochać
oishi napisał/a:

Mówienie o tym mężowi nie ma sensu, bo de facto nic sie nie zrobiło... ale żyć z tym ciężko.

Tak, oishi, trzeba z tym żyć. Nie wiem ile to u Ciebie trwa, ale za rok lub dwa może będzie lepiej.



Do End_aluzja jeszcze kilka myśli. Jeśli żona na pytanie "Czy nie kochasz swojego męża?" odpowie "Zdecydowanie go nie kocham", albo na pytanie "Czy nie ufasz swojemu mężowi?" odpowie "Zdecydowanie! Nie ufam mu w żadnej sprawie.", to wtedy jest o czym myśleć przez rok, dwa, pięć? Pytania "Czy kochasz swojego męża" albo "Czy ufasz swojemu mężowi" wydają się mniej istotne przy podejmowaniu takich decyzji.

77

Odp: Próbuję się odkochać

Glupia, naprawdę bardzo się cieszę, że wróciłaś:-) z garścią przemyśleń:-)

Wysiłek fizyczny bardzo pomaga wykorzystać zbędną energię. Kiedy mam kryzys też łażę. Zastanawia mnie jak znalazłaś alkohol w środku lasu i trochę się martwię, że ze swoją refleksyjną i wrażliwą naturą jeszcze nam kiedyś w alkoholizm wpadniesz.

Naprawdę bardzo Cię lubię (może dlatego, że z natury również jestem grzeszna i słaba) i mam nadzieję, że decyzje jakie podejmiesz okażą się najlepsze z możliwych.

78

Odp: Próbuję się odkochać

Jestem przekonana, że moje decyzje będą najlepsze z możliwych, jak zawsze przecież! wink Tylko, że decyzje swoją drogą, a życie swoją...

Alkohol na szlaku spotkałam, szedł sobie jak to "Miś na trzech nogach" w Bieszczadach ma w zwyczaju, w towarzystwie dwóch innych łazików, którzy nie mieli nic przeciwko aby usiąść i podzielić się butelką, wymieniając się za suszone morele. Jako, że morele nie były oprocentowane to i mi w smak była taka transakcja. Później każdy już w swoją stronę ruszył a ja znowu obiecałam sobie, że wina tego więcej nie tknę, bo to w sumie siara jest okrutna. Tak właśnie, decyzje swoją drogą a życie...

79

Odp: Próbuję się odkochać

Wymiana moreli faktycznie wydaje się korzystna, gdy nie ma się procentów. Gdy ma się procenty to widać, że pożywne zdrowe morele (byleby suszone na słońcu i niesiarkowane;-) są dużo rozsądniejszą opcją.

Wybór mężczyzny na życie niesie ze sobą podobne dylematy.

No tak, ja się mądrzę i mądrzę, a w zasadzie to teraz naprawdę żałuję, że nie rzuciłam się w wir namiętności z padalcem, kiedy jeszcze nie byłam zamężna. Najwyżej by mnie "rzucił w błoto" (aczkolwiek w owym czasie - nauczona przykrym doświadczeniem - dużo bardziej bałam się stalkingu). Mogłam też przystać na pieniądze padalca, nie siedziałabym przynajmniej teraz przed tym głupim monitorem szukając jakiejś pociechy lub wyjścia z sytuacji u podobnych mi, umęczonych namiętnością istot.

80 Ostatnio edytowany przez glupia (2012-09-04 23:39:33)

Odp: Próbuję się odkochać

Trudnodarmo, nie mogłaś przystać na propozycję pieniędzy od padalca, przecież Ty jesteś porządną kobietą - Ty byś mogła jedynie dla rozkoszy!


Widzisz, ja też już zorientowałam się, że nikt mi prostego wyjścia tu nie zaoferuje. Mimo to czytając wypowiedzi widzę, że nie jestem ani pierwsza ani sama w takiej sytuacji, trochę to przynosi mi ulgę, a trochę ostrzeżenie. Czytając nieszczęsną Zmorę gardło mi się zaciska, bo dlaczego, dlaczego muszę być świadkiem Jej tragicznej opowieści? Przecież nie ku pokrzepieniu dusz. Właśnie ostrzeżeniu bardziej...

81 Ostatnio edytowany przez Zmora (2012-09-05 12:48:38)

Odp: Próbuję się odkochać

Widziałam się z moim mężem. Próbowaliśmy ze sobą porozmawiać.
Alkohol i emocje zrobiły swoje. W końcu wylądowaliśmy w łóżku.
Wiem, że mimo to musimy się rozstać.
Zrozumiałam jedno.
Bałam się być sama. Bałam się kochać go, bo bałam się, że mnie zrani.
Teraz ja zraniłam i jego i siebie...
Muszę nauczyć się dalej żyć.
Nie będzie to łatwe, ale wiem, że chcę być teraz sama.
Chcę móc znów otworzyć swoje serce i móc go słuchać...

Nadzieja zawsze zostaje i umiera ostatnia...

A miłość... Jeśli jest prawdziwa, nic jej nie zniszczy... więc poczekam...

82

Odp: Próbuję się odkochać

Przeanalizuje i przewartościowuje swoje życie...
Dziś wiem, że jak się ma jakiekolwiek wątpliwości trzeba z decyzją poczekać.
Przedłożyć własne szczęście ponad wszystko.
Jeśli ja nie będę szczęśliwa, to nikt nie będzie szczęśliwy ze mną...

Ale muszę przyznać, że miałam skarb w ręce.
Odchodzi, ale nie zostawi mnie brutalnie.
Pomoże mi...

83

Odp: Próbuję się odkochać

Aha..
Mój mąż zapisał sobie mnie w telefonie i ogólnie jak pisze, to mówi: zmora...

84

Odp: Próbuję się odkochać
glupia napisał/a:

Czytając nieszczęsną Zmorę gardło mi się zaciska, bo dlaczego, dlaczego muszę być świadkiem Jej tragicznej opowieści? Przecież nie ku pokrzepieniu dusz. Właśnie ostrzeżeniu bardziej...

Przepraszam, że wcięłam się na Twoje forum i że musiałaś to przeczytać.
Potrzebowałam komuś o tym powiedzieć.
Nie bardzo wiedziałam tylko komu mam o czymś takim powiedzieć.
Wiem, że sama siebie skrzywdziłam i nie tylko...
Mojego męża napewno... a czy jego, to nie wiem, bo nie miałam okazji się z nim widzieć od tamtego czasu...
ale pewnie też...

85

Odp: Próbuję się odkochać

Zmora, czy to nie było tak, że chciałaś być szczera względem męża tylko bałaś mu się powiedzieć? Może podświadomie bardzo chciałaś, żeby on to wszystko przeczytał?

86

Odp: Próbuję się odkochać
Zmora napisał/a:
glupia napisał/a:

Czytając nieszczęsną Zmorę gardło mi się zaciska, bo dlaczego, dlaczego muszę być świadkiem Jej tragicznej opowieści? Przecież nie ku pokrzepieniu dusz. Właśnie ostrzeżeniu bardziej...

Przepraszam, że wcięłam się na Twoje forum i że musiałaś to przeczytać.
Potrzebowałam komuś o tym powiedzieć.
Nie bardzo wiedziałam tylko komu mam o czymś takim powiedzieć.
Wiem, że sama siebie skrzywdziłam i nie tylko...
Mojego męża napewno... a czy jego, to nie wiem, bo nie miałam okazji się z nim widzieć od tamtego czasu...
ale pewnie też...

Nie, widzisz, to dobrze, że przeczytałam Twoją historię, to mi pomogło w pewnym sensie. Trudnodarmo w pierwszym swoim poście w tym wątku opisała dokładnie jak Twoja historia na mnie zadziałała. Uświadomiłam sobie przez to, jak wiele mogę stracić, bo mam przecież bardzo dużo. Więc nie przepraszaj, bo jak by to głupio nie zabrzmiało, jesteś dla mnie taką "przewodniczką" w tym zagmatwanym świecie uczuć i tęsknoty. Dobrze rozumiem potrzebę otworzenia się do obcych ludzi, którzy nie będą mnie oceniać, więc Ty nie masz mnie za co przepraszać. Jedynie żal mi tego, że chodząc po tym cienkim lodzie wystarczy krok w złą stronę i już cały nasz świat może się załamać, a zamiast gorących namiętności prędko okryć nas może chłód i dystans z właściwie każdej strony.

87

Odp: Próbuję się odkochać
trudnodarmo napisał/a:

Zmora, czy to nie było tak, że chciałaś być szczera względem męża tylko bałaś mu się powiedzieć? Może podświadomie bardzo chciałaś, żeby on to wszystko przeczytał?

Wiesz, że mój mąż to samo mi zarzucił...
Byłam naprawdę ostrożna, ale szukałam książki o której pisałaś na forum i to go zaciekawiło.
On mnie zna lepiej niż ja sama siebie.

Jeszcze nie wiem czy to dobrze czy nie, że tak się stało. To czas pokaże...

88

Odp: Próbuję się odkochać

Zmorko kochana, przez chwilę poczułam się winna, że poniekąd za sprawą polecanej przeze mnie książki on zainteresował się tym nieszczęsnym forum.

Pomijając już cały pozorny fenomen mojego natychmiastowego, obłędnego zakochania ta książka wiele mi wyjaśniła. Zrozumiałam, że lepszego Męża niż tego, którego mam nigdzie nie znajdę i że powinnam pracować nad swoim związkiem.

Zrozumiałam, że każdemu z nas z czasem zaczyna czegoś brakować w związku, bo tak po prostu skonstruowane są nasze ciała i umysły. To jest naturalne. Tak po prostu jest.

Sama dałam mojemu Mężowi tę książkę do czytania i omówiłam z nim najważniejsze tezy. Oczywiście nie przeczytał całej, ale przynajmniej zrozumiał, z czym będzie borykać się nasze małżeństwo.

Jak któreś z nas fiknie to nie będę płakać i rozdzierać szat. Chciałabym tylko, żebyśmy zawsze traktowali się z szacunkiem i rozumieli co się z nami dzieje. Bardzo kocham Męża, ale jeśli on by się zakochał i chciał odejść to przynajmniej myślę, że po tym czego sama doświadczyłam potrafiłabym zrozumieć.

Po prostu połączenie pewnych zjawisk psychicznych i fizjologicznych sprawia, że ludzie się z czasem oddalają od siebie i zaczynają rozglądać na boki.

Co do mnie - mam poważne wątpliwości do tego mitycznego zakochania od pierwszego wejrzenia, chociaż sama tego doświadczam.
Wiem jednak, że to żadna magia nie jest. Tylko - w moim przypadku - jakieś tam wspomnienia oraz biochemia mózgu.

Ciekawe, jak potoczy się Twoje życie. Wierzę, że będzie dobrze:-)

89

Odp: Próbuję się odkochać

Jaka to książka? Powiedz proszę, bo nie mogę znaleźć.

90

Odp: Próbuję się odkochać

Sama kwestia miłości i wygasania tejże - "Psychologia miłości", kwestie zakochania i pracy nad związkiem raczej "Zdobędziesz miłość, jakiej pragniesz". Uważam, że te dwie książki naprawdę są dobre, dużo mi dały i wiele wyjaśniły, jeśli macie namiary na jakieś inne fajne książki w tym nurcie to też dajcie znać - jak sobie porządkuję w głowie to trochę mi pomaga, bo zaczynam widzieć rzeczy z dystansu...

91 Ostatnio edytowany przez Zmora (2012-09-10 15:53:08)

Odp: Próbuję się odkochać

Nie wiem czy jeszcze ktoś wchodzi na to forum, ale jak kogoś interesuje co dalej w moim życiu...
To powiem, że nie warto kochać....
Mój mąż i ja wciąż tkwimy w zawieszeniu.
Mieszkamy osobno. Od czasu do czasu widujemy się, żeby porozmawiać... Czasem dzwonimy... Czasem piszemy...
Mimo, że tak bardzo go zraniłam... Stara się, że może uda się to naprawić...
A mi jest przykro...
Nie zasługuje na jego miłość...

Moje serce kolejny raz pękło...
Dowiedziałam się, że On spotyka się z inną...
Tak nie dawno wyznawał mi miłość i to, że nie wie jak będzie dalej...
Jak będzie musiał o mnie zapomnieć...
A dwa dni temu był z inną. Uśmiechnięty, szczęśliwy...
I jak tu wierzyć w miłość???

Zapłaciłam wysoką cenę za to, że zraniłam męża...

Teraz nie chce już nic...
Za nie długo kupuje motocykl... Mam zamiar w nim i tylko w nim się zakochać... Jedyna miłość, która będzie na zawsze...

Facetów na razie nie chcę znać. Nie wiem czy będę w stanie już kiedykolwiek pokochać...
Nie wiem czy kiedykolwiek będę w stanie to okazać.
Na razie wiem, że nie warto wyznawać i pokazywać, że się kocha... Ta druga osoba ma Cię wtedy gdzieś...

Kochany mężu, jeśli będziesz czytał to forum...
Trzy ostatnie linijki nie tyczą się naszej sytuacji...
Mimo wszystko ja nie mam gdzieś tego, że Ty mnie kochasz...
Dużo bym dała by odwzajemnić to uczucie... Gdyby można było zmienić serce...

92

Odp: Próbuję się odkochać

Jak ja was dobrze rozumiem !!! Zaplacilabym majatek zeby przestac wlepiac sie w tel. Czekac na wiadomosc , rozmowe . I oddalabym 45 par butow byle tylko bez konsekwencji spedzic noc z moja pokraka. Ale tak sie nie da wieckazdego ranka walcze ze soba i mowie : dzis nie wlaczysz gg , skype !!!!  A po 3 godz dalej to robie chodz nienawidze sie za to . Jesli ktoras z was wie jak sie odkochac oddam dusze za ten sekret sad

93

Odp: Próbuję się odkochać

Wiecie co? To debilne, ale chyba mi się udało w końcu odkochać po grubo ponad roku najsroższych męczarni (podczas których tylko brak sposobności był powodem, dla którego nie zbałamuciłam padalca). Pisałam tu i pisałam. Wylewałam swoje żale, wątpliwości i frustracje, czytałam posty aż kilka dni temu zaczęłam czytać posty i historie nieszczęśliwie zakochanych facetów.

Kilka dni temu zaczęłam widzieć pokrakę przez pryzmat tych męskich postów. W końcu emocjonalnie uświadomiłam sobie, że on też jest zraniony, zagubiony, że czuje się samotny i że...hm...jest tylko człowiekiem.

Czułość, którą do niego czułam zaczęła stawać się zabarwiona smutkiem. Teraz nadal o nim czasami myślę, ale już w zupełnie inny sposób...

Bardzo to dziwne, że czytanie męskich postów o nieszczęśliwej miłości starczyło, żeby tak diametralnie w głowie mi się odmieniło.

Oczywiście nadal padalca lubię, nadal jest dla mnie w jakiś tam sposób atrakcyjny i nadal mogę sobie bardzo wyraźnie wyobrazić jego twarz, oczy, mimikę, sposób mówienia, poruszania się i sylwetkę, ale teraz jest dla mnie przede wszystkim zagubionym w życiu facetem.

Kurcze...próbowałam go sobie obrzydzić...próbowałam zajmować się innymi rzeczami...próbowałam myśleć o ewentualnych stratach, które bym poniosła w związku romansem...a rozwiązaniem okazała się dla mnie próba zrozumienia go jako (znękanego przez los jak my wszyscy) człowieka.

Hm...dziękuję forumowiczom, że byli ze mną od kilku miesięcy. Czuję się w zasadzie wyleczona.

Zmoro - po prostu brak mi słów. Zrobiłaś to co ja byłam zdolna zrobić bez wahania. Teraz, kiedy już wiem jak to jest, wiem również, że byłabym w stanie wybaczyć Ci, gdybym była na miejscu Twojego męża. Jednak nie jestem.

Zrozumienie i wybaczenie wymaga wczucia się w drugą osobę. Życzę Ci, aby Twój Mąż potrafił wczuć się w Ciebie, zobaczyć w Tobie znękanego człowieka i wybaczyć Ci.

Cokolwiek nie zadecydujecie ważne by potrafił Ci wybaczyć. Od tego zależy jego przyszłe szczęście (bo katowanie się tym, że zdradziła go ukochana kobieta jest rzeczą nieznośną niezależnie od tego, jak wielką będzie czuł satysfakcję z powodu "kary" jaką na Ciebie nałoży/ł).

Zaś - w moich oczach - Twoje szczęście zależy wyłącznie od tego, czy będziesz potrafiła wybaczyć samej sobie (i do tego ani Mąż ani żaden inny mężczyzna nie jest Ci potrzebny). Nie wiń się więc tylko postaraj się nadać sens swoim doświadczeniom i cierpieniu. Zachowaj poczucie własnej godności, nawet jeśli czujesz się winna i błędnie uważasz, że zasługujesz na potępienie, obelgi i cierpienie. Głęboko wierzę, że wszystkie lekcje, które dostajemy od życia są nam potrzebne do rozwoju...

A wszystko niestety wymaga czasu...

94

Odp: Próbuję się odkochać

TrudnoDarmo gratuluje mi te posty nie pomogly a zreszta niby jak skoro moja pokraka jest we mnie od 12 lat nieszczesliwie we mnie zakochana , widzialam bol kiedy widzial mnie szczesliwa z kolejnymi partnerami a potem kiedy dowiedzial sie o moim slubie .czy wtedy przejmoealam sie tym nie . Stwierdzila ze glupi i na pewno mnie nie kocha poprostu boli go ze jego tak szybko i latwo zapomnialam. Ale nie zapomnialam zawsze byl w.moim zyciu w tych ciezkich chwilach jako przyjaciel , zawsze wspieral i byl gdzies tam w tle . A od miesiecy jestem zakochana w nim po 12 latach paranoja w kims z kim moglam byc ale nie chcialam .

95

Odp: Próbuję się odkochać

Witam,
długo mnie nie było...
Życie nie miło potraktowało mnie... Ukarało srodze...
Powoli próbuję się podnieść, ale to nie jest proste.
Jak to mówią. Jak się wali to już wszystko.

Zostałam okradziona. Mój mąż pomógł mi.
Wciąż jest przy mnie, ale na zasadzie pomocy.
Wiem, że jak to wszystko się skończy On odejdzie.
Nie umie poradzić sobie z tym wszystkim.

Ja jakoś sobie radzę.
Przestałam już płakać... Brakło mi łez...
Chciałam życie zacząć od nowa, ale przez to co się stało trudno mi było...
Teraz znów próbuje...
Chcę się poświęcić pracy i nauce...
Chcę powoli zapomnieć...

Swoją Zmorę już nie chce widzieć... Nie chcę już go znać...
W najtrudniejszych chwilach pokazał mi, że nie mogę na niego liczyć...
On już wybrał... Sytuacja go przerosła... Wolał stchórzyć i pójść na łatwiznę....
Ja tylko znów zostałam z pytaniem: czy jego słowa były prawdziwe? Czy naprawdę mnie kochał?
Dość tego...
Pomału nauczę się żyć...

Żal mi i szkoda tylko mojego męża, bo nie zasłużył sobie na wszystko co go spotyka.
Ciekawa jestem czy będzie w stanie mi kiedyś to wybaczyć...
Zapomnieć... Ciężko będzie...
Dla własnego dobra (nie mojego) chciałabym by to jakoś zrozumiał.
Chciałabym by odnalazł szczęście...

96

Odp: Próbuję się odkochać

Czytam wasze posty z zapartym tchem i próbuje odnaleźc chociaż odrobinę nadziei dla swojego przypadku...
Z pewnościa znajdą się tutaj osoby potempiające moja postawę lecz nie o to mi chodzi dzieląc się z wami moimi doświadczeniami. Może dla kogoś staną sie przestroga a może dla innych podpowiedzią że może warto w zyciu jest o coś walczyc...
Pocieszające w tym wszystkim jest to że sama nie jestem w tym całym zatraceniu...
No więc ja niestety posunełam się o krok dalej będąc w związku małżenskim 7 lat i dorobkiem 2 dzieci stanęłam przed punktem zwrotnym co pewnie w każdym małżenstwie się dzieje prędzej czy później i wtedy pozostaje juz tylko zdać się na swoje własne uczucia i albo w nie brnąć albo zdusić w zarodku choć nie wiem czy jest to możliwe. W moim przypadku nie było...
Poznałam pana X i tu paradoks dzięki mojemu mężowi... To było jak dostać obuchem w głowę... Późniejsze spotkania całkiem naturalne wynikające z faktu że był znajomym męża widywaliśmy się na tych samych imprezach wyjazdach itp... On zaczoł być świadkiem nieciekawych sytuacji między mną, a mężem wręcz naszego kryzysu małżeńskiego  coraz częstszych kłótni dołków z których nie widziałam wyjścia... Zamykałam się w swoich przemyśleniach i jedyne czego pragnęłam to zakończyć wszystko i odejść... Despotyczne pokłady energii mojego wybranka życia zdominowały nasz związek a ja nie widziałam juz sensu... I tak oto w całym tym chaosie pojawił sie pan "X- dobra rada", który nie tylko radził, był ale i doskonale rozumiał... Zakochałam się na moje nieszczęście... Sytuacja była tym bardziej skomplkowana że on również zakochał się we mnie o czym przypominał każdego ranka i wieczorem przed zaśnięciem.
Czułam się tak jakby ktoś oddał mi skrzydła. Liczył się sam fakt że był... Że był moim aniołem stróżem...
Myślałam że tak można to ciągnąć... Traktowałam to jak przyjaźń początkowo mimo że coraz częściej odczuwałam tęsknotę, łapałam się na tym że jest pierwsza myslą po przebudzeniu i ostatnią przed zaśnięciem. O tyle było mi lepiej że jego rady zdawały egzamin... Mąż zaczoł zmieniać stosunek do mnie ja przestałam milczeć zaczęłam walczyc... I nie wiem kiedy w tym wszystkim pogubiłam sie do tego stopnia że wylądowałam z nim w łóżku nie raz nie dwa... Trwało to ponad rok... I praktycznie rozbijało się juz o rozmowy na temat mojego potencjalnego rozwodu... Byłam w stanie wiele dla niego zrobić...Dla nas... Odejść od męża... Zabrać dzieci i zacząć od nowa... Sytuacja moja i męża nie była wesoła nazywałam ją "równią pochyłą" jeszcze zanim pojawił sie on...
Byliśmy w stanie pisac do siebie bez ustanku... O wszystkim... Poznałam go na wskroś... Każda spędzona z nim chwila była jak na wagę złota i nie przez fakt fizycznej bliskości do której również dochodziło ale przez fakt bycia z kimś w każdym mozliwym tego słowa znaczeniu... Był dla mnie jak brakująca część, jak powietrze dzięki któremu mogłam normalnie funkcjonować...
Z takiej bajki może wybudzić jedynie rzeczywistość... Zawsze miałam wrażenie że może przerażać go opcja zwiazania się z potencjalną rozwódką posiadająca dodatkowo jeszcze dzieci. Mówił że będzie zawsze, że nie zostawi, że pomoże. W momencie kiedy byłam w staie rzucić wszystko dla niego pojawia się inna... On zauważa inna opcję dla siebie i kończy temat... Tak poprostu bez wyrzutów zostawia mnie z tym wszystkim i ucieka w ramiona nowej miłości... Mam za swoje...
Takie sa niestety zakończenia romansów... One nie kończą się happy endem...
Co zyskałam???
Moze jednak coś... Mąż wie że coś się stało... Nie wie z kim ale wie że cos się działo... Na dzien dzisiejszy sytuacja wygląda tak że  postanowilismy z mężem na nowo o siebie zawalczyć, dać sobie szansę jeszcze raz...
Chuć? Czy ja wiem nigdy nie jest tak że cos dzieje sie bez przyczyny. Kiedys za mężem wskoczyłabym w ogień był dla mnie wyrocznią...
Przejrzałam na oczy to na pewno...
Może było mi to potrzebne.. Poznałam siebie z pewnością bardziej...
Nie da się odkochać z dnia na dzień i uczucia, namiętność jaką dażyłam tamtego nie wygaslo... Nie wiem czy kiedyś wygaśnie... Nauczyłam się siebie poniekąd...  Nie można ufać ludziom którzy tak naprawdę życia nie znają. Uważajcie dziewczyny bo w tym wszystkim mżna naprawdę bardzo szybko sie zatracić. Swoich uczuć do męża uczę sie na nowo... Nauczyłam się walczyć o siebie... Namiętność jest piękna dopuki trwa, dopuki 2 ludzi jej pragnie... Najbardziej boli rozczarowanie i tęsknota jeśli nasz obiekt porządania przestaje pragnąć i pozostajesz z tym sama...
Nie szukam rozgrzeszenia... Pragnęłam, pożądałam, kochałam... Nie powinnam była... Stało się. Czasu nie cofnę.

97

Odp: Próbuję się odkochać
kontemplacja napisał/a:

Czytam wasze posty z zapartym tchem i próbuje odnaleźc chociaż odrobinę nadziei dla swojego przypadku...
Z pewnościa znajdą się tutaj osoby potempiające moja postawę lecz nie o to mi chodzi dzieląc się z wami moimi doświadczeniami. Może dla kogoś staną sie przestroga a może dla innych podpowiedzią że może warto w zyciu jest o coś walczyc...
Pocieszające w tym wszystkim jest to że sama nie jestem w tym całym zatraceniu...
No więc ja niestety posunełam się o krok dalej będąc w związku małżenskim 7 lat i dorobkiem 2 dzieci stanęłam przed punktem zwrotnym co pewnie w każdym małżenstwie się dzieje prędzej czy później i wtedy pozostaje juz tylko zdać się na swoje własne uczucia i albo w nie brnąć albo zdusić w zarodku choć nie wiem czy jest to możliwe. W moim przypadku nie było...
Poznałam pana X i tu paradoks dzięki mojemu mężowi... To było jak dostać obuchem w głowę... Późniejsze spotkania całkiem naturalne wynikające z faktu że był znajomym męża widywaliśmy się na tych samych imprezach wyjazdach itp... On zaczoł być świadkiem nieciekawych sytuacji między mną, a mężem wręcz naszego kryzysu małżeńskiego  coraz częstszych kłótni dołków z których nie widziałam wyjścia... Zamykałam się w swoich przemyśleniach i jedyne czego pragnęłam to zakończyć wszystko i odejść... Despotyczne pokłady energii mojego wybranka życia zdominowały nasz związek a ja nie widziałam juz sensu... I tak oto w całym tym chaosie pojawił sie pan "X- dobra rada", który nie tylko radził, był ale i doskonale rozumiał... Zakochałam się na moje nieszczęście... Sytuacja była tym bardziej skomplkowana że on również zakochał się we mnie o czym przypominał każdego ranka i wieczorem przed zaśnięciem.
Czułam się tak jakby ktoś oddał mi skrzydła. Liczył się sam fakt że był... Że był moim aniołem stróżem...
Myślałam że tak można to ciągnąć... Traktowałam to jak przyjaźń początkowo mimo że coraz częściej odczuwałam tęsknotę, łapałam się na tym że jest pierwsza myslą po przebudzeniu i ostatnią przed zaśnięciem. O tyle było mi lepiej że jego rady zdawały egzamin... Mąż zaczoł zmieniać stosunek do mnie ja przestałam milczeć zaczęłam walczyc... I nie wiem kiedy w tym wszystkim pogubiłam sie do tego stopnia że wylądowałam z nim w łóżku nie raz nie dwa... Trwało to ponad rok... I praktycznie rozbijało się juz o rozmowy na temat mojego potencjalnego rozwodu... Byłam w stanie wiele dla niego zrobić...Dla nas... Odejść od męża... Zabrać dzieci i zacząć od nowa... Sytuacja moja i męża nie była wesoła nazywałam ją "równią pochyłą" jeszcze zanim pojawił sie on...
Byliśmy w stanie pisac do siebie bez ustanku... O wszystkim... Poznałam go na wskroś... Każda spędzona z nim chwila była jak na wagę złota i nie przez fakt fizycznej bliskości do której również dochodziło ale przez fakt bycia z kimś w każdym mozliwym tego słowa znaczeniu... Był dla mnie jak brakująca część, jak powietrze dzięki któremu mogłam normalnie funkcjonować...
Z takiej bajki może wybudzić jedynie rzeczywistość... Zawsze miałam wrażenie że może przerażać go opcja zwiazania się z potencjalną rozwódką posiadająca dodatkowo jeszcze dzieci. Mówił że będzie zawsze, że nie zostawi, że pomoże. W momencie kiedy byłam w staie rzucić wszystko dla niego pojawia się inna... On zauważa inna opcję dla siebie i kończy temat... Tak poprostu bez wyrzutów zostawia mnie z tym wszystkim i ucieka w ramiona nowej miłości... Mam za swoje...
Takie sa niestety zakończenia romansów... One nie kończą się happy endem...
Co zyskałam???
Moze jednak coś... Mąż wie że coś się stało... Nie wie z kim ale wie że cos się działo... Na dzien dzisiejszy sytuacja wygląda tak że  postanowilismy z mężem na nowo o siebie zawalczyć, dać sobie szansę jeszcze raz...
Chuć? Czy ja wiem nigdy nie jest tak że cos dzieje sie bez przyczyny. Kiedys za mężem wskoczyłabym w ogień był dla mnie wyrocznią...
Przejrzałam na oczy to na pewno...
Może było mi to potrzebne.. Poznałam siebie z pewnością bardziej...
Nie da się odkochać z dnia na dzień i uczucia, namiętność jaką dażyłam tamtego nie wygaslo... Nie wiem czy kiedyś wygaśnie... Nauczyłam się siebie poniekąd...  Nie można ufać ludziom którzy tak naprawdę życia nie znają. Uważajcie dziewczyny bo w tym wszystkim mżna naprawdę bardzo szybko sie zatracić. Swoich uczuć do męża uczę sie na nowo... Nauczyłam się walczyć o siebie... Namiętność jest piękna dopuki trwa, dopuki 2 ludzi jej pragnie... Najbardziej boli rozczarowanie i tęsknota jeśli nasz obiekt porządania przestaje pragnąć i pozostajesz z tym sama...
Nie szukam rozgrzeszenia... Pragnęłam, pożądałam, kochałam... Nie powinnam była... Stało się. Czasu nie cofnę.

Jak tylko jedna strona walczy a druga ma wszystko w du.. to nic z tego nie bedzie.Przykre ale prawdziwe...

98 Ostatnio edytowany przez kontemplacja (2012-10-30 12:29:44)

Odp: Próbuję się odkochać

prawda... Niestety masz rację...

99

Odp: Próbuję się odkochać

I wracając do wontku nie chcę żałować to był jednak rok mojego życia...
Miałam szansę przeżyć cudowne chwile, czułam się kochana, piękna, doceniana, pożądana... Miałam szansę poczuć uniesienia których nigdy dotąd nie przeżyłam... Ślub nie gwarantuje nam odporności na zakochiwanie się... Związek nie zawsze daje nam to czego od niego oczekujemy. Daje stabilizację, powinien dawać poczucie bezpieczeństwa.
Problemy pojawiają sie wtedy kiedy poczucia bezpieczeństwa nie daje. A wiem że w moim związku właśnie tego brakowało. Ze strony męża czułam zagrożenie, czułam sie gorsza bo siedziałam w domu z dziećmi nie przynosiłam do domu pieniędzy a wszystkie zwykłe czynności byly dodatkowo krytykowane. Wieczny foch i ciągłe pretensje... O wszystko... Małe rzeczy urastają do rangi przeszkód nie do pokonania... Wiecznie pod ostrzałem. Stawałam się powoli kimś kogo on chciał we mnie widzieć... Nie byłam sobą... Jak łatwo w takiej sytuacji dać się omamić uczuciu które tak naprawdę nigdy nie powinno sie zrodzić...
Rozsądek odstawiasz na drugi plan... Liczysz się Ty On i chwila która daje możliwość bycia blisko siebie...
Piszę o tym z sentymentem, bo wiem że było to naprawdę prawdziwe uczucie zarówno z mojej jak i z jego strony...
W głębi duszy zawsze wiedziałam że nie jestem mu pisana nie takiego wzoru żony dla siebie szukał. Każdy ma szansę na to żeby spróbować od ołtarza ja mu tego nie zapewnialam. Ludzie naiwnie myślą że stworzą coś idealnego, że będą bezbłędni w całej tej rutynie...
Na oczy przegląda się później gdy opada kurtyna szaleństwa a zaczyna się normalne życie...
Faceci niestety przestają się starać. Każdy zaczyna dostrzegać wady w tej drugiej osobie...
Jeśli cała ta sytuacja wniesie do mojego życia jakieś pozytywne zmiany to stwierdzam że było warto.
Nie da się wyłączyć chęci bycia kochanym adorowanym, rozumianym i chęci bycia szczęśliwym. To dotyczy zarówno nas kobiet jak i mężczyzn...
Jedyny wniosek z tego taki żeby walczyć o siebie w związku. Walczyć o osobe którą się kocha nie zapominając przy tym o tym kim się jest i czego się pragnie...
Mam nadzieję że zakocham się w mężu tak jak kochałam go przed ślubem. Nie liczę już na fajerwerki. Chcę czuć się bezpiecznie przy jego boku i nie musieć wpadać w skrajności przez chęć zrozumienia...
Wierzę że nam się uda przetrwać ten zakręt.
Dobrych wyborów wam życzę dziewczyny...

100

Odp: Próbuję się odkochać
kontemplacja napisał/a:

wszystkie zwykłe czynności byly dodatkowo krytykowane. Wieczny foch i ciągłe pretensje... O wszystko... Małe rzeczy urastają do rangi przeszkód nie do pokonania... Wiecznie pod ostrzałem. Stawałam się powoli kimś kogo on chciał we mnie widzieć... Nie byłam sobą...

To wróci na pewno. Nie szanował Cię. Musicie się jakoś przed tym zabezpieczyć.

Ja mam podobnie ze strony żony -- ciągle fochy o coś drobnego, coś co na szczęście w ogóle nie wypływa. Nauczyłem się z tym żyć, to ignorować. Nie oddaję ciosów. Być może dlatego czasami są chwile uniesienia jak kilkanaście lat temu -- ja nie mam za co przepraszać, a żonie wszystko wybaczam.


Jedyny wniosek z tego taki żeby walczyć o siebie w związku. Walczyć o osobe którą się kocha nie zapominając przy tym o tym kim się jest i czego się pragnie...

Moim zdaniem o związek nie trzeba walczyć. Wystarczy nie przeszkadzać miłości -- właśnie brakiem szacunku, złością, zazdrośćią.

Po drugie -- romanse się zdarzają. Nie ma rady. Serce nie sługa. Osoby romansujące muszą się bardzo starać, aby nikogo przy tym nie skrzywdzić. Tobie, kontemplacja, się udało. Udało Ci się przeżyć romans, a męża, który Ciebie krzywdził, nie skrzywdzić. Powinnaś w tym momencie czuć się bardzo szczęśliwa.

101

Odp: Próbuję się odkochać

Mąż zdał sobie sprawę z wkładu jaki wniósł w tę sytuację. Zrozumiał kim dla mnie był...
Jego teoretyczna przemiana nie jest spowodowana tylko tym że życie nam sie posypało, że musialo nami pozamiatac żeby dostrzec siebie na nowo...
Po części spowodowane jest to tym że ja znalazłam pracę znowu rozwijam skrzydła. Nie jestem już tylko zawodną wiecznie krytykowaną kurą domową do której nikt nie ma szacunku... Ja sama bardziej siebie doceniam i tego oczekuję od niego...
Romans dla mnie to sprawa drugorzędna a zarazem punkt zwrotny w mim życiu...
Byłam szczęśliwa że ktoś dojrzał we mnie to o czym mąż zapomniał. Kiedy słyszy się slowa: "gdybyś była moja każdej nocy byłabyś królową balu..." lub "zasługujesz na więcej on nie powinien tak Cię traktować... Walcz o siebie..."
Zaczynasz dostrzegać że coś serio nie gra... Zaczynasz walczyc... I tak ja znalazłam pracę, wyszlam z domu, oduniezależniłam się finansowo. Mąż wie że bez niego sobie poradzę. Przez co bardziej szanuje i bardziej się stara...
I nie nie jestem dumna z tego że zdradziłam... Nie jestem też przez to szczęśliwsza.
Tęsknię za nim... Nauczyłam się że jest... Świadomość bycia dla niego epizodem boli bardzo, ale nauczę się i tej świadomości...
Nie miałam zamiaru krzywdzić nikogo... Masz rację romanse się zdarzają... Uszczęśliwiają i ranią...
Wyjść na prostą po tej historii dla nas wszystkich będzie wyczynem...
Ja muszę poradzić sobie teraz z własnymi uczuciami na nowo ustalić priorytety... To nie jest łatwe.
Miłość jest piękna ale na siłę niestety nie da się jej zatrzymać.
Dla mnie życie z mężem po tym wszystkim to też nie jest taka prosta sprawa. W końcu zwątpiłam i zaprzeczylam wszystkiemu co nas łączyło...
Wiem że gdyby pan X dał nam szansę zrobił coś w kierunku bycia razem pewnie odeszłabym od męża... To mnie przeraża po części...
Ale może tak właśnie miało być...

102

Odp: Próbuję się odkochać

Było, minęło, romans się skończył. Wróciłaś do męża. Nie zadręczaj się. Idź dalej przez życie z mężem.

103

Odp: Próbuję się odkochać

Dzięki...
Nikt z nas tak naprawdę nie wie jak zachowa się w danej sytuacji dopuki sam sie w niej nie znajdzie...
Pozdrawiam!

104 Ostatnio edytowany przez sam22 (2012-10-30 16:20:57)

Odp: Próbuję się odkochać

Fajnie, że idziesz do pracy. Kobieta powinna być niezależna, albo przynajmniej tak się czuć.

Aaaaa... wszystko wokół nas jest bardzo dziwne. Ludzie są gotowi kamieniować, a właśnie nie zdają sobie sprawy z tego jak sami by się w pewnej sytuacji zachowali.


Wyjść na prostą po tej historii dla nas wszystkich będzie wyczynem...

Wyczynem będzie jak twój mąż będzie Cię szanował. Nie będzie robił fochów, nie będzie do Ciebie mówił brzydko, bez szacunku, jak nie będzie na Ciebie patrzył z pogardą i nienawiścią. To będzie wyczyn -- wyczyn głównie dla niego.

Ty masz tylko jeden problem -- miłość w sercu, która nie zginęła, a chętnie byś ją zabiła, ale się nie da. Będziesz cierpieć, bo ta miłość może nie zniknąć, zawsze będzie w sercu. Ale jeśli się z tą miłością pogodzisz to się będzie tlić do końca życia i nikomu nie przeszkadzać.

Ja muszę poradzić sobie teraz z własnymi uczuciami na nowo ustalić priorytety... To nie jest łatwe.
Miłość jest piękna ale na siłę niestety nie da się jej zatrzymać.

Ustalenie priorytetów moim zdaniem jest łatwe, ale nie da się zabić miłośći. Nie da się na siłę zakochać, nie da się odkochać.

105

Odp: Próbuję się odkochać

Tak... Na miłość nie ma leku... I tutaj też masz rację...
Wierzę w to że"czego oczy nie widzą tego sercu nie żal" i w to że "musze dać czasowi czas"...
Tego nie da się wyleczyc... Nie da sie tak porostu zapomnieć o kimś tak bardzo ważnym...
Moge jedynie sie starac i mieć nadzieję.
Jeśli o męża chodzi wiem jedno jeśli wrócimy do tego co było do tego jak mnie traktował odejdę.
Dziś wiem że znajde w sobie na to siłę.
Mimo to mam nadzieję i wierzę że nie będzie takiej potrzeby.
Co do priorytetów też się nie mylisz... W sumie zawsze miałam dobre. Ale serce nie sługa i można by było tymi cytatami, przysłowiami, sloganami rzucać  bez końca...
eh.... Przestać czuć...
Tylko tego pragnę...

106 Ostatnio edytowany przez sam22 (2012-10-30 16:58:36)

Odp: Próbuję się odkochać
kontemplacja napisał/a:

Przestać czuć... Tylko tego pragnę...

Hmmm... nie chcę Ci doradzać, bo każdy jest inny. Ale czy nie lepiej zrezygnować z takiego pragnienia?

Może lepiej zamknąć oczy, wziąć głęboki oddech aż do ostatniej komórki w płucach, i poczuć jak ta miłość się tam pali. To jak żar w kominku -- nie chcesz na niego patrzeć, a może trzeba dmuchać aby szybciej się wypalił. Nawet nie ma gwarancji, że się wypali, ale po co odwracać głowę? I tak będziesz myśleć, że on, ten żar, ta miłość tam jest...

Echch... sorki za mędrkowanie. Ale jeśli miałoby pomóc, to napisałem.

kontemplacja napisał/a:

Jeśli o męża chodzi wiem jedno jeśli wrócimy do tego co było do tego jak mnie traktował odejdę.
Dziś wiem że znajde w sobie na to siłę.

Jeśli będziesz niezależna, jeśli będziesz taką "fajną babą", która może odejść w każdej chwili, to mąż będzie Cię szanował. Chciałbym, abyśmy z żoną właśnie żyli tak niezależnie... nie byłbym dla niej całym światem a ona byłaby mniej zazdrosna i nie robiła problemów z byle głupoty. Ale mamy małe dziecko (+ duże dzieci), więc trzeba czekać parę lat.

107

Odp: Próbuję się odkochać

Może i to jest jakiś sposób...
Może będę kiedyś umiała na tyle zdystansować się do tej miłości żeby pozwolić jej w jakimś sensie we mnie żyć...
Tylko po co?
Może lepiej zapomnieć o niej i postarać się żyć bez czegoś co tak brutalnie nas ogłupia niestety...
W czym pomoże mi pielęgnowanie uczucia które nigdy nie powinno było się zrodzić.
Sam fakt uświadomienia sobie samej przed sobą że tak jeszcze nigdy w życiu się nie kochało i pewnie już nie pokocha dla mnie jest już wyczynem. A odwaga życia bez niego i pozwolenie mu odejść dowodem na szczerość tego uczucia...
Jak przechodzić obok niego obojętnie?
Jak akceptować jego obecność z nią u boku we wspólnym towarzystwie?
Czy to w ogóle jest możliwe?
Jak patrzec na ich szczęście skoro we mnie to się tli...? Nie chce zgasnąć...
Może jednak lepiej będzie zabić w sobie to uczucie...
Piszesz że żona jest zazdrosna... Że jest uzależniona od Ciebie finansowo...
Radziłabym Ci pomóc jej stanąć na nogi. Po urodzeniu dziecka kobieta czuje się jak nikomu nie potrzebny pasożyt uzależniony od swego chlebodawcy... To nie jest dobre. I masz rację teraz jesteś dla niej całym światem bo jej świat zaczyna się i kończy na domu dzieciach i Tobie...
Może jakieś zajęcie dorywcze które ją otworzy na świat i ludzi a Tobie pozwoli bardziej zaangażować się w to co ona robi do tej pory.
Dzielenie się obowiązkami sprawia że ludzie zaczynają doceniać się nawzajem i rozumieć bardziej...
Nie wiem kim jest Twoja żona... Może jakieś zajęcie związane z jej wykształceniem dałoby się pogodzić z zajmowaniem się dzieckiem w domu...
Przyniosło by to jej z pewnością dużo radości, dodatkowo gotówki a przy okazji tematy do wspólnych rozmów...
Nie jest dobre siedzenie w domu i rozmyślanie o tym że nasza połówka poza domem ma jeszcze życie, a nasze zaczyna się i kończy na bytowaniu w domowych pieleszach. To dla nikogo nie jest dobre a w dzisiejszych czasach dodatkowo jeszcze kompletnie nie modne i to teraz wpaja się "matce polce" i ciężko się w tym odnaleźć...
Ty jesteś dla niej najważniejszy teraz. Pomóż jej znaleźć jakieś zajęcie jestem pewna że zajmnie ją to do tego stopnia że nie będzie robić Ci scen zazdrości i może będziecie mogli wreszcie oboje żyć swoim życiem nie tylko wspólnym.

108 Ostatnio edytowany przez sam22 (2012-10-30 19:06:45)

Odp: Próbuję się odkochać

Nie chodzi o to, aby pielęgnować miłość. Ale nie można zabijać. Wydaje mi się, że właśnie jakiekolwiek manipulacje na miłości powodują ból duszy. Trudno jest podsycać miłość, gdy ona umiera. Trudno jest ją hamować, gdy się rozwija. Rzadko mamy komfort aby dać miłości wolność.

Odpowiedzialem na maila

109

Odp: Próbuję się odkochać

Ponad miesiąc temu pisałam, że jestem już wolna od swojej namiętności, że wyleczyłam się, że pomogło mi dostrzeżenie w przedmiocie mych uczuć człowieka ułomnego i sponiewieranego przez los.

Tak wtedy myślałam, jednak namiętność nie wypaliła się do końca. Uległa tylko przeobrażeniu.

Na dodatek zaczynam zastanawiać się, czy tak naprawdę jestem poczytalna i na ile.

Zrozumiałam jednak, że moja nieujarzmiona i chora fascynacja Padalcem ma swoje korzenie w przeszłości, której zmienić nie mogę. Pomimo faktu, że nie poszłam z nim nawet do łóżka myślę, że zawsze będę go w jakiś sposób kochać, bo on jest dla mnie utożsamieniem mojej pierwszej miłości, która wygasała, ale której wspomnienie ciągle tli się we mnie.

Hm?zrobiłam w końcu rozrachunek ze swoją przeszłością. Bolesny rozrachunek. Jako dziecko i nastolatka byłam przedmiotem pewnego rodzaju ? jak to ująć ? erotycznej gratyfikacji dla mojej Mamy. Wychowywała mnie sama. Jest chora na schizofrenię. Cała jej rodzina również. Kontrolowała mnie na każdym kroku. Nie pozwalała na wyjścia z domu (poza wyjściami do szkoły). Niweczyła wszystkie moje znajomości. Krytykowała. Była skrajnie nadopiekuńcza i kontrolująca. Dotykała mnie. Ściskała. Macała. Czułam się podwójnie napiętnowana ? jej chorobą i tym, co mi robiła. Nie miałam się komu pożalić. Czułam wstyd. Przemożny wstyd i przemożną samotność. Cichą bolesną rozpacz. Podskórnie czułam, że jeśli tylko na chwilę stracę nad sobą kontrolę to natychmiast inni ludzie zauważą, że coś ze mną nie tak, że jestem ?z takiej rodziny? i że ?ona mi to robiła?. Będą kręcić głowami, śmiać się, ale nic się nie zmieni. Czułam się napiętnowana. To wszystko było moim  cichym dramatem w czterech ścianach mieszkania. Nie miałam się komu zwierzyć, a ona ciągle zamęczała mnie swoimi potrzebami. Musiałam bezustannie powtarzać jej, że ją kocham. Ustawicznie powtarzała mi też, że jej nie doceniam i że jestem straszną egoistką, która nie docenia swojej wspaniałej Mamy. Użalała się nad sobą. Nad tym, że jej nie rozumiem i nikt jej nie rozumie, a ona jest chora. Musiałam pozwalać na to, żeby całowała mnie ?z języczkiem?, żeby chuchała mi w szyję, żeby mnie obmacywała. Nienawidziłam tego. Musiałam jednak wszystko to spokojnie i pokornie znosić i powtarzać jej, że jest ?najlepszą Mamą świata?, bo inaczej robiła się agresywna. Kiedy była agresywna często mnie biła, wyzywała i krzyczała, a kiedy zaczynałam płakać albo z otępienia stawałam się nieczuła na cokolwiek to ona wtulała się we mnie i zaczynała chlipać, a potem znowu mnie obmacywała i tłumaczyła mi, że powinnam być dobra, grzeczna i słuchać jej we wszystkim, bo ona jest chora, a ja powinnam to zrozumieć. Łagodniała i uspokajała się wtedy, kiedy godzinami zapewniałam ją o swojej miłości, uśmiechałam się do niej, łagodnie do niej mówiłam, pocieszałam i od czasu do czasu bez większego protestu dawałam się obmacać. Wtedy czuła się chyba kochana.

Do Taty też czasami jeździłam. Niestety on również ma problemy psychiczne. Kiedy się bawiliśmy czasami też zdarzało mu się stracić wyczucie tego, co dopuszczalne. Na szczęście jednak Tato nie mieszkał sam, więc jego rodzice i partnerka  niekiedy głośno i burzliwie dawali wyraz temu, że ich zdaniem zachowywał się względem mnie "niestosownie". Zatem nawet jeśli ja nie rozumiałam to oni rozumieli i mówili o tym głośno. Pamiętam, że potem obawiał się już spędzać ze mną czas sam. Jak miał ze mną w wolny dzień gdzieś iść to zabierał też jakieś dziecko kuzynostwa. Nie miałam z nim jak szczerze rozmawiać, bo bardzo unikał pozostawania i rozmów ze mną "sam na sam". Stanowczo nie życzył sobie również, abym cokolwiek mówiła mu o swojej Mamie. Jego rodzice również bardzo obawiali się poruszania ze mną tematu mojej Mamy i jej chorej rodziny, a partnerka mojego Taty nienawidziła mnie do głębi (i zdarzało jej się oskarżać nas o stosunki kazirodcze).

W tych warunkach latami czułam, że nienawidzę swojego ciała i tego, że jestem dziewczynką. Ubierałam się najbrzydziej jak tylko to było możliwe. Nie dbałam o siebie i celowo starałam się wyglądać jak najgorzej, żeby tylko już nikt nie spojrzał na mnie "w ten sposób". Bardzo chciałam być niewidzialna, a najlepiej nie istnieć w ogóle.

W mojej szkole był pewien nauczyciel. Prawie w wieku mojego dziadka. Był czarujący, zadbany, miły, bardzo inteligentny. Choć był miły ludzie w jakiś sposób obawiali się go. Był manipulantem. Nie musiał pracować. Tym bardziej - nie musiał pracować w szkole. Wcześniej miał inną pracę - w dyplomacji. Pracę w szkole wybrał sobie na emeryturę. Miał mało godzin, ale uczył bardzo dobrze i miał podejście do dzieci.

Zainteresował się mną. Był pierwszą osobą, która "prawdziwie" się mną zainteresowała. Słuchał mnie. Dzielił się kanapkami. Pytał o oceny i o to, co lubię (rodziców to wcale nie obchodziło) i był dla mnie dobry tak, jak nikt wcześniej nie był. Pomagał mi też w lekcjach. Potem nagle mu się odmieniło. Przestał chcieć spędzać ze mną czas, bo mówił, że powinnam zrozumieć, że on tylko chce mnie dotykać tak, żeby mi było przyjemnie i że nie zrobiłby mi nigdy żadnej krzywdy. Upierał się, że nie rozumiem, że on chciałby dać mi tylko prezent przyjemności, która i tak jest mi potrzebna, żebym mogła dobrze się uczyć.

Ten pomysł zdecydowanie mi nie odpowiadał, ale na całym świecie czułam, że tylko ten nauczyciel się mną prawdziwie interesuje i jest dla mnie dobry i wyrozumiały. Doszłam do wniosku, że zachowania swojej Mamy też jakoś toleruję, choć bardzo nie lubię. Rozumiałam to tak, że moja tolerancja jej zachowań sprawia, że ona mnie kocha. Po miesiącach jego spokojnych tłumaczeń i nagabywań stwierdziłam w końcu, że nauczyciel na pewno szybko zauważy, że "to" na mnie nie działa i nie będzie mi już więcej tłumaczył, że "tego" potrzebuję, a nadal pozostanie moim przyjacielem.

Jak przyszło co do czego okazało się, że dotykając mnie był bardzo delikatny, wrażliwy i czuły. Powiedziałabym nawet, że niezwykle taktowny, o ile to słowo może służyć do opisu sytuacji, w której -za jego sprawą - się znaleźliśmy. Naprawdę potrafił sprawiać mi ogromną przyjemność i przez długi czas wydawało się, że robi to tylko dla mnie, żebym czuła rozkosz. Po prostu cieszył się przyjemnością, którą mi sprawiał.

Rozumiem teraz, że był impotentem, ale satysfakcję sprawiało mu obserwowanie mojej rozkoszy i lubił być też głaskany przeze mnie. W zasadzie nie mam powodów, żeby żalić się na niego, bo on mnie z bagna mojej patologicznej rodziny ostatecznie wyciągnął. Był dla mnie dobry na tyle, na ile potrafił. Nigdy nie robił nic, czego bym nie chciała. Rozmawialiśmy ze sobą.  Pokochałam go całą sobą, ale on raczej nie kochał mnie. Był bardzo narcystyczny i był świetnym manipulantem. Z natury miał dość poligamiczny charakter. Byłam dla niego po prostu ?użyteczna?. Moja Mama oczywiście bardzo dobrze domyślała się, jaki jest charakter mojej znajomości z tym starym mężczyzną, ale było jej to na rękę. Spotkali się. Był dla niej bardzo miły, a ona szybko zrozumiała, że do niego nie odejdę. Myślę, że moja znajomość z tym facetem była jej na rękę, bo tym bardziej miała mnie pod kontrolą.

Po wielu, wielu latach (i pewnego rodzaju ?zdradach? z jego strony, o ile w ogóle do zdrady był zdolny) w końcu powiedziałam mu, czego doświadczam od Mamy (wiedział od samego początku o jej chorobie psychicznej) i powiedziałam mu, że więcej już tego nie zniosę (rozmowy z nią nie dawały niestety żadnych skutków, a  nawet pogarszały moją sytuację).

Wydaje mi się, że bardzo to przeżył, a ja nagle zrozumiałam, że jego postępowanie było spowodowane jego własnymi przeżyciami. Zrozumiałam ? choć nigdy mi tego nie powiedział ? że jego przerotyzowany sposób bycia i jego potrzeby są konsekwencją jego przeżyć z dzieciństwa/młodości. Przez lata bardzo uważał, żeby robić dokładnie to, co chciałam i tak jak chciałam. Dawał mi rozkosz i oczekiwał przyjemności w zamian. To była wymiana, ale nie akceptował sytuacji, w której aktywność seksualna mogła być fizycznie wymuszona.
Kiedy powiedziałam (a raczej wypłakałam i wykrzyczałam) mu, że Mama mnie krzywdzi, a ja robię wszystko, żeby o tym nie myśleć i nic nie czuć, on natychmiast postanowił mi pomóc. Myślę, że dopiero wtedy pokochał mnie, o ile w ogóle do tego uczucia był zdolny.

Zorganizował mi mieszkanie, dawał pieniądze na utrzymanie i załatwił pracę. W tym wszystkim chodziło również o zachowanie kontroli nade mną. Zobaczył, że powinien mi pomóc, żeby rozprawić się z własną przeszłością, jednak przy okazji zupełnie przejął nade mną i moim życiem pełną kontrolę. Nie miałam prawa rozmawiać z nikim poza nim. Nieustannie przesłuchiwał mnie (jak Mama) i mówił mi co i jak mam robić. Był tyranem. Dobrym tyranem, a na moich oczach snuł misterne (choć zapewnie tylko emocjonalne) romanse. Tymi romansami miałam się oczywiście nie przejmować i być cała tylko dla niego.
Po jakimś czasie zorientowaliśmy się jednak, że tak dłużej być nie może. To było na swój sposób wyniszczające dla nas obojga.
Nie mogłam być z nim i nie mogłam być bez niego, a on chwilami snuł wizje naszej wspólnej przyszłości i tego, że odziedziczę po nim wszystko, co ma.
Jednak to nie miało już większego sensu i oboje o tym wiedzieliśmy.
Wyszła z tego dziwna mozaika uzależnienia, kontroli i bólu.
Trzeba było się rozstać.
Po ustaleniach i przy jego aprobacie spakowałam się i wyjechałam do innego miasta. Do pracy.

Okazało się, że nie potrafię się odnajdować  kontaktach z ludźmi. Starałam się zachowywać ?normalnie?, ale nie wiedziałam, czym jest ?norma?. Nadal cały czas bardzo mocno się kontrolowałam i nie pozwalałam sobie na żadne emocje poza  podstawowymi. Nie czułam prawdziwej rozpaczy ani miłości. Tylko strach i pożądanie. Byłam wypalona. Całymi latami.  Nawet nie wiedziałam, że jestem wypalona, że z wielu ludzkich emocji doświadczam, potrafię rozpoznać i wyrazić ułamek ułamka.

Pewnego dnia w pracy spotkałam Padalca. Spojrzałam w jego oczy. Był taki sam jak mój pierwszy partner i miał te same wady. Mogłabym napisać, że to była miłość od pierwszego wejrzenia, gdyby nie fakt, że nie wiedziałam wówczas, czym jest zakochanie. Spotykałam Padalca co jakiś czas. Oboje czuliśmy coś do siebie i było to bardzo silne, jednak wiedziałam już, że nie mogę sobie pozwolić na pójście tą drogą. Powtarzałam sobie, że go nie pamiętam. Nie znam. Znać nie chcę, a on ciągle powracał bardzo mną zainteresowany i ciągle miał ten sam głód w oczach, który ja miałam we własnych. Był przeerytozowany, inteligentny i nieznośny. Bałam się go, a jednocześnie bardzo pragnęłam, choć zupełnie nie wiedziałam, skąd biorą się we mnie tak silne uczucia wobec niego. Nie chciałam zwariować jak moja Mama, więc wypierałam się tych uczuć i ciągle go unikałam jednocześnie pragnąc go widzieć bardziej niż kogokolwiek innego. Sypiałam z innymi, żeby nie myśleć o nim.

Na szczęście udało mi się poznać innego mężczyznę, który zaspokajał moje potrzeby i którego potrzeby byłam w stanie zaspokoić. Pokochałam go. Wzięłam z nim ślub. Padalec przestał mnie w pracy poznawać, ale ja nadal czułam coś do niego. Był dla mnie kimś, kogo bardzo lubiłam (choć nie chciałam pamiętać i nie pamiętałam już dlaczego). Czyj widok sprawiał mi radość i niósł spokój. Nie pamiętałam już nawet dlaczego go lubię i dlaczego ze sobą nie rozmawiamy. Nie chciałam pamiętać. Mój Mąż stał się dla mnie centrum mojego świata.

Żyłam tak całymi latami. Wciąż bardzo kontrolując się i wciąż w jakimś stanie chronicznego napięcia. Stabilizacja i spokój były dla mnie najważniejsze. Byłam sztywna i czułam się nieforemna. Chyba czasami dość arogancka i dość zadufana w sobie. Bardzo nerwowa. Chłodna.
Bardzo pokochałam Męża czując, że tak naprawdę mam w życiu tylko jego.

Pewnego dnia zaczęłam się zmieniać. Spod strachu i sztywnego sposobu bycia, spod maski wiecznej samokontroli zaczęłam wychodzić ja sama. Okazało się wtedy, że nie umiem nawiązać z ludźmi żadnego bliższego normalnego emocjonalnego kontaktu. Każdy bliższy emocjonalny kontakt z mojej strony był nacechowany jakimś rodzajem erotyzmu. Ludzie na to reagują, a ja nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, co robię. Kiedy opadła ze mnie maska samokontroli okazało się, że taka właśnie w głębi jestem ? wiecznie przerotyzowana ? wobec dzieci, wobec starców, wobec kobiet i mężczyzn. Wiecznie i dość nieświadomie uwodziłam. Bawiłam się tym i nawet nie chciałam się powstrzymać. Interesuje mnie erotyzm innych ludzi i testowałam ich, obserwowałam, ale tak naprawdę wcale nie miałam ochoty nic robić. Po prostu poznaję ludzi przez to, jaki jest ich erotyzm. Jacy są wobec samych siebie. Jak odczuwają swoje ciała i potrzeby. Czy siebie akceptują, czy udają, że ich nie ma (kontrolując się nadmiernie).

Trwało z rok zanim zaczęłam uczyć się kontrolować tę cześć siebie. W międzyczasie ?niejako przy okazji ? emocjonalnie uwiodłam swoją współpracowniczkę. Szczerze mówiąc nawet nie wiedziałam, co robię do czasu kiedy ona na dłuższą chwilę położyła mi rękę na kolanie, a ja zesztywniałam z przerażenia (podobnie jak sztywniałam, kiedy dotykała mnie moja Mama).
Potem pojechałam na jakieś szkolenie. Poznałam tam pewną kobietę. Zrobiła wszystko, żeby na szkoleniu usiąść obok mnie, a potem spytała ?Jesteś DDA? Widać, że coś z Tobą nie tak?.
Zaprzeczyłam, a ona ciągnęła temat dalej ?Widzę, że wszystkich uwodzisz, przez cały czas, dosłownie wszystkich, ciągle??. Rozmawiałyśmy trochę, a potem ona wyznała mi, że od roku nie uprawiała z nikim seksu i jest tego bardzo spragniona. Powiedziałam jej, że interesują mnie tylko mężczyźni, a ona powiedziała, żebym nauczyła ją być taka, jaka jestem, a szybko sobie któregoś przygrucha.

Wróciliśmy ze szkolenia i myślałam, że nigdy więcej już jej nie spotkam, ale ona zaczęła wysyłać mi koleżeńskie i miłe e-maile. Wysłała mi ich całą masę. Długo nie odpowiadałam, aż pomyślałam, że zniechęcę ją do siebie jeśli się spotkamy. Rozczarowanie w końcu mogłam dać jej w prezencie i w prezencie też zasugerować jej bliższy kontakt z dziewczyną z pracy, która na mnie wcześniej leciała. Uważałam, że mogłabym tym samym wyświadczyć przysługę im obu (poznały się podczas pracy, ale miały już nigdy więcej ze sobą nie współpracować).
Spotkałyśmy się zatem, a ja zasugerowałam jej, że tamta dziewczyna jest spragniona towarzystwa, bliskości i seksu.
?Dlaczego mi to mówisz? Taka dobra jesteś?? ? spytała ze złością. Wytłumaczyłam jej, że w zasadzie chciałabym, żeby ludzie byli szczęśliwi i w związkach, które ich satysfakcjonują.
Rozmawiałyśmy ze sobą dość pokrętnie, ale myślę, że szczerze. Wytłumaczyłam jej, że nie panuję nad tym, jakie wrażenie sprawiam, że nie potrafię tego do końca kontrolować.
Pomyślałam sobie, że moja nowa znajoma sprzymierzy się z tą moją koleżanką z pracy. Zakolegują się, a potem będą sobie bliskie, a ja nic nie będę chciała o tym wiedzieć. Obie będą mnie prawdopodobnie nienawidzić, ale ta nienawiść zbliży je tylko do siebie.
Przekombinowałam chyba, bo po jakimś czasie zaczęłam mieć wrażenie, że one owszem zakolegowały się, ale ich jedynym obiektem wywiadu i przedmiotem plotek jestem JA.

Nie mam stuprocentowej pewności i mieć jej pewnie nigdy nie będę, ale tak się dziwnie składało i było już tyle zbiegów okoliczności, że konkluzja nasuwała mi się sama.
Nowa znajoma i koleżanka z pracy jakby zaczęły współdziałać ze sobą, żeby zemścić się na mnie za moją ?niemoralność?.
Przy czym znajoma ze szkolenia zaczęła dość często wysuwać wyraźne sugestie, że może sprzedaję się za duże kwoty. Nie reagowałam oczywiście czekając na rozwój sytuacji i wiedząc, że choć ? niezawinienie ? to jestem jednak współtwórcą tej chorej sytuacji (jeśli ona naprawdę ma miejsce).

W międzyczasie zaczęłam tłumaczyć koleżance z pracy (tej, która na mnie leciała), żeby się przeprowadziła do innego miasta, gdzie będzie miała lepsze perspektywy na przyszłość. Po kilku miesiącach powiadomiła mnie, że ktoś zupełnie inny przekonał ją do tego kroku i że tak właśnie zamierza postąpić, ponieważ jest to najlepsze dla niej rozwiązanie.
Znajoma ze szkolenia powiedziała mi, że ona zdecydowała tak ze względu na mnie. Ponieważ jej ?kazałam?. Wydało mi się to niedorzeczne.

Znajoma ze szkolenia ciągle chciała być ze mną w kontakcie, więc byłyśmy. Spotykałyśmy się koleżeńsko. Rozmawiałyśmy o życiu i takie tam. Wspierałam ją. Nigdy wcześniej nie miałam bliskiej koleżanki ani przyjaciółki i myślałam, że mogłam mylić się względem jej intencji. Chciałam mieć bliską koleżankę, nawet jeśli nasza znajomość zaczęła się od nieporozumienia i nawet jeśli ona była DDA (cóż, sama jestem córką schizofreniczki i paranoika i od tego nigdy nie ucieknę).

Po jakiś czasie w naszych rozmowach wypłynął temat Padalca. Uświadomiłam sobie, że jestem w nim zakochana, bo on porusza we mnie wiele uczuć i czuję, jakbym zawsze go znała. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy opowiadałam jej o swoim zakochaniu zauważyłam, że zaczęły szklić się jej oczy. Jakby zapłakała, a kiedy spytałam ją co się dzieje zaczęła coś mętnie tłumaczyć mi o katarze.
Powiedziała mi o zdradzie, której sama się dopuściła i o jej konsekwencjach. Było to naprawdę strasznie smutne.

Przez cały czas nie miałam pewności, czy jej komitywa z moją koleżanką z pracy jest faktem, czy moim wynaturzonym wyobrażeniem. Mój Tato jest paranoikiem, więc mam tendencję do kwestionowania swoich odczuć. Po prostu nie ufam sobie jeśli mam jakieś przeczucia.

Pomyślałam jednak, że jeśli one obie faktycznie są w komitywie to obie chcą dla mnie źle ? żeby wywalili mnie z pracy, a moje małżeństwo rozpadło się.

Stwierdziłam, że nie będę nic moderować. W jakimś sensie ich ewentualna wrogość była mi na rękę, bo stanowiła barierę oddzielającą mnie od Padalca, którego pożądać i kochać nie powinnam (żeby nie zniszczyć swojego udanego małżeństwa). Mając świadomość ich potencjalnie wrogiej wobec mnie komitywy pogodziłam się z faktem, że po prostu nie skonsumuję swej namiętności do niego, choćby mnie skręcało ze wszystkich stron (a skręcało).

Teraz myślę, że kocham Padalca w jakiś sposób trwale i nieodwołalnie. Był pierwszą osobą, w której w życiu w ogóle się zakochałam (na dodatek mam silne przeczucie, że z wzajemnością). Wiem, że miłość do niego, świadomość tej miłości i niebezpieczeństw z nią związanych poukładała we mnie wiele wspomnień, myśli i odczuć. Teraz czuję się wolna od wielu lęków i uczę się układać sobie bliższe emocjonalne kontakty z ludźmi bez erotyzmu (bo naprawdę kocham tylko męża i ? w jakiś dziwny i pokręcony sposób ? Padalca). Nie pobiegłam za miłością do Padalca tylko dlatego, że niejako ?czułam się pilnowana? przez koleżankę, której awanse odtrąciłam (potem okrutnie obgadywała mnie za plecami i publicznie komentowała wszelkie moje poczynania i mój sposób bycia).

Koleżanka z pracy wyprowadziła się niedawno do innego miasta (jak to jej radziłam), a ja wiem, że nie jest to dla mnie żaden powód do radości ani do szczególnego smutku. Wiele razy po tym jak ją odtrąciłam okazywała mi nienawiść i pogardę. Zachowywała się wobec mnie agresywnie i nieprzyjaźnie (zwłaszcza kiedy przebywałyśmy razem same), ale to właśnie ona ze swoją odtrąconą namiętnością ?trzymała mnie w ryzach?. W gruncie rzeczy zawdzięczam jej pewnie swoje małżeństwo i tym bardziej chciałabym, żeby pomimo tego, jak czuła się zraniona była jeszcze w życiu szczęśliwa. Nie mam jednak na to wpływu. Nie chciałam jej wykorzystać, ale w pewnym sensie tak chyba właśnie się stało.

Kiedy się wyprowadziła to znajoma ze szkolenia szybko przestała utrzymywać ze mną kontakt. Wcześniej wypytała mnie tylko o tamtą (wykazując się jednocześnie znajomością szczegółów, o których jej nie mówiłam) i spytała, jakie są moje zamiary względem utrzymywania kontaktów z tamtą?Powiedziałam, że żadne?

Czasami zastanawiam się, czy z tymi swoimi wspomnieniami, myślami, spostrzeżeniami i odczuciami jestem normalna i dochodzę do wniosku, że nie mogę być.
Nigdy nie doświadczyłam "normalności".
Nawet nie wiem, czym jest "normalność".

110 Ostatnio edytowany przez End_aluzja (2012-10-31 17:32:22)

Odp: Próbuję się odkochać

trudnodarmo -nie przeczytałam, wybacz
w analizie transakcyjnej została okreslona taka gra- nazywa się "cieplarnia". gra terapeutyczna. siadam sobie i bedąc własnym terapeutą, w otoczeniu słuchaczy, robię sobie głęboką psychoanalizę, skupiając się na przyczynach.....

i ty to teraz robisz
i powiem ci szczerze
NIE ROZUMIEM

czy ta twoja przeszłośc skomplikowana od urodzenia CIĘ usprawiedliwia? tłumaczy? uspokaja? pozwala poddac się wydarzeniom??
nie wiem, do jakich konkluzji doszłaś, bo nie byłam w stanie tego przeczytać..

trudnodarmo -= a może skup się na SKUTKACH, a nie przyczynach?/
czy to, że ojciec mojego męża zdradzał matkę sprawia - że ja cierpię mniej, albo on jest bardziej usprawiedliwiony?/
trudnodarmo - mam to w dupie
mam w nosie, czy on w swoim dzieciństwie znajdzie traumę, która spowodowała, że dwadzieścia lat pózniej, albo nawet trzydzieści lat pózniej - wygarnął fiuta z rozporka.

mam to gdzieś
ma to gdzies, czy mój ból po zdradzie jest sposodowany przez to, że może byłam, lub nie byłam córeczką tatusia...

jasne, jak sobie zdiagnozujemy to większośc z nas jest KKKZB, DDA, KGB, USB i KGHiM...

i co teraz trudnoidarmo? cofniesz się w czasie?
zmienisz przeszlość?
no kurcze nie...

chcesz sie bardziej rozumieć? ale rozumieć co?? padalca w twoim zyciu??
ALE PO CO CHCESZ rozumieć?/
i co to da?/
ja wiem, dlaczego mój mąz mnie zdradził. racjonalnie to oczywiste i zrozumiałe

ale czy to zmienia fakty i emocje?? nie.

więc nie doczytałam twoich wniosków--ale pomyslałam sobie

ile ty kochana czasu poświęciłas na tę dogłębną analizę i jej opisanie, a w mianowniku tego caaaałego czasu, masz hasło "PADALEC"
i ta analiza cię od niego nie uwalnia

zrobiłaś ją DLA NIEGO, PRZEZ NIEGO I Z NIM

trudnodarmo?/
gdzie ty jesteś teraz?? i z kim??

jesteś niewolnicą padalca
sama sie nią robisz
może on chce - psychofag
a może nie chce

ale TY TEGO CHCESZ

111

Odp: Próbuję się odkochać

Widzisz i tu właśnie się różnimy. Uważam, że jeśli potrafię zrozumieć to potrafię w jakiś sposób kontrolować. Dla mnie to ważne. Piszesz, żeby koncentrować się na skutkach, ale mnie interesują mechanizmy. Skutki znam (aż nadto dobrze) i ponoszę ich konsekwencje. Jeśli zrozumiem mechanizmy to będę w stanie lepiej panować nad działaniami, a tym samym - skutkami. Takie mam podejście i ono mniej więcej się w moim życiu się sprawdza. Inną sprawą jest, żeby stanąć twarz w twarz z własnymi wypaczeniami i nad nimi pracować.

Dla mnie End_Aluzjo Ty wraz z problem zdrady przez swojego Męża jesteś dopiero na początku swojej drogi. Na etapie buntu, a trzeba jeszcze przejść tak wiele, by zaakceptować oczywiste oczywistości...jak na przykład tę, że seks z obcą osobą dla Twojego Męża może oznaczać coś zupełnie innego niż dla Ciebie (na przykład dla niego może to być wyraz zwykłej chuci i potrzeby odprężenia) i że oczekiwanie od niego by myślał/odczuwał inaczej jest nierealnym i egocentrycznym w gruncie rzeczy żądaniem.

Piszesz, że jego ojciec zdradzał matkę. To naprawdę bardzo dużo wyjaśnia. Kiedy obserwował rodziców od małego to miał podstawy by sądzić, że tak się żyje w rodzinie, że to jest normalne i tak właśnie jest.

Możesz podejść do tego na dwa sposoby:
1) w jego zdradzie nie ma żadnego mojego udziału, on po prostu od małego przywykł, że Mąż zdradza żonę, nie jestem szczęśliwa, że on mnie zdradza, ale rozumiem, dlaczego może mieć inne podejście do wierności niż ja,
2) on jest niedobry, ważne są skutki, a skutek jest taki, że cierpię, bo on jest niedobry.

W każdej sekundzie - to Twój wybór jakie myślenie wybierzesz. Gdybym myślała wedle Twoich wzorców to nienawidziłabym teraz z całego serca swojej Mamy, a ta nienawiść wpłynęłaby na całe moje życie i zatruwała mnie od środka.

Nienawiść, żal i ból ofiary tak naprawdę nie bolą sprawcy. Przez te uczucia ofiara tylko coraz bardziej utwierdza się w byciu ofiarą.

Miałam tak. Byłam tam, a teraz myślę, że tak naprawdę nie jestem ofiarą ani mojej Mamy, ani Taty, ani chorej rodziny ani nawet Padalca. Jeśli w ogóle jestem ofiarą to tak naprawdę jestem ofiarą i niewolnicą samej siebie.

Jednocześnie jestem też jedyną osobą, która może to zakończyć, bo wiem, że tak naprawdę wszystkie moje uczucia, myśli i pragnienia są w MOJEJ głowie.

Ta świadomość otwiera przede mną nowe możliwości.

Nie zmienię mojej Mamy, Taty, Padalca, mojej pierwszej miłości. Mogę zmienić tylko samą siebie i własna świadomość.

112

Odp: Próbuję się odkochać

Witam...
Dawno mnie nie było, ale próbowałam na nowo życie sobie ułożyć...
Nie wiem , czy to dobrze zabrzmi, ale cieszę się, że nie jestem jedyną kobietą, która ma takie problemy...
Życzę każdej z was byście znalazły szczęście, którego tak bardzo pragniecie...

kontemplacja - jak zaczęłam czytać Twojego posta, tyle chciałam Ci powiedzieć, przekazać
Czytałam go, tak jakbym czytała własną historię i znała jej dalszą część - tak bym chciała móc przestrzec Cię przed tym...
ale po chwili zadałam sobie pytanie...
jeżeli ktoś dałby mi szansę i cofnął czas, pozwolił zmienić cokolwiek bym chciała, co bym zrobiła???...
nic... chciałabym to przeżyć...
przez ten rok byłam szczęśliwa... czar prysnął... bańka się rozmyła...
od początku wiedziałam, że nie mogę z nim być, ale wspomnienia zostaną. Tego nikt i nic nam nie odbierze...
Wspomnienia pięknych chwil... bo w końcu w życiu tylko to jest najpiękniejsze - chwile...
Także kochana ciesz się, że miałaś okazję przeżyć takie chwile...
Carpe diem - tylko tyle Ci powiem...

Ja wróciłam do męża...
W sumie chcieliśmy tego oboje.
Jeszcze wiele czasu minie zanim wszystko się poukłada
i jeśli się poukłada,
ale cieszę się tym co mam.
Z marzeń i pragnień nie rezygnuję.
Zamierzam się spełniać zawodowo i w domu.
Za was też trzymam kciuki...

Ps. Z moją przeszłością się nie spotkałam i może lepiej.
Czasem myślę, ale...
Chciałabym wymazać go z głowy, z serca...
Wiem, że ułożył sobie życie, choć brakło mi tego spojrzenia i uśmiechu w jego oczach, ale zdjęcie wszystkiego nie oddaje,
a też nie chcę się łudzić, że On tęskni za mną... czy też pamięta, że istnieje...

Czas goi rany i któregoś dnia może znów będę w stanie powierzyć swoje serce...
i chciałabym by tym kimś był mój mąż...
Małżeństwo gubi rutyna i brak starania się o drugą osobę...
Jesteśmy zbyt pewni, że Ona będzie z nami na całe życie...

113

Odp: Próbuję się odkochać

trudnodarmo masz bardzo głębokie i szczegółowe opowiadania.
Doskonale wiesz jakie popełniasz błędy, strach jaki czujesz z obawy przed ludźmi, sprawia, że nie ufasz nikomu, nawet sobie.
Dlatego potrafisz, tak jak trzecia osoba, stać z boku, oceniać swoje życie, analizować i kontrolować.
Czasem jest to fajne... Pozwala ustrzec nas przed cierpieniem, a czasem... przeszkadza.
Znamy skutek naszego zachowania i analizujemy, czy jest warte, aby poświęcić się, być przez chwilę szczęśliwym, a później cierpieć.
Czasami, też zdarza się, że widzimy siebie, a nie widzimy tego, że wpływamy w pośredni bądź bezpośredni sposób na zachowanie osób, które nas otaczają.
Czy jest to dobre? Oceni czas...
Ktoś mi kiedyś powiedział, że jeśli chcesz być szczęśliwym, musisz czasem być egoistą.
Szczęście innych osób, nie zawsze idzie w parze z Twoim szczęściem...

Ja, w życiu popełniłam wiele błędów i pewnie jeszcze więcej popełnię...
Mam nadzieję tylko, że nie tych samych...
Wiem jedno... O "miłości" już nie chcę słyszeć...
Bez niej da się żyć...

Carpe diem & memento moris...
Cieszę się każdą chwilą, każdym dniem... Cieszę się, że żyję...
Życie to tylko chwila i zamierzam je przeżyć tak, jakby jutra miało nie być...

Codziennie stawiam sobie poprzeczkę, i zawodową, i życiową (lista marzeń),
i staram się ją realizować, tak by kiedy przyjdzie po mnie, powiedzieć, jestem spełniona...

Słowo "miłość" dałam w cudzysłów, bo wiadomo, że są różne rodzaje miłości....

114

Odp: Próbuję się odkochać

Witam...
wracam na forum po długiej nie obecności i ciężkich zmaganiach w życiu.
Jak to mówią: jak się pieprz... to już wszystko, bo czemu los ma nas rozpieszczać.
Wiele się nie zmieniło w ciągu tego roku. Już minął rok...
Z mężem wciąż się borykamy próbując ratować małżeństwo.
Chodzimy do psychologa, ale szczerze nie wiem czy to coś pomaga.
Jestem strasznie sceptycznie do tego nastawiona.
W naszym związku zawsze były wzloty i upadki. Był czas, że wszystko grało, po to by później w ciągu jednej sekundy wszystko spierz...
Teraz jest identycznie. Powiecie, to normalne, wszystkie pary tak mają.
Może i macie rację...
Jak można kochać i nienawidzić jednego człowieka?


Ps. czasem myślę o przeszłości, ale już nie tak.
Czas leczy rany. Zapomnieć się nie da, ale z czasem to uczucie się zmienia.
Dziś nie wiem tak naprawdę za co ja go tak bardzo kochałam.
Nie był tego wart.
Nie widziałam się z nim i nie chciałabym go nigdy w życiu więcej spotkać.
Dzięki odległości było mi łatwiej... jest mi łatwiej. Spojrzałam na to z innej strony.

115

Odp: Próbuję się odkochać

Czas wszystko zmienia... Chociaż ran nie goi... 
Teraz wiem, że było to zwykłe zauroczenie...
Nic nie warta przelotna przygoda.
Spotkałam go,  nic mnie nie ruszyło.
Jednak to,  nie tak po prostu, znam tego przyczynę...
Poznałam przyczynę ciągłego szukania, uczucia pustki, brakujacej części ukladanki.
Dobrze mówią,  że prawdziwa i jedyną miłość spotyka się w życiu tylko raz...
Każda następna to już nie to..., ale jest, choć inna, czasem mniejsza,  a czasem większa...
Jednak gdy spotka się tą druga połowę, to chociażby życie napisało różne zakończenia, zawsze będzie się wiedziało,  że to właśnie o to chodziło...
Życie zatoczylo koło... Choć każdy z nas ma swoje życie...
Jest coś co chciałabm opowiedzieć, ale nie powiem, bo lepiej nie...
Może kiedyś...
Złotym środkiem na wyleczenie,  na zapomnienie, na przekonanie się czym naprawdę jest uczucie, które tkwi w nas jest czas...  Czas i prawdziwa miłość, którą nawet czas i przeciwieństwa losu nie zniszczą...  Nie zabiją uczucia, które jest,  choć czasem głęboko schowane...
Pomimo bólu jakie czasem przynosi to uczucie, to warto kochać...
Jestem wciąż z mężem...
Jest jak jest, czasem lepiej, czasem gorzej, jak to mówią życie...
Jednak od nie dawna wiem,  że wciąż mnie kocha... Może inaczej, od nie dawna pozwolił bym to poczuła... Wiem,  że nie zasługuję na tę miłość...
Mam nadzieję, że tym razem jednak tego nie spieprzę...

116

Odp: Próbuję się odkochać

Od prawdziwej miłości nie można się uciec... Nie można się odkochać...
Można schować ją do pudełka, ale Ona i tak w najmniej oczekiwanym momencie da znać o sobie... Los da nam kolejną szansę, a tylko sami zadecydujemy co dalej...

Posty [ 66 do 116 z 116 ]

Strony Poprzednia 1 2

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Próbuję się odkochać

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026