Tak mialam tak ze najchetniej bym sie rozplakala ale nie moglam. I byly dni gdy wzielam wszystko na siebie i poczulam sie jeszcze gorzej bo pomyslalam ze skoro tyle naodwalalam to nie ma co sie dziwic ze doslownie uciekl ode mnie. Ale potem wmiare uplywu czasu nabralam dystansu do tej sytuacji. Widzialam zarowno swoje bledy jak i jego. Nauczylam sie patrzec z boku na to wszystko. Pozniej przyszedl okres gdy zaczelam sie odbijac - starcilam nadzieje totalnie (bo on sobie znalazl dziewczyne) - placz, spazm, glowa w poduszke i brak checi na to by w ogole istniec. Na drugi dzien zebralam sie w sobie i powiedzialam dosc - to ze kogos znalazl dalo mi cholernego kopa. Zaczelam wowczas myslec o sobie i tylko o sobie. Koncentrowalam sie na tym zeby spedzic milo czas a nie na tym ze "jesli mi zle bo jego nie ma". Poczulam jakas taka silna potrzebe by sobie poukladac zycie na nowo, bawić się, cieszyc zyciem i tym co mam, znalesc kogos. Skoro on umial to ja tez! Nawet jak czasem robilo mi sie przykro i lzy naplywalydo oczu nie pozwalalam sobie na placz. Wyrzucilam go ze swoich mysli, unikalam nawet glupiego fb zeby nie widziec jego statusow, zdjec itd. Naprawde to byl okres gdy czulam sie relatywnie szczesliwa, docenialam uroki wolnosci. No a potem znowu dołek
A ostatnio siedzac sama w ogrodku i sluchajac smutnychpiosenek nagle pomyslalam " kurrcze, nie chce mi sie dolowac" Doslownie tak jakbym chciala sie dolowac na sile i zwyczajnie mi sie odechcialo:D
Ciesze sie ze wczoraj zamiast na ta glupia impreze zwyczajnie poszlam ze znajomymi. Ciesze sie zewczoraj myslalam o sobie. Rzeczyiscie jak czlowiek sie glebiej nad wsyztskim zastanowi to zaczyna dostrzegac bezsens ciaglego zamartwiania sie. Skoro wyszlojak wyszloto trzeba zrobic tak, zeby bylo mi jak najlepiej w sytuacji w ktorej sie znalazlam. I najwazniejsze pytanie : czy to ze siedzei doluje sie przez niego ma jakikolwiek sens? Do czego tym dążę?
Czy to sprawi ze jakies sily wyzsze sie nade mna zlitują i sprawią ze on sie ocknie i znow bedzie mnie chcial? NIE
Czy bedzie mi od tego lepiej? NIE.
Czy mogę jakos fajniej spędzić czas? TAK.
Oczywiscie wiem ze latwo sie mowi, bo sama mam z tym problem. Doskonale znam teorie, wiem co powinnam robic jak sie zachowywac ale.. No wlasnie czasem jest ciezko. Zwlaszcza gdy przychodzą dni gdy nie mam co ze sobą zrobic, bo znajomi np są zajęci a ja siedze w domu. Wiadomo czasem fajnie jest posiedziec samemu, niestety mnie samotnosc na dzien dzisiejszy strasznie przytłacza i szukam kazdej okazji byle sie gdzies z domu wyrwac. Zwlaszcza gdy jest taka piekna pogoda.
Ponadto rozwazam powrot do sportu. Kiedys trenowalam przez prawie 4 lata i bardzo dobrze mi to wychodzilo, ba nawet pare sukcesow odnioslam. Sport byl dla mnie wsyztskim, kiedy wszystkie moje kolezankilataly za chlopakami ja.. ja szlam na trening. Moja najwieksza pasja,zatracilam sie w tym i trenowalam po5x w tygodniu.Ale nadeszla przerwa wakacyjna, klub zamkniety i.. i wtedy poznalam jego.. Co prawda nie zabronil mi trenowac, ani nie szantazowal ale przy moich treningach 5x w tygodniu nie wiem czy to wszystko mialoby sens. W dodatku widzialam ze ja jestem dla niego najwazniejsza a ja wciaz wybieralam miedzy treningiem a spotkaniem z nim, widzialam jak go ranie za kazdym razem gdy wybieram jednak sport i w koncu porzucilam swoją największą pasję. Zreszta nie powiem mi tez jakos zniknela motywacja do trenowania gdy moglam spotkac sie z nim. Wielokrotnie tesknilam za tym ale powtarzalam sobie ze przeciez mam teraz wspanialego chlopaka, ze warto bylo. Teraz wiem na przyszlosc - nie wolno rezygnowac se swoich pasji. Nawet jesli wydaje sie ze cos bedzie trwalo wiecznie to nigdy nie ma takiej pewnosci. Ale nie zaluje niczego w swoim zyciu. Mam takie glupie motto. Wierze w przyczynowosc wszystkiego, ze kazda rzecz, nawet kazdy popelniony blad ma jakis sens. Wiadomo na bledach sie uczymy a szczesliwych chwil tym bardziej nie ma co zalowac. Nie zaluje nawet tego ze latalam za bylym, co wowczas oznaczalo dla mnie walkę o niego i ten zwiazek. Nie wstydze sie tego ze ten zwiazek tyle dla mnie znaczyl, przynajmniej wiem ze robilam co moglam, ze nie zarzuce sobie : a moze gdybym to i to zrobila on by wrocil. Wierzylam ze "walcze" w slusznej sprawie. Zle to robilam? Byc moze. Nauczka na przyszlosc. Teraz podejmuje wciaz najtrudniejsza walke ze wszytskich - nie odzywam sie, nie reaguje na jego zachowaniai staram skupic na sobie. I przyznam szczerze -chyba latwiej bylo za nim latać 
Szafirek nerwica, a w moim przypadku natręctwo myslowe (bo z tym glownie sie męczylam) to naprawde parszywa przypadlosc. Do glowy potrafia przychodzic na prawde przerazajace mysli zupelnie niepasujące do twoich przekonan, charakteru, a najgorsze jestto ze im bardziej probuje sie je odgonic tym czesciej przychodzą one do glowy. Czlowiek zaczyna sie zastanawiac kim naprawde jestskoro takie rzeczy roją mu sie w umysle. To odbiera radosc zycia, nawet gdy ma sie wszystko i jest sie "szczesliwym". Wszystko analizowalam kazdą chwilę zamiast poprostusie nią cieszyc. Teraz chyba troche ze mna lepiej, z drugiej strony potrafi mi sie załączyć obsesyjne myslenie o bylym i analizowanie doslownie kazdego jego kroku. Kazde jego dzialanie potrafie analizowac i doszukiwac sie 10 tysiecy przyczyn. Tyle ze nie wiem czy to juz nerwica czy zwyczajnie reakcja na rozstanie. W kazdym razie osoba z nerwicą chyba silniej to wszystko przezywa.