Chyba są razem...tak sądze po tym co napisała na fb. Albo to moje paranoje. Akurat dzień po tym jak między nami wynikła ta sytuacja, napisała, że w jej życiu zachodzą zmiany. Dla mnie to jasne....
Tak bardzo chciałabym wiedzieć na czym stoję, dlatego ciągle mam wręcz paniczną potrzebę spotkania się z nim, żeby mi powiedział jak jest. Nie zrobię tego, nie dam mu tej satysfakcji. Przez 4 miesiące nie odezwałam się pierwsza (tylko dwa razy) więc nie zrobię tego teraz.Nie prosiłam, nie błagałam, ale też mówiła, o tym, że chcę to naprawić.
Słuchajcie ja jestem załamana, dzieje się coś takiego czego nie umiem opisać. Jest we mnie tyle lęku, rozpaczy, samotności.
Jestem sama przerażona tym co czuję i jakie myśli mi się pojawiają. To cierpienie, które mnie od środka rozrywa, wręcz fizyczny ból, taki przez który mam ochotę wyć, krzyczeć, położyć się na ziemi i nie wstać. Jednocześnie nie umiem zakceptować tego, że to się dzieje, że to koniec. Już nigdy go nie zobaczę, nie przytulę, nic już razem nie przeżyjemy. Jest to dla mnie tak absurdalne, tak nie wyobrażalne, że nie umiem o tym myśleć. Wyparcie. Wtedy, żeby się obronić przed tym bólem, cierpieniem przychodzi ta nadzieja, że to nie może po prostu nie może być koniec. Przecież przez 4 miesiące się spotykaliśmy, nie rozstaliśmy się do końca. Było już coraz lepiej.
Właśnie, jak poradzić sobie z tą nadzieją. Nie układać scenariuszy w głowie, które same przychodzą. Przestać sobie wyobrażać, nie łudzić się już?Jak?Z jednej strony nie umiem zaakceptować tej myśli, że to koniec (pomimo tego, że jestem jej świadoma) a z drugiej strony wiem, że inaczej nie ruszę do przodu. Ale to właśnie śmierć nadzieji boli najbarzdiej.
Moje myśli są straszne. To podzieliło moje życie na przed i po. Za każdym razem jak coś robię np. wychodzę z pracy myślę, że kiedyś wracałam do domu, robiłam dla nas obiad, siadaliśmy rozmawialiśmy, oglądaliśmy film. Byłam taka szczęśliwa, miałam wszystko. Pojawiały się jakieś problemy - to nic, był on, był wsparciem, coś się nie udawało ale się cieszyłam, że przynajmniej mam w życiu to co najważniejsze - mam miłość, jestem z człowiekiem którego kocham i z którym jestem szczęśliwa. Teraz?Teraz nie mam nic. Wszystkie problemy są jeszcze gorsze a jednocześnie tak nic nieznaczące w porównaniu do jego braku.To jest dopiero problem.
Głupota ale wszystko mi się kojarzy. Zobaczyłam w pracy na stole męski włos. Płakałam jak głupia, że już nigdy nie zobaczę jego włosów w łazience i nie będziemy się tak słodko o to sprzeczać.
Kojarzy mi się wszystko!Robię w pracy coś, jakiś projekt który się ciągnie i od razu myślę "wtedy jeszcze byliśmy razem, wtedy jeszcze to czy to" To jest straszne. Mam bardzo rozwiniętą pamięć autobiograficzną. To nie pomaga.
Wszyscy mówią, że jestem młoda, mam 24 lata i całe życie przede mną ale właśnie....całe życie bez niego. A on w mojej przyszłości miał być. Jakby ktoś zabrał mi 90% planów życiowych. Jak myślałam o sobie za kilka lat, to zawsze on był obok, nic nie było tak przerażające jak teraz. Teraz widzę siebie wracającą do pustego mieszkania (paskudnej kawalerki, na inną mnie nie stać), myślącą, że kiedyś on był. Tęskniącą i samotną. Przyszłość jest czarną pustką, to mnie napawa takim lekiem, przez który ledwo funkcjonuję.
Wszyscy mówią poznasz kogoś, kogoś lepszego. A ja?Ja znowu panika. Zaczynam się trząść, to jest atak paniki. Jak będzie wyglądał ten ktoś, co teraz robi, kim jest, jak będzie miał na imię?To jest straszny lęk. Bo to przecież miał być on, więc nie może być nikt inny. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym się przytulić do kogoś innego, z kimś innym zrobić to co robiłam i miałam robić z nim. To po prostu nie może być nikt inny. Ja się boję.Poza tym nie oszukumy się, nie jest tak łatwo poznać kogoś kogo się pokocha i ktoś pokocha nas. Gdyby tak było to nie byłoby tylu samotnych ludzi. A Ci najfajniejsi, najbardziej wartościowi są już zajęci albo dosłownie, albo mają zajęte serducha.
Wiem, to chore. Moja mam już nie chce ze mną rozmawiać, mówi, że robię tragedię z niczego. Ale dla mnie to jest tragedia. Zawsze się zastanawiałam jak ludzie sobie radzą po rozstniu, jak to możliwe, że żyją normalnie. Zawsze myślałam o osobach, które nikgo nie mają i było mi ich tak szkoda. A teraz sama taka jestem. I owszem był moim pierwszym mężczyzną, przed nim całe swoje życie byłam sama. I wtedy też chciałam poznać kogoś, tęskniłam za uczuciem wcale go nie znając, teraz je znam więc tęsknie za konkretną osobą i uczuciem.Wiem jak to jest kochać, być kochanym, być szczęśliwym, brakuje mi czegoś co znałam i miałam przez 3 lata.
Teraz jeszcze tak naprawdę nie wiem czy są razem, ale wiem, że dopiero najgorsze przede mną jak już się upewnię. Myślenie o tym, że jest z nią, z nią robi to co ze mną, jej daje szczęście, które dawał mi. Do niej mówi tak jak do mnie, z nią planuje to co mieliśmy przeżyć razem.
Mam momenty, w których patrzę na ludzi w tramwajach/autobusach i myślę sobie: nie ja pierwsza i nie ostatnia, każdy pewnie coś takiego przeżył. Ale wydaje mi się, że jedni przeżywają mniej inni gorzej. Jedni sobie radzą, inni nie.
Wszyscy mówią: skup się na sobie. Ale jak? Po co przeżywać coś czego nie można z nikim dzielić?Po co mam zacząć robić coś (np wyjść na rower) skoro mu o tym nie opowiem. Wiem, to głupie ale jakby wszystko straciło sens. W życiu miałam tyle spraw z nim przeżyć: obronę magisterki, zmiana pracy. Teraz nic już razem nie przezyjemy. Jak to boli. Zroić obiad?Po co?Zawsze jedliśmy razem. Wyjść gdzieś?Po co?Ani mu tego nie powiem, a poza tym zawsze robiliśmy to razem. Jakby nic mnie nie czekało. Nic nie jeste dla mnie ważne, nic nie jest znaczące.
Mówią: masz pracę, rodzinnę, znajomych. Ale praca mnie nie przytuli, nie porozmawia ze mną, nie zastąpi bliskiej osoby. Znajomi?Od czterech miesięcy się z nikim nie widziałam, każdy ma swoje życie. Wychodzę z pracy i jadę do babci. Dawno nie spałam sama bo się boję. Moja mama nie chce ze mną rozmawiać, a Babcia sama straciła Dziadka półtora miesiąca temu. I ona mi mówi, że przeżywam to barzdiej niż ona.
Jestem bardzo zła na siebie, że tak to przeżywam, że jestem taka słaba. Nie chcę już tak czuć, tak myśleć. Ale nie umiem. Tak bardzo bym chciała. Nie ma minuty, żebym o tym nie myślała. Nie mogę się na niczym skupić, nie wiem co ludzie do mnie mówią.
Wiem, że sama się zatracam, spadam coraz niżej, ale nie wiem co zrobić, żeby było inaczej. Nigdy nie umiałam radzić sobie z problemami, a teraz to już jest tragedia. Ja nie wierzę, że to się dzieje, to nie może być koniec.