Wczoraj mialem podly humor, nie umialem go zmienic, moze dlatego ze to byl 13sty. Zajalem sie wiec robota w domu. Byle przez chwile pobyc sam i przemyslec to wszystko. Najgorsze jest to ze teraz widze wszystko w czarnych barwach. Ze ona wycofuje sie, ze to ja zawinielem, ze spedzalismy za duzo czasu ze soba, ze nagle przyszedl przesyt. Ze powinnismy dac sobie rowniez troche przerwy od siebie. No ale czy nie jest to norma jak sie meiszka razem. Zycie pod jednym dachem to tolerowanie kogos 24/7, to jest sztuka, tego trzeba sie nauczyc. I milosc w tym pomaga.
Ale przeciez bylo tak cudownie robic wiele rzeczy razem, wycieczki rowerowe, teningi, nocne spacery, kino...koncerty. Przeciez to laczy a nie dzieli... Pamietam jeden z najwspanialszych wieczorow, kiedy to posliszmy do kina, i po seansie zaproponowalem abysmy nei jechali do domu jeszcze, tylko poszli na spacer. Poszlismy w miejsce gdzie sa ruiny, gdzie sa skaly nad brzegiem morza. Przeszlismy wokolo wybrzeza. Lazilismy tak do 2 w nocy, tylko gwiazdy i ksiezyc byl z nami. Ot spacer, ale byl szczegolny....czulem wowczas jak moje serce bije dla niej.
Zaczynam myslec o jej wyjezdzie jako o pewnego rodzaju terapii. Moze te 3 dni rozlaki obudza na nowo ogien....
Dzisiaj wieczorem odwozimy dziecko do tesciowej, mieszka ok 80km od nas. Poprosila czy nie mozemy jej przywiezc na te 3 dni. Moja dziewczyna nie spytala czy chce jechac z nim, ot dla towarzystwa, a w zasadzie nie rozmawialismy o tym. Gdy spytalem czy chce abym, jej towarzyszyl odpowiedziala ze to zalezy ode mnie. Pomyslalem ze, czemu nie, przeciez zawsze jezdzilismy do rodziny razem.
Ale teraz mysle ze zostane w domu. Zaczalem sie czuc jak *ogon*. Gdzie ona, tam i ja, gdzie ja tam i ona. Po tych kilku dniach przemyslen stwierdzilem ze musze jej dac troche przestrzeni. Ze moze powinna czasami tez robic jakies rzeczy sama, beze mnie. No fakt to jest wyjazd do rodziny, ale czy zawsze musi ciagnac "ogon" ?
Tak jak wspomnialem, do pracy jezdzimy razem, z pracy tez. Pozniej siedzimy w domu. Ot zwykle rodzinne zycie, dla mnie to norma, ale moze ona potrzebuje wiecej czasu zeby sie przelaczyc na taki tryb. Dwa lata mimo wszystko to dlugi czas (chociaz krotszy niz moje 6).
Mam w sobie lek, strach, ze juz jest za pozno, ze nie dostrzeglem czerwonej lapki w pore, ze teraz juz tylko rownia pochyla...ze zepsulem cos najpiekniejszego....Rujnuje to moje nastawienie, ego, humor....
Nie umiem sie usmiechnac, nie umiem czerpac radosci z tego co mam. Siedze w milczeniu, i sie jeszcze bardziej nakrecam. Jak to zmienic, jak to przezwyciezyc....Jak to wziac na luz i byc tym samym facetem co kiedys, z ktorym chciala byc....
Moze zrobilem to w zlym momencie, ale w drodze do pracy spytalem ja czy na pewno jest wszystko ok. Bo zauwazylem ze nie usmiecha sie juz tak czesto jak kiedys. Czy moze cos ja meczy. Odpowiedziala ze jak cos bedzie ja meczyc, na pewno mi o tym powie i zwalila to na zmecznie. Mysle ze ona juz o tym wszystkim mysli, ale nie do konca wie co z tym zrobic. Jest madra kobieta i i zanim podejmie decyzje przemysli to.
Moze byloby latwiej gdyby wylozyla kawe na lawe, bo latwiej wowczas przedyskutowac wszystko. Nie jestesmy 15tkami i wiemy czego chcemy w zyciu. Moze dlatego ona probuje. Chociaz przyznam ze i slowo kocham pada co raz rzadzej, czy nadejdzie dzien kiedy ono zniknie calkiem?? Czy tez bedzie tylko slowem...ktore bedziemy wypowiadac na pozegnanie i powitanie? Po to aby nas utrzymac przy sobie....
Zamiast poprawiac moje nastawienie, tylko je pogorszam, zamiast radosci mam smutek...boje sie ze z takim nastawieniem zabije moje uczucie do niej...a przeciez jest ono takie silne...
ale przeciez ona nadal ze mna jest, nadal cos czujemy....nadal zyjemy razem, fakt tak jakby troche dalej od siebie...ale mzoe ja za duzo mysle? Moze powininem to zostawic jak jest i cieszyc sie z tego ze jest obok mnie, tak dlugo jak to mozliwe....?????
Czasami zastanawiam sie czy brak klotni rowniez nie pogarsza sytuacji...nie mowie tutaj o rzucaniu talerzami...
bo przeciez male klotnie wzmacniaja nas...czyz nie???
hehehe spoko, nie bede szukal zaczepki, nie wiem czy bym umial klocic sie z nia...
Ehhhh to bedzie ciezki weekend...chcialem spotkac sie z kolegami aby nie siedziec sam w domu ktory przeciec caly jest przesiakniety moja kochana....tpo jest jak tortura, specjalnie jak cos sie dzieje w zwiazku...
niestety nikt nie jest dostepny w weekend...:((((