Juz jestem i poslusznie melduje sie na posterunku:)
Poczytalam waszych postow az mi sie w glowie wszystko zmieszalo, bo przez tych pare dni powstaly tu conajmniej dwa rozdzialy ksiazki kucharskiej: ciasta oraz potrawy z grzybow..do tego doszly narzekania na koniec urlopow (a co? niektorzy juz od miesiaca morduja sie w robocie, musi byc jakas sprawiedliwosc na swiecie;), klopoty zdrowotne maluszkow (oby juz minely), rozterki co zrobic z niezdyscyplinowana przyjaciolka, masa kawalow o ksiezach, debilach i zle wycenionych szparkach. Czyli opowiesciowa magrigula:)
I jak ja mam tu do czegos nawiazac jak nie wiem skad zaczac?
Moze od tej obiecanej szarlotki:)) Bo to akurat to jest cos, co umiem i nigdy mi zle nie wyszla:) Mniej wiecej tak:
http://www.winiary.pl/przepis.aspx/66793/szarlotka-lub-plesniak-z-jablkami
z ta roznica, ze ja jablka (7 wielkich sztuk) tre na grubej tarce (tzn. z duzymi oczami) a nie kroje w paski. I w zyciu niczym ich nie zageszczam, zadnych kisieli ani zelatyny..ble. Czyste jablka z cukrem, wanilia albo cynamonem, ew. sok z cytryny jesli sa malo kwasne zostawiam w misce na czas gniecenia ciasta. Jak tak postoja troszketo sok sam pusci i ja go odlewam a jak jest naprawde plynnie to troche bulki tartej wystarczy, wessie sok. Jadlam kupiona szrrlotke u rodzicow teraz i do piet mojej nie dorastala, byla jakas gumiasta wlasnie przez ten zageszczacz. Ja lubie smaki naturalne.
To tyle odnosnie szarlotki, na jesienne wieczory pycha:) Ale nie dla mnie..ja od dzis mam diete rezim..postanowienie: do konca wrzesnia -5kilo, do swiat -10 a jak dobrze pojdzie to do nastepnych wakacji - 12-15kg. I na tym koniec bo sie zeszkielece.
Polazilam sobie w Warszawie po Arkadii i napatrzylam na piekne lachony w rozmiarach XS i nabralam jakos ochoty na powrot do sylwetki z lat szkolnych:)) Przynajmniej tam gdzie sie da, bo biust to juz chyba chirurg musialby mi odchudzic:( Jak ja zazdroszcze tym plaskoklaciastym kobitkom.
Poza tym wybralam sie do fryzjera (bo jednak polskie fryzjerki maja jakis lepszy dryg do obcinania no i cena tez przyjemniejsza niz tutaj:) i w czasie kiedy kolor mi chwytal poczytalam w ktorejs Vivie czy innej Gali o tym jak to Agata Mlynarska, Kasia Zielinska i jeszcze jedna pani minister spadly z rozmiarow XL do M. Pomyslalam sobie "skoro one mogly to dlaczego nie ja?". No i zaopatrzylam sie na dzis w 3 male porcje obiadowe (bezmiesne:)) i mam nadzieje wytrwac w postanowieniu az efekty beda golym okiem widoczne.
Czasem krocutko zloze raport jak mi idzie:)
Pogodowo to Warszawa dala mi niezle w kosc. Jak nie upal +30 to znow burza z pierunami i grzmotami jak na Dzien Wyzwolenia. Przyznac musze, ze tutejszy klimat jjest mniej "rozrywkowy" i jakos bardzie ustabilizowany. W sobote bylo bosko, slonce i bezwietrznie..po raz ostatni pewnie tego lata wybyczylismy sie na lezakach i nawet zarozowilismy sobie nosy.
Dzies niestety pada i jest wietrznie..czas swiec nieublaganie nadciaga:)
Teraz troszke odrobie zaleglosci w mailach ale obiecana opowiesc dokoncze..tylko czy aby na pewno nie zanudze Was historiami o pieknym Czechu i niegrzecznej Polce?
Zdrowka zycze i odezwe sie pozniej nieco:))