Kochani, przez ostatnie 5 miesięcy baaardzo wiele się u mnie zmieniło. Udało mi się zgubić te moje ciążące 5kg i ciągle jestem na dietce. Udało mi się założyć własną firmę, w lutym ukończyłam kolejną szkołę.
Ciągle regularnie co 3 tygodnie chodzę na terapię. Przyznaję, że ma swoje efekty: nigdy wcześniej nie czułam się tak silna jak teraz... Kurcze, tak wiele się zmieniło...
Co trzecia sesja u terapeuty to wizyta z Czarkiem. Za miesiąc ślub. Dobrze nam się układa. Kocham go mimo wszystko- ale dziś wiem, że gdyby cokolwiek się wydarzyło, potrafiłabym i żyć bez niego (a kiedyś sobie tego nie wyobrażałam).
A mama? Cóż, będzie na ślubie- bo tak na dobrą sprawę nie wyobrażam sobie bez niej tej uroczystości. Nasze stosunki nadal są chłodne i myślę, że długo się to jeszcze nie zmieni. Mimo to gdzieś w głębi duszy poczułam ulgę wiedząc, że będzie na ślubie. Ale za namową psychologa "wywaliłam kawę na ławę". Dałam ultimatum- podczas wesela mama nic nie pije i po drugie, jeśli jeszcze raz (kiedykolwiek) będzie się zachowywała jak przedtem, będzie musiała zapomnieć, że ma córkę. Zagroziłam, że gdyby tak zrobiła to z pewnością nie zobaczy mnie, przyszłego męża i być może wnucząt za kilka lat.
Mam szczerą nadzieję, że przynajmniej przez najbliższy czas nic się nie pogorszy.
CO NAJWAŻNIEJSZE!
Chcę Wam bardzo podziękować za komentarze (i te pozytywne i negatywne). Bardzo mi pomogły w najgorszych momentach.
Trzymajcie za mnie kciuki. Pozdrawiam Was gorąco!