Jestem, jestem, czytam bardzo uważnie każdy jeden post. Nie odzywam się, bo czasem brakuje słów, ale cieszę się że dyskusja zeszła na takie tory, bo już się obawiałam, że zakończy się na obrzucaniu mnie błotem w celu uświadomienia mi jaka to jestem zła itd itp. Facet39 - to nie offtopic - chciałam właśnie takiego dialogu, wspólnego zastanowienia się nad tym, skąd się biorą takie sytuacje. Bo to nie jest tylko tak, że wszyscy mężczyźni to świnie, a samotne kobiety to czyhające na nich harpie, które pod otoczką samotności i niedowartościowania knują intrygi i wykorzystują kryzysową chwilę w czyimś małżeństwie.
Ktoś mnie zapytał dlaczego brnęłam dalej w tą znajomość gdy już sobie zdałam sprawę z tego, że się zakochuję. Rozpoczęłam ten wątek między innymi po to, żeby komuś pomóc coś zrozumieć, więc odpowiem tak szczerze jak umiem. Po pierwsze naiwność - sądziłam, że to ja się zakochałam, a dla niego jestem i zawsze będę tylko przyjaciółką. To wynikało stąd, że on nakreślał i bardzo wyraźnie nazywał granice. Ignorowałam podpowiedzi mojej kobiecej intuicji, bo przecież kobieta zawsze wie, że się komuś podoba, że ktoś zaczyna do niej czuć coś więcej. Ale ignorowałam je, bo sądziłam że pewnie widzę to co chcę widzieć, a powinnam bardziej słuchać jego słów, a nie swojej intuicji. Po drugie - pewność siebie. Wydawało mi się, że to tylko jakieś tam zauroczenie, i choć widziałam że się rozwija i przybiera na sile, to byłam tak spragniona takich uczuć (w sobie, nie w nim), że nie chciałam ich zastopować, naiwnie sądząc, że jak przyjdzie czas że będę musiała zapłacić za nie wszystkie bólem, to dam sobie radę. Do tego doszła jeszcze samotność, no i to słynne poczucie że spotkałam bratnią duszę, osobę która mnie rozumie jak nikt inny.
Zz2 - rzeczywiście gdzieś tam po drodze okazało się, że w ich małżeństwie nie jest tak różowo jak myślałam. O co tak dokładnie chodziło nie wiem, nie dopytywałam bo nie chciałam wiedzieć - świadomość tego co jest źle dawałaby mi znów nadzieję, próbowałabym pewnie rekompensować mu to, czego brakowało mu w związku. A jak nie wiem, to i nie wiem co miałabym rekompensować, więc nawet nie kusi żeby to robić. Jest tak jak mówisz - w związku na którym nam należy nigdy, absolutnie nigdy nie należy sobie zrobić urlopu od okazywania sobie uczuć, od czułości i bliskości, a już z pewnością nie wolno sobie pozwolić na niesłuchanie i niemówienie o tym, co boli, czego brakuje i czego potrzeba. Aczkolwiek oczywiście - nie jest to żadne usprawiedliwienie dla zdradzającego, bo dopóki istnieją powody dla których warto trwać w jakimś związku - należy o niego dbać i nie spoglądać na boki szukając bratniej duszy. A gdy zniknie ostatni powód - to uczciwie się rozstać, bo to (chyba) mniejsze zło jakie można uczynić kochającej osobie niż zdrada.