Długo się wahałam czy tu napisać... Ale czytam to forum już od prawie od 2 miesięcy i wiem, że bardzo mi ono pomogło, więc może moja historia też komuś pomoże. Sama historia - cóż - banalna, taka jakich tu mnóstwo. Tak - forum pomogło mi strywializować coś, co wydawało mi się niesamowite, niezwykłe, niespotykane. Myślałam, że takie uczucie się nie zdarza, takie historie to rzadkość. Tu uświadomiłam sobie, że jestem jedną z tysięcy kobiet, które przeżywają podobne sytuacje.
Nie jestem kochanką - o ile definicja kochanki zawiera zapis o sypianiu ze sobą. Więc nie - seksu nie ma w mojej opowieści. Jestem ja - kobieta, która pokochała żonatego mężczyznę. I On - żonaty mężczyna i ojciec, który pokochał mnie. Wszystko działo się stopniowo. Ja byłam samotna, mój narzeczony musiał wyjechać i zostałam sama w obcym mieście, bez znajomych, bez przyjaciół. Jedynym moim towarzystwem byli koledzy z pracy - cudowni ludzie, z którymi zaczęłam się w tym okresie bardzo mocno zżywać. Stworzyliśmy fajną paczkę. Wśród nich był On. Mimo że pracowaliśmy ze sobą już jakiś czas - dopiero wtedy zaczął mnie "zauważać". Nie wiem dlaczego. Mówił, że po prostu chciałby się ze mną zaprzyjaźnić, że w jakiś sposób do niego docieram. Ja byłam samotna i potrzebowałam takiego przyjaciela. Lampka ostrzegawcza mi się nie zaświeciła, bo wiedziałam że bardzo kocha swoją żonę, że tworzą zgodne małżeństwo. Bardzo często o niej opowiadał i były to ciepłe słowa, przekonujące mnie o jego uczuciu do niej. Zaczęliśmy się spotykać coraz częściej - żona nie miała nic przeciwko, ufała mu... A ja się zaczęłam zakochiwać - rzeczywiście ja docierałam do niego, on w jakiś sobie tylko właściwy sposób docierał do mnie - zamkniętej introwertyczki. Z tym uczuciem gasła moja miłość do narzeczonego. Nigdy w nim tak naprawdę nie byłam zakochana, byliśmy ze sobą bo przyjaźniliśmy się i ... nie było źle. Ale teraz zaczęłam odczuwać wszystkie braki, dokładnie wiedziałam i umiałam nazwać to co mi w nim nie pasuje... Rozmawialiśmy ze sobą, próbowaliśmy, ale nie udało się tego związku uratować - tylko i wyłącznie z mojej winy... Ale nie potrafiłam go oszukiwać i wyjść za człowieka, którego nie będę w stanie kochać 100% miłością.
Gdy tylko z nim się rozstałam, moje spotkania z przyjacielem z pracy zaczęły się zmieniać. Pojawiła się bliskość, dotyk ręki, przytulenie... Na szczęście nic więcej, oboje nie byliśmy w stanie przekroczyć granic jeszcze bardziej. Ale widać było, że ze spotkania na spotkanie emocje są coraz większe, sami zaczęliśmy się ich bać i zastanawialiśmy się gdzie to wszystko zabrnie. Jednocześnie nie byliśmy w stanie zatrzymać tej siły, która pchała nas ku sobie. Pewnego dnia on poinformował mnie, że opowiedział wszystko żonie, nie był w stanie dłużej ukrywać przed nią tego, co się z nim działo. I paradoksalnie - we mnie wszystko się wywróciło. Mimo że zawsze powtarzał, żebym nie robiła sobie żadnych nadziei, że nigdy nie byłby w stanie zostawić żony, mimo że powiedział że po tej rozmowie postanowił ratować swoje małżeństwo - we mnie wtedy właśnie narodziła się nadzieja. Dotarło do mnie, że skoro podjął decyzję, to oznacza, że w ogóle rozpatrywał alternatywne wyjścia... Mimo wszystko spotykaliśmy się dalej - ale były to tak naprawdę "kradzione" chwile. Rozmowy stawały sie coraz bardziej intymne i zbliżające nas do siebie. Dlatego też ja nie umiałam się pozbyć tej głupiej nadziei... Wariowałam. Wpadałam w histerię. Byłam kompletnie sama, nawet nie miałam z kim o tym porozmawiać. Aż wreszcie nadszedł dzień i słowa, które mnie otrzeźwiły. Słowa wypowiedziane przeze mnie samą - powiedziałam wprost bez ogródek że chcę z nim być, że chcę żeby zostawił rodzinę. Nie od razu do mnie dotarł sens tego co zrobiłam. Ale gdy dotarł to było jak kubeł zimnej wody. Pomyślałam sobie - dość, przecież nie jestem taką kobietą, nie jestem takim człowiekiem. Przecież nie byłabym w stanie zbudować swojego szczęścia na takiej historii, nie mówiąc o tym, że on nigdy by tego szczęścia ze mną nie zaznał męcząc się z wyrzutami sumienia i poczuciem winy.
Od tamtej pory byłam na długim urlopie, nie widzieliśmy się naprawdę długo. On zerwał kontakt, to bolało bardzo o tyle, że zrobił to "bez ostrzeżenia", a wcześniej obiecywał przyaźń - mimo wszystko. Po prostu przestał odpisywać na smsy, kompletna cisza. Miałam żal. Ten żal pomógł mi trochę ochłonąć, przestać rozmyślać i zacząć powoli dochodzić do siebie. Wydawało mi się że jest lepiej. Może nie dobrze, ale lepiej. I potem wróciłam do pracy... Wróciłam i zobaczyłam w nim taką tęsknotę i uczucia, jakich nie widziałam nigdy. Jakich nigdy nie wypowiedział, ale w sumie nie musiał. Widzę jak się miota, jak będąc w pracy chowa twarz w dłoniach, jak smutno patrzy na mnie. Wszystko wróciło, nie potrafię zostać obojętna patrząc na jego ból. Powiedział mi że nie może zostawić swojego małego dziecka, ale nie umie też pogodzić się z całą tą sytuacją i się do niej przyzwyczaić. Bardzo ciężko mu ratować małżeństwo - po przeczytaniu mnóstwa historii na tym forum wcale się nie dziwię, wiem jak to wygląda... Nie rozmawiamy wiele - ja tego unikam, bo zwyczajnie się boję... I on chyba też. Ale są gesty, spojrzenia, drobiazgi których nie da się ukryć. Nie wiem dokąd to wszystko zaprowadzi. Nauczyłam się myśleć że on nie zostawi żony. Nauczyłam się nawet myśleć że wcale tego bym nie chciała. Bez żadnego "ale". Tylko że on mi nie ułatwia...
Nie wiem co dalej robić. Więc nie robię nic. Ani ja ani on nie możemy w tej chwili zmienić pracy, a to chyba jedyne rozwiązanie. Nie możemy, a może nie chcemy... W każdym razie - nie widzę żadnego sensownego wyjścia. Więc tak sobie będziemy żyć, pracować, męczyć się patrząc na siebie... Strasznie dużo napisałam, wiem i dziękuję za przeczytanie - chciałam w miarę dokładnie przekazać to co przeżywałam przez ostatnie miesiące. Może coś mi doradzicie, a może tylko dostanę po głowie. Tak czy inaczej - cieszę się że mogę się z kimś podzielić tym, co we mnie siedzi i nie może znaleźć ujścia....