"szkoda ze te powolne umieranie zwiazku nie trfa szybciej, chodzi mi o to abys sie w lata nie wpedzila." tak źle to nie będzie :-D Nie zamierzam trwać w takim związku nie wiadomo ile :-) Gdzieś tak podświadomie czuje, że to i tak już za jakiś czas się skończy, bo niby on chce ale nie bardzo widzę aby się starał, chociaż może dla niego to staranie właśnie na tym polega co teraz jest, ale dla mnie to za mało i najwyraźniej czego innego oczekujemy albo się spodziewamy. Tak czy inaczej żadne lata mi nie grożą:-) Ja muszę pozwolić aby i we mnie to uczucie wygasło i takie zachowanie z jego strony chyba mi w tym pomaga, chociaż wiem że jeszcze daleka droga przede mną.
"obserwuje twoj watek, widze ze stoi w miejscu, jakbyscie sie nawzajem oszukiwali aby bolalo mniej..." chyba sporo w tym prawdy, ale na ten moment tak jest lepiej albo może zwyczajnie łatwiej
Podobne tematy
No moje Drogie, moja sytuacja zawodowa zmieniła się na tyle, że zamieszkam bliżej niego(to chyba będzie z jakieś 40 km), ale zawsze to mniej niż teraz i zobaczymy jak to będzie. W ciągu dwóch tygodni się tam przeprowadzam, ale moim głównym planem jest skupienie się teraz na pracy, a dużo nauki przede mną więc chociaż wypełnię sobie szczelniej ten czas. Trochę śmiać mi się chcę jak sobie pomyśle, że i tak miałam się tam przenieść po ślubie i mieliśmy tam dopiero jakoś wszystko poukładać, żeby było dobrze(dojazdy do pracy itd.), a teraz może się okazać, że się przeniosłam do zupełnie obcego miasta i zostanę tam sama a ja najbardziej martwię się o to, że nie będę miała z kim na kawę wtedy chodzić hehe
Póki co muszę znaleźć jakiś pokój, a szukam już od pewnego czasu i nic konkretnego nie ma, a sama na mieszkanie nie mogę sobie pozwolić ![]()
198 2011-07-01 19:09:14 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2011-07-01 19:12:45)
Ewelinko , moim zdaniem takie odpicowanie się, by inni zwracali uwagę to nie jest dobre na dłuższą metę, a np jeśli załóżmy nie oglądaliby się , bo nie byłabyś w ich guście , to co ? Przejęłabyś się tym ? Facet powinien szaleć za Tobą, niezależnie czy się za Tobą oglądają czy nie, nie mam racji ? Za mną się nie oglądają, bo nie jestem zbyt urodziwa i nigdy nie widziałam na sobie męskiego spojrzenia, ale mój facet kocha mnie i to widać
Wiem, że pisałaś to dawno, bo w kwietniu, ale wiesz.. ![]()
Ewelinko, czemu się tam przeprowadzasz ? Ta cała sytuacja trwa tak długo, że naprawdę uważasz, że coś się zmieni i tak postępuje zakochany facet??
truskaweczka19 zrobiłam to wtedy raz chyba z czystej potrzeby dowartościowania się chociaż na chwilę, bo po tej całej sytuacji moje poczucie własnej wartości osiągnęło stan poniżej zera(no skoro on mnie już nie chce itd.), pomogło więc ok, chociaż normalnie takie zachowania facetów mnie bardzo irytują, a jeśli jeszcze widzę jak kolesie, którzy idą ze swoimi dziewczynami bezczelnie oglądają się za innymi to mnie szlag trafia, chociaż nie jestem ich kobietą, bo to dla mnie jest brak szacunku, i dlatego u swojego faceta czegoś takiego nie toleruje i nie tolerowałam(mówię tu o takich typowo "samczych" spojrzeniach, a nie jak ktoś zerknie, czy zwyczajnie patrzy w stronę jakiejś ładnej dziewczyny, tylko wiecie takie "zrobiłbym ją tu i teraz" i najlepiej jeszcze jakiś głupi komentarz do tego), a jeśli o mnie chodzi to mnie też w zupełności wystarczy jeśli podobam się tylko mojemu facetowi.
Co do tej przeprowadzki to powiem tak, nie za bardzo wierzę aby coś się zmieniło, i nawet ostatnio rozmyślałam o tym żeby jednak z tego względu tego nie robić i zostać tu gdzie mam znajomych i rodzinę, ale w mojej okolicy, chociaż niby Kraków nie ma zwyczajnie pracy chociażby trochę zgodnej z moim zawodem(a jak jest to wymaganie takie, że powinnam była zdobywać doświadczenie najlepiej już w liceum), a bardzo chciałabym w nim pracować, oczywiście szukałam jej i tu i tam, jednak więcej tam było ofert pracy i tam udało mi się dostać więc zdecydowałam się, że tam wyjadę. I tak jak mówię, kiedy w końcu przeprowadzę się bliżej niego może okazać się, że już nie mam po co, ale o ile wcześniej chciałam tylko ze względu na niego to teraz chcę przede wszystkim dla pracy, a prywatnie jak mi się życie ułoży to zobaczymy(a nuż tam spotkam jakiegoś fajnego chłopaka:) ).
200 2011-07-01 22:54:26 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2011-07-01 22:55:05)
Rozumiem Ewelinko, np masz rację, skoro masz okazję tam się rozwinąć, czego nie mogłaś przez tyle lat zrobić tu, to wyjedź , spełnisz swoje marzenia i będziesz kobietą spełnioną.
To smutne, że tyle czasu minęlo, a Twój Facet chyba nadal nie wie czy mu na Tobie zależy. To naprawdę przykre. W każdym razie pogrywa nie fair, bo miał moim zdaniem wystarczająco czasu na przemyślenia.
Też mi się tak wydaje i to raczej świadczy, że nic z tego już nie będzie. Teraz jak się spotykamy to ktoś patrzący z boku nigdy nie domyśliłby się, że coś między nami jest nie tak, to zwykle on pierwszy bierze mnie za rękę, przytula, ale tak od siebie czuje, że może to jest bardziej przyjacielskie, kiedyś nie zwróciłabym na to uwagi, bo dla mnie jest to pewien naturalny etap, ale wydaje mi się, że może jemu brakuje tego co było na początku, a do tego raczej już nie wrócimy. Ale tak jak sobie obiecałam staram się już tego nie roztrząsać, i żyć "tu i teraz" jeśli chodzi o nasz związek, czyli nie oczekuje, że on nagle padnie na kolana i wyzna, że jednak mnie kocha i przeprasza, nie myśle o nas przyszłościowo, bo nie chcę się później rozczarować. Wiem, że może dziś tak będę mówić a czas zweryfikuje moje słowa, ale chciałabym jeśli się rozstaniemy, aby to było raz na zawsze, bez powrotów i odgrzewania bo to w znakomitej większości przypadków i tak nie wychodzi. A do tego potrzebuje odzyskania w pełni swojego życia, i złapania równowagi bo jak już dawno pisałam, właściwie wszystkie plany i nadzieje uzależniałam od niego(no bo w końcu mieliśmy wziąć ślub). I to jest to co teraz robię, skupiam się na tym co chcę robić w przyszłości, jak ją widzę ale nie uczuciowo tylko zawodowo, a to że on ciągle gdzieś tam jest z boku daje mi pewną siłę, bo w przeciwnym razie zapewne szybko bym się rozsypała psychicznie, bo ciągle go kocham, ale jak to ktoś kiedyś powiedział 'każdego dnia jakby trochę mniej' a trochę bardziej siebie(no nie dosłownie, ale mam nadzieje, że wiesz o co mi chodzi:) ).
202 2011-07-01 23:34:06 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2011-07-01 23:34:42)
Rozumiem, że jesteś już w pewnym stopniu przygotowana na koniec. Od początku wątku czułam, że owszem bardzo Go Kochasz, ale oprócz tego jesteś silną kobietką, która na pewno nie będzie męczyć się jesli uzna, że związek nie ma sensu i poradzi sobie , bo ma tyle planów i nie tylko związanych z facetem .
Zycze , by wszystko się ułożyło
Zaglądaj na forum dalej ![]()
Witaj tajemnicza lady ![]()
Twój wątek wydał mi się bardzo znajomy, więc zapisałam się na forum. Z moim facetem też tak było, ciężko mi zrozumieć, czemu faceci są czasem tacy pokręceni, a my kobiety wierzymy w ich dobre i szczere intencje. Ehhh nie mam siły się rozpisywać, ale krótko mówiąć powiem, że miał być ślub, a on przed ślubem, że ma wątpliwośći, a do tej pory był taki pewien...
Mam nadzieję, że jeszcze popiszecie dziewczyny w tym wątku. Jakoś nie czuję, żebym sobie z tym poradziła, pewnie dlatego, że jesli się kocha, to nie jest tpo takie proste.... samo życie ![]()
Ewelinko, co słychać?
205 2011-07-25 18:00:42 Ostatnio edytowany przez graka (2011-07-25 18:03:10)
ewelina102 no właśnie , jak tam sytuacja?
skowronek83, napisz coś więcej. Zrezygnował całkowicie ze ślubu?Co jest obecnie między Wami?
Między nami jest moje głupiutkie zakochanie, świata nie widzę poza nim, ale powoli otwieram oczy. Jedyne, co mi mówi, to znane jak widze na tym forum "nie wiem, nic nie wiem". A że facet nie jest zdecydowany, to ja popycham tą całą sytuacje do decyzji, tylko on nie chce podejmowac decyzji. Zrezygnowałam ze ślubu, nie chciałam rezygnowac z niego, wręcz przeciwnie od kilku miesięcy daję mu szansę, ale on jej nie wykorzystjue. Kilka dni temu powiedziałam mu, że powinniśmy się teraz rozstać, choć i tak nie zamknęłam drzwi za nim, a pewnie powinnam. Nigdy nic złego mi nie powiedział, nigdy nie skrzywdził, tylko to teraz jego "nie wiem", albo aż tylko to....
Nie rozumiem chłopów!!! Kurcze to on zawsze mówił, że mnie kocha, że w końcu znalazł właściwą osobę, a teraz nagle nie jest taki pewien, ale to tak jest chyba w życiu.
ewelina102 no właśnie , jak tam sytuacja?
skowronek83, napisz coś więcej. Zrezygnował całkowicie ze ślubu?Co jest obecnie między Wami?
skworonek83 ile byliście razem? Kto wyszedł z inicjatywą ślubu i po jakim czasie? Czy były zaręczyny? Ile macie lat?
Czasem faktycznie może najść wątpliwość, myślę ze to nie dotyczy tylko mężczyzn, ale i kobiet. Czasem są to decyzje zbyt pochopne, pod wpływem emocji z naciskiem ze strony rodziny itd .
Swoją drogą mam wrażenie, że za tym stoi inna kobieta. Czy narzeczony/ chłopak pracuje- są tam jakieś kobiety? stał się nieobecny> zamyślony ? nieswój?
Jeśli tak- jakie to klasyczne.....
Ja mam 27, on 26 lat. Jesteśmy ze sobą 2 lata, po roku on zaręczył się ze mną i zaczeliśmy planować ślub. Nie było rzadnego wymuszenia. Myśle, że zrobił to będąc wtedy pewnien, niestety ta pewność zmalała z chwilą pojawiających się problemów - stres u niego w pracy, jego chęć wyjazdu za granicę a moje obawy co do tego wyjazdu, aż pojawiła się przygodna osoba - którą poznał na wyjeździe ze mną. Nic nie było, ale niestety ta kobieta rzbudziła w nim wątpliwośći i pomimo, że mi powiedział całą prawdę, a później przepraszał, że tak nabroił, to mimo tego jemu się wydaje, że po prostu się do mnie przyzwyczaił. Chyba nie wie, co to miłość, albo nie wie, czy to miłośc do mnie. Nie jestem takim ideałem, jak mu się na początku wydawało, ale problemem jest to, że on nie chce się określić w rzadną stronę. Kurcze strasznie to trudne. Ostatnio oddałam mu pierścionek, bo po kilku miesiiącach jego "nie wiem" nic to nie daje. Jest nam obojgu przykro, ale co z tego??? Ja wiem, że kocham, on nie wie czego chce od życia - pasje, podróżowanie, marzenia. A kiedyś było inaczej - chyba włączyła mu się rutyna. Tak bardzo się cieszył, że jesteśmy razem, że chce mieć rodzinę, że w końcu mu się uda, a teraz już zapomniał jak mu było dobrze. Zresztą to długa historia. Ja jestem jego drugą byłą narzeczoną, wiec chłop zdaje sobie sprawę z tego, co się porobiło. Tamta kobieta zostawiła go miesiąć przed ślubem, teraz to on się pogubił i nie potrafi podjąć decyzi, ale ta bierność jest gorsza niż co innego....
A z poprzednią długo był w związku? Ona zwiała przed ślubem -rozumiem, że ze swojego powodu?
Swoją drogą szybko ma wątpliwości, u mnie o decyzji ze ślubem było zawieszenie - ale po 7 latach związku. Z tym , ze to tez on się oświadczył (po 5 latach) była niespodzianka i cudowny czas. I nagle przy terminowym projekcie, przy nawale pracy ( cóż za klasyka) on, nie że mówi, że nie chce być ze mną. Tego nie powiedział nigdy, ale , że nie wie co ze ślubem. Dodam , ze nigdy nie naciskałam, bo samej mi się nie chciało tego załatwiać, było super jak było. Ale wiesz usłyszeć coś takiego to nic przyjemnego. Dla kogoś nic, dla mnie to było wtedy straszne.
Ale wiesz co jeszcze zauważam , że często przy tych wątpliwościach pojawia się doradca "przeciwnej" płci. U mnie, zasiała wątpliwość pytaniem, ze jesteśmy tak długo a ślubu nie bierzemy itd. A nie braliśmy ot tak po prostu , naprawdę, byliśmy zaręczeni , to wydawało się oczywiste , ze to ustalimy. I wtedy on zaczął "dumać". Ech...klasyka. Nie odszedł. Nie poddał wątpliwości naszej miłości. Żałował wszystkich słów i niedopowiedzeń. Ale cośtakiego to nic miłego ( delikatnie rzecz ujmując).
A z poprzednią długo był w związku? Ona zwiała przed ślubem -rozumiem, że ze swojego powodu?
Swoją drogą szybko ma wątpliwości, u mnie o decyzji ze ślubem było zawieszenie - ale po 7 latach związku. Z tym , ze to tez on się oświadczył (po 5 latach) była niespodzianka i cudowny czas. I nagle przy terminowym projekcie, przy nawale pracy ( cóż za klasyka) on, nie że mówi, że nie chce być ze mną. Tego nie powiedział nigdy, ale , że nie wie co ze ślubem. Dodam , ze nigdy nie naciskałam, bo samej mi się nie chciało tego załatwiać, było super jak było. Ale wiesz usłyszeć coś takiego to nic przyjemnego. Dla kogoś nic, dla mnie to było wtedy straszne.
Ale wiesz co jeszcze zauważam , że często przy tych wątpliwościach pojawia się doradca "przeciwnej" płci. U mnie, zasiała wątpliwość pytaniem, ze jesteśmy tak długo a ślubu nie bierzemy itd. A nie braliśmy ot tak po prostu , naprawdę, byliśmy zaręczeni , to wydawało się oczywiste , ze to ustalimy. I wtedy on zaczął "dumać". Ech...klasyka. Nie odszedł. Nie poddał wątpliwości naszej miłości. Żałował wszystkich słów i niedopowiedzeń. Ale cośtakiego to nic miłego ( delikatnie rzecz ujmując).
Nie wiem dokładnie ile, nie chciał opowiadać o swoich byłych i lepiej dla mnie z tym, nie porównywałam się z nimi. Ale była to miłość z liceum i pewnie pierwsza. Zresztą jakie to ma znaczenie. Jeśli facet nie może złapać kierunku na życie, to nie wróży to dobrze. Tylko ja nie mogę sobie tego przegadać, bo wciąż pamiętam te wspólne chwile i nie mogę uwierzyć, że tego już nie ma, że może nigdy nie było prawdziwe. Nie powiedział mi, że już mnie nie kocha, ale powiedział, że nie wie, czy kocha. I pewnie tu ma rację. Tylko jesli on tak ma zawsze, że na coś się bardzo napali, a potem przejdzie mu chęć zamiłowania do danej rzeczy, to jak ja mam mieć nadzieję, że to ma sens. A tak głęboko bym chciała, żeby przyszedł, padł na kolana i powiedział, że jest pewien
Może w naszym związku też tak było, że zabrakło wytrwałości i chęci podejmowania trudu. A może on tęskni za uczuciem, które nazywa się "zakochaniem", choć mówił, że nie myli zakochania z miłością, to i tak nie mam pewności co myśleć. Facet wie, że mnie skrzywdził, jest mu przykro, ale tyle... Mój też żałuje... Chciał w końcu żebym była jego żoną, ale życie jest życiem. Nie potrafie chyba wierzyć w miłość. A poza tym pewnie za niedługo wyjedzie, w poszukiwaniu tej swojej upragnionej pracy, to może w końcu dowie się, czy to jest to jego upragnione szczęście.
nie rob nic pochopnie po co ci slub jestes jeszcze mloda a potem wychodza rozwody ciaganie po sadach nie mozecie zyc razem bez slub jezeli nie planujecie dzieci nie spieszcie sie
I tu sie zgadzam z kolezanka. Sluchaj ja z kolei bylam w tej samej sytuacji tylko bardziej w polozeniu twojego partnera. Za tydzien powinnam brac slub (6 sierpnia) ale to nie mialo sensu poprostu kochana czasami jest tak ze lepiej obudzic sie za pozno niz wcale - ciesz sie ze to przed slubem bo po co pozniej wam nieprzyjemnosci typu rozwody, dzieci ktore musialy by patrzec na rozpadajaca sie rodzine...
Nie zamierzam popierac twojego partnera wole pozostac na gruncie neutralnym ale dobrym pomyslem jest rozstanie. Nie lam sie jeszcze wszystko sie tak dobrze ulozy ze bedziesz smiala sie z tych dni ![]()
Witaj skowronek83:-) chociaż szkoda że w takich okolicznościach się tu "poznajemy" ehhhh
A ja może zacznę od tych bardziej pozytywnych rzeczy, tak więc mija trzeci tydzień mojej nowej pracy i powoli się przyzwyczajam:) mam póki co fajnych współpracowników i jak na razie jestem pełna optymizmu i zaznajamiam się z nowym miastem:)
No i od dzisiaj mam wreszcie internet i mogę znowu tu zaglądać:)
No a teraz już mniej pozytywnie, po pierwsze przez ostatnie trzy dni dopadł mnie jakiś kryzys, wracałam wieczorami do domu, rozmyślałam o całej sytuacji i nie mogłam się ani przed tym powstrzymać ani przed płaczem no i oczywiście dzwoniłam do niego i się żaliłam (beznadziejnie bo to on jest głównym powodem mojego załamania, ale rozmowy pomagały tylko, że do kolejnego dnia a potem znowu to samo). Nie wiem, może to jest związane jakoś z tym nowym miejscem, gdzie nikogo nie znam i nie prędko poznam bo nawet nie mam z kim wyjść, albo z tym że w pracy jesli poznaje jakieś młodsze osoby(bez względu na płeć) to szybko okazuje się, że wszyscy są już żonami/mężami z małymi dziećmi i ciągle o nich rozprawiają w wolnej chwili...ehh a do mnie dociera w jak marnej sytuacji się znajduje, facet mnie nie chce, na dzieci w najbliższej przyszłości nie mam więc szans i czuje się naprawdę samotna:-( Dziś chyba nie będę płakać, bo mnie dziś odwiedził i chociaż przez trzy godziny mogliśmy sobie porozmawiać i jakoś czuje się lepiej, ale do jasnej .... musze w końcu nauczyć się żyć bez niego, a widzę, że po jakimś czasie wzmocnienia znowu jest gorzej, chociaż rozum swoje to jakoś nie potrafię pozbyć się tej głupiej nadziei, której myślałam że już nie mam ehhh ![]()
do tego chyba dwa tygodnie temu przeprowadziliśmy znowu taką poważniejszą rozmowę z której zdaje się wynika, że już nic z tego nie będzie, chociaż i tego jeszcze tak nie potrafił powiedzieć do końca i się wycofał z ostatecznej deklaracji, więc wygląda na to że z jednej strony już nie chce ze mną być a z drugiej nie potrafi zerwać, co sprawia, że jesteśmy żałośni ehh
ja już nie raz myślałam, żeby z nim zerwać ale nie robię tego z dwóch powodów: jeden to chyba jakaś taka wredność przeze mnie przemawia bo widze jakim jest tchórzem i nie dam mu tej satysfakcji i nie załatwię sprawy za niego, niech się sam określi, a ja to zaakceptuje bo i tak mi nic innego nie pozostaje, a drugi to że w chwili kiedy jestem na niego zła to jak najbardziej jestem gotowa zerwać wszelki kontakt i zapomnieć o tym panu, tylko potem przychodzi czas nazwijmy to kryzysu i pewnie zaraz bym zadzwoniła, że jednak to odwołuje. Normalnie jakiś chory układ, a nie potrafię się z niego wyplątać, bo gdzieś tam w głębi nie wyobrażam sobie mojego dalszego życia bez niego. A musze i codziennie rano to sobie powtarzam i póki co to jak grochem o ścianę, jak głupio to nie zabrzmi nie potrafię sama do siebie dotrzeć.
Przykro mi, że spotkało cię coś takiego... myślę, że musisz dać sobie i jemu trochę czasu żebyście przekonali się czy naprawdę jedno za drugim zatęskni czy nagle okaże się, że możecie jednak bez siebie żyć. Poza tym nie ma się co spieszyć, bo nawet jeśli teraz załagodzicie sprawę to może się okazać rok po ślubie, że jednak to nie to.
Cześć eweilina, no rzeczywiście szkoda, że takie niefortunne okoliczności, ale kto lepiej zrozumie kobietę, jak nie ta druga w tej samej okoliczności. Wiesz co, ja mam to samo!!!! Nie chciałam z nim zerwać, bo chciałam, żeby to on się zmusił do decyzji, ale kurcze to już trwa 7 miesięcy, a ja przez to jestem bardziej nerwowa i zastanawiam sie, czy nie powinnam pójśc do lekarza, bo nie jest ze mną dobrze. Wiec ostatnio powiedziałam, ze powinniśmy narazie się nie spotykac, na co on zgodził się na przerwę (baaaa łatwiej jest mu zaakceptowac moją decyzję, niż samemu ją podjąć....) po 3 dniach napisałam mu, że jednak przemyślałam sprawe i nie chce mu "życia marnować", no bo te jego pasje.....
Beznadzieja, nie czuję się z tym lepiej, nie ulżyło mi, kocham go, bo niby jak przestać kochć od tak na "pstryk", ale wiesz co, przynajmniej nie mam takich stanów, jak wcześniej, gdy np. umawialiśmy się na spotkanie, po czym on zmieniał zdanie, bo mu coś oczywiście waznego wypadło, a potem przychodził i mówił, że jestem dla niego ważna itakie tam - cała gama huśtawek, a ze mną jest coraz gorzej. Nie mogę tak funkcjonować i pomimo, że nie wyobrażam sobie bez niego życia.
Nie wiem, co bedzie, ale sądzę, że facet powinien być facetem, a mój, mimo, że na takiego wygląda, to generalnie ostatnio nim nie jest. Pogadamy jeszcze Ewelina, ale dziś zmykam. Jadę na tydzień do Medzugoriii.
W takim razie mam nadzieje, że spędzisz ten tydzień nie na rozmyślaniu o swoim facecie tylko na dobrej zabawie:)
A ja dziś mając już dość tych psychicznych huśtawek jakie sobie ostatnio fundowałam(tak sobie myśle, że chyba duży udział w tym miały te opowieści koleżanek z pracy o ich ślubach, mężach, dzieciach itd.) zadzwoniłam do niego i odbyliśmy bardzo długą rozmowę. Może to co zaraz napiszę wyda się osobie patrzącej z boku strasznie dziwne, ale co poradzić, to jest to w czym się teraz znajduje.
Ustaliliśmy(a właściwie ja ustaliłam, bo on głównie wtedy milczał ale miała to być forma potakująca), że z nas jako pary już bankowo nic nie będzie no i w związku z tym powinniśmy się spotkać i jakoś to zakończyć, zwłaszcza, że oboje nie chcemy robić tego przez telefon a po drugie, chcę od niego usłyszeć wprost dlaczego do tego doszło, i to co powyżej(bo do tej pory nie miał odwagi tego powiedzieć lub mówił, że nie chce tego mówić, bo wie jak bardzo mnie zrani). A on pod koniec stwierdził, że musimy się spotkać i porozmawiać, ale bez rozmów o przykrych rzeczach tj. nie zrywając na najbliższym spotkaniu, bo:
a)uważa, że nie jestem jeszcze gotowa abyśmy się rozstali(no ku..wa nie jestem, ale mam już też dość takiego "związku")
b)nie chce mi mówić tego wprost co i tak wiem, bo naprawdę nie chce mnie ranić(albo mówiąc inaczej nie może patrzeć na mój smutek)
c)nie wie co miałby jeszcze powiedzieć dlaczego do tego doszło poza tym co już powiedział(czyli tak w sumie to nic, bo o ile pamiętam to jedyna konkluzja to była taka, że sam nie wie jak to się stało, ale zaczął mieć wątpliwości co do tego co czuje, walczył z tym ale się nie udało) więc niczego nowego nie usłysze(nowe to będzie to, że może wreszcie powie mi to w cztery oczy)
d)no i on nie chce decydować w jakiej formie to zrobimy, bo chce żeby to było najlepsze dla mnie rozwiązanie(chodzi tu o to czy zrywamy tak zupełnie kontakt od razu, czy powoli go ograniczamy; on w sumie nie chce go zrywać zupełnie ale dostosuje się do mnie jeśli ja wybiorę taki sposób; tak już dziś powiedział bo ostatnio powiedziałam, że chyba inaczej bym nie umiała, bo wtedy to on w ogóle nie brał takie opcji pod uwagę).
No a po całej rozmowie powiedział, że zadzwoni jeszcze późnym wieczorem, a dzwonił przed chwilką, mówiąc że później też zadzwoni, coś tam mi poopowiadał z dnia dzisiejszego. A ja na tyle o ile go znam, a wydaje mi się że bardzo dobrze wiem, że zrobił to teraz bo czuje się winny znowu mojego płaczu i tego, że mnie tak rani i dla pocieszenia sam siebie chciał, usłyszeć że już mi lepiej. I to też jest główny powód dla którego on tak kręci i jak z niego nie wyciągnę to nie powie wprost jak wygląda sytuacja. W tej pierwszej rozmowie, gdy mu powiedziałam, że skoro on nawet tak naprawdę nie chciał próbować ratować tego związku bo ciągle się asekurował to znaczy, że nigdy mnie nie kochał tylko co najwyżej był zauroczony, a potem mu przeszło, na co on mówił, że nie wolno mi tak mówić, bo wszystko co wtedy mówił było prawdziwe i on to tak czuł. Ja mu więc kończąc jeszcze o tym w tej rozmowie sprzed chwili powiedziałam, że w takim razie skąd pewność, że teraz to co czuje jest prawdą, że może okaże się za jakiś czas, że znowu się mylił co do wygaśnięcia swoich uczuć, a on na to że to jest prawdopodobne, ale to jest to co teraz czuje, i nie chce żebym robiła sobie nadziei, a potem z tego powodu płakała czy się smuciła.
A mnie to zostawia w takiej sytuacji, że nie wiem które rozwiązanie wybrać, myśle nad trzema:
a)zerwać już całkowicie kontakt
b)zerwać kontakt na np. miesiąc a po miesiącu w razie stwierdzenia, że to jest dla mnie za trudne spróbować go utrzymywać w ograniczonym zakresie, aż z czasem nie będę czuła potrzeby porozmawiania z nim
c)ograniczyć go do np. jednej rozmowy na tydzień, a jak się nie da to przynajmniej na trzy dni i z czasem może jakoś jak w punkcie drugim samo to się urwie???
Przypominam, że jestem w zupełnie nowym mieście gdzie nie mam zupełnie znajomych, więc możliwość porozmawiania z nim i poczucia że jest w jakieś niedużej odległości bardzo mi pomaga się tu powoli zaaklimatyzować, więc boje się, że opcja pierwsza upadnie już na starcie, z drugiej strony jest ta sytuacja bardzo męcząca i nie wiem ile jeszcze tak pociągnę. On na każdy sposób się godzi bez zastrzeżeń. A ja wiem jedno, że tak jak do tej pory być nie może chociaż strasznie boje się tej zmiany i tego "wyrwania" mi ułożonego już w głowie planu, że będziemy ze sobą już zawsze i że on zawsze będzie w moim życiu.
A może któraś zna jakiś eliksir na odkochanie się i się nim podzieli? :-D
Ewelina, od początku historii trzymałam za Ciebie kciuki, choć podskórnie czułam, że jemu na Tobie nie zależy i nie uda Wam się być razem.
Jest mi Ciebie tak bardzo szkoda, tyle lat razem, w planach był ślub. Wiesz, ja nawet nie potrafię sobie wyobrazić jak to boli, tyle planów nagle legło w gruzach. Dlatego nie jesteś dziwna i rozumiem , że cięzko Ci zerwać kontakt, mnie też na pewno by było, motałabym się. A dodatkowo jesteś samotna, nie masz tu bliskich osób i jest Ci ciężko.
Może właśnie to jest tak, że on dawno czuł, że to nie "TO" , ale pomyślał, że jak będzie to ciągnął , to może uczucia wrócą albo mniej Cię zrani .. bo przygotujesz się powoli na rozstanie.. ale to gie prawda, bo na to nie da się przygotowac , a dodatkowo zaserwował Ci emocjonalną huśtawkę, nie raz przez niego płakałaś.
Cięzko Ci doradzic, bo zdaję sobie sprawę, że mogę doradzic "Zerwij kontakt", lecz dla Ciebie to będzie za trudne, będzie Ci smutno i źle . Moim zdaniem, jeżeli chcesz , to miej z nim kontakt, ale lepiej, żebyś nie robiła sobie złudzeń, gdyż widać, że z jego strony , to raczej koniec , ta cała sprawa zbyt długo trwa. Szkoda tylko, że nie potrafi się jasno określić, chyba każdy lubi wiedziec na czym stoi , a nie niepewność.
Na pewno nie da się zapomnieć tylu spędzonych lat, wspomnienia natrętnie wracają same, bo przeżyliśmy z kimś kawał życia i przez te lata nie wyobrażaliśmy sobie, że ten związek może się posypać jak domek z kart.
Niestety nie ma cudownej tabletki na zapomnienie , a szkoda, bo to uniknęłoby ludziom tylu cierpień, w przypadku rozstania. Często wiemy, że związek dawno nie istnieje, ale i tak nam zależy, takie już są uczucia. Możemy tyko starać się żyć normalnie, choć jest ciężko .
Mam nadzieję, że dasz sobie radę, ja zawsze mogę służyć pomocą :* ![]()
Ewelino, spotkaj się z nim, zakończ związek, zerwij kontakt. To jest jedyny sposób, żeby uwolnić się od niego raz na zawsze i w końcu zacząć żyć. Bo widzisz, ja mam wrażenie, że póki co wegetujesz, cały czas roztrząsając jego uczucia. A co z Tobą? Cierpisz, prawda? I wiesz, czyja to wina? Jego. I może sobie popychać pierdoły, jak bardzo to przeżywa, jak bardzo jest mu przykro, że Tobie jest przykro, ale to nie zmienia faktu, że to jego sprawka. Bo gdyby miał jaja i był mężczyzną, to zerwałby z Tobą raz i porządnie, a Ty miałabyś już dawno za sobą okres żałoby po nim.
Tymczasem rozwlekacie to, przedłużacie agonię, a i tak nic z tego nie będzie. Uwierz mi, nie warto marnować czasu na człowieka, który "ubóstwiam Cię" zmienia na "nie wiem". Bo on tak naprawdę wie, że już nic do Ciebie nie czuje poza przywiązaniem czy sympatią, ale boi się wykonać krok naprzód. Przecież jesteś taka znana, bezpieczna, pozbawiona niespodzianek- taka przystań do której można sobie zawinąć podczas sztormu. Może sam wyczuwa, że jesteś na tyle twarda, że poradzisz sobie bez niego śpiewająco (bo to oczywiste, że sobie poradzisz), i to on straci na tym rozstaniu, a tymczasem zarzuca już sieci i układa sobie wszystko na nowo. A Ty dalej tkwisz w miejscu.
Błagam, opanuj sentyment, łzy, emocje, i ZERWIJ Z NIM. Nie ma innej drogi, by znów oddychać pełną piersią.
Ewelina, dziewczyny mają rację, twój facet to skończona bezjajeczna d**pa wołowa.... Przykre, ale chyba powoli zaczynasz to widzieć? Nie przeciągaj tego dalej, zerwij kontakt, spróbuj znaleźć sobie jakieś towarzystwo i zajęcie w nowym miejscu zamieszkania. Wiem, że musi ci być ciężko, kiedy w grę wchodził planowany ślub, ale czy ty nie widzisz, jak on cię zranił? Po takim tekście, że nie wiem czy kocham, czy to przyzwyczajenie, pogoniłabym delikwenta dość szybko, bo takich słów nie rzuca się na wiatr. A on zwalił całą odpowiedzialność na ciebie, i co gorsza, ty przyjęłaś tę odpowiedzielaność i ciągle się męczysz.
Pisałaś parę miesięcy temu, ze chcesz dać szansę,spróbować,bo przecież tyle lat i tak było kiedyś dobrze...Minęło parę miesięcy i gdzie teraz jesteś?
Witaj.
Trafnie to busiu podsumowała nazywając twój stan jako wegetatywny i stan Waszego związku jako agonia. Podzielam w zupełności jej zdanie. Tez jestem zdania, aby to przerwać ostatecznie, bez jakichkolwiek kontaktów wtedy jest szansa, że szybciej bedziesz wracac do równowagi i wczesniej zaczniesz budować swój świat "bez niego" od nowa.
Wierz mi, czytam twój wątek od początku i wiem co przeżywasz, bo ja przeszłam i jeszcze przechodzę to co Ty.
W tym roku 28 sierpnia miało byc moje wesele. Wyczekane, upragnione z tym jedynym i kochanym. Prawie wszystko załatwione tylko jeszcze gości nie prosiliśmy a tu Pan Szanowny mówi mi dokładnie 15 maja, że on nie jest pewny czy chce tego wesela, a prawde mówiąc wcale tego nie chce. No szok, myśłalam ze mi sie to śni, że ma tylko chwilowy kryzys pod wpływem lęku. Dałam tydzień, żeby emocje opadły i jemu i mnie, bo byłam pewna, że to tylko chwilowa słabość i mu przejdzie. Prosił o czas na zastanowienie, dla mnie bez sensu, bo czas to miał (razem byliśmy 2 lata, a młodzi juz nie jesteśmy), no ale dałam tydzień. Uprzedziłam go wcześniej, że za tydzien musi mi dac odpowiedz, bo brak odpowiedzi potraktuję to jak rozstanie. Nie poskutkowało, bo po tygodniu przyszedł bez decyzji. Zerwałam z nim.
Po tygodniu facet dalej nie wie co chce od życia, wie tylko że nie chce ślubu. Dla mnie stało sie oczywiste, że nie jestem tą wybranką, z która chce przeżyc życie do czego sie nie przyznał tylko mówił, ze sam nie wie jeszcze czego chce (facet 38 lat).
Myślałam, że świat sie dla mnie skonczył, ale wytrwałam do dzis i żyję. Strasznie ciężko mi dalej, ale z kazdym tygodniem lepiej.
Poszłam do fryzjera, zrobiłam sie na bóstwo, pojechałam na wczasy do ciepłych krajów na 2 tyg. z przyjacółmi. Zrobiłam cos dla siebie. Odzyłam, wszyscy to widzą. Zaczełam życ bez niego, w co 2 m-ce temu nie wierzyłam, ze dam rade.
Ty tez dasz radę. Jeszcze jestes młoda, młodsza duzo ode mnie. Co ja mam powiedzieć kobieta 38 lat i zaczynam od nowa, ale jakie mam wyjście?
Ewelino już jakiś czas temu zauważyłam Twój wątek i stopniowo go ?ogarnęłam?. Muszę Ci powiedzieć, że nie rozumiem Cię, nie rozumiem dlaczego na własne życzenie się tak ciągle zadręczasz. Dlaczego ten facet jest Ci tak niezbędny do życia jak powietrze, dlaczego nie możesz bez niego funkcjonować? Te Twoje ciągłe potrzeby porozmawiania z Nim to wygląda jak jakaś obsesja na punkcie tego człowieka.
W jednym z postów piszesz
on ciągle gdzieś tam jest z boku daje mi pewną siłę, bo w przeciwnym razie zapewne szybko bym się rozsypała psychicznie
Zauważasz to w końcu, że to jest jakieś błędne koło, z którego nigdy nie wyjdziesz jeśli w końcu nie odetniesz się od tego człowieka raz na zawsze. Rozsypujesz się psychicznie właśnie tkwiąc w tym dziwnym układzie.
Załóżmy, że całkowite zerwanie kontaktu z facetem będzie dla Ciebie upadkiem na samo ?dno rozpaczy?, ale głębiej niż na dnie się już nie możesz znaleźć, więc jedyną drogą będzie się od niego odbicie. Wypłynięcie na powierzchnię może zając Ci mnóstwo czasu, ale przyjdzie w końcu taki dzień, że to się stanie. Odżyjesz, odzyskasz siłę i pewność siebie tylko musisz sobie dać na to szansę!
Trzymam za Ciebie kciuki!
Wiesz? Tak naprawde to czy sie spotkacie i powiecie sobie cokolwiek niczego nie zmieni. On juz powiedzial, ze Cie nie kocha a nie wali tym prosto z mostu, bo jest zwyczajnym tchorzem.
Nie konczy "zwiazku" bo mu wygodnie a jak nie wyjdzie gdzies tam z kims innym to zawsze moze wrocic i powiedziec " kocham Cie i mylilem sie " choc to nie bedzie prawda tylko wygodnictwo.
I powiem jeszcze jedno: zaslaniasz sie tym, ze jestes w obcym miescie... Ja swego czasu bylam i w obcym miescie i w obcym panstwie, nie mialam znajomych a odeszlam gdy zwiazek z Polski okazal sie pomylka. Sama sie asekurujesz i szukasz wytlumaczenia kontaktow z nim. Przez te kontakty bedziesz dluzej cierpiala, bo rozdrapujesz zabliznione juz rany.
Daj sobie szanse, nie spotykaj sie juz z nim wiecej poza tym spotkaniem, nie dzwon, nie pisz. W obcym miescie tez sa silownie, kina, parki i inne rzeczy, ktorymi teraz sie zajmij. Poszukaj pasji w sobie np robienia zdjec, wycieczek, szycia czy czegokolwiek co oderwie Cie od mysli o nim. Mecz cialo przez caly dzien ile sie da a noce przesypiac bedziesz spokojnie.
I wreszcie przyjdzie czas, ze poczujesz sie wolna.
Wiecie gdy ja o tym myślę tak na chłodno, gdy podsumowuje to co się wydarzyło to ja widzę i rozumiem, że innego wyjścia nie ma z tej sytuacji, że musimy zerwać kontakt, bo jeśli go tylko ograniczymy to pewnie w końcu efekt będzie ten sam, ale potrwa to wszystko znacznie dłużej. Widzę też, że on zachowuje się jak straszny tchórz, a wcześniej tego nie dostrzegałam, bo może też nie było sytuacji, które by to zweryfikowały, ale to co mnie powstrzymuje to też uczucie straty, bo ja stracę nie tylko faceta, ale też przyjaciela, z którym jak z nikim wcześniej się dogadywałam. Pisałam już na początku, że w naszym związku nie było się do czego przyczepić, naprawdę dogadywaliśmy się we wszystkim, nasze wspólne mieszkanie było najlepszym okresem w moim życiu i boje się, że to się już nie powtórzy, i że zawsze będę zastanawiać się jakby moje życie wyglądało gdybyśmy się pobrali. Bo ciężko będzie stworzyć lepszy układ od tego, który mieliśmy(i tak wiem że to należy już do przeszłości). I chyba też tak czekałam, aż on naprawdę da mi powód aby go znienawidzić i zamknąć ten rozdział, ale on zrobił wszystko o co go prosiłam(mówię tu chociażby o tych koleżankach). Wiem, że samo odwołanie ślubu już samo w sobie jest straszne, ale wtedy on nie powiedział, że chce się rozstać tylko, żebyśmy się nie pobierali bo nie jest gotowy, bo ma wątpliwości. To jak jest naprawdę wiem od niedawna i sama go zmusiłam do powiedzenia pewnych rzeczy, a reszty się domyśliłam(tzn. że w nim to uczucie wygasło).
W chwilach takich jak ta wiem, że będzie dobrze, że dam sobie radę bo muszę, ale chyba właśnie to że zmieniłam środowisko z singielek w moim mieście, na mężatki i to że ciągle słyszę jak dobrze im się układa i każda kolejna osoba, którą poznaje(a pracuje tu chyba z 300 osób) ma swoją rodzinę to w połączeniu z nadchodzącym rozstaniem łamie mnie psychicznie, bo w końcu przez ten ostatni czas czułam się naprawdę nieźle. A tak widzę jak dużo tracę i jak daleko mi jeszcze do tego, żeby móc z nimi też porozmawiać o mężu, dzieciach czyli czymś na co jestem już gotowa i co byłam pewna niedługo i mnie by dotyczyło.
A na pytanie czy nie uważam, że zmarnowałam ten czas na dawanie szansy moja odpowiedź będzie zawsze taka sama jak wtedy gdy ją dawałam: nie. Nie zmarnowałam tego czasu, bo teraz widzę, że między nami nie ma możliwości aby się ułożyło, widzę wreszcie to czego on bał się mi powiedzieć, że mnie nie kocha i dzięki temu nie zastanawiam się czy jeśli zrobiłabym to czy to, to by coś zmieniło, że była by szansa dla tego związku, z której nie skorzystałam. Ja to zrobiłam, on nie więc nie miało prawa się udać, ale nie żałuje. Teraz muszę pogodzić się z myślą o rozstaniu, co pewnie zajmie mi jeszcze trochę czasu, bo nie łatwo wyrzucić z życia kogoś z kim spędziło się tyle lat i kogo miało się we wszystkich przyszłych planach.
Ale chętnie poczytam jeszcze Wasze opinie o tym, że to nie ma sensu, bo chyba potrzebuje takiego wsparcia, żeby wreszcie to zrobić, bo na bliskich mogę liczyć, ale jak juz podejmę decyzje bo każdy mówi inaczej.
izis1973 fajnie, że Ci sie tak powoli układa, ale w sumie po dwóch miesiącach to i ja czułam się znacznie lepiej niż teraz, mam nadzieje, że w Twoim przypadku nie będziesz znowu po pewnym czasie tak cierpiała(chociaż dzisiejszy ból, na pewno nie jest już tak silny jak na początku) i że szybciej się pozbierasz:) Mój ślub miał być o tydzień wcześniej, a teraz idę na inny też w mojej rodzinie, kuzyna z którym wspólnie zgrywaliśmy terminy, aby się na siebie nie nałożyły. Idę sama, mojemu przyszłemu ex nawet juz o nim nie przypominałam, oczywiście w mojej rodzinie pytania z kim idę przeplatają się z plotkami o jakiś kolegach którzy niby to mają mi towarzyszyć(co jest chore, ale tak bywa jak się ma dużą rodzinę gdzie wszyscy o wszystkich wiedzą albo im się wydaje że wiedzą), więc motywacja jest praktycznie zerowa i chęci też we mnie brak, ale muszę to przejść, bo we wrześniu będzie jeszcze gorszy a na tamten nie mogę po prostu nie iść(w mojej rodzinie zwłaszcza tej dalszej jest zupełny brak wyczucia i pytaniem czasem potrafią człowieka powalić). A jak to się mówi, co nie zabije to wzmocni, a przynajmniej będę wtedy wiedziała jakich pytań się mam spodziewać, bo w porównaniu do tego nie będę mogła się zaraz po północy zmyć z czysto organizacyjnych przyczyn. Ale wierzcie mi lub nie taki wysyp wesel, na których powinno się być dodatkowo mnie dołuje i najchętniej wszystko to ograniczyłabym do złożenia życzeń przed kościołem, bez całej tej mszy, i zabawy weselnej. Chwała, że nikt jak na razie nie wynajął tej samej sali co my. Ale może nie powinnam tego pisać bo jeszcze zapesze ehhh
To fakt, najlepsze będzie szybkie cięcie, choć jak pisałam, rozumiem, że do łatwych nie należy. Jednak ja sama widzisz , jesteś już bardzo długo na emocjonalnej huśtawce , którą Ci zaserwował .
Rozumiem też, że boisz się, że ciężko będzie znaleźć Ci kogoś, kto oprócz partnerem będzie przyjacielem, ale sama widzisz, do miłości nikogo nie zmusimy, co było minęło.
Gdybyście teraz byli razem, mieszkali, to pewnie czułabyś z jego strony tylko emocjonalny chłód, małżeństwo bez tej iskierki , przyciągania, emocjonalnego zaangażowania z OBU stron byłoby nieudane.
Teraz ciężko w to uwierzyć, lecz z czasem na pewno spotkasz kogoś, z kim będziesz umiała zbudować szczęśliwy związek. Sama wiesz, że gdyby były teraz do Ciebie wrócił, to i tak nigdy nie byłoby jak dawniej. Wiadomo, masz wspomnienia dawnych, przeżytych wspólnie dni, tego jak było dobrze, ale to już przeszłość, tego nie zmienisz. Choćbyś stawała na rzęsach, to nic nie wskórasz, niestety.
To przykre, ale trzeba zdać sobie z tego sprawę.
Teraz wiesz, że to nie ma sensu. Zgadzam się, że gdybyś ucięła, to wcześniej to może i łudziłabyś się, że była dla Was szansa, a tak to.. sama widzisz jak jest.
Oczywiście ,że jest trudno słyszeć o mężu, dzieciach, gdy sama miałaś tyle z nim planów, to podwójnie boli, człowiek nie wierzy, że to prawda, ale niestety życie czasami jest bardzo brutalne.
Trzymam za Ciebie kciuki, by z każdym dniem było coraz lepiej i by w końcu na Twojej twarzy pojawił się szczery uśmiech i zadowolenie, żebyś uwolniła się od myśli o nim i żyła normalnie :*
truskaweczka19 dziękuje za wszystkie miłe słowa:-* i Wam dziewczyny również :-)
Dziś mija już czwarty dzień jak nie mamy ze sobą kontaktu, ostatnio rozmawialiśmy w Niedziele i to też po dwudniowej przerwie bo uznałam, że nie będę dzwonić przez weekend. Nic nie mówimy już o nas, miałam potem jeszcze zadzwonić i powiedzieć mu pewną rzecz jak do niej dojdę w książce którą czytam, ale uznałam, że ostatecznie ma neta więc może sobie sam sprawdzić. I tak mamy już czwartek, a ja przed chwilą spojrzałam na datę i mnie właśnie oświeciło, że we wtorek mieliśmy/mielibyśmy 6 rocznicę. Tak więc wszystkiego najlepszego dla nas hehe. Jakoś ta rozmowa z przed tygodnia czy może więcej, w której wreszcie powiedział(milcząc wymownie), że z naszego związku już nic nie będzie była mi naprawdę potrzebna. Bo wreszcie wiem na czym stoję i nie mam już złudnych nadziei. I chyba po tym pierwszym okresie, jakiś dwóch miesięcy to właśnie było to co powinnam była usłyszeć, a dziś na pewno nie bylibyśmy już parą, i nie męczyłabym się przez jeszcze cały ten okres. A tak byłam z facetem, który pod tym względem na to miano nie zasługuje, bo chociaż z jego zachowania odczuwałam, że zbliżamy się do końca to słowami przeczył temu i chyba to wszystko doprowadziło do tego podłamania, o którym niedawno pisałam.
A po tamtej rozmowie to:
po pierwsze jak dzwonił wzeszłym tygodniu to wręcz wkurzał mnie tym i nie miałam ochoty z nim rozmawiać, i tylko czekałam aż wreszcie będziemy mogli te rozmowy zakończyć
po drugie oczywiście myślę jeszcze o nim, ale już mniej, i pod innym kątem(zastanawiam się czy będzie możliwe abym chciała utrzymywać z nim kontakt na stopie koleżeńskiej, bo pewnie przyjdzie nam się spotykać prędzej czy później w grupie wspólnych znajomych i chyba głupio będzie udawać, że się nie zna, albo jakieś dziwne akcje odstawiać; ale to jeszcze w sumie kwestia przyszłości, zresztą o tym co mówimy znajomym i tak musimy ustalić na tym ostatnim spotkaniu)
po trzecie przez ten czas w sumie dwa razy pomyślałam, o tym żeby może do niego zadzwonić, ale wystarczyło mi przypomnienie sobie, że to nie ma przecież sensu i ochota mi przechodziła
Tak więc muszę oswoić się z myślą, że po takim czasie znowu będę sama i będzie jak kiedyś dobrze, bo faceci do szczęścia nie są mi potrzebni:-D i zwalczyć myśli, żeby szybko wchodzić w kolejny związek żeby zapełnić tą pustkę, która się pojawiła, bo wiem że byłaby to zupełna pomyłka(a o dziwo coś takiego zaczęło mi w głowie kiełkować).
Jak w końcu dojdzie do tego ostatniego spotkania to dam znać, bo póki co to nie zanosi się na to w najbliższym czasie, zwłaszcza że pojechał do domu na urlop chyba do końca sierpnia. A mi w sumie już na nim tak nie zależy, to co chciałam wreszcie wiem i jedyne co muszę zrobić to przywyknąć do nowej sytuacji. I tym optymistycznym akcentem znikam znowu na jakiś czas i już Was nie męczę drogie Netkobietki :-)
226 2011-08-18 20:25:25 Ostatnio edytowany przez ewelina102 (2011-08-18 20:28:07)
Dobie Kobietki(i ewentualnie Panowie jeśli, któryś to w ogóle czyta)
zbliża się TA sobota....ehhh.....więc cały tydzień jestem w wisielczym nastroju, ogólnie nie bardzo mam ochotę na towarzystwo czy jakieś prace(z wyjątkiem pracy, bo w niej akurat coraz lepiej się układa). Rok temu byłam przekonana, że za te parę dni będziemy małżeństwem, pamiętam nawet jak mu o tym mówiłam. A dziś co? Ja do niego nie dzwonie, on do mnie też na razie się nie odzywa. Jesteśmy a jakby nas nie było. I jeszcze przed nami ostatnia rozmowa, która kiedyś tam na pewno się odbędzie, bo tak tego nie zostawię. Zresztą musimy i tak pozwracać sobie rzeczy bo w końcu przez te parę lat trochę się tego nazbierało(nie mówię o prezentach).
Wcześniej nawet nie brałam pod uwagę opcji, żebyśmy TEGO dnia się nie widzieli, nawet na takie spotkanie jak do tej pory, jeśli nie chciałby wtedy tej ostatecznej rozmowy, dzisiaj zorganizowałam sobie już cały weekend. Wyjeżdżam z rodzeństwem nad jezioro i będziemy szaleć na imprezie. Tylko nie wiem czy przypadkiem świadomość, że to jest ta data nie zepsuje mi całej zabawy. Ale pożyjemy, zobaczymy.
A jak to było u Was? Pytanie skierowane oczywiście do dziewczyn, które odwołały ślub:) chociaż inne komentarze też miło widziane:)
Ewelinko , cieszę się, że czujesz się lepiej. Dobrze, że sama widzisz, że to nie ma sensu, że zachował się jak tchórz, że tak trzymał Cię w niepewności - czyli to co same Ci wcześniej pisałyśmy na temat jego zachowania i tego, co przez niego przechodziłaś.
To boli, że tak postąpił człowiek, z którym było się tyle lat.. i miał być ślub, wszystko było planowane.
Życzę miłej zabawy nad jeziorem , abyś rozerwała się :-)
Pozdrawiam serdecznie
.
Żeby wrócić do równowagi musisz zakończyć tą znajomość, bo w innym przypadku będziesz ciągle cierpieć.
Dobrze byłoby gdybyś kogoś poznała, wychodziła ze znajomymi i ogólnie nie miala czasu na rozmyślenia. Może jakiś kurs?
ewelina102 jak minął TEN dzień?
Na jakim etapie jesteście aktualnie, czy skończyliście to definitywnie?
Naszła mnie nostalgia, bo też mam plany, ale będąc na weselu w sobotę , był znajomy , którego żona zostawiła po 3 miesiącach po ślubie ( byli wcześniej 10 lat). Widać było jego rozgoryczenie i te uwagi odnośnie miłości...... Wiadomo, to facet to wprost nie powie, ale da się odczuć.
Od tego dnia jakoś myślę o tym, ze nic pewnego nie ma, że to się nam tylko może wydawać, że mamy coś w garści i tak już będzie.
Na pewno perspektywy czasu, myślisz , ze z dwojga złego lepiej się stało , ze do tego ślubu nie doszło, bo byłoby bardziej dramatycznie, gdyby oznajmił wątpliwość tuz po samym ślubie.
Czytałam gdzieś, że statycznie najwięcej małżeństw ( wbrew pozorom) rozpada się w 1 roku małżeństwa.
..życie...
pozdrawiam
kiedy przyczytalam twoj post serce mi po prostu zamarło!
pierwsze stwierdzenie jakie sie nasuwa automatycznie(przepraszam z góry ciebie i pozostalych )-ale drań, egoista,hipokryta i mogłabym gorzej.
Z tego co czytam JESTEŚ niesamowitą osoba-wykształconą, obytą ,wszechstronną na pewno sliczną(wniskuje z twoich opowieści-skoro starasz sie o przyjecie do szkoly wojskowej zajecia sportowe , wysoka kultura osobista,ciekawe zainteresowania!) to aż zapiera dech w piersi jak twój partner może teraz wychodzić z takimi stwierdzeniami.
w koncu jestescie razem długo,sam zdecydowal sie ze chce byc z Toba-macie wspolnych znajomych-wiec i towarzysko sie udzielaliscie i jak piszesz wszyscy byliby zdruzgotani wiedzac ze cos jest miedzy wami nie tak! ------to aż----niewiarygodne jest ze tak nagle pojawiły sie watpliwości.
Przepraszam cie mocno-ale to jest absurd-ze tak nagle sobie uswiadomil,że musi wystopować.
Moja droga to nie jest ot tak.podjęliscie prace nad wspolnymzyciem -a on w obliczu wspólnej przyszlosci wykręca ci taki numer.
To jest z jego strony niepoważne,nieodpowiedzialne i szczeniackie.
Powinnaś sie Dziewczyno,gruuuuuuuuuuubo zasatnowić czy oby na pewno chcesz być z kimś takim?
od czego od potrzebuje odetchnąć, po co mu czas-LUDZIE!-on chciał byc z toba na cale zycie-a teraz chce czasu.
tutaj jedno zaprzecza drugiemu!
Otrząśnij sie!!!!!!!!!!!!musisz byc niesamowitą osoba-na pewno wewnetrznie bardzo wrazliwa i cieplła i wiem ze cierpisz jak cholera .ale on nie może robic z Toba takich rzeczy.Spojrz na siebie - do czego On cie doprowadził.
Z kobiety pelnej planow , z glowa nabita setka ciekawych pomysłow na zycie,z niebotyczna karierą przed sobą,udzielającą sie spolecznie,wspołpracującą z ludzimi-zbił cie do poziomu(czego,nawet nie wiem!).;
To jest straszne-nie to ze stanęłas w zyciu przed faktem -co ze slubem,czy odejdzie-tylko tym ,ze oto twoj wymarzony mężczyzna ,z którym chcialaś stanąć w kosciele i oglosic swiatu-tak kocham go i chce z nim byc - doprowadził cie do takiego stanu ,ze nie masz sily wstac z lozka,zjesc,usmiechnąć sie.
Co z twoim zyciem?
jesli teraz nie podniesiesz sie ,jesli nie wrócisz na "swoją"droge to nawet w najtrudniejszej sytuacji zostaniesz bez niczego.
Praca,egzaminy,kursanci,etc to twoja dżwignia! to musi od nowa wpędzić cie w wir życia.
chociażby ostatkiem sił(metaforycznie " z głowa w wc"-wyrzucającą emocje po kolejnym telefonie zakonczonym płaczem)
WSTAŃ,WSTAŃ,WSTAŃ i idż do przodu.
A gdyby wszystko wróciło cudownie na proste tory jak ty wtedy z tego wyjdziesz?
Pozbawiona wszystkiego wokolo.stracisz wszystko na co tak cieżko pracowałas.on bedzie robic karierę a ty z poczuciem winy?,niespelnienia?,zachukana? bedziesz obserwować jego poczynania?
no NIE,NIE,NIE,NIE I milion razy nie.
TAKA OSOBA JAK TY !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
no nie-wszyscy inni ale nie ty!
DZIEWCZYNO wstań,podnieś sie(prosze!) i idż do przodu.
p.s. na początek uszykuj sie i wyjdż do sklepu chociaż po ulubioną gazete.a to już bedzie ogrooooooooooomny krok-bo zrobisz cos tylko dla siebie,cos przyjemnego przez co nie bedziesz płakać.
pisz a my forumowicze bedziemy cie wspierać jak tylko możemy!
pozdrawiam
Witaj.
Ja mam podobną sytuację do Twojej, i jakos sie trzymam. Chociaż prawdę mówiąc róznie bywa. Minęły juz 3 m-ce od rozstania (definitywnego). Ja sie z nim nie kontaktuję, a On czasami wyśle sms-a z zapytaniem "co u Ciebie?" (chyba sprawdza czy żyję
Są dni kiedy mogłabym przenosic góry - pełny optymizm i dni kiedy łapię doła z tęsknoty. Tylko za kim ja tęsknię, czy On wart tych myśli i łez?
Czytam teraz "Sukces", bardzo mi pomaga ta książka zmienic swoje myślenie. Nie jest to łatwe, ale pracuję nad tym. Staram sie planować każdy następny dzień, wychodzić gdzieś z przyjaciółkami, nadrabiać zaległości w załatwianiu spraw do których nie miałam głowy ostatnio. Staram sie robić cos dla siebie, żeby sie dobrze poczuć.
Na nowy związek, jak dla mnie, jeszcze za wczesnie.
Dobrze mi zrobił urlop 2-tyg, na który wyjechałam z kraju niedługo po rozstaniu. Było wspaniale, odżyłam i może to sprawiło, ze sie nie załamałam. Pomogło mi też to forum. Często jak mam doła siadam tu i czytam rózne historie i przestaje myslec o sobie.
Ty też, staraj sie wypełniac sobie czas, więcej wychodzic z domu i zacznij myślec pozytywnie
)
Trzymam kciuki.
Witam:)
póki co jakoś się trzymam, no właściwie to całkiem nieźle, chyba w dużej mierze przez pracę, w której jak pisałam jest coraz lepiej bo też dostaje coraz ciekawsze zadania do wykonania:)więc już teraz czas bardzo szybko mi ucieka
na linii ja-on zero kontaktu, poczekam jeszcze może nawet do końca września jeśli wcześniej się nie odezwie, bo póki co nawet nie mam ochoty go oglądać, i zażądam tego spotkania, o którym wyżej pisałam, żeby to wreszcie mieć z głowy
czasem jak jeszcze pomyślę żeby do niego zadzwonić to uderza mnie myśl, że tak właściwie to nie mam mu nic do powiedzenia, owszem mogłabym porozmawiać o pracy, o coś zapytać ale w gruncie rzeczy to nie mam na to ochoty w związku z czym nie rozmawialiśmy od tego czasu, który podałam w postach wyżej
graka - co do tamtej soboty to chyba trzeba zacząć od piątku :-) jak dojechaliśmy nad jezioro(wskutek pewnych nieprzewidzianych trudności o godz. 23) to poszliśmy na odbywające się tam ciągle imprezy, w końcu trafiliśmy na jakąś dyskotekę i tam większość czasu przetańczyłam z jednym z przystojniejszych facetów jakich spotkałam na swojej drodze życia(i do tego na pierwszy rzut oka bardzo kulturalnym człowiekiem) :-D co więcej okazało się, że mieszka tu gdzie ja teraz i tez był ze swoim rodzeństwem hehe ale potem jak jego brat jechał(też było na co popatrzeć;) ) to się rozdzieliliśmy, a mnie dorwał kolejny tutejszy mieszkaniec(straszny zbieg okoliczności bo jezioro oddalone o 150 km stąd) ale taki typowy nachalny loverboy, od którego jedynym wyjściem ucieczki była zmiana lokalu, jak wychodziliśmy to zaczepił mnie ten brat, który od dłuższego czasu się zbierał i zapytał gdzie przechodzimy bo jak jego brat wróci to będzie mnie szukał(a poszedł chyba po samochód dla niego) więc powiedziałam, że będziemy po drugiej stronie na zabawie pod gołym niebem, i byliśmy tam z jakieś 10 minut bo zupełnie zmienili muzykę i nie dało się tego ani słuchać ani tańczyć i zdecydowaliśmy, że wracamy do domku, żeby wyspać się na sobotnie zabawy, a że byłam w świetnym nastroju(tak, alkohol chyba zaczął działać i wszystko wydawało się bardzo fajne) to zapomniałam o tamtym chłopaku i przypomniałam sobie jak już byliśmy na końcu uliczki i mieliśmy skręcić w tą przy której stał nasz domek więc tylko odwróciłam się i zobaczyłam go właśnie w chwili jak szedł rozglądając się na tą zabawę i zatrzymał się w połowie drogi bo nas zauważył, więc mu tylko pomachałam i poszliśmy; nie spotkałam go już ani w sobotę ani w niedzielę, a nie zdążyliśmy się wymienić numerami bo mieliśmy jeszcze się widzieć wtedy na tej dyskotece, więc może trochę szkoda, ale zdarza się ![]()
za to w sobotę myślałam, ze będę to jakoś przeżywać, a tu zupełnie nic, czułam się taka pusta, pozbawiona zupełnie emocji, nawet nie umiałam sobie wyobrazić jak by ten dzień mógł wyglądać, chyba te kilka miesięcy ciągłych huśtawek po prostu mnie zmęczyły i wyciągnęły ze mnie wszystko, moja mama, z którą rozmawiałam kolejnego dnia bardziej to przeżywała niż ja, ba moja siostra w ciągu tej soboty jak byłyśmy na plaży coś tam opowiadała co byśmy teraz robili, a mnie zupełnie to nie ruszało a nawet nudziło, a wieczorem poszliśmy w te same miejsca co w piątek tylko zaczęliśmy odwrotnie od tej zabawy na powietrzu przy muzyce jak na weselu i wiecie co: średni wiek moich partnerów z soboty wynosił 18 lat :-D ja nie wiem czy ci goście byli tak pijani, że nie umieli określić mojego wieku;) głupio mi było odpowiadać na pytania typu:gdzie się uczę lub ewentualnie studiuje(tak, na szczęście jeden student pierwszego roku mi się trafił:D ), przy naszym stoliku zapoznaliśmy się z jakąś grupą ludzi, którzy nie wyglądali na swoje 16-17 lat(ja dałabym im tak p ok 21-22) i z nimi później gównie się bawiliśmy, na ta pierwszą dyskotekę zajrzeliśmy na koniec, ale jak zobaczyłam tamtego amanta, który znowu był na łowach zarządziłam odwrót do domu, zwłaszcza, ze nas dojrzał i zaczął iść w naszym kierunku :-D
Także weekend ogólnie udany i wróciłam tutaj naładowana pozytywną energią i mam nadzieje, że tak się utrzyma :-)
izis1973 nawet nie wiesz jak chętnie i ja bym gdzieś wyjechała, właśnie w takie miejsce gdzie można spotkać dużo ludzi i się wyszaleć, i już nie po to aby przestać o nim myśleć, ale po to żeby odżyć, przypomnieć sobie w takim ekspresowym tempie jak to dobrze jest być samemu, móc sobie bez przeszkód poflirtować i nie przejmować się niczym, ale nie mam teraz takiej możliwości, za to przynajmniej na razie nie zaliczyłam żadnego gorszego dnia, nie wspominam i nie rozmyślam ![]()
lilia80 to co powiedziałaś zwłaszcza na początku to jest rzecz, która najdłużej do mnie docierała, ale dziś już go nie usprawiedliwiam i podpisuje się pod tym obiema rękoma ![]()
Roszpunka - na ten moment mam dwa dłuższe szkolenia przed sobą więc tam pewnie kogoś poznam, tyle że to będą ludzie z całej Polski, ale i to dobre na początek:) a tutaj tak stacjonarnie to myślę nad czymś, ale dopiero może od października
twoja sytuacja uruchomiła w wielu z nas chęc"dokopania"temu (jak ktos slusznie nazwał twojego partnera)"paniczowy".
probowal zlamać zycie drugiemu człowiekowi-ble!
ale cudonie jest poczytac gdy piszesz ze sie wyrwałas z marazmu,zpedziłas cudowny weekend i jescze było na kim oko zawiesić.ponadto niespotykana znajomość mogła dac ci wiecej pozytku niz szkody-z tego co piszesz-bo chyba troszeczke cie podbudowala ,hm?
sama widzisz jestes rewelacyjna babką!skoro panicz sie nie garnie to ty daj czadu dziewczyno.
ZYJ NA MAKSA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
-pewnie wszyscy tutaj przyłączą sie do tego stwierdzenia.
a paniczowi nalezy sie twoja stanowcza odpowiedz-ŻEGNAJ!niech teraz on zostanie z przyslowiową reka w nocniku.
pozdrawiam
twoja sytuacja uruchomiła w wielu z nas chęc"dokopania"temu (jak ktos slusznie nazwał twojego partnera)"paniczowy".
probowal zlamać zycie drugiemu człowiekowi-ble!
ale cudonie jest poczytac gdy piszesz ze sie wyrwałas z marazmu,zpedziłas cudowny weekend i jescze było na kim oko zawiesić.ponadto niespotykana znajomość mogła dac ci wiecej pozytku niz szkody-z tego co piszesz-bo chyba troszeczke cie podbudowala ,hm?
sama widzisz jestes rewelacyjna babką!skoro panicz sie nie garnie to ty daj czadu dziewczyno.ZYJ NA MAKSA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
-pewnie wszyscy tutaj przyłączą sie do tego stwierdzenia.
a paniczowi nalezy sie twoja stanowcza odpowiedz-ŻEGNAJ!niech teraz on zostanie z przyslowiową reka w nocniku.
pozdrawiam
Amen:)
Podpisuje sie pod tym.
Przeczytałam z ciekawością wszystkie Twoje posty Ewelina, aż straciłam wzrok...od łez. Tak bardzo mnie to wszystko wzruszyło, że aż postanowiłam się dzisiaj zalogować na forum i napisać.
Boże ja w to wszystko nie mogę uwierzyć. Być ze sobą tyle, zaplanować nawet ślub i ...czar pryska. Jesteś na prawdę mega dzielna że się trzymasz.
Nie mogę w to uwierzyć, że miłość potrafi zgasnąć. Ostatnio moja koleżanka rzuciła chłopaka z którym była 5 lat, bo przestała go kochać. Jeszcze rok temu skoczyła by za nim w ogień. Historie rozpadów mnie dołują. Boję się że mnie też to spotka. Muszę chyba przestać słuchać i czytać o rozstaniach, bo zauważyłam, że tak mi się to wbiło w głowę, że robię wszystko aby właśnie u mnie związek się posypał. Podświadomie wiem że tak nie będzie , ale skoro w koło tyle zakończonych związków.......
Jezu, nie mogę nadal uwierzyć w to wszystko. Ale w sumie lepiej że nie wzięliście tego ślubu.
No i bardzo dobrze:) Teraz będzie już tylko lepiej:) Fajnie, że się dobrze bawiłaś, bo to świadczy o tym. że pomimo wszystko potrafisz się jeszcze dobrze bawić, naprawdę jestem pod wrażeniem Twojej osoby. Podziwiam i 3mam kciuki za lepsze jutro:)
Powiem ci tylko jedno obserwowałam 5 lat chodzenia mojej kuzynki z chłopakiem on też wiecznie nie był pewny czy ją kocha przez 5 lat biedna mordowała sie z myślami czy on ją kocha walczyła z całej siły o ten związek raz mówił że ją kocha raz nie wiesz co ci powiem z perspektywy czasu?
Zmarnowała kawał życia najpiękniejszą młodość dla kogoś kto nie był tego wart dziś jest żoną innego chłopaka .Dlatego nie popełniaj tego błędu życie jest tylko jedne masz prawo kochać i być kochaną tak jak tego pragniesz od ciebie tylko zależy rozstanie jest cholernie trudne ale czasem potrzebne bo gdy jedno się kończy zaczyna się co innego .Zacznij wychodzić do ludzi przyjaciół korzystaj z życia bo jest tylko jedyne pozwól sobie na płacz ale pewnego dnia wstań powiedz sobie dość.Większości kobiet wydaję sie że życie bez ukochanego jest nie możliwe ale to nie prawda każdy jest panem swego losu masz wielkie szczęście że powiedział Ci przed ślubem że nie musisz latać po sądach i tłumaczyć przed obcymi dlaczego wam nie wyszło.Zachowaj w głowie te piękne chwile waszego związku te złe wyrzuć pamiętaj tylko to co dobre życz mu szczęścia i daj sobie czas na odpoczynek od facetów zwłaszcza od niego a kiedy przyjdzie czas nowa miłość sama zapuka do drzwi .Ślub nie daje szczęścia więc warto na szczęście pracować z osobą która kocha cie naprawdę i tego ci życzę pozdrawiam Muszka
Muszka ale ja już zakończyłam ten związek i w swoim sercu i w głowie, teraz nawet już nie chciałabym(o ile istniałaby taka opcja), żebyśmy byli jeszcze kiedyś razem; za bardzo mnie skrzywdził całym swoim postępowaniem z ostatnich kilku miesięcy, abym mogła mu to wybaczyć na tyle byśmy byli razem i abym mu jeszcze kiedykolwiek zaufała. Okazał się zwyczajnie dużym chłopcem, tym co mówił i jak się zachowywał stworzył iluzje pięknego życia, ale ja już wyszłam z tej bańki i mam się naprawdę dobrze:) Teraz po tych kilku miesiącach nie ma problemu abym o nim nie myślała czy rozpamiętywała nasz związek. Zwyczajnie wycięłam go z mojego życia, oczywiście czasem sobie o nim przypomnę, ale to jest ulotne i już nie na zasadzie że chciałabym aby był ze mną, tylko jako osobę, która gdzieś tam w mojej przeszłości się pojawiła. I wiem, że kiedyś przyjdzie czas, że z uśmiechem będę wspominać tamte lata, tak jak się wspomina np. dzieciństwo, bo z wycięciem ostatniego czasu, byłam wtedy zwyczajnie szczęśliwa. Ale dziś wole żyć, tak jakby tego wszystkiego nie było, bo tak jest łatwiej i tyle.
Dam na pewno znać jak będę już po tym spotkaniu "kończącym", dziś już nie chcę słuchać jego wykrętów i kolejnych kłamstw jak to się stało, o czym pisałam jeszcze jakiś czas temu, teraz podejdę do tego czysto praktycznie, rozliczymy się z tego z czego mamy się rozliczyć(nie chodzi o kasę), ustalimy co i ile mówimy znajomym, bo ich niestety podzielić się nie da
i każde pójdzie w swoją stronę:)
i życzę ci szczęścia a już na pewno szczęśliwej miłości bo każdy z nas na nią zasługuje niestety nie każdy docenia ale to już ich problem trzymaj się jak będziesz potrzebowała porady napisz a chętnie cię powspieram !!!!!!pozdro Muszka28
Trafiłam na to forum przypadkiem bo jestem załamana i już sobie nie radze. Chciałam się upewnić czy dobrym pomysłem jest pójście do psychologa, czy to coś pomaga(ale rozmowa, bo tabletek nie chcę), zaczęłam czytać Wasze wypowiedzi i uznałam, że może coś mi doradzicie w tych ciężkich dniach.
Jak podałam w temacie jesteśmy ze sobą prawie 6 lat. Jakoś w lutym zeszłego roku uznaliśmy, że trzeba zarezerwować sale bo wiadomo jak jest z terminami. Nie zaręczyliśmy się wtedy(tzn. on powiedział, że chcę się ze mną ożenić ja również tego chciałam), ale powiedziałam mu żeby zaręczyny odbyły się jak już będziemy mieli sale żeby nie wcześniej niż na rok przed bo to przynosi pecha(jakoś tak przyjęło się w mojej rodzinie). Nasz związek należał do wyjątkowo udanych, nigdy się nie kłóciliśmy, nie mieliśmy cichych dni, zdarzały się różnice zdań, ale potrafiliśmy się dogadać. I tak wszystko trwało prawie do końca lutego. Było tylko jedno ale... minęło tyle czasu, wszystko załatwiliśmy(orkiestra,fotograf,kościół) a on mi się nie oświadczył. Przez cały ten czas, czyli od sierpnia zeszłego roku ciągle liczyłam, że może czeka na jakąś specjalną okazje, ale czas mijał i nic. Teraz łudziłam się, że skoro nie w walentynki to może czeka do marca bo wtedy mam urodziny, ale byłam coraz bardziej zaniepokojona więc zaczęłam z nim rozmawiać, czy wszystko jest w porządku itd. No i mnie po prostu zabił. Po wielu trudach przebicia się z pytaniami stwierdził, że ma wątpliwości, ale nie chciał nic mówić, żeby mnie nie zranić. Że ma je już prawie od zeszłego roku, ale uznał że sobie sam z tym poradzi!!! A teraz ślub coraz bliżej i czuł, że wreszcie musi mi powiedzieć. Że boi się, że jesteśmy ze sobą tylko z przyzwyczajenia, że nie jest pewien swoich uczuć. Ja oczywiście wpadłam w panikę, nie mogłam w to uwierzyć i dalej nie mogę. Nie mogę zrozumieć dlaczego nie powiedział mi o tym gdy to się zaczęło, wydawało mi się, że o wszystkim sobie mówiliśmy. Ciągle płaczę i do niego dzwonie(tzn. kilka razy dziennie, czasem dwa, w zależności od dnia, bo póki co rozmowy z nim mi pomagają i się uspokajam). Ale wiem, że robię źle. Ustaliliśmy po tamtej rozmowie, że damy sobie szanse(to było prawie 3 tyg temu),ale nasze rozmowy gdy przyjeżdżał na weekend(od dwóch lat mieszkamy w osobnych miastach ze względu na jego prace, po ślubie miałam się przeprowadzić do niego i tam mieliśmy znaleźć mieszkanie, bo obecnie wynajmuje z 3 facetami) ciągle schodziły na temat jego wątpliwości, ja płakałam on mówił, że jest draniem, że nie chciał mnie zranić, że chce tylko dobra dla mnie, że lepiej żeby się nie urodził. Mówił też, że może on po prostu nie nadaje się na męża itd, chociaż dwa lata temu to on chciał abyśmy już się pobrali, tylko ja to oddaliłam, ze względu na drugie studia, które chciałam najpierw skończyć. Teraz po naprawdę ciężkim dla nas weekendzie powiedział, ze powinniśmy dać sobie czas, że on musi zobaczyć co czuje gdy mnie nie ma. Wiem, że muszę mu na to pozwolić, ale jeszcze nie mam siły i nie potrafię zerwać z nim kontaktu. On dla mojego dobra zgadza się na odciągnięcie tego w czasie.
Nie rozumiem dlaczego tak długo milczał, dlaczego pozwolił mi robić te wszystkie plany, dlaczego jeździł ze mną na targi ślubne i wybierał skoro miał wątpliwości. Boje się, że wpadnę w depresje, a nie chcę tego bo widziałam jak to niszczy życie mojej cioci. Ale też wiem że sama sobie nie poradzę, że chyba powinnam iść do tego psychologa, żeby pomógł mi dać czas mojemu chłopakowi, i żeby pomógł mi jeśli on zakończy ten związek. Chciałabym się na czymś oprzeć, chciałabym powiedzieć, że mnie bił, zdradzał,że się nie dogadywaliśmy, ze nie jest mnie wart, ale nic takiego powiedzieć nie mogę, nie mogę znaleźć żadnego punktu który mógł by mi jakoś pomóc, chociażby powodując złość na niego. Nocami śni mi się, że jesteśmy ciągle w tym zawieszeniu i gdy się budzę jest mi jeszcze ciężej. Czy psychologowie pomagają jakąś rozmową, czy lekiem na wszystko są tabletki uspokajające? Czy warto do nich iść, a może powinnam zrobić coś innego? Wszystko straciło dla mnie sens, miałam tyle planów, ale je wszystkie podporządkowałam jemu, teraz nawet nie mam ochoty nic robić. Ciągle czekam i mam nadzieje, że podczas którejś rozmowy powie, że jednak mnie kocha. Ale rozum mówi, że to nieprawda. I boje się, że gdy zrobimy to co chce, to całe sprawdzanie to on już nie wróci. I nie wiem jak dalej miałabym żyć :-(
Długo jesteście ze sobą, można powiedzieć, że szmat czasu. Decyzja o ślubie jest jedną z najważniejszych w życiu. Z jednej strony wiesz na czym stoisz. Uważam, że lepsza bolesna prawda niż słodkie kłamstwo. Oczywiście nie usprawiedliwiając Twego wybranka. Jesteś młoda- kobieta zawsze jest młoda i nie musisz w to brnąć. Chociaż u mężczyzn definicja przyzwyczajenia i miłości powinna być traktowana jako synonim. Dla nich jedno ito samo. Jesteś długo ze swoim partnerem, znacie się zapewne bardzo dobrze, wiele znosiliście, nie obrażaj się na partnera za użye przez niego okreslenie ''przyzwyczaiłem się". Jak już ktoś napisał, lepsze rozstanie w czasie niż potem ciąganie się z rozwodami. My kobiety często bierzemy wszystko do siebie, każde słowo. Mężczyzna musi być zdecydowany, że z daną kobietą chce spędzić całe życie, ma prawo do tego, nie możemy się narzucać, mimo iż to jest bolesne. Czasami trochę chłodu utrzymuje świeżość w związku. Określenie ''przyzwyczaiłem się" nie jest mi obce, dlatego udzieliłam się w tym wątku. Z jednej strony wolałabym, by mój facet mówił, że mnie kocha a nie, że jest przyzwyczajony do mnie, lecz z drugiej strony po co mi jakieś puste, słodkie słówka?
Dawno już nie pisałam, chociaż sądziłam, że pod koniec września będę miała powód a tu kiszka
ale zanim powiem dlaczego to wcześniej muszę się do czegoś przyznać ![]()
Z jakiś miesiąc temu, no może odrobinę więcej, niedługo po jak tu ostatni wpis zrobiłam wpadłam jak przysłowiowa śliwka w kompot :-D dopadło mnie takie zauroczenie(od praktycznie pierwszego wejrzenia) kolegą z pracy( z którym de faco zamieniłam może ze dwa zdania, nie wliczając standardowego cześć), że sam jego widok(nawet z odległości dobrych kilkunastu metrów korytarza sprawiał, że śmiałam się sama do siebie przez resztę dnia :-D )A cuż on miał w sobie? Przede wszystkim niesamowite oczy(coś niesamowicie dobrego jest w nich, nawet nie umiem tego określić) i cudowny uśmiech, a uśmiechał się prawie cały czas:) Dobrze, że nie pracowaliśmy i nie pracujemy w jednym wydziale, bo wywaliliby mnie na zbity pysk za całodniowe wgapianie się w niego hehe I powiem szczerze, że takie zauroczenie zdarzyło mi się po raz pierwszy w życiu, zwłaszcza, że widywałam go średnio raz dziennie ale naprawdę fajnie było "móc sobie na niego popatrzeć" jak to rzekł jeden bohater kobiecego serialu. Jednak wszystko co dobre w końcu się kończy, i tu sama zadziałałam, a mianowicie wbijałam sobie przez pewien czas, że nie ma absolutnie żadnej szansy aby taki facet nie miał nikogo(dziewczyny, żony lub kochanki), a że zajęci faceci są dla mnie straceni to w końcu udało mi się otrząsnąć z tego stanu. I dobrze, i dla mnie i dla mojej pracy. Nie wiem czy kogoś ma czy nie, ale w pracy nie mam większych szans na sprawdzenie tego stanu rzeczy, bo minimalne okazanie zainteresowania rodzi lawinę plotek, więc może za jakiś czas się dowiem, i jeśli jednak cuda się zdarzają to być może znowu moje serce szybciej zabije, ale póki co złapało spokojny, miarowy rytm:) Tak więc na dzień dzisiejszy fajnie jak uda mi się go spotkać, co ostatnio nawet dość mocno się ograniczyło, głównie pewnie dlatego, że nie nasłuchuje już jego kroków na korytarzu hehe
Ale no właśnie tak zastanawiałam się nawet przez chwilę, czy to w ogóle normalne, że coś takiego mnie spotkało jeśli jeszcze w sumie nie tak dawno temu wyobrażałam sobie życie u boku kogoś innego i byłam przekonana, że to co do niego czuje jest już na całe życie? Czy może jest to tylko jakieś odreagowywanie(wiecie coś na zasadzie tych z dziewczyn, które potrzebowały rebound gay'a aby otrząsnąć się po stracie)? No i w gruncie rzeczy trochę osłabiło moją wiarę w miłość po grób, a szkoda bo sądziłam, że pod tym względem będę niereformowalna. Ale nic to, piszę to do czego zmierzałam:
Zadzwoniłam do pana R. w Dzień Chłopaka, żeby złożyć mu życzenia bo wyjątkowo głupio wydawało mi się tylko napisać po takim czasie milczenia(nie napisać też, zwłaszcza, że zawsze wysyłam takie życzenia do wszystkich kolegów) no i liczyłam, że może coś zająknie się o spotkaniu. Ale gdzie tam, po bardzo uprzejmej 20-minutowej rozmowie(takiej w stylu że czujecie, że z osobą z którą właśnie rozmawiacie widzieliście się zaledwie wczoraj) życzył mi wszystkiego dobrego w pracy i generalnie tyle. No więc nim zdążył się rozłączyć uprzejmie przypomniałam mu, że mieliśmy się spotkać aby zakończyć tą szopkę zwaną związkiem(i w sumie pooddawać sobie rzeczy, czego nie powiedziałam, ale wydaje mi się bardzo oczywiste). On na to, że owszem, że tak, ale (jako, że właśnie z tego co mówił wracał ze szkolenia) w najbliższy weekend znowu wyjeżdża i go nie będzie więc teraz nie uda nam się zobaczyć. Ja mu na to grzecznie, że to nawet dobrze bo ja też wyjeżdżam(co było najprawdziwszą prawdą) więc powiedziałam mu, że czekam na telefon, i jak ja będę miała w zaproponowanym przez niego terminie czas to się zobaczymy.
A dziś mamy koniec października i biedak do tej pory czasu znaleźć nie może. Moja siostra dokonała odkrycia, że może on po prostu nie chce się już ze mną spotkać, na co w pierwszej chwili zareagowałam, 'no przecież jak to mamy rozstać się jak kulturalni ludzie, omówić parę spraw i każde pójdzie w swoją stronę więc dlaczego niby nie chce?'. A potem przypomniałam sobie, że w końcu wspólnie tu ustaliłyśmy, że to zwyczajny tchórz i być może dlatego nie chce bo innych powodów nadal nie widzę(ale może powinnam wybrać się do okulisty;) ). Tak czy inaczej biedaka do spotkania zmuszę bo chcę odzyskać swoją mikrofale, on podejrzewam, ze też zechce swoje rzeczy. Więc teraz znowu czekam. Tym razem na telefon jak sobie o nim przypomnę. Bo generalnie rzadko o nim myślę, a jeśli już to jest mi go zwyczajnie żal, że okazał się takim małym zakłamanym człowieczkiem. A czekać będę póki będzie we mnie cierpliwość lub uznam, że micro jest mi niezbędna do życia, bo szczerze mówiąc nadal nie za specjalnie chce mi się go oglądać. Chciałam być babką z klasą, ale jak widać nie mogę, więc będzie mógł śmiało snuć bajki swojej przyszłej dziewczynie z jaką to harpią był, która zmuszała go do niechcianych spotkań:)
Ps. Niestety ani ta pierwsza historia ani ta druga w żaden sposób nie umniejszają mojego tutaj osamotnienia i czasem tracę nadzieje, że poznam tu kogoś fajnego(płci obojga) z kim będę mogła wyskoczyć gdzieś wieczorem, ale póki co jeszcze karmie się nadzieją, że może jutro albo pojutrze i ciekawa jestem kiedy się poddam:)
Ewelina, jak zobaczyłam, że odezwałaś się na forum, to tak przeczułam, że może chodzi o jakiegoś faceta...i miałam rację
.
I ja także czuję, że spotkasz tę prawdziwą miłość, a że miewam jak widzisz "szósty zmysł", to nie poddawaj się pesymistycznym myślom.
No bo widzisz, fajna z Ciebie babka, nawet jak się Ciebie czyta, to to widać jak na dłoni i nie wierzę, żebyś nie mogła znaleźć fajnego faceta
. Oczywiście, nie musi być dziś, nie musi być jutro, ale na pewno taki dzień nastąpi.
Wiesz, to co poczułaś do tego kolegi z pracy, to pewnie głównie oczarowanie Jego wyglądem, stylem bycia, bo ledwo Go znasz, ale kto wie, może i jest wolny, pewności mieć nie można. Ale oczywiście jak najbardziej rozumiem Twoje rozterki i bardzo dobrze, że nie interesowałby Ciebie, gdybyś dowiedziała się, że kogoś ma. To się naprawdę chwali, tak trzymaj
.
No, a żeby mieć pewność co to jest co czujesz, to na pewno musiałabyś Go lepiej poznać.
Mimo wszystko cieszę się, że coraz mniej myśli zaprząta Ci były, który no, jak sama widzisz, okazał się tchórzem. To jest niepojęte, żeby od Dnia Chłopaka nie przyjechał, żeby chociażby oddać Ci tę mikrofalę. Nie rozumiem takich facetów o.O
truskaweczka19 i właśnie dlatego napisałam, że się zauroczyłam a nie zakochałam, bo jak piszesz w sumie to nic o nim nie wiem:D poza tym, że może gdzieś tam ze dwa razy usłyszałam, że to fajny chłopak(z ust jego starszych kolegów, przy okazji załatwiania jakiś spraw) i miałam okazje ze trzy razy posiedzieć w jego towarzystwie jak rozmawiał z moim przełożonym u nas w pokoju, także to moje zauroczenie to głównie w jego oczach i uśmiechu(nie powiem, że nie jest przystojny bo jest, chociaż ja zawsze gustowałam jednak w południowym typie urody u faceta, a on jest ciemnym blondynem z niebieskimi oczami), ale ma coś tak niesamowicie fajnego jak się patrzy na mnie i do tego jeszcze uśmiechnie, że wymiękam. Znaczy poprawka wymiękałam hehe
I mam nadzieje, że Twoje przeczucia co do reszty też się sprawdzą :-D
ewelina102 co tam u Ciebie?
skowronek83 a u Ciebie jakoś się wyklarowało ?
245 2011-11-22 22:07:26 Ostatnio edytowany przez ewelina102 (2011-11-22 22:13:48)
graka u mnie tak po ogólności to bez zmian, ale w przyszłym miesiącu zapisuje się na kurs tańca głównie w celach zapoznawczych z tutejszymi mieszkankami(bo zdecyduje się raczej na wersje dla pań), a przy okazji trochę kondycji się złapie:)
W weekend wybierałam się z koleżankami na noc szaleństw i wróżb, ale chyba skończy się na "wybierałam się" bo prawdopodobnie będę miała dyżur w pracy więc nie wrócę do domu, może pocieszające jest to, że ów miły pan, o którym wyżej pisałam też będzie go miał, więc jest szansa 1 do 100 że uda nam się porozmawiać i może czegoś się dowiem(tak mała bo pewnie w innym rejonie); ale gdyby jakimś cudem jednak się udało to napiszę:)
Od Jaśnie Pana Nie Wiem nadal zero odzewu (wybaczcie ale nie mogłam sobie podarować tego tytułu
), chociaż w gruncie rzeczy może to i lepiej, bo kto wie czy jego widok nie zburzył by mojego spokojnego bytu, czy jakaś część zawiedzionych emocji by do mnie nie wróciła, bo takie mam wrażenie, że jakoś za szybko przeszedł mi ten smutek i żal <- na co zwróciła mi uwagę nasza wspólna koleżanka, z którą widziałam się pierwszy raz od wakacji i dopiero teraz miałyśmy okazje szczerze porozmawiać; sama już o tym też kiedyś myślałam i nie wiem. A co Wy o tym sądzicie?
graka a co u Ciebie? Czy w kwestii ślubu ruszyliście coś do przodu czy nic się nie dzieje? Rozmawialiście o nim?
witaj,
co do Twego pytania czy za szybko sobie poradziłaś, to faktycznie może coś w tym jest, że to takie uśpienie wroga w środku. Że gdybyś go ujrzała , mogłoby wszystko wrócić i Cię rozłożyć.
To tak jak z żałobą po śmierci bliskiej osób (trochę o tym czytałam) że nie należy być super dzielnym i zaraz okazać swoją moc, że sobie świetnie radzę. Należy dać czas na żałobę bo ( tak czytałam), że gdy za szybko przyjdzie "normalność" może to wrócić ze zdwojoną siłą i rozwalić nas na dłużej, zamiast przeczyć żałobę raz, a dobrze.
A co u mnie- jest temat ślubu. W zasadzie jest data wstępnie ustalona na przyszły rok , bo on bardzo tego chce, ze zrozumiał , ze ja to jestem ta właściwa, i że lepiej mu być z kimś innym nie może. Ze był durniem, że tak myślał i ze postąpiłby dziś inaczej. Nie ukrywam, ze to miłe, ze tak uważa, ale zadra ( a tym bardziej w moim pamiętliwym charakterze) pozostała. A do tego- pewne okoliczności niezależne od nas przemawiają , że to nam nie pisane. Ja z natury pesymistka, więc biorę sobie pewne znaki do głowy i się nakręcam.
A z drugiej strony jak patrzę na innych, na rożne przejścia i stosunek wzajemny do siebie oraz inne aspekty( nawet te materialne potrzebne do startu) to niczego nam nie brakowało- ale jednak stanęło coś na przeszkodzie. I to jest przykre.
Więc jak widzisz temat jest, ale nadal w głębi duszy się boję trochę bo czego dziś można być pewnym? Tu się słyszy , tam się czyta, ze rozstali się przed ślubem po wielu latach albo , ze zaraz po ślubie. Jakaś plaga !
o ile dobrze pamiętam, to mam rozumieć, że tak naprawdę nigdy oficjalnie-formalnie itd nie doszło do rozstania- w sensie ostatnia rozmowa, że to koniec.
Dokładnie tak, jedynie podczas ostatniej rozmowy telefonicznej(tej z września) powiedział, że chyba wiem jak jest i że to się u niego raczej nie zmieni, pomijając fakt że nigdy nie powiedział wprost o niczym, ale że jestem domyślną kobietą mam to rozumieć, że nasz związek nie ma dalej sensu, i że woli się rozstać<-to już moja własna dedukcja i sądzę, że poprawna.
Więc nie mogę powiedzieć, że zerwaliśmy, ale też nie mogę powiedzieć, że jesteśmy razem. Ogólnie dużo niedomówień i czytania między wierszami, i troszkę szkoda, bo inaczej sobie wyobrażałam rozstanie z kimś z kim spędziłam te kilka lat, i czuje się trochę taki nie smak, że nie powinno to tak wyglądać między ludźmi w tym wieku i po takim czasie czyli załatwiane na telefon, że tak to mogą sobie dzieci w gimnazjum zrywać, ale nic już na to nie poradzę.
"A do tego- pewne okoliczności niezależne od nas przemawiają , że to nam nie pisane." - nie wiem co za okoliczności, ale wiesz jak to jest z samo spełniającą się przepowiednią, jeśli uważasz że coś nie ma prawa się udać to będziesz zwracać uwagę na wszelkie znaki na niebie i ziemi, które będą dowodzić Twoich obaw, a których w normalnych okolicznościach nie odczytałabyś w taki sposób i podświadomie będziesz dążyć do realizacji tego czego się obawiasz. Inna sprawa, że też pewnie obawiałabym się po tym co zdarzyło się wcześniej czy tym razem się uda, ale czy to nie zabierze Ci radości z tego ślubu? Z tych przygotowań? Jeśli on cały czas zachowuje się bez zarzutów i nie tylko to słyszysz od niego, ale przede wszystkim czujesz to może powinnaś postarać się zapomnieć o tamtym pierwszym razie, chociaż wiem, że to będzie bardzo trudne.
Co do tych rozstań to też to widzę i jest to przerażające, i nie mam pojęcia dlaczego tak się dzieje ![]()
248 2011-11-26 00:22:47 Ostatnio edytowany przez ewelina102 (2011-11-26 00:33:27)
Powiedziałam, że napisze po dzisiejszym dyżurze, ale w sumie nie o tym o czym napiszę spodziewałam się zdawać relację.
Z chłopakiem, który wpadł mi w oko nawet przez chwilę się nie widziałam, i w sumie nie wiem czy też dziś wieczorem pracował, od osoby z którą ja byłam nie udało mi się nic wyciągnąć, bo nawet go za specjalnie nie zna. Mówi się trudno, żyje się dalej:)
Ale o 20 zadzwonił R. i chyba głównie z tego co wywnioskowałam to żeby sobie pogadać...grrr zaczął od zapytania gdzie jestem, czy pojechałam do domu czy nie, sam stwierdził, że on nie pojechał(czyt. jest w niedalekim mieście) i że teraz się uczy, a że akurat byłam w tym czasie w miejscu, w którym grała muzyka, więc po tym jak już mi opowiedział, jak on biedy jest ciągle zajęty, i że ciągle ma dużo nauki i zaliczeń na aplikacji i że wreszcie może uda mu dostać awans w pracy(nadmienił również, że to były powody dla których upłynęło już tyle czasu od tamtego telefonu) zapytał czy gdzieś wyszłam, powiedziałam mu że owszem, zwiedzam miasto w którym teraz mieszkam i chcąc zakończyć rozmowę życzyłam mu tak jak on mi ostatnio wszystkiego dobrego, pozdawania egzaminów, na co on, że w takim razie jeszcze zadzwoni, żeby się umówić na to spotkanie, na które chciałam się ostatnio umówić, i dodał, że w ten weekend nie bo ma jeszcze za tydzień te egzaminy i może później, ale też jakiś termin rozmyty więc mu przerwałam i odpowiedziałam, że to dobrze bo ja najbliższe trzy weekendy mam zupełnie zajęte(co jest prawdą) więc, żeby zadzwonił później niż za tydzień. Cała rozmowa trwała niecałe 10 minut i gdyby nie to, że był obecny przy niej mój partner z pracy, przy którym nie chciałam mówić nic bardziej osobistego to naprawdę miałam ochotę powiedzieć mu, że skoro chce się spotkać BO JA TEGO CHCIAŁAM, a on biedny wolałby uniknąć tej sytuacji to możemy się rozmówić za pomocą poczty i maila. Rozmowa oczywiście była bardzo grzeczna, co już samo w sobie zaczyna sprawiać, że ogarnia mnie pusty śmiech i po jej zakończeniu nawet przez chwilę już o nim nie pomyślałam, aż do chwili pisania tego posta.
A moje odczucia przed i w trakcie rozmowy:
1. jak zobaczyłam na wyświetlaczu jego imię to pomyślałam sobie w pierwszej chwili, że oczywiście lepszego czasu znaleźć sobie nie mógł, zero przyspieszenia pulsu;
2. w czasie rozmowy- fajnie się rozmawia jak zwykle, ale "kończ Waś wstydu oszczędź"(znaczy się nie chcę mi się z Tobą gadać, chociaż miałabym jeszcze dużo do opowiedzenia), a kiedyś taka jedna rozmowa potrafiła sprawić cuda z moim rozkołatanym sercem i dać mi nadzieje, że może jeszcze nie wszystko stracone;
3. po rozmowie " to na czym skończyliśmy nim nam przerwano" (to oczywiście do mojego kolegi)
Boże, robię się zupełnie bezduszną kobietą...
Także widzisz graka, wygląda na to, że jednak dopnę swego i spotkamy się aby to formalnie zakończyć(co dla mnie już odkąd przestałam czekać po tamtym wrześniowym telefonie nie ma zupełnie znaczenia i już jest faktem) i zrobimy to bo ja tego CHCIAŁAM, bo najwyraźniej jemu nie przeszkadzało by rozstanie się przez telefon.
A dlaczego akurat dzisiaj zadzwonił? Za niego nic uciąć sobie już nie dam, ale o ile nie wchodzi w grę żadna dziewczyna dla której chciałby mieć sprawę czystą ze mną, to jak go znam siedzi nad książkami, nudzi się, współlokatorzy wyjechali bo weekend, nie ma więc do kogo się odezwać ani z kim wyjść na piwo, więc z braku lepszej opcji zadzwoni do mnie, żeby pochwalić się ostatnimi osiągnięciami, trochę ponarzekać, a na koniec, żebym się nie czepiała, albo broń Boże kiedyś przy znajomych nie wypomniała jego braku dojrzałości to wspomni jeszcze o tym spotkaniu z góry mówiąc, że nie wie kiedy będzie mógł. Bo gdyby chciał już dziś się umówić na to spotkanie, a po to miał zadzwonić, to zaproponował by konkretny termin a nie od razu jakieś wykręty, że nie wie dokładnie kiedy by to mogło być. Także jak napisałam na początku zadzwonił sobie pogadać.
Odpiszę później jakiś dłuższy komentarz, ale pierwsze pytanie mi się nasuwa po przeczytaniu Twojej wypowiedzi, to czy TY uważasz, że On jest na tyle "poukładany" tudzież perfidny, że teraz już myśli jak kiedyś w bliżej nieokreślonej przyszłości TY go przedstawisz innym- a raczej Waszą sytuację rozstania?
Dodam, że Wasze rozstanie-nierozstanie- jest jedynym (chyba) jakie znam , że nie nastąpiły tak naprawdę spotkania kończące połączone z próbą powrotu itd. Bo przeważnie to wygląda trochę łzawiej.
Kiedyś pamiętam , że pisałaś nawet, że początkowo wchodziła opcja powrotu do"randek". Ale już nie pamiętam, czy to była wspólna propozycja, czy tylko Twoje przemyślenia.
Tak mi się wydaje, bo on bardzo dba o to aby inni odbierali go jak najlepiej, zawsze stara się wychodzić na "dobrego" człowieka, który nie popełnia błędów(nie, żeby mu się jakieś nie zdarzyły, ale to czym może pochwalić się przed kolegami przed rodziną stanowi tabu i woli skłamać niż przyznać się do jakiejś wpadki). Jednak trzeba przyznać, że tak generalnie jest takim człowiekiem jakim chce być czyli w porządku do wszystkich stąd przez długi czas nie mogłam uwierzyć w to co się stało między nami i że tak będzie się zachowywał.
Co do rozstań i powrotów to ani ja ani on chyba w coś takiego nie wierzymy, po tym jak powiedział o swoich wątpliwościach i po pewnym czasie na "ochłonięcie" z emocji spotykaliśmy się tylko na mieście, i chyba dwa razy byłam u niego(ale bez żadnych zbliżeń) i to był ten okres randek, później od telefonu jeśli dobrze pamiętam w sierpniu kiedy go docisnęłam i mogłam z jego odpowiedzi wyciągnąć wniosek, że nic z tego już nie będzie nie zamierzałam już spotykać się z nim na żadne inne spotkane oprócz tego "kończącego" i w sumie tak jest do dziś, chociaż dzisiaj już się na nie tak nie upieram bo po prostu odpuściłam sobie zupełnie sprawę kończenia tego związku jak ludzie dorośli, skoro on ma z tym taki problem.
Masakra. Tyle czasu minęło, a niby nadal taki zajęty. Ewelina , wcale Ci się nie dziwię, że nie miałaś ochoty z nim gadać. I tak bardzo dlugo Ci na nim zależało, to on sama wiesz jak się zachował... Wiem, że sobie poradzisz niezależnie od tego czy spotkacie się i ostatecznie zerwiecie czy nie,bo jesteś babka z klasą, nie to co on, niezdecydowany facet...
Pozdrawiam
.
ewelina102- to faktycznie wnioskuję, że jednak już Cię nic nie bierze. I wygląda na to, że się otrząsnęłaś, otrzepałaś i jest ok. Jeżeli tak jest to dobrze. Będzie Tobie łatwiej na przyszłość, coś budować , lub po prostu łatwiej żyć.
Nadal dziwi mnie, to , ze będąc przed ślubem- czyli związek nader poważny- nie doszło do rozstania, jakiegoś ustalenia itd. Tylko nie wiem czy to nie przyzwyczajenie, wątpliwość i bum. I koniec kontaktu jako takiego. Czas jak widać wszystko weryfikuje, bo zapewne rok temu byłaś przekonana, a przynajmniej tak Ci się wydawało, że w sierpniu będziecie małżeństwem.
No cóż, nie pozostaje nic innego tylko ostatecznie się rozmówić- bo widać, że to wisi w powietrzu i nastąpić musi.
A tak na marginesie zapytam- dużo osób wiedziało o Waszych ślubnych planach? Pytają? A jak zareagowała w konsekwencji rodzina?
Eweliono - gratuluje wyboru i samozaparcia!!! Jak znalazłam Twoje wypowiedzi to sprawa wygladała podobnie ... tylko zakończyła się ślubem i jestem rok po nim a z tygodnia na tydzień mam wątpliwości... Poznaliśmy się prawie 8 lat temu w czasie studiow. Po studiach on wyjechał do pracy do innego miesta ja zostałam bo miałam pracę - i tak 3 lata weekendowo. Po tym czasie na pół roku wrocił do rodzinnego miasta, po czym znalazł kolejną pracę i miał wyjechać - w tym czasie nie mieszkalismy razem a wszyscy w koło juz tupali nogami że trzeba nas zalegalizować, mi też zaczeła dokuczać taka niepewność ni to dziewczyna ni to żona "weekendowa"
i przed wyjazdem oświadczył się ... gdzie po paru godzinach mówił że żartował - ale zaczeliśmy wybierać sale i całą otoczkę. W kwestii "żartu" to mamy specyficzne poczucie humoru czasami więc wtedy nie brałam tego do siebie. Ślub odbył się w 10.2010 - ale miesiac przed gdy zapłaciłam za sukienkę jego umówiłam na przymiarkę garnituru - on w esie zwrotnym "nie wiem czy to dobry pomysł".
No i świat mi zawirował. Zafundowałam sobie dłuuuuugi spacer - rozmowy z kim się da, potem z nim 2 godzinna rozmowa tel, gdzie się dowiedziałam, żenie wie czy to dobry pomysł bo nie mieszkaliśmy razem, że nie wychodzimy już tak często, że już taka codzienność się wkradła przyzwyczajenie w te nasze weekendy. To byłą środa, w czwartek zwolniłam się z pray i pojechałam do niego - jak to meżczyzna wystraszył się, był min po rozmowie z kolegami gdzie 3 po rozwodzie bądź w trakcie i się troche wystraszył. Jakoś to przełknełam - jadac byłam gotowa na rozstanie myślałąm co z sukienką zrobię. W piątek wróciliśmy do miasta rodzinnego gdzie zaczeliśmy już nosować w "naszym" mieszkanku w którym mieliśmy po ślubie mieszkać.
I tak dzień ślubu nastał - kupa nerwów bieganiny tydzień przed urwanie głowy.
Ślub był piękny. Zamieszkaliśmy ze sobą na 24/7 dopiero w lipcu tego roku. Do dnia dzisiejszego jest tak że się kochamy - jednak nigdy mi tego słowa nie powiedział, mamy swoje charaktery, znamy się jak łyse konie - jadnak w towarzystwie już od dłuzszego czasu jak i jak byliśmy sami to brak jest czułosći z jego strony. Ostatnio uświadomiłam sobie że to ja się staram a on już tak jakby przyzwyczaił się.
Zaczynam myśleć i myśleć, że może miał rację, że ślub to nie był dobry pomysł.
Ewelina przeczytałam twoją historię. Widzę że się już otrząsnęłaś. Czas jest najlepszym lekarstwem. Cieszę się, że ci się udało!
Ja jestem niestety na takim twoim wcześniejszym etapie.
A właśnie-podczepiam sie pod pytania Graki- ludzie z otoczenia wypytywali? Bo mnie pytają o ślub, jakieś tam szczegoły, a nie chcę każdemu mówić że mamy kryzys. Tata coś mówi o wódce, żeby kupić w tym roku itd
Stopuję go delikatnie. Ale mi przykro.
Angi82 przykro mi, że Cię coś takiego spotyka, ja w sumie po głębszej analizie, już tak bez emocji też doszłam do wniosku, że w naszym związku w pewnym momencie już tylko ja się starałam, ale jeszcze w wakacje miałam "klapki na oczach" i tego nie mogłam dostrzec ![]()
do Graki i Kocura - wiedziała cała moja rodzina i nasi znajomi(chociaż nie wszyscy), z jego rodziny wiedzieli tylko jego rodzice(i jego chrzestna z rodziną i być może jedna babcia) bo strasznie to ukrywali, bo chcieli to ogłosić oficjalnie na imieninach jego taty i w sumie myślę, że albo coś podejrzewali albo czekali, aż im oznajmi, że wreszcie się oświadczył, że nie zrobili tego wcześniej. Do ogłoszenia na tych imieninach nie doszło bo na nie nie pojechałam, bo R. uznał, że woli abym nie jechała (co chyba zresztą opisywałam), wiem, że jego rodzice byli niezadowoleni, z tego powodu, że nie przyjechałam i chyba nie bardzo kupili bajeczkę o moim nagłym wyjeździe, i w końcu z miesiąc później im powiedział o tym, że ślub odwołujemy. Ja na szczęście sukni nie zdążyłam kupić, chociaż byłam na przymiarkach, za to wódkę już mieliśmy(za którą po połowie płacili jego rodzice i moi) i całą resztę też ehh
Co do pytań osób - na początku szlag mnie trafiał, wszyscy jak na złość wypytywali czy już wszystko dopięte na ostatni guzik(a było jeszcze dobre pół roku do ślubu) i jak powiedziałam, że chyba odwołamy to słyszałam litanie o tym jak ktoś kiedyś tam odwołał, że lepiej teraz niż później, żeby na koniec stwierdzić, żebym się nie martwiła i tak się pogodzimy ehh znajomi byli trochę bardziej taktowni, ale ponieważ w tamtym okresie sama byłam w rozsypce to ciężko się tego słuchało, no ale cóż taka kolej rzeczy i to trzeba było przejść, dzisiaj chyba już wszyscy wiedzą więc mam spokój, zresztą dzisiaj jest już inaczej.
I tak, w zeszłym roku o tej porze myślałam, że będziemy przygotowywać się do naszych pierwszych świąt jako małżeństwo, ustalaliśmy do której rodziny pojedziemy najpierw itp. Póki co nie pozwalam sobie na chwilę słabości, chyba jeszcze bardziej jestem pełna żalu do niego o to jak to wszystko się skończyło, trochę obawiam się tego spotkania(tzn. czy to do mnie nie wróci), ale poza tym jest dużo lepiej ![]()
Cześć dziewczynki,
ostatnio nie odzywałam się, ale już piszę co u mnie. Mogę przyznać, że jestem chyba na tym samym etapie, co Ewelina, wiec chyba idzie ku dobremu. Odkąd oddałam pierścionek mojemu byłemu, przestałam robić sobie "nadzieję" i zaraz chwilę potem poczułam się taka wolna w tym wszytkim, że aż dziwne. Przyznam wam się, że modliłam się za mojego byłego, aby ta cała sytuacja rozwiązała się najlepiej dla nas, mam nadzieję, że u niego też jest lepiej i jakoś zmierza się teraz ze sobą, bo musi to zrobić, w końcu dowiedzieć się czego chce od życia. Co u mnie, tu też mała niespodzianka, choć może tylko chwilowa. Otóż na jednej z imprez ze starymi znajomymi zaczął mnie podrywać taki jeden chłopak - jak narazie to tylko luźna znajomośc i może nic z tego nie będzie, chociaz szkoda mi, bo zauroczyłam się nim. No to dopiero zdzwienie dla mnie - nie sądziłam, że jeszcze mi się ktoś spodoba, przecież tak bardzo kochałam mojego byłego, że nie wyobrażałam sobie bez niego życia, a tu taka wolność
W dodatku ktoś inny mi się spodobał, co się rzadko zdarza. No co do innego to nie wiem, czy coś z tego będzie, bo jest bardzo ostrożny i niezdecydowany, hmm.. ale to już inna bajka, a może to ja jestem teraz też zbytnio ostrożna, no zobaczymy co czas pokaże. Spotykamy się od czasu do czasu na stopie znajomości i tyle nowego u mnie.
Pozdrowionka dla was dziewczyny.
"No to dopiero zdziwienie dla mnie - nie sądziłam, że jeszcze mi się ktoś spodoba, przecież tak bardzo kochałam mojego byłego, że nie wyobrażałam sobie bez niego życia, a tu taka wolność "
skowronek83 doskonale rozumiem co czujesz bo mam to samo, czasem sama się zastanawiam jak to możliwe po tak krótkim czasie, ale chyba najważniejszy to jest ten moment poczucia "wolności" bo gdy się już wie na czym się stoi, to nadzieja na uratowanie związku musi umrzeć, przede mną ciągle jeszcze to spotkanie, jeśli tym razem dotrzyma słowa to powinien odezwać się za jakiś tydzień i wtedy na spotkaniu przekonam się na ile to moje "uwolnienie się" jest prawdziwe ![]()
Życzę powodzenia z nowym znajomym, oby wszystko się fajnie ułożyło i pisz czasem, a zwłaszcza jeśli coś przełomowego się wydarzy:)
Ewelina ale to bardzo dobrze, że tak się układa, że zapominasz, a nie roztrząsasz. Daj znać po spotkaniu jak to wyszło.
Widzę, ze też miałaś ciężko z tym dopytywaniem o wesele. Ja wiem, że znajomi pytają z życzliwością, ale nie będę każdemu opowiadać, że mamy kryzys. Ucinam temat tak szybko jak się da.
ewelina102 i bylo spotkanie??
260 2011-12-28 19:57:14 Ostatnio edytowany przez ewelina102 (2011-12-28 20:02:54)
Do spotkania jeszcze nie doszło, umówiliśmy się na styczeń bez konkretnej daty, ma jeśli dobrze zrozumiałam zadzwonić w tej sprawie. Spotkania z musu muszą być dwa, bo nie da się tego pogodzić(oddawania rzeczy), bo w zbyt odległych miastach teraz przebywamy, żeby za jednym razem to załatwić, a ja mu tu nic przywozić nie zamierzam. W grudniu rozmawialiśmy już ze trzy razy(dwa razy bo dzwonił żeby złożyć życzenia świąteczne, ale za pierwszym razem nie mogłam rozmawiać, więc sądziłam, że powie wesołych świąt i tyle, ale zamiast tego powiedział, że zadzwoni na drugi dzień z tymi życzeniami i zadzwonił, pytał jakie mam plany na święta i złożył te życzenia, sam coś tam powiedział i zakończył rozmowę stwierdzeniem do usłyszenia i stąd wnioskuje, że zadzwoni w takim razie jeszcze raz już konkretnie na jakąś datę się umówić, ja tego pierwsza robić nie będę), generalnie nadal mam go gdzieś, więc chyba jest dobrze. A za pierwszym razem ja zadzwoniłam, tylko po to aby uprzedzić go, że powiedziałam o naszym rozstaniu jednym z ostatnich znajomych, którzy jeszcze nie wiedzieli, bo podejrzewałam, że do niego zadzwonią i wolałam ustalić jakiś wspólny front co on powie, żeby nie wyszło, że mówimy zupełnie co innego na ten temat. Myślę, że będzie trochę dziwnie jak już się zobaczymy no ale trudno. Teraz bardziej zainteresowana jestem tym panem, o którym pisałam wyżej i chociaż bardzo powoli to idzie to zaczynamy "kolegować się" również po pracy bo okazało się, że raz na jakiś czas chodzimy w to samo miejsce i mieliśmy już okazję porozmawiać "nie tylko o pracy".