Trafiłam na to forum przypadkiem bo jestem załamana i już sobie nie radze. Chciałam się upewnić czy dobrym pomysłem jest pójście do psychologa, czy to coś pomaga(ale rozmowa, bo tabletek nie chcę), zaczęłam czytać Wasze wypowiedzi i uznałam, że może coś mi doradzicie w tych ciężkich dniach.
Jak podałam w temacie jesteśmy ze sobą prawie 6 lat. Jakoś w lutym zeszłego roku uznaliśmy, że trzeba zarezerwować sale bo wiadomo jak jest z terminami. Nie zaręczyliśmy się wtedy(tzn. on powiedział, że chcę się ze mną ożenić ja również tego chciałam), ale powiedziałam mu żeby zaręczyny odbyły się jak już będziemy mieli sale żeby nie wcześniej niż na rok przed bo to przynosi pecha(jakoś tak przyjęło się w mojej rodzinie). Nasz związek należał do wyjątkowo udanych, nigdy się nie kłóciliśmy, nie mieliśmy cichych dni, zdarzały się różnice zdań, ale potrafiliśmy się dogadać. I tak wszystko trwało prawie do końca lutego. Było tylko jedno ale... minęło tyle czasu, wszystko załatwiliśmy(orkiestra,fotograf,kościół) a on mi się nie oświadczył. Przez cały ten czas, czyli od sierpnia zeszłego roku ciągle liczyłam, że może czeka na jakąś specjalną okazje, ale czas mijał i nic. Teraz łudziłam się, że skoro nie w walentynki to może czeka do marca bo wtedy mam urodziny, ale byłam coraz bardziej zaniepokojona więc zaczęłam z nim rozmawiać, czy wszystko jest w porządku itd. No i mnie po prostu zabił. Po wielu trudach przebicia się z pytaniami stwierdził, że ma wątpliwości, ale nie chciał nic mówić, żeby mnie nie zranić. Że ma je już prawie od zeszłego roku, ale uznał że sobie sam z tym poradzi!!! A teraz ślub coraz bliżej i czuł, że wreszcie musi mi powiedzieć. Że boi się, że jesteśmy ze sobą tylko z przyzwyczajenia, że nie jest pewien swoich uczuć. Ja oczywiście wpadłam w panikę, nie mogłam w to uwierzyć i dalej nie mogę. Nie mogę zrozumieć dlaczego nie powiedział mi o tym gdy to się zaczęło, wydawało mi się, że o wszystkim sobie mówiliśmy. Ciągle płaczę i do niego dzwonie(tzn. kilka razy dziennie, czasem dwa, w zależności od dnia, bo póki co rozmowy z nim mi pomagają i się uspokajam). Ale wiem, że robię źle. Ustaliliśmy po tamtej rozmowie, że damy sobie szanse(to było prawie 3 tyg temu),ale nasze rozmowy gdy przyjeżdżał na weekend(od dwóch lat mieszkamy w osobnych miastach ze względu na jego prace, po ślubie miałam się przeprowadzić do niego i tam mieliśmy znaleźć mieszkanie, bo obecnie wynajmuje z 3 facetami) ciągle schodziły na temat jego wątpliwości, ja płakałam on mówił, że jest draniem, że nie chciał mnie zranić, że chce tylko dobra dla mnie, że lepiej żeby się nie urodził. Mówił też, że może on po prostu nie nadaje się na męża itd, chociaż dwa lata temu to on chciał abyśmy już się pobrali, tylko ja to oddaliłam, ze względu na drugie studia, które chciałam najpierw skończyć. Teraz po naprawdę ciężkim dla nas weekendzie powiedział, ze powinniśmy dać sobie czas, że on musi zobaczyć co czuje gdy mnie nie ma. Wiem, że muszę mu na to pozwolić, ale jeszcze nie mam siły i nie potrafię zerwać z nim kontaktu. On dla mojego dobra zgadza się na odciągnięcie tego w czasie.
Nie rozumiem dlaczego tak długo milczał, dlaczego pozwolił mi robić te wszystkie plany, dlaczego jeździł ze mną na targi ślubne i wybierał skoro miał wątpliwości. Boje się, że wpadnę w depresje, a nie chcę tego bo widziałam jak to niszczy życie mojej cioci. Ale też wiem że sama sobie nie poradzę, że chyba powinnam iść do tego psychologa, żeby pomógł mi dać czas mojemu chłopakowi, i żeby pomógł mi jeśli on zakończy ten związek. Chciałabym się na czymś oprzeć, chciałabym powiedzieć, że mnie bił, zdradzał,że się nie dogadywaliśmy, ze nie jest mnie wart, ale nic takiego powiedzieć nie mogę, nie mogę znaleźć żadnego punktu który mógł by mi jakoś pomóc, chociażby powodując złość na niego. Nocami śni mi się, że jesteśmy ciągle w tym zawieszeniu i gdy się budzę jest mi jeszcze ciężej. Czy psychologowie pomagają jakąś rozmową, czy lekiem na wszystko są tabletki uspokajające? Czy warto do nich iść, a może powinnam zrobić coś innego? Wszystko straciło dla mnie sens, miałam tyle planów, ale je wszystkie podporządkowałam jemu, teraz nawet nie mam ochoty nic robić. Ciągle czekam i mam nadzieje, że podczas którejś rozmowy powie, że jednak mnie kocha. Ale rozum mówi, że to nieprawda. I boje się, że gdy zrobimy to co chce, to całe sprawdzanie to on już nie wróci. I nie wiem jak dalej miałabym żyć :-(