Moja kuzynka wychodzi za mąż. To dosyć odległa rodzina, widzieliśmy się w życiu może kilka razy, ale czasem gadamy przez maile. Do sedna - otrzymałam zaproszenie na ślub i przyjęcie (nie tradycyjne wesele do rana, raczej impreza z poczęstunkiem do 22). Niedawno zadzwonili do mnie rodzice, że zaproszenia przysłane do domu nie obejmują mojego jednego z braci. Pomyślałam, że kuzynka zapomniała, że on istnieje, bo chyba nigdy się nie widzieli. Mój ojciec zadzwonił z pytaniem, i usłyszał, że ona specjalnie go nie zaprosiła, bo go nie zna. Mój ojciec się oburzył, matka poczuła dotknięta, że jak to jedno z jej dzieci można potraktować jak trędowatego (jej słowa, a facet ma 40 lat...). Żalą mi się, że tak się nie robi. Potem kontaktuje się ze mną kuzynka, że mój ojciec zrobił jej wielką przykrość, że jakim prawem on sugeruje, kogo ona ma zapraszać na swój ślub i w końcu, że powiedział, że w takim razie nie jadą.
Więc zapytałam ją, czego ode mnie oczekuje, bo rozumiem ją, ale rozumiem też moich rodziców (60+), dla których wesele to inna impreza dla nas.
I dostałam niemiłą odpowiedź, że ona tylko oczekuje ode mnie tyle, że się do końca miesiąca zadeklaruję, czy jadę czy nie, i jeszcze chciała mnie poinformować, bo nie wie, czy ja wiem, ale dla niej to nie tylko stres, ale i koszt takiej imprezy dla mojej rodziny to prawie 2000zł.
Koniec telenoweli na ten moment. Trochę jestem w kropce, bo z jednej strony - to daleka rodzina, nie musiała nas zapraszać, więc było mi miło, że o mnie pomyślała, że chce mnie zobaczyć. Ale teraz po jej wyliczeniach to mam wrażenie, że jestem tylko wydatkiem xD
Co o tym myślicie? Wykluczanie jednej osoby z rodziny z zaproszenia, opowiadanie gościom, ile to się na nich wydaje?