Dziś coś we mnie pękło.
Chcę wierzyć, że nieodwracalnie.
Jak to się stało? Postaram się jak najkrócej opisać najważniejsze elementy. Wczoraj miałam bardzo ważne badania w związku z tymi moimi egzaminami(no i w końcu przyszłością, bo od tego zależy czy będę tym kim chcę być). Rozmawiałam z nim we wtorek i w rozmowie wspomniałam o nich, nie pamiętam o czym jeszcze rozmawialiśmy, w każdym bądź razie niezbyt długo. Badania zaczynały się bardzo wcześnie i nie spodziewałam, się że napisze mi esa przed nimi bo w czasie ich rozpoczęcia on dopiero do pracy wstaje, ale miałam nadzieje, że jak już dotrze do pracy(co od momentu wstania zajmuje mu jakieś 20 min) to napisze. Ale nie. Po badaniach nadal cisza. Poczekałam więc do jakieś 14 czy 15 i zadzwoniłam zapytać o coś w innej sprawie. Przy okazji na poczte dostał pewne materiały od koleżanki z aplikacji(na swoje poczty póki co możemy wchodzić bez ograniczeń), czyli musiał się z nią kontaktować tego dnia. Porozmawialiśmy, zahaczyłam o ten temat, powiedział, że najpierw ona mówiła, że coś tam muszą przygotować, potem okazało się, że nie, więc skoro zrobiła to poprosił aby i tak mu przesłała to sobie popatrzy(czyli musiał rozmawiać z nią min. 2 razy tego dnia i to do 13 bo o tej one przyszły). Nie wspomniałam o badaniach. Potem wieczorem wkurzona na maksa, że nadal nic i o tą koleżankę(głównie o fakt że z nią rozmawiał, a mi nawet esa nie miał czasu wysłać;co do niej to jej osobiście nie znam, ale ona wie, że on ma dziewczynę i podobno nic jej nie powiedział o tej sytuacji w której teraz jesteśmy i podobno nigdy nic do niego "nie miała") zaczął przepraszać i się tłumaczyć, że zapomniał i inne bzdury. I obiecał, że na drugi dzień nie zapomni(całość trwa ok 3 dni) i napisze albo zadzwoni.
I tak nastał dzień dzisiejszy(mój badań a jego zajęć na aplikacji), i biegając od jednego lekarza do drugiego czułam się coraz gorzej psychicznie bo czekałam na ten cholerny telefon tudzież sms. O 12 powiedziałam sobie dość i nie czekam, jakoś jeszcze zdzierżyłam godzinę badań i wróciłam do domu. I oczywiście cały czas milion myśli. Dlaczego nie napisał w drodze na aplikacje(dojeżdża 40km, a nie jest kierowcą), dlaczego nie napisał na wykładzie albo w przerwie? I w końcu doszłam do wniosku, że nie zrobił tego bo "ma mnie po prostu w dupie(czy ładniej - gdzieś)". Tym razem było to o tyle ważne, że obiecał. Oczywiście pomyślałam, że on może sobie ta obietnicę potraktować w ten sposób, że w ogóle zadzwoni i zapyta o te badania. Ale ja mu wyraźnie powiedziałam, że było mi naprawdę przykro, że nie dostałam głupiego esa z "powodzenia", więc to chyba jasne czego oczekiwałam po jego obietnicy. O 15:40 wreszcie raczył zadzwonić, ale nie odebrałam, powtórzył więc odrzuciłam i przestał. W tym czasie przygotowałam sobie rzeczy na zajęcia a potem pojechałam na korki.
I jeszcze coś, wtedy właśnie gdy coraz bardziej docierało do mnie to, że on po prostu nie jest zainteresowany moją osobą, poczułam, że coś u mnie wreszcie siadło, że w gruncie rzeczy nie obchodzi mnie czy on jeszcze zadzwoni czy nie i co sobie myśli, że nie oddzwaniam. Że jestem zła na siebie, że do tej pory to do mnie nie mogło dotrzeć. Nie znaczy to, że zrywam z nim kontakt, ale zdecydowanie zmieniam relacje. Już nie będę się zastanawiać nad tym co on robi, gdzie jest, mówić mu co ja robię i jakie mam plany. Bo to i tak nie ma sensu. A jeśli to do niego nie dotrze to jego strata. Powoli zaczyna do mnie docierać, że w moim życiu pewnego dnia po prostu już go nie będzie i tyle. A ja muszę się najpierw zająć sobą, a może kiedyś komuś znowu zaufam, ale na pewno nigdy już tak jak jemu.
A jak się skończyła dziś ta telefoniczna afera? Wydzwaniał jeszcze cztery razy(ok 21) za piątym odebrałam, powiedziałam mu że dziś po raz ostatni czekałam na telefon od niego i już więcej tego robić nie będę i że wreszcie dotarło do mnie to co napisałam wyżej więc nie musi się więcej mną przejmować. Oczywiście zaczęły się tłumaczenia, ze przecież dzwonił w drodze z aplikacji(a czy akurat wtedy z niej wracał, czy nie , nie wiem, mógł kłamać słysząc że jestem zła, ale guzik mnie to obchodzi), żebym mu powiedziała, że go interesuje i żebym tak nie mówiła i dopytywał się jak mi poszło. Powiedziałam, że mam dość jego tłumaczeń i może sobie darować. Na co on stwierdził, że w takim razie dziś już nie pogadamy bo jestem zła i niepotrzebnie się kłócimy i że zadzwoni jutro jak będzie jechał do Wawy czyli wcześnie rano. A i jeszcze dodał, że "obiecuje". Odpowiedziałam mu że nie musi nic obiecywać, bo i tak już mu nie wierze i nie zamierzam czekać na ten telefon. Powiedział, że i tak zadzwoni i się pożegnaliśmy.
Nawet jeśli zadzwoni to nie wiem czy odbiorę, czy w ogóle jest sens odbierać i mówić mu jak dziś było. Jakoś nie bardzo mam ochotę. I teraz tak trochę popłakując nad swoją głupotą tak sobie myślę, że chyba po prostu będę bardzo zajęta. I że jeśli dotrzyma słowa, to i tak tą część mojego zaufania dziś zdecydowanie stracił i nie wiem czy mam ochotę wysłuchiwać jego kolejnych kłamstw czy wymówek w podobnej sytuacji.
Uff dużo tego wyszło, jednak jesli są osoby, ktore doczytały to bardzo prosze o podzielenie się opinią:)