netkobietyWszystkie działy
Psychologia

Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

149 odpowiedzi123 123 wyświetleniazałożony przez Abra, 14.11.2010

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

Strony Poprzednia 1 2 3

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 131 do 150 z 150 ]

131

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

Gregory Twoja dziewczyna ma problem
pytanie : czy leki bierze systematycznie ???

widocznie ma źle dobrane leki           skoro płacze
piszesz wymiotuje !     a może ma bulimię lub anoreksję ???   odchudza się ????

dziewczyna już była w szpitalu  to wie ,że nie jest tak tam strasznie
koniecznie wizyta u psychiatry ... powiedzenie mu prawdy w czym rzecz

ewentualnie  jechać na oddział szpitalny
tam porozmawia z nią psychiatra      i powie  czy >> zostać na oddziale ???
nikt ją nie zmusi do leczenia
ale jak sama!!! wyrazi zgodę na leczenie ( ważne)
to w każdej chwili może wyjść na żądanie  !!!!!   

troszkę skomplikowane jest
bo wyczytałam ,że ona ma 16 lat
nie wiem czy w takim przypadku nie mają do powiedzenia coś rodzice            pozdrawiam

132

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

Tak, leki bierze systematycznie. No właśnie była już tam i powiedzmy tak jak pisałem nie spodobało Jej się... Nie, nie odchudza się ani nie ma bulimii (jeśli to jest to o czym myśle [zmuszanie się do wymiotów po posiłku]) ani anoreksji. W sumie je tyle co mniej więcej ja sam. Mówiła mi że jutro (w piątek) o godzinie 11 ma wizytę. I to jest właśnie tutaj problem, bo ja nie chcę żeby Ona tam polazła, jej rodzice pewnie też nie chcą ale pod pretekstem że chcą dla Niej dobrze. (Podsłuchałem raz ich rozmowę i czasami mają dosyć jej tej choroby i by się jej pozbyli ale to ich córka itd. problemy rodziców) i teraz jeśli Ona sama nie wyrazi zgody to nie musi iść ? Czy jak to jest ?

133

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

Kolego ja stanowczo odradzam jej pobyt w zamkniętym oddziale bo to z reguły tylko pogarsza stan zdrowia jak każda izolacja od społeczeństwa i przebywanie w złym środowisku. Jedynie terapia lub w ostateczności oddział dzienny żadnych leków i innych trucizn !
W to że ją przywiązali wierze choćby dlatego że jest ona w tej całej sytuacji słabsza stroną niż pseudo lekarz który może wszystko skwitować względem osoby przebywającej jako zaburzenia lub chorobę co jest chore ...

134

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

Moja prawda o szpitalach/oddziałach psychiatrycznych:

Miałem przyjemność (wątpliwą) być hospitalizowany na czterech (w tym trzech zamkniętych) oddziałach w trzech różnych miejscowościach. W jednym ze szpitali byłem zarówno na oddziale otwartym jak i zamkniętym (niebo a ziemia!) Od kilku lat nie potrzebuję takiej formy pomocy, dlatego teraz mogę spojrzeć trochę inaczej na swoje doświadczenia z przebywania na oddziale zamkniętym.
Nie chciałbym się "wdawać w nadmierną pisaninę" więc na razie w wielkim skrócie!
Jeśli miałbym ocenić teraz z perspektywy czasu te oddziały na których przebywałem, tylko jeden z nich, ten na którym byłem tylko raz, otrzymałby pozytywną opinię z mojej strony.
Na pozostałych dwóch bywało różnie a byłem tam kilkakrotnie.
Ciężko jest jednoznacznie stwierdzić czy takie oddziały mają na celu wyłącznie pomagać chorym ustabilizować ich stan psychiczny czy też chodzi również o wiele innych czynników.

135

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

Jestem na oddziale zamkniętym ( w nazwie diagnostyczno-obserwacyjny).
Żona zadzwoniła na policję że niby mam myśli samobójcze (nie było ich nigdy).
Policja zaproponowała konsultację psychiatryczną. Dobrowolnie pojechałem na nia karetką (pełna kultura) i po konsultacji stwierdzono że albo zostanę dobrowolnie albo zadziała sąd. Podpisałem dobrowolnie.
Mija 13 dzień pobytu.
Nie było prób ani myśli samobójczych nigdy z mojej strony.
Mam wyjścia na teren szpitala z opiekunem ale przepustki do wyjścia na zewnątrz z opiekunem już nie.
Dostaję hydroksyzynę w dawce dla dziecka. I trwa obserwacja.
Pytanie:
Jaki jest czas minimalny pobytu po którym szpital może wypisać z placówki?
Mówiono o 2 tygodniach na początku....

Nie piszę o warunkach szpitalnych, jedzeniu itd.
Jeśli ktoś chce napiszę.
Proszę o wszelkie opinie.

136

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

Ja to zawsze pojąc nie potrafię, dlaczego z ludzi którzy mają myśli samobójcze robi się psychicznie chorych? przecież zamykanie w szpit. psych i faszerowanie psychotropami chęci do życia nie da na dłuższą metę. Ja nie widzę aby tacy ludzie byli szczęśliwi w swoim życiu , wręcz czują się zmuszani do życia ,żyją bo muszą -taki miał być pobytu cel? o to w tym wszystkim chodzi?  mało pomocne

137

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

Tymbardziej że jeśli ktoś miał myśli samobójcze to chyba tabletki nie zmienią sposobu myślenia.
Ktoś ^wiedzący czego chce^ i tak zrobi co zechce.
Ale myślenie jest takie że niedoszły samobójca jest potencjalnie niebezpieczny dla siebie i innych więc się go zamyka i obserwuje. Takie głupie myślenie....

138

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

W psychiatrykach powinno się leczyć jedynie tych co tego chcą, przymuś powinien być już dawno zniesiony jak np. w Niemczech. Analizując temat i pisząc różne statystyki wiem, że tzw. " leki " bardziej szkodzą niż pomagają.

139 Ostatnio edytowany przez Suzan_444 (2014-06-14 15:06:50)

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

Zgadzam się z Wami. Teraz wystarczy tylko wspomnieć coś o myślach samobójczych, a zaraz się interweniuje. Tym bardziej, że większość ludzi choć raz w życiu myślała o jego zakończeniu. No ale cóż.
Leki w tym przypadku pełnia raczej rolę "przedłużacza życia" na siłę.Nie wiem czy to jest odpowiednie podejście. Choć powiem Wam, że słyszałam o ludziach, którzy (niby) właśnie dzięki lekom dostali drugą szansę na szczęśliwe życie.

140

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

Mam pytanie czy powinienem powiedzieć psychiatrze o myślach samobójczych

141

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych
kms33 napisał/a:

A od kiedy to choroby psychiczne są wyleczalne? Najwyżej zaleczalne na pół roku. ŻADEN psychiatra nie powie tego pacjentowi przed rozpoczęciem "terapii".

Dostaje taki psychiatra amerykański czy polski znaczenia nie ma "zestaw" od przedstawiciela farmaceutycznego do ćwiczenia na pani Joli i panu Kaziu (przecież to podstarzały pacjent po 50-tce czyli śmieć z plebsu).

Nawet czasem ten lek jest refundowany w prawie 100% przez NFZ wow. Znam jedną dziewczynę koło 40tki. Chodzące warzywo, wygląda na ok. 60. Bierze lek Zolaxa chyba na schizofrenię po 3.20. Zapewne też zaczynała od lekkich antydepresantów.

Lekarz musi mieć pracę, przedstawiciel musi mieć pracę, lekarz chce polecieć w zamian do Tajlandii czy Egiptu. Koncern musi zarobić.

Tyczy się to całej tej chemii, która kompletnie nie jest potrzebna.

Kiedyś były elektrowstrząsy, a jeszcze wcześniej po prostu ludzie na to nie chorowali, bo żyli spokojnie z pracy na roli. A teraz jest wielkomiejski stres i prawda jest brutalna ale jakiś miliard ludzi umrze do 2050 z powodu depresji itp. chorób lub po zniszczeniu organizmu chemią (efekt końcowy ten sam tylko kwestia czy śmierć po 1-2 latach choroby czy 20 "leczenia").

Pytanie czy rozciągnięcie chorowania na dziesiątki lat jest bardziej czy mniej humanitarne od rozstrzelania na miejscu? Na to pytanie mogliby odpowiedzieć ci, którzy mają np. porównanie Auschwitz, dr Mengele, z "demokracją" i "wolnym rynkiem".   smile

Medycyna nie potrafi (bo nie mają w tym żadnego interesu zarządzający światem) wyleczyć np. stwardnienia rozsianego, raka, jaskry, amd, chorób nerek, kręgosłupa i wielu innych. Tak samo jest z NIEuleczalnymi chorobami typu psychicznego.

Cała medycyna to ściema. Jakieś tam kaszle, i drobne skaleczenia potrafią wyleczyć. Cała reszta to tylko leczenie zachowawcze. Lekarze może i się starają, ale urzędnicy i inne organa wiedzą już jak dobić człowieka jak psa.

Był sobie pracownik, wyleciał z roboty (częste zwolnienia), depresja, został mu zasiłek dla bezrobotnych a potem pod płot.

Być może leki pozwolą mu na chwilę stanąć na nogi. Ale nie zawsze lek działa. A czas leci, a kasy na leki nie ma. I w 90% przypadków albo przerywa się terapię (renty żaden orzecznik nie da bo pani Krysia leży w domu i nie ma siły pójść szukać pracy) albo idzie harować na czarno, jak są siły.

Leczy się więc i tak ten, kto ma pieniądze, siły i czas. Czyli robi 8h za 5000, i stać go na normalny porządny być może działający lek.

Dla plebsu są starocie z lat 50-tych po 30 zł, nieskuteczne i pozorujące leczenie. Plebs ma zdychać pod płotem ewentualnie za murami szpitala.

Tak było jest i będzie. Uświadomienie sobie swojego miejsca na tym ziemskich łez padole pozwoli odpuścić mękę, walkę i stres. Tak zostało to zaprogramowane, a stres się bierze z tego, że ludziki z plebsu dają się wpuszczać w maliny, czyli walkę o dobra materialne, kasę, zaszczyty, studia, pracę, rodzinę, szczęście.

Ale plebs jak się urodził na dnie, tak MA zdechnąć. Tak jego los został napisany przy urodzeniu, i nic tego nie zmieni. Trzeba tylko czekać na odejście z tego bagna, oby z czystym sumieniem. To jest prawdziwy cel życia.

Osobisce znam paru psychiatrow ,dwoch psychologow i sa to po prostu manipulanci... cwani wyuczeni jak maipulowac ciemnota...

142

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

Witam serdecznie !

Chciałam się podzielić moją historią. Mam zdiagnozowaną schizofrenie paranoidalną, z czym się nie zgadzam. Byłam już czteroktrotnie w szpitalu, ale chciałabym opowiedzieć jak się dostałam i jak było w ostatnim szpitalu w którym byłam.

No więc. Na co dzień mieszkam sama w mieszkaniu moich rodziców, ale w wakacje niespodziewanie przyjechała moja mama i przez dwa dni mnie prowokowała. W końcu podczas powrotu samochodem z jeziora tak się na nią wkurzyłam, że kazałam jej wypier.... z samochodu, nazwałam ja suką je... i nawet spoliczkowałam lekko. Ona mi oddała i z auta nie wysiadła więc urządziłam mały rajdzik do domu. W aucie wtedy też siedziała moja ciocia i do dziś uważa, że to w samochodzie to była wina mojej matki. Po powrocie do domu z tej przejażdżki poszłam grzecznie do swojego pokoju i nie odzywałam się do matki. Ale ona na drugi dzień wezwała pogotowie.

Przyjechało dwóch sanitariuszy. Próbowałam uciec więc siłą zaciągnęli mnie do karetki i w tej karetce czekałam na drugą karetkę, która miał przyjechać lekarz i wypisać skierowanie do szpitala. Lekarz przyjechał i nawet ze mną nie porozmawiał. Potem czekaliśmy na trzecią karetkę - ponoć transportową. Ta ostatnia karetka zawiozła mnie do szpitala w Międzyrzeczu, trafiłam na oddział 15, którego ordynatorką jest dr Przybylska.

Na izbie przyjęć nie chciałam rozmawiać z lekarzem co nie przeszkodziło doktórce zlecić mi dwóch zastrzyków już na oddziale. Nie podpisałam zgody na leczenie, co akurat nikogo nie obchodzi. Przyszedł do mnie niby biegły, z którym też nie rozmawiałam, była też rzekomo pani sędzia - z nią też nie rozmawiałam. W ogóle nie rozmawiałam z żadnym lekarzem, nikogo to nie obchodziło, nikt nawet nie starał się ze mną rozmawiać - pakowali tylko we mnie leki.

Sanitariusze złapali mnie tak jak stałam, a matka nie spakowała mi nawet żadnej torby więc przez pierwsze dni w szpitalu nie miałam nawet jak się umyć. Nie miałam nawet papieru toaletowego, a w szpitalu tym dawali papier toaletowy do wc raz w tygodniu i jak się skończył to miały to gdzieś. Nikogo nic nie obchodziło. Na oddział trafił nawet chłopak bez butów i tak na boso cały czas chodził i nikt się tym nie zainteresował

Ogólnie dzień wyglądał następująco. o 6:30 darły się, żeby wstawać, bo mierzyły ciśnienie wszystkim, to ciśnienie zresztą było mierzone rano i wieczorem, nie wiem po co. O 8 było śniadanie, potem leki, a potem salowa myła podłogi w sali i na czas wyschnięcia podłogi zamykała sale i nie było gdzie się podziać. O 9 był obchód i dr chodziła i zadawała pytanie jak się dziś czuje i tyle.

Łazienka na dzień była zamykana, otwierali tylko rano i wieczorem, więc kapanie czy jakieś pranie tylko w tym czasie. Jak już ktoś wyprał sobie gatki to nie można było ich suszyć na kaloryferach i nie można było nic kłaść na parapetach. Więc jak się te mokre gatki powiesiło na poręczy od łóżka to piguły latały przed obchodem i kazały je na ten obchód chować. W salach były szafki przy łóżkach i szafki na rzeczy osobiste, ale były zamykane na klucz i otwierane tylko dwa razy na dzień, więc nie można było nawet dostać się do swoich rzeczy. Telefony tez ładowały tylko dwa razy na dobę. Piguły się wiecznie darły i straszyły pasami i zastrzykami.

W środy był tzw. psychorysunek z psychologiem, ale nie uczestniczyli w nim wszyscy, tylko te osoby, które "zaprosił" pan psycholog. Ja byłam 2 miesiące i dopiero w ostatnim tygodniu szanowany pan psycholog łaskawie mnie "zaprosił".

Z racji tego, że nie podpisałam zgody na leczenie odbyła się bez mojej obecności rozprawa, na której ustalono, że moje przyjęcie do szpitala było zasadne, mimo, iż jak już wcześniej wspominałam z nikim nie rozmawiałam.

Przez sześć tygodni byłam całkowicie zamknięta - nie mogłam chodzić nawet na spacery w grupie. A przez 2 miesiące zaledwie trzy razy terapeutka przyniosła do robienia jakieś kwiatki z bibuły i kilka razy zrobiła muzykoterapie - czyli przez 20 minut puszczała muzykę.

Czy ktoś z Was trafił też do szpitala, w kórym są aż tak chore "zasady"?

143

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych
yarko73 napisał/a:
Wojciech Imielski napisał/a:

Niezwykle ważne jest również to, że w przypadku ustania przyczyn przymusowego zatrzymania w szpitalu psychiatrycznym należy niezwłocznie wypisać pacjenta, który sobie tego życzy.
Tak naprawdę, wbrew sensacyjnym opowieściom, nie można zatrzymywać w szpitalu osoby nie ujawniającej zaburzeń psychicznych lub osoby z zaburzeniami psychicznymi nie stanowiącej zagrożenia dla siebie i otoczenia.  I takie nadużycia, jeśli w ogóle się zdarzają (w co szczerze wątpię), mają miejsce niezwykle rzadko. 
Bardzo często jednak się zdarza, że osoba głęboko zaburzona psychicznie - na przykład cierpiąca na zaburzenia psychotyczne, głosi w różnych sytuacjach, że została zamknięta w szpitalu wbrew własnej woli i zupełnie bez powodu. Czasem jest to objawem typowo psychotycznego braku krytycyzmu w stosunku do własnych zaburzeń lub wynika z faktu, że okres ostrych objawów psychotycznych pokryty jest całkowitą niepamięcią (jak na przykład w majaczeniu alkoholowym - delirium). Bardzo znamienne jest, że większość osób z zaburzeniami psychotycznymi nie dostrzega u siebie żadnych objawów psychopatologicznych.
Zapewniam, że w oddziale psychiatrycznym, wbrew obiegowym przekonaniom, nie dzieje się nic szczególnie dramatycznego.
Sensacyjne opowieści wynikają z pokutujących, zupełnie nierealnych wyobrażeń osób niezorientowanych w temacie.

Należy pamiętać, że lekarz podejmujący decyzję o przyjęciu pacjenta do szpitala wbrew jego woli podlega odpowiedzialności zawodowej, cywilnej i karnej. Zasadność jego decyzji każdorazowo musi zostać potwierdzona przez ordynatora oddziału. O każdorazowym zatrzymaniu pacjenta w szpitalu wbrew jego woli kierownictwo zakładu opieki zdrowotnej obowiązkowo i niezwłocznie informuje sąd opiekuńczy właściwy dla danego terenu i to właśnie sąd podejmuje ostateczną decyzję co do zasadności takiego zatrzymania. Jeśli uzna, że zatrzymanie było bezzasadne, wydaje orzeczenie, na mocy którego osoba zatrzymana w szpitalu musi być z niego zwolniona ze skutkiem natychmiastowym.
Naprawdę trudno spodziewać się, żeby wszystkie te osoby były w jakiejś dziwnej, mętnie uzasadnionej zmowie przeciwko pacjentowi.

Jeśli jednak ktokolwiek czuje się pokrzywdzony własną, przymusową hospitalizacją, powinien zwrócić się w tej sprawie do:
- rzecznika praw pacjenta
- dyrektora placówki leczniczej, w której hospitalizacja miała miejsce
- okręgowej izby lekarskiej na danym terenie
lub zgłosić nadużycia bezpośrednio organom ścigania.

To co piszesz to wierutna bzdura. Sam wylądowałem na zamkniętym oddziale szpitala psychiatrycznego na ponad miesiąc po awanturze w domu. Mimo że nie podpisałem zgody na pobyt, zostałem zmuszony do współpracy za pomocą sądu znajdującego się na terenie szpitala, który groził ciągłym zbieraniem dowodów i przetrzymywaniem mnie tygodniami na oddziale obserwacyjnym (posiedzenie sądu odbywało się co tydzień). Na samo pierwsze posiedzenie czekałem 2 tygodnie zamknięty na oddziale obserwacyjnym. Przyjęciu do szpitala nie towarzyszyła żadna masa decyzji dokonywanych przez niezależne organy, tylko policja i karetka pogotowia wezwana przez żonę na skutek awantury. Dodatkowo po przyjęciu na moją prośbę o spotkanie z rzecznikiem praw pacjenta zostałem poinformowany że rzecznik jest na 3 tygodniowym urlopie smile Fakt jest taki, że wypisanie się ze szpitala na własne żądanie bez współpracy rodziny jest niemożliwe. Ordynator po prostu nie słucha pacjenta. Z reguły to rodzina jest głównym czynnikiem ubezwłasnowalniającym, jeśli nie jesteś w stanie wyperswadować komuś bliskiemu że twój pobyt w szpitalu jest niepotrzebny, będziesz tam przebywać aż zakończy się standardowe "leczenie", czyli przetrzymywanie, trwające tyle ile mają przyjęte w danym szpitalu, w moim przypadku było to 6 tygodni. Natomiast jeśli nikt z twojej rodziny nie jest zainteresowany stanem twojego zdrowia podczas pobytu w szpitalu i tym co się z tobą dzieje, możesz tam siedzieć nie wiadomo ile bo samego ze szpitala nie wypuszczą. Z drugiej strony niestety ordynator nie weryfikuje intencji rodziny ani rzeczywistych potrzeb pacjenta tylko standardowo przekonuje rodzinę o konieczności leczenia ze względu na konieczność utrzymania pokaźnych statystyk leczenia na swoim oddziale. Rodzina natomiast raczej jest skłonna słuchać lekarza niż pacjenta. W praktyce wypisanie się ze szpitala psychiatrycznego na własne życzenie bez jasno określonego co do tego stanowiska rodziny jest niemożliwe. Jak już tam trafisz, to grzęźniesz w wewnętrznej procedurze a twojej niemocy dopełnia fakt że jesteś za kratkami. Tak to wygląda.

To metoda pozyskiwania pacjentów nieuczciwym i chytrym sposobem, nie powinno to mieć miejsca. Jak się przed tym chronić ?

144

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

Byłam na oddziale dziecięcym w Świeciu. Byłam tam niespełna rok temu. Trafiłam tam po próbie samobójczej spowodowanej traumatycznymi doświadczeniami. Byłam dwa miesiące. Miałam 17l. A teraz do rzeczy.

W ciągu całego pobytu miałam może z cztery rozmowy z lekarzami, w tym dwie diagnozujące, a jedna nie na mój temat, a na temat innego pacjenta.
Na oddziale osoby, które miały za kilka dni 18lat były razem z dziećmi, które miały lat 6.
Pielęgniarki stosowały przemoc wobec dzieci zwłaszcza niepełnosprawnych, a gdy zwróciłam im uwagę, usłyszałam "Powiesz komuś? Komu? Kto Ci uwierzy? Dziecku z psychiatryka uwierzą? No proszę cię".
Ogólnie cały pobyt opierał się na faszerowaniu mnie lekami nasennymi, asertin, relanium, hydroksyzyna. Nie miałam sił funkcjonować, najlepiej bym spała cały dzień, ale nie mogłam, bo o 6 była pobudka. Gdy ktoś nie chciał brać leków usypiających, bądź wyraził jakiś swój sprzeciw w czymkolwiek lub powiedział coś w niesmak pani albo hmm dotknął kogoś za ramię w celu pocieszenia, zostawał albo przywiązany do łóżka, albo wzięty na siłę do gabinetu (za szmaty) i robili mu podobno bardzo bolesny zastrzyk, który u niektórych powodował chwilowy paraliż nóg lub jakiejś części ciała, powodował też, że pacjent przesypiał 3/4 dnia.
Byłam też świadkiem powieszenia się 14/15to letniego chłopaka na oddziale. Pielęgniarki nie zauważyły jak wziął chustę, wyszedł wieczorem z pokoju i wszedł do DAMSKIEJ łazienki. Nawet nie zauważyły, że go nie ma. Pacjent (10letni chłopczyk) zaczął pytać i go szukać, dopiero zareagowały z wielkim oporem. Wypadł z drzwi powieszony, a one nic, pielęgniarki nie wiedziały co robić, krzyczały, piszczały, budziły większość pacjentów. Dopiero, gdy wyrwałam jednej telefon i zadzwoniłam po pomoc, trochę się ocknęły. Rozumiem, że to szok, ale z ich winy tak się stało, a zamiast zrobić poprawną reanimację lub pozwolić na to mnie, szarpały nim i ryczały, wrzeszczały na cały głos. Oczywiście sprawa została zamieciona pod dywan, ani słychu ani widu. A szkoda, może  w końcu ktoś by ich sprawdził.
Jest tam całkowity zakaz wszystkiego. Nie mogłam się napić, gdy byłam spragniona, napój dostawałam max 3 razy dziennie, nie obchodziło ich, że mam większe potrzeby, nie wspominając już o jedzeniu i karach jakie panowały za przemycenie głupiej bułki, soku czy batonika do pokoju.
Lekarze tam nikomu nie pomagali, jeśli komuś udało się wyjść ze swojego złego stanu, to dzięki znajomościom, przyjaźniom, radom innych pacjentów. Ale z tym też trzeba uważać. Ja np nie mogłam zadawać się z chłopakami, bo powiedziano mi, że prowokuję ich rozmową do gwałtu. Mimo, że zostałam zgwałcona i właśnie z tego powodu chciałam się zabić. Ale nie no pewnie proszę się o gwałt i kokietuję ich zwykłą rozmową w odległości 3m.
Rozmowy telefoniczne z rodzicami były nagrywane, nie można było dzwonić ile się chce, trzeba było kupić sobie kartę na tel stacjonarny, ale i tak był limit iluś rozmów na dzień, a i oczywiście nie mogli dzwonić żadni znajomi, tylko rodzice.
Nie mogłam wychodzić, nawet z rodzicami na spacer, nie mogłam słuchać muzyki, nawet zabrali mi książkę, bo był to kryminał. Musiałam cały czas chodzić w piżamie, a pielęgniarki chodziły ze mną pod prysznic. Okej rozumiem, bezpieczeństwo.. Ale powinny traktować mnie z szacunkiem, a nie odzywać się jak do psa. Potem się trochę zrobiły miłe, gdy pomagałam im sprzątać i ścielić łóżka.
Jedyną pozytywną rzeczą były zajęcia plastyczne, które trochę odstresowywały.
Nie pomógł mi ten szpital, wyszłam z niego tylko dlatego, że zaczęłam udawać, aby tylko uciec z tego koszmaru.

Nie polecam tego miejsca nikomu. Drogi rodzicu, jeśli to czytasz i zastanawiasz się nad posłaniem dziecka w tamto miejsce... Zastanów się proszę. To były najgorsze dni w moim życiu. Ciągnęły się niesamowicie. Czułam się gorzej niż w więzieniu. Od tych krat, braku wolności, kontaktu z powietrzem, ze światem, z przyjaciółmi.. można jeszcze bardziej zwariować! Lepiej wysłać dziecko do psychologa, psychiatry, rozmawiać z nim, odbudować relacje, pomóc mu, zrozumieć go, a nie zamykać na miesiąc, dwa czy 2 lata w oddziale psychiatrycznym. To naprawdę jest koszmar, mało komu pomaga. Wszystko jest zawsze zamiatane pod dywan, nie mam pojęcia dlaczego..
Powinno się coś zmienić...

Dzień wyglądał tak, że 6 pobudka, śniadanie 7;30, po śniadaniu każdy obowiązkowo leki, po lekach wszyscy siedzieli przy jednym stole nic nie robiąc,a pielęgniarki sobie siedziały przy swoim stoliku pijąc kawę. Czasem na stolik kładli kolorowanki i dwie kredki albo puzzle. W dni szkolne mieliśmy 4 lekcje, ale takie na poziomie.. hmm podstawówki.. Po lekcjach był , obiad. Później znów wszyscy siedzieli przy tym durnym stole, a pielęgniarki włączały sobie tv na "pierwszą miłość" albo inne gunwo. XP później były przez godzinę zajęcia plastyczne bądź jakieś gry planszowe, obiadokolacja, mycie się i o 20;00 spać. A jeszcze   była co 3 dni tak zwana społeczność, w którym mówiło się o pochwałach i naganach na kogoś i ordynator coś tam mówiła, przed tym był obchód lekarek polegający na "no źle dziś wyglądasz" "a ty dobrze wyglądasz". A no i było regularne przeszukiwanie czy ktoś nie ma jakichś zakazanych przedmiotów, jedzenia czy telefonu.

Ogólnie jeden wielki koszmar, nic dziwnego, że ludzie, którzy są mało refleksyjni i chcą pomóc sobie, a nie innym, wychodzą stamtąd w złym stanie. ja także wyszłam w beznadziejnym, a potem sama sobie pomagałam, to najlepszy sposób. Samodoskonalenie, samomotywacja, ewentualnie ktoś bliski do wsparcia.

A co do osób, zwykle są tam normalni ludzie, po prostu z problemami. Łatwiej nawiązuje się tam kontakty niż w normalnym świecie. Można wiele się tam nauczyć. Przede wszystkim empatii.

145

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

Mi jest dobrze na oddziale w szpitalu. Personel jest bardzo cierpliwy i miły i nie grożą pasami nawet najbardziej nieposlusznym pacjentom. Wszystko zalezy od szpitala i oddziału. Lekarze w Tworkach interesują się pacjentami ale to tez zalezy od oddziału.

146

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

W psychiatryku się nie leczy tylko truje i gnębi ludzi. To wstyd dla demokratycznej chrześcijańskiej cywilizacji, że istnieją miejsca gdzie można trafić za powiedzenie czegoś nieodpowiedniego. Psychiatrzy leczą ludzi ze schizofreni nie mając pojęcia o przyczynach choroby i na dodatek diagnozują ją nie na podstawie badań tylko wywiadu. Neuroleptyki nie dość, że po pewnym czasie uszkadzają mózg to jeszcze powodują że organizm zaczyna się dostosowywać do sztucznie zmniejszanego poziomu dopaminy zwiększając liczbe receptorów co sprawia, że po ich odstawienu człowiek staje się jeszcze bardziej nadwrażliwy na bodźce z zewnątrz. Warto dodać, że istnieje coś takiego jak zbiorowe prześladowanie zwane gang stalkingiem i jest stosowane jest przez sekty i agencje wywiadu. Znalezienie się w takiej sytuacji jest ZAWSZE odbierane przez osoby z zewnątrz a zwłaszcza zatwardziałych w swoich przekonaniach psychiatrów jako choroba.Trzymaja pacjentów DLA PIENIEDZY Z NFZ min 30 dni nawet jak ktoś zdrowy i poprawił sie stan.

147 Ostatnio edytowany przez santana (2016-10-10 09:48:04)

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

Hmm przeczytałam tylko część pierwszej strony tego tematu i dalej nie przebrne. Napisze o dwóch szpitalach. Do jednego trafiłam z myślami samobojczymi. Wszystko było dobrze do momentu. Pacjentka która miała schizfrenie była leczona prywatnie u ordynatorki. W szpitalu zaniemogla przestała chodzić nogi spuchniete przywiazywano ja do wózka. Musiała być karmiona przez innych. Skończyła w pampersach. I teraz się zaczyna: pielęgniarki miały problem ze zmianą pampersow i jedna zmiana tego nie zrobiła powiedziały ze zrobi to następna. Przyszła ta zmiana i pielęgniarki się pytaly czy miała zmienionego pampersa to powiedziałam ze tamte stwierdzily ze Wy zmienicie. I co? Panie pielęgniarki zaczęły się mscic na mnie, miałam zakaz chodzenia na stołówkę do ubikacji musiałam się tłumaczyć itd. Byłam z własnej woli i po 2 dniach od tego incydentu odwiedziła mnie mama i wypisalam się na własne żądanie. Twierdzę ze pielęgniarki są msciwe przeszkadzają im pacjenci więc pchają tony leków. do tego byłam świadkiem jak szarpały kobiete po 80 ktora miala demencje starczą łózko jej przechylały tak ze miala glowe na dole a nogi na gorze,zatykaly usta i dusily praktycznie gdybym sie nie obudzila nie wiem co by było. Ot. Drugi szpital ale oddział z terapią więc było normalnie gdyby nie jedna pigula ale została usadzona przez konfrontację a  ordynator cudny czlowiek  i wiedział o co chodzi. Reszta pielęgniarek? Kobiety do serca przyloz jak matki czy koleżanki można porozmawiać poplakac dostało się pocieszenie nawet przytuliły.  Ale to tylko oddział z terapią. Nawet w zwykłym szpitalu na położnictwie czy ortopedii nie ma i nigdy się takich pielęgniarek od serca nie znajdzie. Do tego zawodu trzeba mieć serce A one miały. Także szpitale za kratami są najgorsze i czuję ogromną złość. Tego drugiego się nie nachwalę

148

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

W Anglii jest zupełnie inaczej ....
Dlaczego tam może tak być a u nas takie ,,średniowiecze,,jesteśmy daleko w tyle..

149

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

Myślę, ze takim szpitalom  można wiele zarzucić. Jeśli leczenie jest źle dobrane, to rzeczywiście ludzie chodzą jak otumanieni. osobistych doświadczeń nie mam, ale mogłam to zaobserwować po pewnej znajomej osobie. Wg mnie lepsze efekty dają naturalne metody  bez leczenia farmakologicznego np. psychoterapia, wypoczynek, kontakt z bliskimi ludźmi. Moim zdaniem do szpitala powinny trafiać tylko najcięższe przypadki.

150 Ostatnio edytowany przez Morgana de Fay (2018-02-08 14:33:22)

Odp: Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

Odświeżę trochę temat.
Byłam w szpitalu psychiatrycznym przez 6 tygodni. Sama się zgłosiłam za namową członków rodziny. Bardzo ostra nerwica, załamanie nerwowe. Objawy: bezsenność - spałam 1-2 godzinny dziennie, czasem wcale, problemy z koncentracją kiedy zasnęłam budziłam się zlana potem, z krzykiem, miałam wrażenie, że się uduszę, bóle w klatce piersiowej, bóle żołądkowe. Nie dawałam sobie fizycznie ani psychicznie rady.
Przez 2,5 tygodnia byłam na tzw. sali ogólnej (leżeli tam ludzie ze schizofrenią, depresją, nerwicą, po próbach samobójczych, ogólnie poza podziałem na płeć, nie było innych podziałów - w sensie choroby). Dlaczego tam trafiłam? Byłam mocno osłabiona i odwodniona. Bardzo słaba fizycznie. Trzęsłam się, nie mogłam utrzymać kubka z herbatą w dłoni, ciągle płakałam i miałam wrażenie, że zaraz się uduszę. W szpitalu przez 3-4 dni ledwo wstawałam o własnych siłach do łazienki. Przez tydzień byłam praktycznie na kroplówkach. Potem zrobiono mi badania, testy, dobrano leki i zostałam przeniesiona do "sekcji"/"oddziału" nerwic.

Jak wspominam pobyt w tym szpitalu? Dobrze, że tam trafiłam. Weszłam na wpół żywa, a wyszłam o własnych siłach. Wszystkie bóle somatyczne pod wpływem leków ustąpiły, dostałam skierowanie na terapię. W czasie pobytu brałam udział we wszystkich możliwych zajęciach terapeutycznych i ćwiczeniach (oczywiście, jak poczułam się psychicznie lepiej). Czy chodziłam otumaniona? Raczej nie. Widziałam takie osoby, ale często przywożono je albo w stanie psychozy, albo w bardzo głębokiej depresji.

Personel? Zdarzało się kilka osób o mniej przyjemnym usposobieniu, ale nie wchodziłam z nikim w zatargi. Wykonywałam polecenia bez wykłócania się, zawsze grzecznie odpowiadałam, pytałam. Nie podlizywałam się, ale też nie stawiałam  większego oporu. Nawet z takimi "wredotami" nie miałam większego problemu, nie byłam jakąś ulubienicą, ale też się nie czepiali. Ogólne zasady?
- bez względu na to jaki jest Twój stan zdrowia (czy to nerwica, czy coś poważniejszego) - nie można było mieć żadnych ostrych rzeczy - np. noży. Nie chodzi nawet o to, że Tobie mogą przyjść do głowy jakieś pomysły, ale ktoś może ci ten nóż zabrać i zrobić sobie albo innej osobie krzywdę.
- nie było swobody wychodzenia. Przepustki na 2-3 godziny na samodzielne wyjście na teren szpitala dostawało się po tygodniu, ale zależało to od stanu zdrowia. Codziennie mogliśmy wyjść wszyscy na 1-1,5 z terapeutkami.  Wyjście zależało od stanu zdrowia pacjenta.  Można było z terapeutkami wyjść już na trzeci dzień od przyjęcia, ale zdarzały się osoby, które w ogóle nie wychodziły - ich stan był zbyt niestabilny. Mnie wygoniono na świeże powietrze (a to był sierpień) od razu, kiedy nabrałam sił fizycznych i wstawałam z łóżka w innym celu, niż pójście do łazienki, wręcz byłam przymuszona, aby dotlenić odpowiednio organizm. Przepustkę na weekend dostawało się po dwóch tygodniach od przyjęcia. Wszystko zależało od stanu zdrowia pacjenta. Można było dostać przepustkę samodzielną lub z opiekunem. Samodzielna, czyli mogłam wyjść ze szpitala rano o 10.00 na całą sobotę i musiałam wrócić do godziny 21.00 (na wydawanie leków). Jeżeli ktoś się mocno spóźnił (przykładowo wrócił o 23.00 i nie poinformował szpitala, że coś utrudnia powrót) ryzykował odebraniem praw do swobodnych wyjść. Z opiekunem sprawa była prosta: ktoś musi po Ciebie przyjść, przyprowadzić Cię i bierze za Ciebie odpowiedzialność. Sama dostałam bez problemu wyjściówkę jako samodzielna. Muszę tu zaznaczyć, że jeżeli kwalifikowałam się do wychodzenia na zewnątrz, a nie robiłam tego, to też było to notowane na moją niekorzyść- coś ze mną nie tak. Nie piszę o wyjściówkach na weekend - może nie miałam dokąd pójść? To był czysty przywilej. Czasem lekarz prowadzący namawiał, żeby wziąć, ale jak ktoś był z drugiego końca województwa i nie miał kto po niego przyjechać, więc te osoby zadowalały się zwykłymi "przepustkami". Chociaż i tak lekarze namawiali "chociaż na kawę czy ciastko wyskoczy pani na miasto". Chodziło bardziej o to, aby sprawdzić, jak sobie pacjent poradzi na zewnątrz, ale jak ktoś się uparł, że chce zostać - to sobie siedział. Natomiast wychodzenie "na tygodniu" było bardziej monitorowane. Nie wychodzisz na świeże powietrze nawet na kilka minut= coś z Tobą nie tak.

-Odnośnie zajęć terapeutycznych były dwa rodzaje: pierwsze to zajęcia plastyczne z terapeutkami, bardzo przyjemne. Nie były obowiązkowe, ale też notowano, kto bierze udział. Terapeutki młode, energiczne, z dużą empatią. Drugi typ do tzw. psychoterapia (przymusowa), ale to już miałam na "nerwicówce". Lekarz kwalifikował albo na grupową, albo na indywidualną, z tymże indywidualna była raz w tygodniu, a grupowe spotkanie było dwa razy.

Ogólnie nie było źle. Moim zdaniem zależy, gdzie się trafi i na jaki oddział. Dużo też zależy od podejścia pacjenta do personelu. Jeżeli pacjent jest spokojny, grzeczny do pracowników (nie mówię o podlizywaniu, tylko o zwykłej kulturze osobistej) to nie ma większego problemu, czasem nawet pójdą na rękę,
Odnośnie telefonów, laptopów, itd. Z tego co się dowiedziałam w dużej mierze zależy to od oddziału i władz szpitalnych.
W moim przypadku była możliwość posiadania i telefonów, i laptopów, tabletów, ale były przypadki, że lekarze zabierali pacjentowi telefon, czy tablet i prosili innych pacjentów o nieudostępnianie im żadnej z tej rzeczy. Można było oddać telefon w depozyt. Sama to zrobiłam. Poprosiłam lekarza prowadzącego o poinformowanie kilku osób o tym, że jestem w szpitalu i gdzie, a telefon oddałam. Nie chciałam mieć "sygnałów" z zewnątrz, denerwować się, przejmować. Błoga niewiedza i nieświadomość.
W czasie codziennego obchodu zwracano uwagę na higienę osobistą i porządek na stoliku. Ogólnie: jeżeli się nie myłam, nie sprzątałam stolika, nie miałam pościelonego łóżka, to sygnał, że coś jest nie tak i trzeba mnie obserwować. Podobnie było z przyjmowaniem leków. Przez pewien czas otrzymywałam leki dożylnie, w kroplówkach albo zastrzyku, więc pielęgniarka przychodziła do łóżka. Kiedy już wstałam to trzeba było stawiać się na wydawanie leków. Jeżeli ktoś notorycznie nie przychodził, to odnotowywano, że się nie stawia, czyli "podpadał", czyli coś jest nadal nie tak.
Wszystko "nie tak" liczyło się wydłużenia lub skrócenia pobytu w szpitalu. Poruszę jeszcze jeden problem. Były osoby z przymusem sądowym, które musiały przebywać na terenie szpitala. Inni pacjenci mieli prawo do wyjścia na własne żądanie, czasem wymagano podpisu członka rodziny, który brał taką osobę pod opiekę i na odpowiedzialność tej osoby. Właściwie, kiedy leżałam na "nerwicówce" to wszyscy leżeli do momentu, kiedy przyszedł termin wypisu. Jeżeli leki działały, pacjent wracał do sił, to lekarze wypisywali jak tylko termin 6 tygodni się zbliżał, czasem już po 4 (jeżeli komuś bardzo zależało i nie było problemów).
Kradzieże? Będąc na "nerwicówce" nie było u mnie na sali żadnego takiego problemu. Na "ogólnej" były w czasie mojego pobytu dwa przypadki. W sali obok jedna osoba coś tam skubnęła drugiej (bodajże chodziło o zapas kawy), a u mnie na sali jedna z kobiet schowała sobie zegarek pod poduszkę, wyszła do łazienki, potem zapomniała o tym fakcie. Popatrzyła na blat stolika - zegarka nie było i zrobiła raban na cały korytarz, że została okradziona przez którąś z nas. Przybiegł personel, zegarek się znalazł, ale pani nadal uparcie utrzymywała, że nie ona włożyła tam zegarek, tylko któraś z nas zabrała jej zegarek, a następnie oddała zmówionej pielęgniarce, żeby podrzuciła jej pod poduszkę, po co to wszystko? Bo chcieliśmy zrobić z niej "głupią". Przez kolejne trzy dni mówiła nam, że ma nas na oku, bo wie, że chcemy jej dokuczyć i coś zabrać, ma na to niezbite dowody, tylko pielęgniarki są w zmowie z nami, więc musi się sama bronić. Po trzech dniach jej przeszło, a potem nawet nie pamiętała o tym zdarzeniu. Taka historia. XD
Ogólnie nie było źle, gdybym musiała jeszcze, kiedyś się zgłosić-zrobiłabym to. Luksusów nie było. Szpital jak szpital, tylko trochę bardziej "specyficzny", ale do jakiejś masakry nie było. Grunt, że pomogło. Mam nadzieję, że terapia i leczenie zrobią swoje, a ja już tam nie wrócę. Bo kto lubi chodzić po szpitalach? To taka moje historia...

Posty [ 131 do 150 z 150 ]

Strony Poprzednia 1 2 3

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Cała prawda o szpitalach psychiatrycznych

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026