Odświeżę trochę temat.
Byłam w szpitalu psychiatrycznym przez 6 tygodni. Sama się zgłosiłam za namową członków rodziny. Bardzo ostra nerwica, załamanie nerwowe. Objawy: bezsenność - spałam 1-2 godzinny dziennie, czasem wcale, problemy z koncentracją kiedy zasnęłam budziłam się zlana potem, z krzykiem, miałam wrażenie, że się uduszę, bóle w klatce piersiowej, bóle żołądkowe. Nie dawałam sobie fizycznie ani psychicznie rady.
Przez 2,5 tygodnia byłam na tzw. sali ogólnej (leżeli tam ludzie ze schizofrenią, depresją, nerwicą, po próbach samobójczych, ogólnie poza podziałem na płeć, nie było innych podziałów - w sensie choroby). Dlaczego tam trafiłam? Byłam mocno osłabiona i odwodniona. Bardzo słaba fizycznie. Trzęsłam się, nie mogłam utrzymać kubka z herbatą w dłoni, ciągle płakałam i miałam wrażenie, że zaraz się uduszę. W szpitalu przez 3-4 dni ledwo wstawałam o własnych siłach do łazienki. Przez tydzień byłam praktycznie na kroplówkach. Potem zrobiono mi badania, testy, dobrano leki i zostałam przeniesiona do "sekcji"/"oddziału" nerwic.
Jak wspominam pobyt w tym szpitalu? Dobrze, że tam trafiłam. Weszłam na wpół żywa, a wyszłam o własnych siłach. Wszystkie bóle somatyczne pod wpływem leków ustąpiły, dostałam skierowanie na terapię. W czasie pobytu brałam udział we wszystkich możliwych zajęciach terapeutycznych i ćwiczeniach (oczywiście, jak poczułam się psychicznie lepiej). Czy chodziłam otumaniona? Raczej nie. Widziałam takie osoby, ale często przywożono je albo w stanie psychozy, albo w bardzo głębokiej depresji.
Personel? Zdarzało się kilka osób o mniej przyjemnym usposobieniu, ale nie wchodziłam z nikim w zatargi. Wykonywałam polecenia bez wykłócania się, zawsze grzecznie odpowiadałam, pytałam. Nie podlizywałam się, ale też nie stawiałam większego oporu. Nawet z takimi "wredotami" nie miałam większego problemu, nie byłam jakąś ulubienicą, ale też się nie czepiali. Ogólne zasady?
- bez względu na to jaki jest Twój stan zdrowia (czy to nerwica, czy coś poważniejszego) - nie można było mieć żadnych ostrych rzeczy - np. noży. Nie chodzi nawet o to, że Tobie mogą przyjść do głowy jakieś pomysły, ale ktoś może ci ten nóż zabrać i zrobić sobie albo innej osobie krzywdę.
- nie było swobody wychodzenia. Przepustki na 2-3 godziny na samodzielne wyjście na teren szpitala dostawało się po tygodniu, ale zależało to od stanu zdrowia. Codziennie mogliśmy wyjść wszyscy na 1-1,5 z terapeutkami. Wyjście zależało od stanu zdrowia pacjenta. Można było z terapeutkami wyjść już na trzeci dzień od przyjęcia, ale zdarzały się osoby, które w ogóle nie wychodziły - ich stan był zbyt niestabilny. Mnie wygoniono na świeże powietrze (a to był sierpień) od razu, kiedy nabrałam sił fizycznych i wstawałam z łóżka w innym celu, niż pójście do łazienki, wręcz byłam przymuszona, aby dotlenić odpowiednio organizm. Przepustkę na weekend dostawało się po dwóch tygodniach od przyjęcia. Wszystko zależało od stanu zdrowia pacjenta. Można było dostać przepustkę samodzielną lub z opiekunem. Samodzielna, czyli mogłam wyjść ze szpitala rano o 10.00 na całą sobotę i musiałam wrócić do godziny 21.00 (na wydawanie leków). Jeżeli ktoś się mocno spóźnił (przykładowo wrócił o 23.00 i nie poinformował szpitala, że coś utrudnia powrót) ryzykował odebraniem praw do swobodnych wyjść. Z opiekunem sprawa była prosta: ktoś musi po Ciebie przyjść, przyprowadzić Cię i bierze za Ciebie odpowiedzialność. Sama dostałam bez problemu wyjściówkę jako samodzielna. Muszę tu zaznaczyć, że jeżeli kwalifikowałam się do wychodzenia na zewnątrz, a nie robiłam tego, to też było to notowane na moją niekorzyść- coś ze mną nie tak. Nie piszę o wyjściówkach na weekend - może nie miałam dokąd pójść? To był czysty przywilej. Czasem lekarz prowadzący namawiał, żeby wziąć, ale jak ktoś był z drugiego końca województwa i nie miał kto po niego przyjechać, więc te osoby zadowalały się zwykłymi "przepustkami". Chociaż i tak lekarze namawiali "chociaż na kawę czy ciastko wyskoczy pani na miasto". Chodziło bardziej o to, aby sprawdzić, jak sobie pacjent poradzi na zewnątrz, ale jak ktoś się uparł, że chce zostać - to sobie siedział. Natomiast wychodzenie "na tygodniu" było bardziej monitorowane. Nie wychodzisz na świeże powietrze nawet na kilka minut= coś z Tobą nie tak.
-Odnośnie zajęć terapeutycznych były dwa rodzaje: pierwsze to zajęcia plastyczne z terapeutkami, bardzo przyjemne. Nie były obowiązkowe, ale też notowano, kto bierze udział. Terapeutki młode, energiczne, z dużą empatią. Drugi typ do tzw. psychoterapia (przymusowa), ale to już miałam na "nerwicówce". Lekarz kwalifikował albo na grupową, albo na indywidualną, z tymże indywidualna była raz w tygodniu, a grupowe spotkanie było dwa razy.
Ogólnie nie było źle. Moim zdaniem zależy, gdzie się trafi i na jaki oddział. Dużo też zależy od podejścia pacjenta do personelu. Jeżeli pacjent jest spokojny, grzeczny do pracowników (nie mówię o podlizywaniu, tylko o zwykłej kulturze osobistej) to nie ma większego problemu, czasem nawet pójdą na rękę,
Odnośnie telefonów, laptopów, itd. Z tego co się dowiedziałam w dużej mierze zależy to od oddziału i władz szpitalnych.
W moim przypadku była możliwość posiadania i telefonów, i laptopów, tabletów, ale były przypadki, że lekarze zabierali pacjentowi telefon, czy tablet i prosili innych pacjentów o nieudostępnianie im żadnej z tej rzeczy. Można było oddać telefon w depozyt. Sama to zrobiłam. Poprosiłam lekarza prowadzącego o poinformowanie kilku osób o tym, że jestem w szpitalu i gdzie, a telefon oddałam. Nie chciałam mieć "sygnałów" z zewnątrz, denerwować się, przejmować. Błoga niewiedza i nieświadomość.
W czasie codziennego obchodu zwracano uwagę na higienę osobistą i porządek na stoliku. Ogólnie: jeżeli się nie myłam, nie sprzątałam stolika, nie miałam pościelonego łóżka, to sygnał, że coś jest nie tak i trzeba mnie obserwować. Podobnie było z przyjmowaniem leków. Przez pewien czas otrzymywałam leki dożylnie, w kroplówkach albo zastrzyku, więc pielęgniarka przychodziła do łóżka. Kiedy już wstałam to trzeba było stawiać się na wydawanie leków. Jeżeli ktoś notorycznie nie przychodził, to odnotowywano, że się nie stawia, czyli "podpadał", czyli coś jest nadal nie tak.
Wszystko "nie tak" liczyło się wydłużenia lub skrócenia pobytu w szpitalu. Poruszę jeszcze jeden problem. Były osoby z przymusem sądowym, które musiały przebywać na terenie szpitala. Inni pacjenci mieli prawo do wyjścia na własne żądanie, czasem wymagano podpisu członka rodziny, który brał taką osobę pod opiekę i na odpowiedzialność tej osoby. Właściwie, kiedy leżałam na "nerwicówce" to wszyscy leżeli do momentu, kiedy przyszedł termin wypisu. Jeżeli leki działały, pacjent wracał do sił, to lekarze wypisywali jak tylko termin 6 tygodni się zbliżał, czasem już po 4 (jeżeli komuś bardzo zależało i nie było problemów).
Kradzieże? Będąc na "nerwicówce" nie było u mnie na sali żadnego takiego problemu. Na "ogólnej" były w czasie mojego pobytu dwa przypadki. W sali obok jedna osoba coś tam skubnęła drugiej (bodajże chodziło o zapas kawy), a u mnie na sali jedna z kobiet schowała sobie zegarek pod poduszkę, wyszła do łazienki, potem zapomniała o tym fakcie. Popatrzyła na blat stolika - zegarka nie było i zrobiła raban na cały korytarz, że została okradziona przez którąś z nas. Przybiegł personel, zegarek się znalazł, ale pani nadal uparcie utrzymywała, że nie ona włożyła tam zegarek, tylko któraś z nas zabrała jej zegarek, a następnie oddała zmówionej pielęgniarce, żeby podrzuciła jej pod poduszkę, po co to wszystko? Bo chcieliśmy zrobić z niej "głupią". Przez kolejne trzy dni mówiła nam, że ma nas na oku, bo wie, że chcemy jej dokuczyć i coś zabrać, ma na to niezbite dowody, tylko pielęgniarki są w zmowie z nami, więc musi się sama bronić. Po trzech dniach jej przeszło, a potem nawet nie pamiętała o tym zdarzeniu. Taka historia. XD
Ogólnie nie było źle, gdybym musiała jeszcze, kiedyś się zgłosić-zrobiłabym to. Luksusów nie było. Szpital jak szpital, tylko trochę bardziej "specyficzny", ale do jakiejś masakry nie było. Grunt, że pomogło. Mam nadzieję, że terapia i leczenie zrobią swoje, a ja już tam nie wrócę. Bo kto lubi chodzić po szpitalach? To taka moje historia...