Cześć Wam ,
Jednak mnie zaczyna niepokoić - mam nadzieję, że niepotrzebnie - nasza córka. To są małe rzeczy , ale nie dają mi spokoju.
Staram się poświęcać jej każdą chwilę i znaleźć jakieś zajęcia wspólne - mała wpadła na pomysł przemalowania pokoju - znalazła tapetę i była dość podekscytowana - miała mi trochę pomagać przez weekend. Jeszcze miałem jej zrobić nowe , większe biurko ,ale trochę mi to zajmie więc na razie tylko mały remoncik. Naprawdę tego chciała - jednak gdy tylko weszła żona , spojrzała na nią i powiedziała ,że nie ma mowy ,że miała malowany pokój w zeszłą wiosnę i starczy - ona od razu przygasła , przytaknęła i nie chciała słyszeć o tym już. Poszedłem z żoną o tym porozmawiać - a ona ,że nie mogę dawać sobie wchodzić na głowę ,że mała wykorzystuję sytuacje , wchodzi w ten trudny wiek , że mam zamydlone oczy itp. i że musimy być uważni bo ją rozpuścimy i pokażemy, że to ona może sobie rządzić. Może i trochę racji ma - sam nie wiem, bardziej co mnie w tej sytuacji zdziwiło to fakt, że żona dziwnie się spojrzała na córę a ta od razu odpuściła temat.
Kolejna sytuacja - chciałem ją zabrać do zamku tzw. Polski Hogwart - aż pisnęła z radości - znów to samo ,żona tylko na nią spojrzała i już ona nie chciała słyszeć o tym pomyśle.
Żona słabiej się czuła - to wiadomo obiadu nie będzie - chciałem przejść się z córką po mieście bo nie było tak mroźno i przynieść jedzenie do domu albo zjeść gdzieś - od razu się zabrała do mamy . Podszedłem do pokoju i nie słyszałem żeby żona mówiła cokolwiek do niej. Mała przychodzi i mówi ,że możemy zamówić jedzenie do domu i iść razem na spacer jak mama wydobrzeje... Oczywiście próby rozmów z żoną są zbędne - ona nie widzi problemu, taki wiek u niej się zaczyna itp. .
Wręcz przeciwnie, tyle że niepokoić to Cię powinno postępowanie żony i to bardzo moim zdaniem. Czemu?
We wszystkich trzech opisanych sytuacjach żona subtelnie oraz skutecznie pokazała Ci, kto rządzi czyli opisując rzecz inaczej skutecznie podważyła Twój autorytet jako ojca. Zamierza przejąć stery czyli "ja decyduję, jak będzie wychowywana córka". A Ty wprawdzie poczułeś, że coś jest nie halo, ale - położyłeś uszy po sobie. I było tak, jak żona zdecydowała. W sprawach pozornie drobnych, ale w tym waszym popapranym układzie one nie są drobne, bo żona jest jaka jest. A Ty to sie dopiero zaczynasz zmieniać.
Michał, jeśli teraz nie zareagujesz to ockniesz się z przysłowiową ręką w nocniku.
Jakoś tak mi się z tą waszą relacją z żoną skojarzył cytat z "Trylogii" czyli nauka, jakiej ojciec udzielił Michałowi Wołodyjowskiemu. Konkretnie "jak się nie bedą ciebie bali, to się będą z ciebie śmiali".
Twoja żona miała ojca tyrana i zapewne nie jest w stanie szanować mężczyzny wrażliwego, wychodzącego naprzeciw, rozumiejącego itd czyli mającego przeliczne zalety cenione przez inną grupę kobiet. Najprawdopodobniej żeby mężczyznę szanować ona musi się go trochę bać. A Ty akurat w taki klimat nijak się nie wpasowujesz.
I teraz napiszę, co możesz rozważyć.
Żona jest katoliczką. Nieważne w tym momencie czy szczerze wierzy czy tak jest zaprogramowana czy katolicyzmu używa w celach manipulacyjnych. Poszła w stronę nierozerwalności sakramentu, do księdza po nauki, na mszę dała jak wróciłeś, za grzesznicę kajającą się robiła co to zadośćuczynić pragnie szczerze itd.
Tym samym poniekąd sama pokazała ci narzędzie, którego być może możesz użyć iżby mieć na nią skuteczny wpływ w paru sprawach czyli katolickie nauczanie. O którym słabe masz pojęcie, ale nie wykluczone, że ono na nią ma prawdziwy wpływ.
Pisało ci tu ileś osób, że "Michał, wyhoduj sobie jaja i babę uporządkuj".
No to popatrz - wedle tego katolickiego nauczania żona właśnie wykonała coś, czego jako katolicka żona absolutnie robić nie powinna czyli nie wykazała tzw. posłuszeństwa i podważyła Twój autorytet w oczach dziecka. Jako katolicki mąż powinieneś w tym momencie upomnieć małżonkę iż postępuje niewłaściwie. Wziąć na tzw dywanik i jasno opisać sytuacje informując jednocześnie iż jako głowa domu sobie tego zdecydowanie nie życzysz. Że jeśli ty, głowa katolickiej rodziny, decydujesz o czymś, to ona ma mianowicie obowiązek się podporządkować, albowiem wedle (tu stosowny cytat) tak być powinno. Oczywiście, jesteś otwarty na jej uwagi i obserwacje dotyczące wychowywania dziecka, ale decydujesz ty. Ona swoje uwagi i sugestie, jeśli jakoweś ma, może wyrazić na osobności, ty je łaskawie rozważysz, ale jeśli mówisz "Wychodzimy zjeść na mieście, ty żono odpoczywaj " to tak się dzieje, to nie jest pora na dyskusje z jej strony, rzucanie jakichś spojrzeń itp. O malowaniu pokoju, o wychodzeniu na obiad oraz o zwiedzaniu Zamku Hogwart. Jeśli chce twojego przebaczenia to niech się zacznie zachowywać tak, jak nauczanie katolickie nakazuje i niech zacznie do zaraz. Jest ci bowiem winna nie tylko wierność małżeńska ale też szacunek dla Ciebie jako głowy domu ma okazywać. W całkiem konkretny sposób. Zapewniam cię, że ksiądz, do którego ona lata po porady, skutecznie cię w tym podejściu wesprze.
Oczywiście to nie ma wiele wspólnego ze zdrowym związkiem i dobrą relacją w rozumieniu współczesnej psychologii, ale prawda jest taka, ze żona już zaczyna przejmować kontrolę i rządzić, już sobie ustaliła, jak będzie wychowywana córka. Jest pewna szansa, że używając innego narzędzia niż psychologia zdołasz ją wyhamować.
Jak każde narzędzie tak i to "katolickie" może nie zadziałać. Ale słabe masz pole manewru, a fatalnie by było, gdybyś ponownie utracił kontrolę nad sytuacją.
Ogólnie to oczywiście nie jest dobrym spełnianie każdej zachcianki dziecka, ale...ale żona tego skądinąd rozsądnego podejścia użyła w celu przejęcia kontroli.
Ty jesteś dorosłym mężczyzną, nie dzieciakiem, zatem jesteś w stanie rozeznać nie gorzej od niej, czy coś jest zachcianką bezsensowną czy też nie jest. Masz tu prawo decydować co najmniej takie same jak ona.
Zgadzam się z Tamiraa, okres nastoletni jest inny niż dzieciństwo, zachowanie równowagi między nie spełnianiem każdej zachcianki a dawaniem dziecku obszaru do decydowania o sobie trzeba wyważyć.
Akurat własny pokój to obszar wielu eksperymentów u nastolatków. I w rozsądnym zakresie - ich prawo. Jeśli oczywiście nie wskazują palcem rodzicowi, co ma zrobić ograniczając się do łaskawego przyjmowania wykonanego w całości przez rodzica dzieła tylko czynnie uczestniczą w kształtowaniu tzw. własnej przestrzeni.
Córka ma nowy pomysł na wygląd własnego pokoju? A niech ma, choćby i co roku nowy - byle było to realizowanie jej pomysłu ze wsparciem rodzica, tak się uczy samodzielności, decydowania o sobie oraz tego, że "samo się nic nie zrobi" czyli chcesz mieć wytapetowane to ucz się tapetowania, nie święci garnki lepią. A tatuś pomoże.
Nie że tatuś na kiwnięcie palcem wzywa ekipę fachowców, to bzdura. Ale jeśli tatuś razem z córka zmieniają wystrój jej pokoju - super pomysł. Zwłaszcza w sytuacji, w której ograniczeń finansowych nie ma. Przy robieniu nowego biurka córka też może pomagać oraz uczestniczyć. Tak się buduje wieź, taką, co zostaje na zawsze, przez wspólne tworzenie czegoś, wspólne działania.
Nie pozwól, Michał, żeby Ci żona to zabrała. Taką wycieczką do Zamku Hogwart możesz dać córce wspaniałe wspomnienie. Za rok, dwa - będzie za późno, bo Zamek Hogwart się zdezaktualizuje. Są rzeczy, których się nie nadrobi.