Najbardziej boje sie utknieac w zwiazku, gdzie ja bede mylic milosc z litoscia, a moj maz z poczuciem winy. A w sumie wszystko powoli bedzie umerac. Nie czuje juz motyli w brzuchu, a raczej uscisk, ktory nie pozwala swobodnie oddychac. Szkoda, ze Adam tym jablkiem sie udusil, a Ewa nie umarla z zalu. Dzis wszystko byloby prostsze.
131 2010-09-15 14:46:14 Ostatnio edytowany przez aga333 (2010-09-15 14:47:03)
Podobne tematy
aga333 masz dziś ciężki dzień widać, a kochać dojrzale to wcale nie oznacza czuć motyle, 3maj sie. Zrób dziś sobie coś miłego dla siebie, bo jak stracisz ten dzień, to będzie dzień stracony na zawsze. Uszy do góry.
Monia139, nie wiem co myslec, o tym co napisalas , o karze. Ja tez odeszlam od meza z malenkim dzieckiem 13 lat temu , moze powody byly inne, on chcial bysmy byli razem , ja zrezygnowalam, a teraz tez ktos mnie porzucil, zdradzil i oszukal. Na poczatku tez myslalam , ze to kara, tylko za co za to .,ze nie moglam patrzec na niego , bo zle trakwal nasze dziecko , bo wiedzialam ,ze kiedy bylam w szpitalu przez pol roku , zdradzal mnie, a nawet spal z moja wspollokatorka ze szpitalnego hotelu, to za to jest ta kara?Przez 7 lat bylam sama, potem przyszedl ten drugi i po 5 latach jestem sama i porzucona, kto mnie karze i za co? Za dobre serce , za milosc , za oddanie. Nieprawda, nie wyszlo i koniec, nie bylismy dla siebie, kiedys minie rozgoryczenie i bol, a wtedy moze sie uda ...
Słodka, w takim razie Twojej winy nie było wcale. Zresztą nie wiem czy czytałas to co napisał Dunkis. Bardzo mądrze zresztą. Głównie chodzi mi o to, że dzisiaj ja jestem w rozpaczy, płaczę (choć już mniej, a pracy to nawet miałam świetny humor), wydaje mi sie, że już nic dobrego mi sie w zyciu nie wydarzy. Tyle piszemy, ze faceci to dranie. A ja zachowałam się kiedyś podobnie. I podziwiam swojego byłego męża, że mi wybaczył, że zaprasza mnie do siebie na grilla i piję drinki z Jego drugą żona, która notabene jest świetna kobieta. Ja nie umiem tak wybaczać.
A i moje małe zwyciestwo dzisiaj. Znowu zadzwonił mój eks zapytać co słychac, a ja powiedziałam, że wszystko okey,ale nie chce mi sie gadac, po czym się rozłączyłam. Serce waliło mi jak oszalałe, straciłam humor, ale nie zalałam się rzewnymi łzami.
Moja Droga Zazdrosc, dla mnie nie ma pojęcia kochać za bardzo - kocha się tak jak się potrafi. Kochać to ocena ludzi z zewnątrz, ale dla człowieka który kocha - przekonany jestem, że taki człowiek nie potrafi sterować miłością i przykręcać ja kurkiem, jak lejącą się wodę..
Tez tak myslalam, wypieralam sie problemu rekami i nogami...
Tez mowilam kocham jak potrafie calym sercem i szczerze...
Miloscia nie da sie sterowac ale jesli przyznasz sie do problemu to mozna zaczac terapie. To nie chodzi o to by przestac kochac, tylko by przestac rozsiewac toksyny... tak, toksyny... bo ludzie kochajacy za bardzo rozsiewaja toksyny. Nadaja im ladne imiona, no ale Salomonella tez brzmi pieknie. Te ladne imiona to: poswiecenie, walka o zwiazek, walka o milosc, dzwiganie krzyza, cierpienie w imie milosci i wiernosci, bycie ofiara na oltarzu milosci.. i dopisz sobie co chcesz
a objawy tej dolegliwosci sa proste(skopiowalam z http://www.kobieceserca.pl/:
"1. miłość oznacza dla Ciebie cierpienie...
2. znosisz upokorzenia, przywołując w pamięci chwile, kiedy tak był dla Ciebie dobry i czuły...
3. wierzysz, że dzięki Twoim wysiłkom zmieni się na lepsze...
4. związek z nim powoduje, że masz coraz mniejsze poczucie własnej wartości... (choc wg mnie to to poczucie bylo wczesniej a teraz tylko bolesniej i trwale sie w tym utwierdzasz)
5. pomimo bólu nie potrafisz się z nim rozstać, a jeżeli już to zrobiłaś, to boli Cię nadal...
6. nie możesz zrozumieć, dlaczego Cię opuścił, zdradzil, przestal kochac choć tak się dla niego poświęcałaś...
Syndrom "kochania za bardzo" dotyka bardzo wiele kobiet.
Kobiety takie nie czują się szczęśliwe w związku, a za swoje nieszczęście obwiniają partnerów. Jednocześnie dają z siebie wszystko, żeby związek trwał - w imię miłości. Wierzą że ich wielka miłość potrafi partnera zmienić. Dzielnie znoszą ból, który partner im zadaje - poniżanie, przemoc psychiczną, czy fizyczną. Są męczennicami miłości. Poświęcają się całkowicie swojemu partnerowi, ale choć czują się w związku upokarzane lub zaniedbywane, nie są w stanie odejść.
"Kochanie za bardzo" tak naprawdę jest jedną z form uzależnienia od miłości. Tak groźnego, jak alkoholizm, czy narkomania, wpływającego destrukcyjnie na życie.
Niektóre uzależnione od miłości kobiety żyjąc w stałym związku "kochają za bardzo". Inne tkwią w toksycznej relacji, będącej nieustannym ciągiem rozstań i powrotów. U niektórych miłość przeradza się w obsesję. Inne kochają bez wzajemności i owładnięte są fantazjowaniem. Niektóre bez przerwy romansują z kolejnymi partnerami, ale nie potrafią stworzyć żadnego stałego związku. Inne popadają w depresję po tym, jak partner ją opuścił.
Kobiety uzależnione od miłości łączy jedno ? wszystkie odczuwają niezwykle silną potrzebę emocjonalnych więzów z mężczyzną, ponieważ panicznie boją się samotności.
Głód miłości staje się dla nich źródłem cierpienia.
Uzależnienie od miłości, jak każdy nałóg, wymaga leczenia. Jeśli kobieta go nie podejmie, sama skazuje się na nieszczęśliwe życie. Podstawą terapii wychodzenia z każdego nałogu jest uświadomienie sobie, że jest się uzależnionym. Potem trzeba poszukać pomocy, korzystając z różnych form terapii. Uzależnione od miłości kobiety muszą nauczyć się, jak pokochać siebie, jak dbać o swój rozwój osobisty, jak nawiązywać zdrowe relacje z ludźmi. Muszą też nauczyć się... dojrzałej miłości. "
...i ja bym dodala zdrowej milosci
zrobilam sobie liste moich zachowan pod tytulem "staram sie zasluzyc na milosc". Przeanalizowanie takiej listy (myslenie o tym) powoduje, ze nie wpadasz juz tak szybko w pulapke swoich czynow. Trzeba tylko zaczac byc ze soba szczerym.
136 2010-09-15 23:07:36 Ostatnio edytowany przez nikandra (2010-09-15 23:08:45)
Ciekawe co napisałaś zazdrość w sumie ja ...mogłabym się spoko nazwać uzależnioną od miłości....po przeczytaniu podpunktów
Interesuje mnie jakie formy terapii proponują w walce z tym yhmm.... nałogiem ? I kto niby miałby w tym pomóc...bo jakoś sama forma utworzenia listy...mało do mnie przemawia...pewnie skończyło by sie na jej utworzeniu i nie zmieniło w niczym mojego postepowania.
137 2010-09-15 23:20:49 Ostatnio edytowany przez Olina (2010-09-28 20:49:59)
to co napisal Dunkis ze sa ludzie"zaniedbani" w zwiazakch malzeskich temu szukaja gdzie indziej tej bliskosci, i co wtedy nie jest wspolna wina?? tego partnera ze mimo ze np brobowal wiele razy odbudowac zwiazek i bliskosc nie wytrzymal i poszedl na latwizne znajdujac se kochanka, a drugiej polwoki ze byla taka sucha i nie czula na patrnera...mineli sie...
Moge sobie wyobrazic taka sytuacje poniewaz wyobraznie mam bardzo podatna na rozciaganie.. ![]()
Nie spotkalam takiej zdrady....
Zawsze gdy slysze o zdradzie z ust zdradzonego nie ma tam niczego o tym, ze patrner probowal wiele razy odbudowac zwiazek a dopiero potem poszedl na latwizne. Najczesciej jest to cios i ZASKOCZENIE
, i bol i cierpienie...
Zdradzajacy przedstawiaja sytuacje swoich prob ratowania zwiazku, rozmow etc do momentu konfrontacji ze zdradzonym, ktora to jest bezlitosna dla zdradzajacego niestety... bo fakty sa naciagane dla podniesienia samooceny... nie slyszalam zeby zdradzajacy zrobil plan pt: probowalem rozmow- nie pomoglo, ostrzeglem o tym, ze poszukam sobie kogos innego jesli cos sie nie zmieni- nie pomoglo... no to po trzecim ostrzezeniu oficjalnie szukam milosci i sie z tym nie musze kryc bom uczciwy na wskros.
Najczesciej do zdrady dochodzi pod wplywem impulsu, nad ktorym nie chcemy zapanowac (mamy jakis problem dla terapeuty) i od razu szukamy usprawiedliwienia typu probowalam ratowac! ale nie zadzialalo! .. i w glowie wyszukujemy momenty wygladajce na swiadome naprawianie relacji malzenskich
co oznacza niestety tylko...... moze przytocze fakt z zycia:
- rzucilem w nieziele talerzami o podloge bo gderala, ze nigdy nie sprzatam ze stolu. Mialem dosc gderania i w taki sposob dalem jej do zrozumienia ze cos nie gra miedzy nami i ze jest gderliwa nie do zniesienia.
-to nie mogles tego powiedziec wyraznie?
-czy to nie bylo wyraznie i GLOSNO?!
- tylko glosno, bo na pewno nie wyraznie, i dla mnie to nie szczera proba ratowania zwiazku tylko unikanie prac domowych za wszelka cene
-no to ma co chciala
-na pewno nie chciala bys ja zdradzil. Chciala zebys robil cos w domu z samoobslugi zreszta
-mogla przewidziec ze skoro dusze sie z ta jej gderliwoscia to zdrada zdarzy sie wczeniej czy pozniej
syla, miałem to napisać że zło kusi, właściwie że owoc zakazany kusi, ale toż to takie oczywiste. Ostatnio tłumaczyłem dzieciom co znaczą słowa piosenki ... to nie ja byłam Ewą, to nie ja skradłam niebo ... i tym oto sposobem doszedłem do jabłka, które do tej pory stoi w gardle Adama.
To bylo jablko wieddzy... przelknij je Dunkis ![]()
dobre serce , za milosc , za oddanie. .
To slodkie nazwy dla "kochac za bardzo"
a moze by tak nazwac to Valkiria i przyjac stosowny utwor Ryska z Lipska za hymn?
... i nucic go za kazdym razem gdy rozlewamy dobre serce i tloczymy milosc z oddaniem w niewdzieczne serce partnera?
Nie pisz, proszę, posta pod postem, a jeżeli chcesz coś dopisać to użyj opcji "edytuj", o czym mówi pkt 10 naszego Regulaminu. (Moderatorka Olina)
Aga333,
coz moge powiedziec,nic dodac,nic ujac!
U mnie,dokladnie to samo.
Pozdrawiam Cie bardzo goraco
139 2010-09-15 23:39:38 Ostatnio edytowany przez Zazdrosc (2010-09-15 23:39:54)
Ciekawe co napisałaś zazdrość w sumie ja ...mogłabym się spoko nazwać uzależnioną od miłości....po przeczytaniu podpunktów
Interesuje mnie jakie formy terapii proponują w walce z tym yhmm.... nałogiem ? I kto niby miałby w tym pomóc...bo jakoś sama forma utworzenia listy...mało do mnie przemawia...pewnie skończyło by sie na jej utworzeniu i nie zmieniło w niczym mojego postepowania.
na stronie http://www.kobieceserca.pl/ mozesz zaczac terapie online
Jak myslicie, czy cierpienie osoby zdradzonej jest w jakis sposob uzalezniona od dlugosci trwania zwiazku, czy osoby zdradzone w zwiazkach trwajacych kilka lub kilkanascie lat cierpia bardziej niz te z krotszych? Czy majac wiekszy bagaz wspolnych przezyc, tych dobrych i zlych trudnirj jest wybaczyc niz gdy dopiero zaczyna sie wspolny dorobek?
Jak myslicie, czy cierpienie osoby zdradzonej jest w jakis sposob uzalezniona od dlugosci trwania zwiazku, czy osoby zdradzone w zwiazkach trwajacych kilka lub kilkanascie lat cierpia bardziej niz te z krotszych? Czy majac wiekszy bagaz wspolnych przezyc, tych dobrych i zlych trudnirj jest wybaczyc niz gdy dopiero zaczyna sie wspolny dorobek?
Mysle ze tego nie da sie porownac. Krotkie zwiazki to czesto jeszcze fascynacja, silne pozadanie... Dlugie zwiazki to nagromadzone dobre wspomnienia i wspolne doswiadczenia wspolne "dorastanie"... i wzajemne zaufanie dajace spokoj wewnetrzny (fundament)
W pierwszym przypadku uczucie jest porywajace, gorace, namietne.... wiec bol jest rowniez porywajacy
W drugim przypadku to chyba rozpacz i przejmujacy smutek nad zyciem, przeszloscia i przyszloscia, wszak zburzone zostaly fundamenty.
Moja Droga Zazdrosc, dla mnie nie ma pojęcia kochać za bardzo - kocha się tak jak się potrafi. Kochać to ocena ludzi z zewnątrz, ale dla człowieka który kocha - przekonany jestem, że taki człowiek nie potrafi sterować miłością i przykręcać ja kurkiem, jak lejącą się wodę.
Nie jestem co prawda Zazdrością, ale pozwolę sobie z Tobą polemizować w tej kwestii
.
Oj, Dunkis, uwierz, że naprawdę istnieje takie pojęcie. Kiedy człowiek kocha tak, że w jego życiu całą przestrzeń wypełnia tylko jedna osoba, która w dodatku nadaje mu jedyny sens, jeśli pozwala się upokarzać i cierpliwie znosi te upokorzenia, winę za wszystko co złe w związku bierze na siebie, zapomina o tym, że też istnieje i ma prawo do szczęścia, rezygnuje z marzeń, pragnień, własnego ja po to tylko, aby ten drugi go kochał, daje, nie otrzymując w zamian nic lub w najlepszym wypadku niewiele- to jest to już chora miłość, co jest jednoznaczne z tym, że kocha się za bardzo. Miłość powinna uskrzydlać, dodawać wiary w siebie, być motorem napędowym, a nie te skrzydła podcinać.
Nałóg jest nałogiem, nie bardzo wiem, czy powinnam zabierać głos na tym forum i czy będę jakimś drogowskazem, ale cierpię, radzę sobie z tym i jednocześnie staram się podążać drogą wskazaną przez Zazdrość.
Wydaje mi się,że generalnie nie powinno się tego robić...ale ja to robiłam,może nadal robię...Miałam trwający ponad 1,5 roku romans,na początku zaczęło się niewinnie,no a później ...wiadomo wpadłam po uszy.Czy mogę się wytłumaczyć ? Nie wiem...może.Mój mąż od samego początku był mniej zaangażowany w nasz związej,zawsze to ja "latałam" za nim.Nawet do ślubu mam wrażenie,że go "zmusiłam".Do tego zdarzało mu się być agresywnym, nawet kilka razy użył siły wobec mnie.Oczywiście poźniej przepraszał,przynosił kwiaty...I nie uwierzycie,ale w pewnym momencie agresja ustała.Zrobiło się miło
Zaszłam w ciążę,tez trochę naciskaną przeze mnie. Ale on szalał ze szczęścia...do czasu,aż poznał kogoś,kto stał się jego nową miłością. Miotał się między mną a nią. A ja z wielkim brzuchem pod nosem stałam w środku tego piekła i powtarzałam sobie,żeby się nie denerwować. Po urodzeniu małej ta trzecia delikatnie zeszła na dalszy plan,a potem ich znajomość zakończyła się definitywnie. Żeby nie było za słodko,pojawiła się kolejna. Ta zagościła w naszym życiu na dłużej...niestety. A ja w pewnym momencie przyjęłam pomocną dłoń dobrego kolegi,który potem stał się kimś więcej niż tylko kolegą. Nie chodziło mi o seks,jak wiele osób sugeruje,chyba na palcach jednej ręki policzę nasze zbliżenia. Chodziło o bliskość,przytulenie,wysłuchanie. Pomógł mi bardzo psychicznie w tym trudnym okresie. Ale zakończyłam naszą znajomość w pewnym momencie. Nie mogłam kontunuować dłużej tego rodzaju związku. Nie powiem,że było mi łatwo,bo jednak łączyło nas uczucie. Mój mąż nie wie nic o moim romansie,postanowiłam,że nie będę go w w to wtajemniczać. Mam czasami wyrzuty sumienia z powodu swojego zachowania,ale myślę,ze to będzie ostatnia tego rodzaju znajomość w moim życiu.Pierwsza i ostatnia. Uważam,że zwyczajnie się do tego nie nadaję,to nie moja natura...Czy mój mąż zakończył swoje miłosne podboje? Twierdzi,że tak. A ja nie wiem,czy tym razem dobrze się z tym nie kryje. Przedtem nie zachowywał się tak,jakby chciał to ukryć,ale może teraz będzie robił inaczej ? Nie wiem...
Czy moją zdradę można usprawiedliwić? Pewnie nie,ale ja czasami usprawiedliwiam się sama przed sobą...
Twoje malzenstwo Jesienna to czyta formalnosc.
Nie rozumiem jak mozna zyc z czlowiekiem do ktorego czuje sie tylko formalnosci...
Partner to nie rodzic. Nie jestes na niego skazana... Czy Ty boisz sie samodzielnosci? Moze tu jest problem?
Jak bardzo nagniesz swoja moralnosc, uczciwosc swoje szczescie ze strachu przed samodzielnoscia?
Zdrady nie da sie usprawiedliwic... aczkolwiek mozna starac sie rozumiec jej przyczyny. Zrozumienie czegos to jednak nie to samo co akceptacja.
Zazdrość to nie do końca jest tak jak myślisz...Ja swojego męża mimo wszystko kocham,wiem,że w pewnym stopniu jestem od niego uzależniona,ale tak jak pisałam,zawsze mi na nim bardzo zależało. Moja zdrada była mam wrażenie niemożnością odnalezienia się w tamtej bardzo dla mnie ciężkiej sytuacji. Nie chcę się znów usprawiedliwiać,ale naprawdę był to wtedy dla mnie koszmar i prawie że wpadłam w ramiona tamtego.Nie chcę się wiązać z tym "trzecim" , on też ma rodzinę i chciałabym,żebyśmy sobie poukładali jakoś zycie.
Od jakiegoś czasu chodzę do psychologa i on pomógł mi też poukładać sobie wiele rzeczy. Moje małżeństwo też pozwala mi poukładać.Mąż też się zmienił-na plus. Wydawać by się mogło,że nie ma nikogo trzeciego w naszym związku,ale ręki sobie nie dam uciąć. Chyba,ze za siebie ![]()
Czy boję się samodzielności? Na razie na tym etapie jeszcze tak. Pracuję nad tym,żeby tak nie było
I nie myślę tu nawet o rozwodzie,tylko o samodzielności dla samej siebie.
I jeszcze jedno-nie akceptuję zdrady.Ani swojej ani żadnej innej.Dlatego w moim wydaniu był to pierwszy i ostatni raz. Wiem,że wszyscy mają teorię,że jak raz już był,to bedą następne.Tak więc jestem chyba pozytywnym wyjątkiem ![]()