Shinigami napisał/a:Ja ubolewam nad tym, że nie mogłem się przygotować do prawdziwego, samodzielnego życia. Nikt nigdzie nie uczył, że życie jest ciężkie
Pamiętasz może, co pisałam kiedyś (to był post napisany w rozmowie z Tobą) o przyjacielu mojego syna, który pomimo fatalnego startu diametralnie zmienił swoje życie?
Otóż wczoraj odbył ślub mojego syna. Jego świadkiem był właśnie ten chłopak, bo syn zna go od lat i od zawsze twierdzi, że "S. jest zawsze i zawsze można na niego liczyć". Kiedy poprosił go o pełnienie tej ważnej roli, przyjaciel podobno wydawał się tym faktem poruszony. Dzień był cudowny, mnóstwo pozytywnych wrażeń i emocji, S. doskonale odnalazł się w swojej roli, a w trakcie weselnej zabawy wiele razy podkreślał, że z moim synem są jak bracia, że bardzo go ceni, że wzajemnie się wspierają, motywują, że nie wyobraża sobie, co byłoby, gdyby 12 lat temu nie spotkali się na drążkach (kalistenika), bo to bardzo dużo w jego życiu zmieniło, a i sama przyjaźń ogromnie dużo dla niego znaczy.
S. mieszka niedaleko nas, dlatego razem pojechaliśmy na miejsce ceremonii, a ja obiecałam, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to po weselu S. oraz jego osoba towarzysząca również mogą się z nami zabrać. Ostatecznie okazało się, że musimy jednak nadłożyć drogi, bo jego weselna partnerka mieszka kilkanaście kilometrów dalej. Jako że wychodziliśmy razem z ostatnimi gośćmi, więc było bardzo późno, trochę mnie to zaskoczyło, ale skoro obiecałam, to słowa się dotrzymuje. I to właśnie wtedy zdarzyło się coś, co siedzi mi w głowie do teraz.
S. znam od dawna, ale jako kolegę, a potem przyjaciela syna. Dużo o nim wiem, zawsze podziwiałam jego życiową postawę, ale tak się złożyło, że nigdy nie miałam możliwości porozmawiać z nim sam na sam, za to na imprezie zdarzyło się to kilka razy i już wtedy zaczął się otwierać, za to podczas tej drogi, na co wpływ niewątpliwie miała cała otoczka dnia, ale też fakt, że jednak trochę sobie wypił, coś w nim pękło.
Wrócił do początków ich znajomości i do roli syna w jego życiu. Powiedział też, że on tego nigdy nie mówił, ale bardzo mu zazdrościł, że miał normalny dom, bo sam wyszedł z patologicznej rodziny, z domu, z którego wiele razy musiał uciekać, gdzie alkohol był na porządku dziennym, w którym nie miał żadnego wsparcia, dlatego od małego zdany był sam na siebie. Powiedział, że na sztuki walki (ma na tym polu spore sukcesy) poszedł po to, żeby ten - jak to określił - sku***el, czyli konkubent matki, już nigdy nie dotknął ani jego, ani jego siostry. Nie skończył szkoły, bo nie miał na to warunków, musiał wyprowadzić się z domu, żeby odciąć się od tego środowiska, w którym dorastał, a żeby się utrzymać, to przecież musiał zacząć zarabiać. Zdarzało się, że nie miał pracy, ale i wtedy jakoś sobie radził. Dopiero później poszedł na wieczorówkę, żeby zdobyć jakieś lepsze wykształcenie niż zawodówka, a po drodze wiele razy samemu sobie, ale i całemu światu musiał udowadniać, że da radę.
Generalnie, jak opowiadał o tym wszystkim, o moim synu, który od pewnego momentu dawał mu wsparcie i motywację do zmiany, o swoim domu, w którym nie tylko nigdy na nikogo nie mógł liczyć, ale wręcz musiał uczyć się, jak w nim przetrwać i jeszcze ochronić znacznie młodszą siostrę, o tym co jest dla niego ważne, z czym musiał się zmierzyć, żeby znaleźć się w tym punkcie, w którym jest dzisiaj, a co go nigdy nie złamało, bo miał ważny cel - to powiem szczerze, że po tym jak czytam, że ubolewasz nad tym, że Twoje niemal beztroskie życie jest ciężkie, to nie wiem jak nazwać to, co przeżył i jaką gigantyczną pracę wykonał ten młodszy od Ciebie chłopak?
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie ma takiej miary, do której można przykładać wszystkich ludzi, bo każdy z nas jest inny i ma inne problemy, jednak pokora to jest coś, co naprawdę bardzo nam się w życiu przydaje.