Zrozumieć żonę - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Strony Poprzednia 1 12 13 14

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 846 do 867 z 867 ]

846

Odp: Zrozumieć żonę

Witajcie. Jesli chodzi o glosy przeciwko mnie to naprawde nie mam z tym problemu, malo tego, uwazam ze np. postawa ulle, jakkolwiek moglaby mi sie wydawac niesprawiedliwa i stronnicza, tez jest w pewnym stopniu potrzebna, bo dzieki temu mozna prowadzic konstruktywna dyskusje. Temat zatytulowalem tak a nie inaczej rok temu, ale dzisiaj widze juz znacznie wiecej i wiekszosc kropek mam w zasadzie polaczonych. Naprawde nie potrzebuje tu glaskania po glowie, czy potrzeby jakiegos uzalania sie (moze to drugie mialem rok temu). Dzisiaj to wyglada tak, ze np. ulle jest mojej zony adwokatem, a maku2 oskarzycielem i tez trzyma moja strone. Sedzia moglby byc tu tylko ktos z Was, bo ja z oczywistych wzgledow jako glowny zainteresowany byc nim nie moge, jedynie moge przyjac werdykt, lub nie. Z tego tez wzgledu biore pod uwage fakt, ze nieobecny (zona) nigdy nie ma racji, dlatego tez staram sie i siebie przedstawic obiektywnie tak dalece, jak samokrytyka mi na to pozwala, stad tez np powiedzialem Wam i jej, ze w chwili slabosci pozwolilem sobie na spotykanie sie z kims innym, co uwazam, ze bylo jednak nie w porzadku, a co ona oczywiscie teraz wykorzystuje. Skrupulatnie. Dopiero, gdy powiedzialem jej o tym, ze wiem o Trenerze odbijajac odpowiednio pileczke, to zeszla z tonu. Mam jednak podejrzenie, ze to moze byc tylko wierzcholek gory lodowej, bo widze ze moja zona zaczela miec doslownie obsesje na punkcie tego, ze np byc moze ja ja podsluchuje. Sprawdzala niedawno jakies kody w telefonie wysylajac mi screena, ze ma podczepiony numer i czy ja mam jej cos do powiedzenia. Sprawdzilem co to za numer do przekierowan i okazalo sie, ze to poczta glosowa. Odpowiedzialem jej, ze chyba naleza mi sie przeprosiny, ale ona stwierdzila, ze moze i sie naleza, ale i tak ty jestes taki i owaki, itp. Gdyby moja zona wlaczyla sie tutaj do dyskusji to moglby pewnie powstac bardzo ciekawy material dla innych na przyszlosc, jednak musi to zostac tak jak jest, poza tym ona naprawde nie potrafi w konkretny sposob odniesc sie do moich argumentow, najczesciej jest to ciagle powtarzanie tych samych zarzutow od poczatku albo odpowiadanie pytaniem na pytaniem odwracajac kota ogonem, albo po prostu konczenie dyskusji stwierdzeniem "dobra to moja wina". Widzicie zatem, ze ona partnerem do powaznej rozmowy w tej chwili nie jest zadnym, a i przed kryzysem nie byla, bo to jej wyznanie gruchnelo na mnie naprawde niczym grom z jasnego nieba. To forum przegladam juz dlugo i czytam historie innych i czesto mam wrazenie takie, ze tak popieprzonego przypadku jak moj to tu naprawde ze swieca trzeba szukac, zazwyczaj u innych to przebiega bardziej zerojedynkowo, ale to moze tylko moje odczucie.

Zeby dopelnic cala sytuacje kilkoma istotnymi jeszcze szczegolami, musze troche tutaj jeszcze dopisac:

ulle: mam naprawde bardzo duza watpliwosc w to, czy ona mnie kocha, bo kochanej osobie nie okazuje sie w tak ostentacyjny sposob brak szacunku obgadajac ja przy innych w jej obecnosci. Ja milczalem rok ponad, staralem sie sam zmienic na tyle ile potrafilem trzymajac jezyk za zebami, a ona mielila w tym czasie jezorem na lewo i prawo, rowniez przy mnie, jak rowniez w mojej rodzinie, natomiast czesc jej rodziny sama do mnie zaczela zagadywac, bo widziala co sie dzieje, poza tym sama tez afiszowala na fb swoje nietypowe teorie i robila poniekad wariatke sama z siebie w oczach niektorych (ale prawda jest, ze ja jej tak nie nazywam, dla mnie jest ona po prostu pogubiona i to bardzo). W kazdym razie tak osoba kochajaca nie robi, zreszta jaka mialaby byc dla mnie to motywacja do dzialania takie jej zachowanie? Poza tym nie tak dawno proponowalem jej, zebysmy choc sprobowali to posklejac, ale ona powiedziala, ze nie widzi tego, bo wg niej zbyt daleko to zaszlo. Na moje propozycje pojscia na jakas kolacje, czy chociaz spacer od razu mowi "nie", wiec tym bardziej egzotyczna wycieczka w tej chwili jest jakas abstrakcja.

DeepAndBlue: za Twoje slowa rowniez dziekuje, ale ja naprawde zmienilem w sobie od poczatku kryzysu bardzo duzo, ale nie dalo to kompletnie nic, ewentualnie chyba ze na chwile. Slysze od niej czasem, ze co prawda widzi, ze sie staram, ale stare juz nie wroci, albo ze ja to i tak mowie nie z serca, a z glowy (tak jakby wiedziala lepiej ode mnie co siedzi w mojej glowie). Takie wyznania dzialaja na mnie teraz wrecz demotywujaco i coraz czesciej zadaje sobie pytanie, czy ja potrzebuje takiej zony w ogole. Nie chodzi tu oczywiscie o sluzaca i naloznice, po prostu o partnera.

Nie bylo tez tak wcale, ze gdy ja wracalem do domu to gralem pana i wladce, ktoremu teraz zona ma uslugiwac, a goscie moga sie ogrzac w moim blasku. Ci co mnie znaja lepiej wiedza, ze jestem raczej skromna osoba, a morskie opowiesci nie sa dla mnie jakims wiekszym powodem do przechwalania sie, mam co prawda ogromna kopalnie informacji (trudno jej po 20 latach nie miec), ale szczerze mowiac niechetnie sie tym dziele. U mnie to zazwyczaj jest tak, ze gdy wracam do domu to chce na ten czas zupelnie zapomniec o morzu, statkach i wszystkim co jest z tym zwiazane. Nie kazdy tak do tego z moich kumpli podchodzi, niektorzy wrecz odwrotnie (sa nawet tacy co tatuuja sobie kotwice na rekach), ja akurat mam odwrotnie, zatem jak juz komus w towarzystwie opowiadam o mojej pracy, to robie to raczej niechetnie i na ich zyczenie (albo co ciekawe wczesniej zony, ktora lubila sie mna pochwalic i sama mnie zachecala, zebym opowiedzial o tym, czy o tamtym). Nie znaczy to, ze swojej pracy nie lubie, jest wrecz odwrotnie, ale nie mozna samym morzem zyc. Malo tego, to ona bardzo czesto byla na imprezach bardziej rozmowna ode mnie.

Nie bylo tez nigdy tak, ze ja ja w czyms ograniczalem, raczej wspieralem w jej pomyslach na zycie, m.in. finansujac rozne kursy, na ktorych temat niekiedy mialem rozne odczucia, ale podsumowywalem to tym, ze byc moze ja sie nie znam w tej dziedzinie i moze dobrze ona robi, ze chce sie tym zajac i dzieki temu rozwija. Po pierwszym naszym powaznym zgrzycie, gdy wydawalo mi sie, ze jednak wszystko juz wyprostowalismy, powiedziala, ze chce sie czyms w koncu zajac zawodowo i ma pewien pomysl. Ja stwierdzilem, ze to faktycznie moze byc cos dobrego i zaczalem sie w to mocno angazowac, zeby jej ogarniac sprawy "urzedowe", do ktorych ona nigdy nie miala glowy. Siedzialem przy tym godzinami (lokal, podatki, rozne przepisy itp), a ona ni z gruszki, ni z pietruszki po paru dniach mowi mi, ze jednak mnie nie kocha i zebym poszukal sobie innej.

Pomimo, ze widziala ze mialem duzy wklad w rodzine i zawsze mogla na mnie liczyc, to dzisiaj mam wrazenie, ze jednak uwaza mnie chyba za kogos zupelnie innego, cytuje czasem piosenke Various Manx robiac sobie z niej wrecz swoj hymn "Zlamana w pol nakrywam stol i pytam jak Ci minal dzien". Mysle, ze trudno po czyms takim stronniczym osobom typu tesciowa myslec inaczej, niz tak ze ja faktycznie latami bylem dla niej potworem. Nigdy mi nie powiedziala "sluchaj, zmien prace bo ja juz nie wyrobie tak dluzej". Nigdy. Malo tego, ja rownolegle rozkrecilem pewien interes, ktory mial mi pozwolic faktycznie zostac juz na ladzie w przeciagu 2 lat i ona doskonale o tym wiedziala, wiec dlatego uwazam, ze przyczyna lezy tak naprawde gdzie indziej (w jej chwiejnym charakterze). Powtarza mi w kolko, ze czula sie samotna, a wszelkie zaslugi dla domu przypisuje temu, ze jechalismy non stop na jej energii (???). Niedawno jeszcze postanowila mi sie z jednej istotnej rzeczy zwierzyc. Powtarza w kolko, ze latami czula sie samotna w miescie, gdzie nie mamy rodziny. Nie wiem, czy juz o tym pisalem, w kazdym razie jej miejscowosc od mojej jest oddalona o godzine jazdy samochodem. Pare lat przed slubem i po mieszkalismy w mojej miejscowosci, ale jej sie nie podobalo tam i wybrala dla nas inne miejsce, ktore ja tez znalem i lubilem to miasto, tylko ze to bylo jeszcze dalej, tzn 3 godziny od mojej miejscowosci, a od niej 4. Wiedzialem juz wtedy, ze moze to byc w przyszlosci klopot i zasugerowalem, ze lepiej bedzie zamieszkac w jej miejscowosci jak nie chce w mojej, ale ona ten pomysl odrzucala wciaz wskazujac na miejsce odlegle. I tak sie stalo, ze jednak nasze rodziny mieszkaja na tyle daleko, ze nie mamy ich na wyciagniecie reki. Dopiero niedawno mi powiedziala jaki byl faktyczny powod tego, ze nie chciala mieszkac blisko mamy (caly czas myslalem, ze chodzi o zle wspomnienia zwiazane z ojcem alkoholikiem), a ona ze za bardzo by wtedy zyla zyciem mamy i jej matkowala (prawda jest, ze tesciowa jest lekkoduchem i czesto zdarzalo jej sie, ze nie zachowywala sie odpowiedzialnie).

Z zajsciem w ciaze w mlodym wieku tez wyglada to troche inaczej, jak sugeruje ulle: gdy sie poznalismy to ona miala 22 lata, slub 24 lata, a pierwsze dziecko juz w nowym miejscu zamieszkania 28. Nie staralismy sie o nie wczesniej i cieszylismy w pewnym sensie przedluzona mlodoscia, a pozniej mozna powiedziec, ze to byl zloty strzal smile Przy drugim dziecku 3 lata pozniej zreszta bylo to samo. Zarowno jeden, jak i drugi porod nie wywolal u nas zadnego kryzysu w tamtym czasie, dogadywalismy sie, a ja pomagalem jak potrafilem. Tak mi sie przypomnialo - chyba dzisiaj jedyne co dobre zona powie o mnie to, ze jest mi bardzo wdzieczna, ze bylem zarowno przy jednym, jak i drugim porodzie, ze dla niej to bylo bardzo duzo. Ja natomiast nie uwazam, zeby byl to jakis nie wiadomo jaki wyczyn z mojej strony, to bylo naturalne dla mnie, ze bede, musialem tylko kombinowac z grafikiem, zeby nie utknac w tym czasie na morzu, lub jak kilku moich kolegow, dowiedzialo sie o swoich dzieciach na lotnisku w drodze do domu.

A z ta meska decyzja i brakiem "jaj".. DeepAndBlue dobrze zauwazyla, ze to jest zbyt powazne, zeby ot tak pod wplywem impulsu wywrocic zycie do gory nogami. Do tego sie dojrzewa, bo pospiech jest dobry przy lapaniu pchel. Byc moze kto inny na moim miejscu by zrobil inaczej, ja tak nie potrafie pstryknac palcem na to wszystko. Jeszcze.

Zobacz podobne tematy :

847

Odp: Zrozumieć żonę

Ale jak nie podejmiesz żadnej decyzji, to będziecie tkwili w tym takim nie wiadomo czym... Ale to zawsze będzie Twój wybór, znaczy się żony.

Ulle to chyba że szklanej kuli wyczytała, że żona Cię kocha tongue
Dobre było z tymi butami, że nie ten numer, coś w tym jest... jak wchodzić w buty, to nie tylko w prawy, ale również w lewy wink

Jak partner/ka zauroczy się innym to też wydaje się, że się pogubił/a, ma objawy depresji itp.

848

Odp: Zrozumieć żonę

Witajcie. Niektórzy mogą być zaskoczeni tym, że mnie tutaj w tym miejscu znowu widzą. Ten wątek powstał ponad 4 lata temu i zmieniło się wiele, jeśli nie powiedzieć - WSZYSTKO. Zarówno u mnie, jak i na tym portalu. Część ludzi odeszła, część przyszła, niektórzy są tu do dziś. Z tego właśnie względu pojawiłem się tu po czasie, choćby po to, żeby zgodnie z obietnicą dla niektórych opisać ciąg dalszy mojej długiej, choć wcale aż nie takiej nietypowej historii.

Nie będę od nowa wszystkiego pisał, bo dużo lepiej odda to pierwsza strona, ale dla tych, którym nie chce się czytać: w pewnym momencie żona zaczęła się zachowywać bardzo dziwnie (po 18 dobrych latach, gdzie prawie nigdy się nie kłóciliśmy i była duża miłość), a ja nie wiedziałem o co chodzi, stąd ten temat. W ciągu zaledwie 3 miesięcy z najlepszego męża na świecie, jak sama mówiła, stałem się zbiorem wszystkich wad na ziemi. Wszystko to sprawiło, że poczułem się, jakby mnie ktoś w szczerym polu wyrzucił z jadącego pociągu. Żeby dojść do tego miejsca, w którym jestem dzisiaj, musiałem przejść przez istne piekło na ziemi i jeszcze po drodze w nim kilka razy pobłądzić. Najcięższy etap horroru trwał 3 lata i zaczął się kończyć wiosną zeszłego roku. A teraz do rzeczy:

ODPOWIEDŹ NA MOJE PYTANIA PADŁA OD RAZU W PIERWSZYM KOMENTARZU i właściwie wtedy można było już wątek zamknąć. Ja jednak zachowałem się bardzo typowo tak jak człowiek znajduje się w takiej sytuacji, co i wy mi sami niejednokrotnie sugerowaliście. Byłem tak zaślepiony miłością i zaufaniem (w naszym związku nigdy nie istniały takie pojęcia jak zazdrość, a tym bardziej zdrada), że kompletnie wykluczyłem osobę trzecią, choć faktycznie było kilka pewnych znaków, których albo nie chciałem widzieć, albo nie chciałem w nie wierzyć będąc przekonanym, że to ze mną faktycznie jest coś nie tak. Tym kimś okazał się facet prowadzący zajęcia sportowe, do którego przychodziliśmy z synem. W ogóle gościa nie brałem pod uwagę na poważnie, bo uważałem go trochę za człowieka z "innego świata", czyli inna osobowość. Nie chcę wprost napisać, ale nie przychodzi mi nic innego do głowy - po prostu człowiek z maksymalnie zabałaganionym swoim życiem, intelekt mocno średni, ot taki wieczny dzieciak, do tego chłop już w drugim małżeństwie finansowo jadący wiecznie pod kreską. Jedyne, co go chyba mogło wtedy wyróżniać, to umięjętność efektywnych fikołków.

Zanim jednak zacząłem odkrywać wszystkie karty, to wpadłem w ciężką depresję, której nawet nie chcę opisywać, ale symptomy były bardzo typowe dla tego stanu i część na pewno wie, o co chodzi. Tego samopoczucia na pewno najgorszemu wrogowi nie życzyłbym, nawet Panu Szwagrowi. Chodziłem po psychologach, psychiatrach, wróżkach, brałęm jakieś przepisane prochy, które i tak nie pomagały, spędziłem mnóstwo czasu na rozbijaniu wszystkiego na czynniki pierwsze próbując zrozumieć tą sytuację i podejmując absolutnie wszystkie kroki, które mogłyby nas zbliżyć do siebie. Jak się domyślacie - na próżno. Cała energia mojej byłej żony była skierowana na to, aby mnie jak najbardziej dojechać psychicznie. Gdy złapałem wreszcie właściwą nić i dotarłem do kłębka, to poczułem się, jakbym z puzzli złożył wielki obraz. Powiedziałem jej, że dopiero teraz zrozumiałem, że nie mogło to się udać, bo do tanga zawsze trzeba dwojga i gdyby miała tyle odwagi, by mi uczciwie powiedzieć o co chodzi, to zaoszczędzilibyśmy dużo czasu i nie musieli się tak obrzucać błotem.

Dzisiaj mam to już za sobą. Rozwód stał się faktem jesienią zeszłego roku (choć jeszcze pozostał podział majątku), a ja od ponad roku jestem już w nowym związku z kimś, kto też wiele przeszedł i jest dla mnie jak diament natrafiony przypadkiem na gruzowisku. Najciekawsze jest to, że w ogóle nikogo nie szukałem, nie rejestrowałem się na żadnych Tinderach itp, ot czysty przypadek. Chciałem pobyć sam ze sobą (choć samotność mi bardzo dokuczała) i przeżyć tą żałobę, jak to często się poleca w takich sytuacjach, ale z drugiej strony czy te 3 lata nią nie były?

Nie wiem, co jeszcze pisać na ten temat, ale wiem jedno - ten mentalny "Auschwitz" zabrał mi wiele, ale też dużo mi dał.

Co straciłem?

- Na pewno większą część życia. Przede wszystkim blisko 20 lat, gdy "inwestowałem" całego siebie w związek budując coś, co zostało zburzone, a później kolejne 3 lata, gdy praktycznie całą energie, czas i pieniądze poświęcałem praktycznie tylko na to, żeby zrozumieć co się stało i ratować małżeństwo, zamiast zająć się innymi twórczymi rzeczami

- Odebrało mi to możliwość codziennego kontaktu z dziećmi (wyprowadziłem się do innego kraju), choć tyle w tym dobrego, że córka jest już dorosła, a syn zaraz też będzie

- nie wiem, jak do końca to wszystko odbiło się na moim zdrowiu (był moment, gdy w ciągu 3 miesięcy schudłem ze stresu 15 kg). Niby wyniki mam dobre, ale nigdy nic nie wiadomo

- Zostałem przez byłą żonę w podły sposób oczerniony przed wieloma znajomymi i nieznajomymi z dziećmi włącznie. Gdy zacząłem czytać na ich komunikatorach, o czym ona z nimi pisze na mój temat, to zaniemówiłem. Dopiero wtedy poznałem się na tym, do czego ona jest zdolna - kłamstwa i manipulacje to teraz jej nawet nie drugie imię, a pierwsze. Do tego jest tak odklejona od rzeczywistości w stronę duchową, jakby w nią jakieś złe moce wstąpiły. Pisze na swoim Facebooku takie rzeczy, że mi byłoby naprawdę wstyd przed innymi. Nasi dawni znajomi, czy rodzina nieraz mi przysyłają screeny nie dowierzając w to, co czytają. Swoją drogą dziwię się temu facetowi jak on z nią wytrzymuje.

- straciłem dom, którego gdyby nie ja, to by go nie było, i jeden samochód, którego gdyby nie ja, też by nie było. Do tego dużo oszczędności ze wspólnego konta za sprawą byłej żony też wyparowało

- znalazłem się w takiej sytuacji, w której nigdy już pod tym względem dobrze nie będzie. Dzieci są trochę między młotem, a kowadłem, bo wiem, że kochają oboje rodziców. We mnie jednak jest takie poczucie wściekłości, krzywdy i niesprawiedliwości, że wiem że nigdy tego już w sobie nie wygotuję. Gdyby ten facet był kimś nieznajomym, albo kimś nowym, kogo by teraz poznała, to bym przełknął jakoś tą zniewagę, ale nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy np za parę lat mielibyśmy razem być na ślubie naszych dzieci. Ja z nową partnerką, a ona z nim. To przecież jest gość, z którym ja się widywałem regularnie na treningach, gdy zaprowadzałem syna, on za każdym razem podawał mi rękę na przywitanie, a za plecami romansował z moją żoną. Były już zresztą pierwsze ścięcia na tej płaszczyźnie. Najpierw studniówka, a później zakończenie liceum, gdzie córka mnie zaprosiła, a ja jej powiedziałem, że musi wybrać między nim a mną, bo ja sobie nie wyobrażam siedzieć na jednej sali z tym człowiekiem. Była oczywiście z tego wielka burza podsycana przez byłą żonę, nasłuchałem się wielu inwektyw i tego, jaki to z niego wspaniały mężczyzna i jak dzieci go uwielbiają (mieszka w moim domu, bo swojego mieszkania nie ma)

- straciłem kontakt z częścią naszych znajomych, których uważałem za dobrych i szczerych ludzi, no ale że to byli bardziej znajomi mojej żony, niż moi to wyszło, jak wyszło

Plusy tej historii:

- Życie mnie doświadczyło i zahartowało, chociaż nie wiem, czy będzie mi to aż tak teraz potrzebne, gdy znalazłem osobę nadającą na tych samych falach, która wie tak samo jak ja, czego chce od życia. Teraz widzę jak bardzo różni się podejście do wszystkiego u młodych ludzi, np jak to było w moim przypadku, bo gdy poznałem moją byłą żonę, to miała 22 lata, a ja 26, co było kompletnie innym punktem widzenia na świat.

- Myślę, że trochę lepiej poznałem siebie i dotknąłem całkiem dobrze granice moich możliwości. Do tego o związkach, relacjach itp nastudiowałem się tyle, że pewnie teraz mógłbym z tego napisać doktorat smile

- I chyba najważniejszy z plusów: dzięki temu poznałem naprawdę wiele wartościowych ludzi, których raczej bym nie miał szans poznać, gdyby nie to wszystko. I teraz uwaga - kilka osób poznałem też i na tym forum, z którymi mam stały kontakt, a z częścią z nich spotkałem się parę razy w realu i mam nadzieję, że jeszcze wiele takich okazji będzie smile

I tak oto skończyła się jedna przygoda, a zaczęła druga.

849 Ostatnio edytowany przez wieka (2026-09-03 20:01:28)

Odp: Zrozumieć żonę

Witaj, fajnie, że napisałaś...czyli sprawdza się przysłowie, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Jesteś jak poranione zwierzę, czas leczy rany i myślę, że za kilka lat jak np. będą brały ślub twoje dzieci, to już się przełamiesz i na to wesele przyjedziesz i będziesz po prostu olewał tego gościa.
Większy żal powinieneś mieć do żony, żeby ona nie chciała, to on by z nią wiesz... chociaż z czasem powinieneś sobie odpuścić wszelkie żale i wybaczyć DLA SIEBIE, żeby nie żyć nienawiścią, bo to tylko niszczy.

Ciekawa jestem dlaczego piszesz, że straciłeś dom i dlaczego nie zrobiliście podziału majątku?

850

Odp: Zrozumieć żonę
Deszcz napisał/a:

Witajcie. Niektórzy mogą być zaskoczeni tym, że mnie tutaj w tym miejscu znowu widzą. Ten wątek powstał ponad 4 lata temu i zmieniło się wiele, jeśli nie powiedzieć - WSZYSTKO. Zarówno u mnie, jak i na tym portalu. Część ludzi odeszła, część przyszła, niektórzy są tu do dziś. Z tego właśnie względu pojawiłem się tu po czasie, choćby po to, żeby zgodnie z obietnicą dla niektórych opisać ciąg dalszy mojej długiej, choć wcale aż nie takiej nietypowej historii.

Nie będę od nowa wszystkiego pisał, bo dużo lepiej odda to pierwsza strona, ale dla tych, którym nie chce się czytać: w pewnym momencie żona zaczęła się zachowywać bardzo dziwnie (po 18 dobrych latach, gdzie prawie nigdy się nie kłóciliśmy i była duża miłość), a ja nie wiedziałem o co chodzi, stąd ten temat. W ciągu zaledwie 3 miesięcy z najlepszego męża na świecie, jak sama mówiła, stałem się zbiorem wszystkich wad na ziemi. Wszystko to sprawiło, że poczułem się, jakby mnie ktoś w szczerym polu wyrzucił z jadącego pociągu. Żeby dojść do tego miejsca, w którym jestem dzisiaj, musiałem przejść przez istne piekło na ziemi i jeszcze po drodze w nim kilka razy pobłądzić. Najcięższy etap horroru trwał 3 lata i zaczął się kończyć wiosną zeszłego roku. A teraz do rzeczy:

ODPOWIEDŹ NA MOJE PYTANIA PADŁA OD RAZU W PIERWSZYM KOMENTARZU i właściwie wtedy można było już wątek zamknąć. Ja jednak zachowałem się bardzo typowo tak jak człowiek znajduje się w takiej sytuacji, co i wy mi sami niejednokrotnie sugerowaliście. Byłem tak zaślepiony miłością i zaufaniem (w naszym związku nigdy nie istniały takie pojęcia jak zazdrość, a tym bardziej zdrada), że kompletnie wykluczyłem osobę trzecią, choć faktycznie było kilka pewnych znaków, których albo nie chciałem widzieć, albo nie chciałem w nie wierzyć będąc przekonanym, że to ze mną faktycznie jest coś nie tak. Tym kimś okazał się facet prowadzący zajęcia sportowe, do którego przychodziliśmy z synem. W ogóle gościa nie brałem pod uwagę na poważnie, bo uważałem go trochę za człowieka z "innego świata", czyli inna osobowość. Nie chcę wprost napisać, ale nie przychodzi mi nic innego do głowy - po prostu człowiek z maksymalnie zabałaganionym swoim życiem, intelekt mocno średni, ot taki wieczny dzieciak, do tego chłop już w drugim małżeństwie finansowo jadący wiecznie pod kreską. Jedyne, co go chyba mogło wtedy wyróżniać, to umięjętność efektywnych fikołków.

Zanim jednak zacząłem odkrywać wszystkie karty, to wpadłem w ciężką depresję, której nawet nie chcę opisywać, ale symptomy były bardzo typowe dla tego stanu i część na pewno wie, o co chodzi. Tego samopoczucia na pewno najgorszemu wrogowi nie życzyłbym, nawet Panu Szwagrowi. Chodziłem po psychologach, psychiatrach, wróżkach, brałęm jakieś przepisane prochy, które i tak nie pomagały, spędziłem mnóstwo czasu na rozbijaniu wszystkiego na czynniki pierwsze próbując zrozumieć tą sytuację i podejmując absolutnie wszystkie kroki, które mogłyby nas zbliżyć do siebie. Jak się domyślacie - na próżno. Cała energia mojej byłej żony była skierowana na to, aby mnie jak najbardziej dojechać psychicznie. Gdy złapałem wreszcie właściwą nić i dotarłem do kłębka, to poczułem się, jakbym z puzzli złożył wielki obraz. Powiedziałem jej, że dopiero teraz zrozumiałem, że nie mogło to się udać, bo do tanga zawsze trzeba dwojga i gdyby miała tyle odwagi, by mi uczciwie powiedzieć o co chodzi, to zaoszczędzilibyśmy dużo czasu i nie musieli się tak obrzucać błotem.

Dzisiaj mam to już za sobą. Rozwód stał się faktem jesienią zeszłego roku (choć jeszcze pozostał podział majątku), a ja od ponad roku jestem już w nowym związku z kimś, kto też wiele przeszedł i jest dla mnie jak diament natrafiony przypadkiem na gruzowisku. Najciekawsze jest to, że w ogóle nikogo nie szukałem, nie rejestrowałem się na żadnych Tinderach itp, ot czysty przypadek. Chciałem pobyć sam ze sobą (choć samotność mi bardzo dokuczała) i przeżyć tą żałobę, jak to często się poleca w takich sytuacjach, ale z drugiej strony czy te 3 lata nią nie były?

Nie wiem, co jeszcze pisać na ten temat, ale wiem jedno - ten mentalny "Auschwitz" zabrał mi wiele, ale też dużo mi dał.

Co straciłem?

- Na pewno większą część życia. Przede wszystkim blisko 20 lat, gdy "inwestowałem" całego siebie w związek budując coś, co zostało zburzone, a później kolejne 3 lata, gdy praktycznie całą energie, czas i pieniądze poświęcałem praktycznie tylko na to, żeby zrozumieć co się stało i ratować małżeństwo, zamiast zająć się innymi twórczymi rzeczami

- Odebrało mi to możliwość codziennego kontaktu z dziećmi (wyprowadziłem się do innego kraju), choć tyle w tym dobrego, że córka jest już dorosła, a syn zaraz też będzie

- nie wiem, jak do końca to wszystko odbiło się na moim zdrowiu (był moment, gdy w ciągu 3 miesięcy schudłem ze stresu 15 kg). Niby wyniki mam dobre, ale nigdy nic nie wiadomo

- Zostałem przez byłą żonę w podły sposób oczerniony przed wieloma znajomymi i nieznajomymi z dziećmi włącznie. Gdy zacząłem czytać na ich komunikatorach, o czym ona z nimi pisze na mój temat, to zaniemówiłem. Dopiero wtedy poznałem się na tym, do czego ona jest zdolna - kłamstwa i manipulacje to teraz jej nawet nie drugie imię, a pierwsze. Do tego jest tak odklejona od rzeczywistości w stronę duchową, jakby w nią jakieś złe moce wstąpiły. Pisze na swoim Facebooku takie rzeczy, że mi byłoby naprawdę wstyd przed innymi. Nasi dawni znajomi, czy rodzina nieraz mi przysyłają screeny nie dowierzając w to, co czytają. Swoją drogą dziwię się temu facetowi jak on z nią wytrzymuje.

- straciłem dom, którego gdyby nie ja, to by go nie było, i jeden samochód, którego gdyby nie ja, też by nie było. Do tego dużo oszczędności ze wspólnego konta za sprawą byłej żony też wyparowało

- znalazłem się w takiej sytuacji, w której nigdy już pod tym względem dobrze nie będzie. Dzieci są trochę między młotem, a kowadłem, bo wiem, że kochają oboje rodziców. We mnie jednak jest takie poczucie wściekłości, krzywdy i niesprawiedliwości, że wiem że nigdy tego już w sobie nie wygotuję. Gdyby ten facet był kimś nieznajomym, albo kimś nowym, kogo by teraz poznała, to bym przełknął jakoś tą zniewagę, ale nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy np za parę lat mielibyśmy razem być na ślubie naszych dzieci. Ja z nową partnerką, a ona z nim. To przecież jest gość, z którym ja się widywałem regularnie na treningach, gdy zaprowadzałem syna, on za każdym razem podawał mi rękę na przywitanie, a za plecami romansował z moją żoną. Były już zresztą pierwsze ścięcia na tej płaszczyźnie. Najpierw studniówka, a później zakończenie liceum, gdzie córka mnie zaprosiła, a ja jej powiedziałem, że musi wybrać między nim a mną, bo ja sobie nie wyobrażam siedzieć na jednej sali z tym człowiekiem. Była oczywiście z tego wielka burza podsycana przez byłą żonę, nasłuchałem się wielu inwektyw i tego, jaki to z niego wspaniały mężczyzna i jak dzieci go uwielbiają (mieszka w moim domu, bo swojego mieszkania nie ma)

- straciłem kontakt z częścią naszych znajomych, których uważałem za dobrych i szczerych ludzi, no ale że to byli bardziej znajomi mojej żony, niż moi to wyszło, jak wyszło

Plusy tej historii:

- Życie mnie doświadczyło i zahartowało, chociaż nie wiem, czy będzie mi to aż tak teraz potrzebne, gdy znalazłem osobę nadającą na tych samych falach, która wie tak samo jak ja, czego chce od życia. Teraz widzę jak bardzo różni się podejście do wszystkiego u młodych ludzi, np jak to było w moim przypadku, bo gdy poznałem moją byłą żonę, to miała 22 lata, a ja 26, co było kompletnie innym punktem widzenia na świat.

- Myślę, że trochę lepiej poznałem siebie i dotknąłem całkiem dobrze granice moich możliwości. Do tego o związkach, relacjach itp nastudiowałem się tyle, że pewnie teraz mógłbym z tego napisać doktorat smile

- I chyba najważniejszy z plusów: dzięki temu poznałem naprawdę wiele wartościowych ludzi, których raczej bym nie miał szans poznać, gdyby nie to wszystko. I teraz uwaga - kilka osób poznałem też i na tym forum, z którymi mam stały kontakt, a z częścią z nich spotkałem się parę razy w realu i mam nadzieję, że jeszcze wiele takich okazji będzie smile

I tak oto skończyła się jedna przygoda, a zaczęła druga.

Nie byłem uczestnikiem tematu na forum, więc powiem tylko że historia typowa do bólu.
Zakończenie również, jedno z dwóch (niepotrzebne skreślić)
- wychodzisz na prostą (twój przypadek)
- staczasz się, przynajmniej na parę(naście) lat

Mam jednak pewną radę.
Jeśli bardzo zależy ci na dobrym kontakcie z dziećmi to się przystosuj, skoncentruj i w rodzinnych sytuacjach nie rób dymu dzieciom. Bo ciebie o to będą winić.
Po prostu graj miłego, spokojnego, opanowanego, pewnego siebie tatę tak aby twoje dzieci tak cię zapamiętały na przyszłość. Często uśmiechaj się życzliwie. Dzieci będą zadowolone, że jesteś w dobrej formie.

To co ty czujesz po rozpadzie małżeństwa to coś zupełnie innego od tego co one czują. Musisz się dopasować do sytuacji, w której nie masz kart. Wygrasz dobre relacje z dziećmi, jeśli one nie są głupie.

Twoją niechęcią do nowego partnera matki żywi się twoja była. Nie daj jej satysfakcji. Gdy zobaczy cię opanowanego, zadowolonego, miłego to ją zaboli, że bez niej dobrze ci się żyje.

Przy podziale majątku na sali sądowej lub u mediatora - na początku zażądaj więcej niż połowę za straty "moralne". Będziesz miał okazję wykazać się wyrozumiałością i dobrą wolą osłabiając żądania tak, aby podział był po połowie.

Matka opowiadając (ewentualnie) dużym dzieciom tak czy siak cię oczerni.

851

Odp: Zrozumieć żonę

Hej Wieka, kope lat smile

Tak się mówi, że czas goi rany, ale ja niestety jestem dosyć pamiętliwym człowiekiem i na pewno jej tego nigdy nie zapomnę (pomimo, że teraz mam znów w sumie dobre życie). Dom został u niej ze względu na dzieci. Dobrze się w nim czują, podobnie jak lubią okolicę, gdzie mieszkają, więc nie chciałem chociaż im takiej rewolucji życiowej robić jak sobie, a że były inne rzeczy, którymi można było się dzielić, to wyszło właśnie w ten sposób. Ona jednak najprawodopodbniej za namową Mamusi a i pewnie kochanka, który jest goły i wesoły, próbuje zaogniać sprawę podziału, bo dostała wraz z rozstaniem dużego apetytu na pieniądze i uważa że jej się należy jeszcze więcej.

Adam: w odniesieniu do dzieci właśnie tak postępuję. Ja ogólnie jestem spokojnym człowiekiem i nie tak prosto mnie wyprowadzić z równowagi. Dzieci bardzo długo unikały rozmów ze mną na ten temat (i w sumie dalej niechętnie rozmawiają o tym), ale ja od czasu do czasu muszę im pokazać mój punkt widzenia, aby wyprostować kłamstwa i manipulacje mojej bż. Tak jak napisałem wcześniej - one już małe nie są, więc coś tam im można przetłumaczyć, bo widzą jak to wygląda. Minus (a może jednak plus dla nich?) jest taki, że oni tego gościa chyba naprawdę lubią, zresztą Młody go przecież zna dobrze, bo wcześniej chodził na treningi do niego. Ja mam oczywiście swoje zdanie na jego temat - jest zwykłym szmaciarzem i cwaniakiem gołodupcem, który całe życie pasożytuje na kimś (dotarłem do bliskich osób z jego grona i mi opowiedziały dokładnie, co to za typ), no ale może podejście do młodzieży ma faktycznie dobre i dzieci go na tym etapie, co jest teraz, lubią (co mi notorycznie przy każdej okazji próbuje wmówić bż zachwalając go jaki to on nie jest wspaniały).

Wiem jednak też, że cały czas będzie mnie i tak oczerniać dookoła, jeśli się nie zgodzę na jej roszczenia. Ja w odpowiedzi na jej pozew wysłałem screeny rozmów jej z dziećmi pokazując, jak obrzydliwie je wciągnęła w konflikt okołorozwodowy. Myślałem, że to zadziała na nią jak wiadro zimnej wody, ale gdzie tam.. Nawet słowa sędziny nie zrobiły na niej większego wrażenia, bo ona i tak jest mądrzejsza od niej. Ja się zgodziłem na rozwód bez orzekania o winie (chociaż napisałem w odpowiedzi, jaka była naprawdę przyczyna) i w miarę szybko dogadaliśmy chociaż alimenty tylko dlatego, żeby się wreszcie od niej odciąć i zacząć żyć na swój rachunek. Jeśli chodzi o sam podział, gdyby uwzględnić tak szczerze wszystkie straty moralne, to bym wziął wszystko, a ona by musiała jeszcze dopłacić.

852

Odp: Zrozumieć żonę

Tak czułam, że się zgodziłeś na rozwód bez orzekania o winie, tylko z jednej strony lepiej, bo szybciej był rozwód... masz za miękkie serce i jesteś za dobry, i za spokojny, dlatego tak to wszystko cię zgniotło.
Ale jeśli chodzi o podział majątku, to nie odpuszczaj, bo zdarzają się różne sytuacje, np. umiera twoja ex, bo ona pewnie weźmie z nim ślub, więc on będzie należał do części waszego czyli twojego domu, a to już jest gorsze do przeżycia tongue
W domu jak najbardziej dobrze jak dzieci mieszkają, ale równie dobrze mógłby on należeć do ciebie, a ex i jej gach by mogli tam mieszkać np. 5 czy 10 lat.

Powinieneś wykorzystać to, że to ty jesteś pokrzywdzony i właśnie to załatwić w czasie rozwodu, zgadzając się na nie orzekanie o winie, połączyć podział majątku na swoich zasadach.
Ale jest jak jest i to ty chociaż teraz stawiaj twarde warunki, bo ex dalej wykorzystuje twoją uległość.

853

Odp: Zrozumieć żonę

Deszcz, jeśli finansowo stać Cię na nowe lokum - może warto rozważyć darowiznę domu na rzecz dzieci, eksmałżonce moga dzieci ustanowić służebnośc mieszkania, żeby czuła się bezpieczniej. W ten sposób dom nie wpadnie w ręce kochanka, gdyby eksmałżonka wzięła z nim ślub.

854

Odp: Zrozumieć żonę

Mam pewne pomysły, jak to rozegrać, ale nie mogę za dużo pisać, bo kto wie, czy ona i tutaj nie zagląda. Póki co na papierze dom dalej w połowie jest mój i ja nie rozpoczynam sprawy o podział, bo za bardzo to w moim interesie w sumie nie leży. Ona od początku tego roku mnie straszy sądami i w ogóle czego to mi nie zrobi, ale jakoś nic się nie dzieje. Wie dobrze, że nie zaatakuję jej pierwszy, ale gdy kolejny raz mi nadepnie na odcisk, to wezmę najlepszych prawników i będzie to też dobra okazja, żeby na sali uświadomił jej ktoś, jakim jest podłym człowiekiem. Dowodów na jej okropne czyny z niedalekiej przeszłości mam na dzisiaj już dosyć.

855

Odp: Zrozumieć żonę
Deszcz napisał/a:

Mam pewne pomysły, jak to rozegrać, ale nie mogę za dużo pisać, bo kto wie, czy ona i tutaj nie zagląda. Póki co na papierze dom dalej w połowie jest mój i ja nie rozpoczynam sprawy o podział, bo za bardzo to w moim interesie w sumie nie leży. Ona od początku tego roku mnie straszy sądami i w ogóle czego to mi nie zrobi, ale jakoś nic się nie dzieje. Wie dobrze, że nie zaatakuję jej pierwszy, ale gdy kolejny raz mi nadepnie na odcisk, to wezmę najlepszych prawników i będzie to też dobra okazja, żeby na sali uświadomił jej ktoś, jakim jest podłym człowiekiem. Dowodów na jej okropne czyny z niedalekiej przeszłości mam na dzisiaj już dosyć.

Mam nadzieję, że nie dasz się zastraszyć.
Trzymam za ciebie kciuki smile

856

Odp: Zrozumieć żonę
wieka napisał/a:
Deszcz napisał/a:

Mam pewne pomysły, jak to rozegrać, ale nie mogę za dużo pisać, bo kto wie, czy ona i tutaj nie zagląda. Póki co na papierze dom dalej w połowie jest mój i ja nie rozpoczynam sprawy o podział, bo za bardzo to w moim interesie w sumie nie leży. Ona od początku tego roku mnie straszy sądami i w ogóle czego to mi nie zrobi, ale jakoś nic się nie dzieje. Wie dobrze, że nie zaatakuję jej pierwszy, ale gdy kolejny raz mi nadepnie na odcisk, to wezmę najlepszych prawników i będzie to też dobra okazja, żeby na sali uświadomił jej ktoś, jakim jest podłym człowiekiem. Dowodów na jej okropne czyny z niedalekiej przeszłości mam na dzisiaj już dosyć.

Mam nadzieję, że nie dasz się zastraszyć.
Trzymam za ciebie kciuki smile

To jest jeden z plusów tego wszystkiego, że czuję się silniejszy, niż kiedykolwiek. Gdy na sali przyjdzie do konfrontacji i zobaczę w niej nadal tego szatana, który pozjadał wszystkie rozumy, to zrobię wszystko, żeby zapłaciła za każdą jedną łzę, jaką wcześniej przez nią wylałem. A było ich od cholery.

857

Odp: Zrozumieć żonę

Czyli standardowa historia.

Jak to mówią: w każdej kobiecie k---y dwie trzecie

Dobrze, że się ogarnąłeś i nie stoczyłeś.

Ogarnij szybko podział majątku (to przecież nie atak).

A ta miłość z gołodupcem szybko się skończy, gdy zabraknie kasy.

Nie daj się wciągnąć w jej gierki. Gdy tylko przejrzysz jej strategię, zobaczysz jak bardzo jest prymitywna.

858

Odp: Zrozumieć żonę
Farmer napisał/a:

Czyli standardowa historia.

Jak to mówią: w każdej kobiecie k---y dwie trzecie

Dobrze, że się ogarnąłeś i nie stoczyłeś.

Ogarnij szybko podział majątku (to przecież nie atak).

A ta miłość z gołodupcem szybko się skończy, gdy zabraknie kasy.

Nie daj się wciągnąć w jej gierki. Gdy tylko przejrzysz jej strategię, zobaczysz jak bardzo jest prymitywna.

Nie w każdej. Ja np jestem porządna ... Nie żebym się oczywiście tym chwaliła

859

Odp: Zrozumieć żonę
wieka napisał/a:

Tak czułam, że się zgodziłeś na rozwód bez orzekania o winie, tylko z jednej strony lepiej, bo szybciej był rozwód...

Zdecydowana większość ludzi wybiera tą opcję, nawet jak jest ewidentna wina. Bo u nas jest coś takiego, że jedna strona może mieć 5% winy za rozpad, a druga 95% i wtedy jest obopólna wina, dużo ludzi się o to boi bo łatwo się na to "nadziać". W wielu kancelariach również radzą bez orzekania o winie, bo często ta druga strona coś wyciągnie, nawet że ktoś długo pracował, za długo i już w 1% się przyłożył i jest już wina obu stron (w wyroku).




A co do pracy, OP pisał, że jest marynarzem. Oczywiście nie mówie, że tak jest w każdym przypadku i również tu opisywanym, absolutnie nie. Ale kilka lat temu z racji pracy miałem styczność z 4 kobietami 25 - 40 lat i 2 z nich miało kochanków a 2 kolejne nie wiem, ale wiem, że aktywnie poszukiwały luźnych znajomości z mężczyznami. Jedna z nich kochała męża napewno, ale była "słaba" w wierność.

Oczywiście to tylko 4 rodziny, więc żaden reprezentacyjny przykład, ale utkwiło mi to w pamięci.

860 Ostatnio edytowany przez madoja (Wczoraj 21:57:58)

Odp: Zrozumieć żonę

Zakończenie łatwo było przewidzieć już po pierwszym poście, chociaż każdy, dosłownie każdy na tym forum zarzeka się że jego druga połówka która właśnie postanowiłam odejść, na pewno nikogo nie ma.

Bardzo mi to przypomniało historię mojego kolegi, Tomka.
Całkiem zwyczajne, udane małżeństwo, dwoje dzieci i żona nagle chce rozwodu. Mówi że do siebie nie pasują. Tomek wpada w depresję, wszystko bierze na siebie, uważa że zawalił (naprawdę nie! ale ona mu tak wmówiła), stara się, kocha ją bardzo. Na nic.
Od początku mówię mu że na 100% chodzi o kogoś trzeciego, a on do mnie "Nie, Madzia, na serio nie! Ja ją znam! Wiem że powiedziałaby prawdę! Co jak co, ale zawsze byliśmy szczerzy ze sobą."
Pogrążony w poczuciu winy podczas rozprawy o podział majątku zrzeka się wszystkiego - zostawia jej mieszkanie, samochód.

Parę tygodni po wszystkim telefon budzi mnie nad ranem.
"Madzia, od początku miałaś rację! Miała faceta. To nauczyciel karate naszego syna. Ja pierdolę, jak mogłem być taki ślepy. Jak mogłem wszystko jej oddać. To od poczatku nie była moja wina. Co za suka, dlaczego mnie tak wpędziła w wyrzuty sumienia?!".

Dokładnie tak. Co za perfidia, co za kurestwo by nie tylko zdradzać i odejść, ale też nie wyjawić prawdziwej przyczyny, tylko zgnębić psychicznie swojego ex, żeby wyjść z czystymi rączkami.

861

Odp: Zrozumieć żonę
madoja napisał/a:

Zakończenie łatwo było przewidzieć już po pierwszym poście, chociaż każdy, dosłownie każdy na tym forum zarzeka się że jego druga połówka która właśnie postanowiłam odejść, na pewno nikogo nie ma.

Bardzo mi to przypomniało historię mojego kolegi, Tomka.
Całkiem zwyczajne, udane małżeństwo, dwoje dzieci i żona nagle chce rozwodu. Mówi że do siebie nie pasują. Tomek wpada w depresję, wszystko bierze na siebie, uważa że zawalił (naprawdę nie! ale ona mu tak wmówiła), stara się, kocha ją bardzo. Na nic.
Od początku mówię mu że na 100% chodzi o kogoś trzeciego, a on do mnie "Nie, Madzia, na serio nie! Ja ją znam! Wiem że powiedziałaby prawdę! Co jak co, ale zawsze byliśmy szczerzy ze sobą."
Pogrążony w poczuciu winy podczas rozprawy o podział majątku zrzeka się wszystkiego - zostawia jej mieszkanie, samochód.

Parę tygodni po wszystkim telefon budzi mnie nad ranem.
"Madzia, od początku miałaś rację! Miała faceta. To nauczyciel karate naszego syna. Ja pierdolę, jak mogłem być taki ślepy. Jak mogłem wszystko jej oddać. To od poczatku nie była moja wina. Co za suka, dlaczego mnie tak wpędziła w wyrzuty sumienia?!".

Dokładnie tak. Co za perfidia, co za kurestwo by nie tylko zdradzać i odejść, ale też nie wyjawić prawdziwej przyczyny, tylko zgnębić psychicznie swojego ex, żeby wyjść z czystymi rączkami.

Dokładnie dno dna. A ten Twój kolega to może iść znowu do sądu z dowodami że to była jego ex wina i sprawa od nowa się może zacznie co?

862

Odp: Zrozumieć żonę
Julia life in UK napisał/a:

Dokładnie dno dna. A ten Twój kolega to może iść znowu do sądu z dowodami że to była jego ex wina i sprawa od nowa się może zacznie co?

chyba nie znasz polskich sądów ...

863

Odp: Zrozumieć żonę
Farmer napisał/a:
Julia life in UK napisał/a:

Dokładnie dno dna. A ten Twój kolega to może iść znowu do sądu z dowodami że to była jego ex wina i sprawa od nowa się może zacznie co?

chyba nie znasz polskich sądów ...

Nie znam na szczęście,ale slyszalam o nich to jest tam jakas tragedia z tymi sadami.  Zreszta angielskie nie lepsze

864

Odp: Zrozumieć żonę
madoja napisał/a:

Zakończenie łatwo było przewidzieć już po pierwszym poście, chociaż każdy, dosłownie każdy na tym forum zarzeka się że jego druga połówka która właśnie postanowiłam odejść, na pewno nikogo nie ma.

Bardzo mi to przypomniało historię mojego kolegi, Tomka.
Całkiem zwyczajne, udane małżeństwo, dwoje dzieci i żona nagle chce rozwodu. Mówi że do siebie nie pasują. Tomek wpada w depresję, wszystko bierze na siebie, uważa że zawalił (naprawdę nie! ale ona mu tak wmówiła), stara się, kocha ją bardzo. Na nic.
Od początku mówię mu że na 100% chodzi o kogoś trzeciego, a on do mnie "Nie, Madzia, na serio nie! Ja ją znam! Wiem że powiedziałaby prawdę! Co jak co, ale zawsze byliśmy szczerzy ze sobą."
Pogrążony w poczuciu winy podczas rozprawy o podział majątku zrzeka się wszystkiego - zostawia jej mieszkanie, samochód.

Parę tygodni po wszystkim telefon budzi mnie nad ranem.
"Madzia, od początku miałaś rację! Miała faceta. To nauczyciel karate naszego syna. Ja pierdolę, jak mogłem być taki ślepy. Jak mogłem wszystko jej oddać. To od poczatku nie była moja wina. Co za suka, dlaczego mnie tak wpędziła w wyrzuty sumienia?!".

Dokładnie tak. Co za perfidia, co za kurestwo by nie tylko zdradzać i odejść, ale też nie wyjawić prawdziwej przyczyny, tylko zgnębić psychicznie swojego ex, żeby wyjść z czystymi rączkami.

Wygląda, że nie zawsze warto się śpieszyć z podziałem majątku.
Za naiwność też się płaci...

865 Ostatnio edytowany przez madoja (Dzisiaj 07:59:48)

Odp: Zrozumieć żonę
Julia life in UK napisał/a:

A ten Twój kolega to może iść znowu do sądu z dowodami że to była jego ex wina i sprawa od nowa się może zacznie co?

Myślę że sądu nie obchodzi czy on jej wierzył że jest sama. To są sprawy między nimi. Oficjalnie oddał jej wszystko - w pełni władz umysłowych, i tylko to się liczy,

wieka napisał/a:

Wygląda, że nie zawsze warto się śpieszyć z podziałem majątku.
Za naiwność też się płaci...

Postronnym ludziom trudno to zrozumieć, ale osoba która chce odejść potrafi tak psychicznie upodlić, zniszczyć, wmówić że wszystko co złe, to wina tego drugiego - że nękany potwornym poczuciem winy jest w stanie oddać tamtej wszystko.
Taka osoba myśli sobie: "Nie chodzi o nikogo trzeciego, bo na pewno by mi powiedziała. Zawsze byliśmy szczerzy i nadal jej ufam. Więc skoro ona odchodzi, skoro rozwala się dom nam i naszym dzieciom to MUSIAŁA być moja wina. Nie ma innego wytłumaczenia. Może jednak mogłem tamtego 14 października iść z nią do kina. Może wtedy, 3 lata temu, powinienem odebrać ją z pracy. Może na ostatnią Wigilię faktycznie mój prezent był nietrafiony" - i różne inne głupoty, bo osoba która zdradza i chce odejść wyciąga wręcz komiczne, błahe wydarzenia z przeszłości, żeby tylko zrzucić na kogoś winę.
Myślę też że może dochodzić myślenie "Jeśli nie będę robił problemów, jeśli nie będę chujem, jeśli dam jej wszystko, to może jest jakaś szansa że do mnie wróci".

PS. Oczywiście wiem że nie tylko kobiety tak robią.

PS2: Jeśli kogoś to interesuje: Tomek wyszedł na prostą, chociaż musiał dorabiać się wszystkiego od zera. Ale dziś ma już własne mieszkanie, samochód i dziewczynę. smile Jego była żona nadal jest z tym nauczycielem karate, chyba nawet wzięli ślub. Mieszkają w mieszkaniu które Tomek jej zostawił.

866

Odp: Zrozumieć żonę
madoja napisał/a:
Julia life in UK napisał/a:

A ten Twój kolega to może iść znowu do sądu z dowodami że to była jego ex wina i sprawa od nowa się może zacznie co?

Myślę że sądu nie obchodzi czy on jej wierzył że jest sama. To są sprawy między nimi. Oficjalnie oddał jej wszystko - w pełni władz umysłowych, i tylko to się liczy,

wieka napisał/a:

Wygląda, że nie zawsze warto się śpieszyć z podziałem majątku.
Za naiwność też się płaci...

Postronnym ludziom trudno to zrozumieć, ale osoba która chce odejść potrafi tak psychicznie upodlić, zniszczyć, wmówić że wszystko co złe, to wina tego drugiego - że nękany potwornym poczuciem winy jest w stanie oddać tamtej wszystko.
Taka osoba myśli sobie: "Nie chodzi o nikogo trzeciego, bo na pewno by mi powiedziała. Zawsze byliśmy szczerzy i nadal jej ufam. Więc skoro ona odchodzi, skoro rozwala się dom nam i naszym dzieciom to MUSIAŁA być moja wina. Nie ma innego wytłumaczenia. Może jednak mogłem tamtego 14 października iść z nią do kina. Może wtedy, 3 lata temu, powinienem odebrać ją z pracy. Może na ostatnią Wigilię faktycznie mój prezent był nietrafiony" - i różne inne głupoty, bo osoba która zdradza i chce odejść wyciąga wręcz komiczne, błahe wydarzenia z przeszłości, żeby tylko zrzucić na kogoś winę.
Myślę też że może dochodzić myślenie "Jeśli nie będę robił problemów, jeśli nie będę chujem, jeśli dam jej wszystko, to może jest jakaś szansa że do mnie wróci".

PS. Oczywiście wiem że nie tylko kobiety tak robią.

PS2: Jeśli kogoś to interesuje: Tomek wyszedł na prostą, chociaż musiał dorabiać się wszystkiego od zera. Ale dziś ma już własne mieszkanie, samochód i dziewczynę. smile Jego była żona nadal jest z tym nauczycielem karate, chyba nawet wzięli ślub. Mieszkają w mieszkaniu które Tomek jej zostawił.

Trzeba być o bardzo niskim poczuciu wartości, żeby dać sobie wmówić, przysłowiowe dziecko w brzuch.
Ciężko to zrozumieć, ale wiadomo, że tak bywa.
Przeważnie takie kobiety zołzy/hetery, zdolne do wszystkiego, wybierają sobie spokojnych tak zwanych za dobrych facetów, potem im się chyba nudzą, a oni z kolei ciągną do takich kobiet i ulegają ich manipulacji.

A Tomek miał i ma dobry kontakt z dziećmi, ex mu nie utrudniała kontaktów?

867

Odp: Zrozumieć żonę
wieka napisał/a:

A Tomek miał i ma dobry kontakt z dziećmi, ex mu nie utrudniała kontaktów?

Na szczęście nie utrudniała. Kontakt z dziećmi ma bardzo dobry i częsty.

Posty [ 846 do 867 z 867 ]

Strony Poprzednia 1 12 13 14

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024