karolcia_38 napisał/a:tak problem w związku jest z tobą i to ty go masz. bo to ty chcesz czegoś co parter/parterka nie chce ci dać to ty walczysz a tą walką parter/parterka nierzadko są zmęczeni a bywa że znudzeni. to ty jesteś problemem w związku a w zasadzie twoje niezaspokojone potrzeby. i gdyby tak przestać się spinać usiąść wygodnie w fotelu zapalić "fajkę pokoju" i na chwilę przestać coś udawać okazałoby się że decyzja jest oczywista i nie ma sensu jej przekładać w nieskończoność bo...... . ja mam maksymę życiową "nic na siłę" i generalne to daje efekty bo nikogo do niczego nie zmuszam albo sam chce albo musimy się pożegnać.
Przykro mi karolciu_38, ale pomimo twojego bogatego doświadczenia o jakim wspominasz powyższą teorią dajesz przykład płytkiej analizy zagadnienia. Cały czas wspominasz tylko i wyłącznie o tej biernej stronie w związku, która cierpi poprzez nasze z reguły większe potrzeby. Przerzuciłaś tak faktycznie odpowiedzialność za taki stan rzeczy na jedną stronę jakoś łaskawym okiem spoglądając na tych, którzy tak naprawdę w związku nic nie robią. Oni oczekują tylko tego, że od nich się nic nie wymaga, gdyż w ich świecie wszystko jest idealne.
karolcia_38 napisał/a:jest tylko jedna zasada od której nie ma żadnych odstępstw. od razu na dzień dobry dzień po dniu dbamy o związek problemy rozwiązujemy po minucie bezwzględnie szanujemy się i nigdy nie zaprzeczmy uczuciom emocjom przeżyciom drugiej strony. i rozmawiamy duuużo rozmawiamy. na dzień dzisiejszy nie widzę innej drogi do prawdziwie szczęśliwego pełnego związku.
Najbardziej spodobało mi się cyt. " i nigdy nie zaprzeczmy uczuciom emocjom przeżyciom drugiej strony" ....... Wikipedia - "Zaprzeczanie to fałszowanie obrazu teraźniejszości poprzez nieprzyjmowanie do wiadomości realnych faktów" - więc dlaczego wymaga się ode mnie bym się nie spinał, nie przyjmując do wiadomości realnych faktów o moich większych potrzebach, które chciałbym zaspokoić wspólnie z moją partnerką, z jej pomocą i przy jej aprobacie....!!!!!!! Skoro druga strona właśnie robi to co dla Ciebie jest zasadą od której nie ma żadnych odstępstw, dlaczego więc ja stanowię problem..... Do całej reszty przychylam się i chylę czoła....:)
Związek to duet, para. W związku są ważne problemy-potrzeby dwóch stron. Jak widzę dokonujesz podziału "WY" ( Ci z potrzebami ) i "ONI" Ci nękani przez "WY". Mówisz, że to my się mamy nie spinać - negując nieopanowanie naszych potrzeb. Jakoś nie zauważyłem by ta druga strona w Twoim mniemaniu miała coś zrobić, włożyć coś od siebie do puli dobra. Uwierz mi, że nie wystarczy tylko to że się jest. gdyby tak było, nie dyskutowalibyśmy teraz na forum.
Z całym szacunkiem dla Twojego doświadczenia, pojmowania życia - nikt mi nie wmówi, że człowiek, który rozmawia - jak to mówisz - się spina, nie przystawiając drugiemu lufy do głowy jest problemem. Twierdzenie, że to my mamy się nie spinać by było dobrze, a jeśli nie to musimy się pożegnać to chyba najprostsze z możliwych rozwiązań jakie przyszło Ci do głowy. Od ponad 10 lat siedzę w związku z moją żoną, już od samego początku widziałem, że pod względem naszych potrzeb jesteśmy rozjechani i to mi jakoś nie przeszkadzało. Wierzyłem i wierzę, że człowiek może się zmienić i dopracować swoje partnerstwo. problem pojawia się dopiero wtedy, gdy jedna strona zamiast budować orzeka, że jest wciąż atakowana, a tak faktycznie to tylko przez swoje lenistwo nie stara się porozumieć, a ten niby atak jest tylko formą jej obrony przez wysiłkiem dla ciała i ducha.
Jestem w stanie przyznać Ci rację w jednym, że człowiek chyba faktycznie powinien zrobić większe rozpoznanie partnera przez decyzją, że zacznie z nim żyć. Choć wiadomo, że jak drugiej ( mniej potrzebowskiej stronie ) na czymś zależy, to skutecznie przez nawet kilka lat jest w stanie być wzorem idealnego partnera, który szybko się zmieni po osiągnięciu tego czego pragnie. Mnie w tym wszystkim nie irytuje to, że wiedziałem wcześniej, że jesteśmy różni, tylko to , że przez ten cały czas ktoś broni się wszystkim czym tylko się da, by nie dać od siebie więcej ni to co można zaoferować drugiej stronie tylko tym, że się po prostu w związku jest. Czyli jestem jaki jestem i lepiej się nie spinaj bo już więcej nic ode mnie nie dostaniesz.....
Gdyby człowiek w swojej naturze szedł tylko na łatwiznę to raczej nie byłoby żadnego rozwoju cywilizacyjnego. Nikt nie wymyślił by telefonu, prądu, komputera. Przecież najprościej nie mieć potrzeb lub mieć tylko niewielkie, to nie wymusza na nas działania, wysiłku.... Myślę, że to w tym jest problem. W podejściu do związku jednej jak i drugiej strony.
Zawsze tłumacze mojej małży jedną rzecz - czy widzi, że nasz związek się rozsypuje???? Odp. Tak i tu z reguły pada słowotok, jaki to jestem winny rozpadowi..bla, bla,ble, ble....;) po zakończeniu stwierdzam, że doszliśmy już razem do tego jednego dobrego wniosku. Wiemy, że coś się sypie. Teraz jednak czeka nas praca no i najważniejsze, co teraz zrobimy by to naprawić. I w tym czasie następuje mój monolog..... aktywność werbalna koleżanki M spada niesłychanie z nastawieniem na odbiór. Już wtedy nie ma wiele do powiedzenia. Okazuje się, że to tylko ja mam problem bo mi czegoś brakuje, ona niczego więcej ode mnie nie oczekuje, tylko żebym nie był problematyczny...... W tym wszystkim nie widzi jednej rzeczy...... to NAM!!!!!!!!!!!!!! się rozpada małżeństwo a nie TYLKO MI!!!!!! Jeżeli w związku jedna strona ma problem to rzeczą niepodważalną jest fakt, że już w tym momencie dwie osoby mają problem... To takie proste, a jak pokazuje życie tak trudne do zrozumienia.... Nie wiem jak Ty, ale zawsze wydawało mi się, że w związku problemy rozwiązuje się razem , a nie osobno.... a może się mylę...... przecież Errare humanum est.;)