Podłączę się pod temat. Mój wywód będzie długi, ale nie chciałam zakładać oddzielnego tematu. Rozumiem, że jest wiele powodów przez które mężczyźni tracą zainteresowanie seksem, dlatego poczytałam sobie z zainteresowaniem cały ten wątek. Niestety nie jestem pewna, co się w moim związku stało? Może będziecie mieli chęć przeczytać i skomentować?
Jestem w kilkuletnim związku ze wspaniałym mężczyzną, rozumiemy się fantastycznie, we wszystkich sferach naszego życia było super przez parę lat. Ale coś od pewnego czasu jest nie tak, od około roku, może półtora. Mam wrażenie, że stracił zainteresowanie seksem i mną, jako kobietą, moim ciałem.
Trudno to nawet opisać. Głupio to zabrzmi, ale mój facet nie jest "typowym" facetem. Wrażliwy, zadbany, seksowny, dba o dom, uczynny, ambitny, uczciwy, czuły... ok, wierzę, że wielu facetów takich jest. Mówiąc, że nie jest "typowym" - mam na myśli, że zawsze powtarza, że nie rozumie tej dominacji testosteronu u mężczyzn, seksu jako celu samego w sobie, seksu bez miłości i masturbacji w związku. Nie ma w nim typowo męskich zachowań typu macho, typu "zdobywca" czy "napalony zwierzak". Nie myśli o seksie tak często, jak większość mężczyzn i nie ma fantazji erotycznych (tak powiedział), ani specjalnych życzeń (na moją propozycję z seksownym przebraniem pielęgniarki zareagował że nie chce, że po co, żebym raczej go czymś zaskoczyła). Nie lubi rozmawiać o seksie, bo wtedy wg niego traci to swój urok, spontaniczność i nie podnieca go to, a wręcz przeciwnie, traci wtedy ochotę gdy coś jest "zaplanowane" i "wypowiedziane". To jak mam się dowiedzieć co lubi, a czego nie? "Mam to sama wyczuć". Super.
Lubi seks. Widzę to, czuję i doświadczam. Ale wtedy, kiedy ten seks JUŻ JEST.
Generalnie od samego początku trochę mniej zabiegał o seks niż ja, ale seks był zawsze intensywny, emocjonalny, dosyć częsty, a jego reakcje były "w normie", kiedy np. zasypialiśmy razem nago, to czułam jego podniecenie.
Dzisiaj nie ma po tym śladu. Na co dzień nie wykazuje inicjatywy. Na co dzień nie robi na nim wrażenia moje nagie ciało. Nawet na mnie nie zerknie - tak jak facet patrzy na nagą kobietę - kiedy się schylę, kiedy się myję.
Ale w sytuacji, kiedy ten seks JUŻ JEST - wszystko jest jak być powinno.
Ja jestem bardzo otwarta jeśli chodzi o sprawy seksu. Mam chyba, jak na kobietę, dość wysokie libido, to znaczy raz w tygodniu mnie niestety nie urządza... On o tym wiedział, wiedział też że lubię seks.
Lubię rozmawiać o seksie, a przede wszystkim nie mam oporu rozmawiać o moich potrzebach, lubię sceny seksu w filmach, filmy erotyczne. Przed naszym związkiem miewałam zabawki erotyczne i gdy nie byłam w związku, sama potrafiłam o siebie zadbać. Jestem atrakcyjną kobietą, inteligentną, sensualną i emocjonalną, wiem czego chcę, nie jestem zołzą.
Może naiwnie myślałam, że nie zmieni się ta ekscytacja seksem, intymna więź, która była kiedyś bardzo intensywna i nie zmieni się spojrzenie mojego męża na mnie jako na kobietę.
A jednak. Wiem wiem, pewnie mi powiecie, że tak jest zawsze, że związek ewoluuje i nigdy nie będzie tak jak na początku...że na początku człowiek nie wychodziłby z łóżka... ale ja uważam że to bzdura, trzeba się tylko trochę postarać. A nie osiąść na laurach. Nasza więź emocjonalna jest nadal tak silna jak kiedyś. Dlaczego seks nie może być??? Próbuję dotrzeć, co się takiego stało.
Były rozmowy, moje rozgoryczenie, moje wątpliwości, czy kogoś ma, czy mu się znudziłam. Rozmowy szczere, rozmowy emocjonalne, zakończone seksem bądź jego irytacją i moim płaczem. Acha, i rozmowy bardziej racjonalne, czyli - zrozum Kochanie że w takiej sytuacji masturbacja zmniejszy moje frustracje - ale on takiego rozwiązania nie toleruje! Od jakiegoś roku staram się być cierpliwa i mam nadzieję, że coś się zmieni. Bo może to stres w pracy - to minie. Że inne stresy - to miną. Że zmęczenie - to w weekend będzie inaczej. Że zły na mnie - rozumiem.
Jeszcze do niedawna z tego wszystkiego wylewałam na niego całą gorycz. Dziś staram się tłumić to w sobie, bo wiem, że pretensje nigdy żadnego faceta nie zachęciły do seksu. Chodzę na terapię, psycholog pomaga mi poradzić sobie z tym wszystkim (nie tylko z tym).
Bardzo ważnym elementem w tym wszystkim jest fakt, że mojemu facetowi brakuje dystansu do samego siebie, ale przede wszystkim - zawsze jest powód ku temu, by się czymś zestresować: nie liczę pracy, która potrafię zrozumieć że jest stresująca - to normalne. Ale w wakacje? W weekend? Bo "trzeba" pojechać do sklepu po zakupy, bo nie ma nic w lodówce na śniadanie, bo "trzeba" zaplanować wycieczkę, bo "nie można" poleżeć do 12 w łóżku, bo ktoś się do niego nie tak odezwał, bo komputer źle działa. Mogłabym wymieniać. Na tym etapie obwiniam jego stres o całą tą opisaną sytuację. Myślę, że gdyby potrafił ca co dzień się po prostu wyluzować, to nie byłoby problemu z jego chęciami. Ale to już tak długo trwa, co ja mogę jeszcze zrobić oprócz uspakajania, wspierania w trudnych momentach, większej cierpliwości, dogadzania mu, tu masażyk, tu podrapanie po głowie, tu przytulenie, tu ciepłe słowo... Kiedyś zaproponowałam mu wizytę u psychologa i był mi wtedy za to wdzięczny, bo ten coach mu podpasował, ale dzisiaj te wizyty są tak rzadkie, że trudno mówić o efektach. Przecież go nie zmuszę. To on musi chcieć.
A jeśli to nie stres - to pytałam siebie samą nie raz, czy na początku było tak dobrze, bo chciał się "wykazać", żeby mnie zatrzymać, a później móc odpuścić? Sądząc, że moje potrzeby po czasie zmaleją? Nie rozumiem co się do cholery stało. Może ktoś z Was mnie oświeci, podpowie: czy przewlekły stres może doprowadzić do braku zainteresowania seksem u faceta???? Ale czy to jest w ogóle mój przypadek? Ja rozumiem spadek libido przy długotrwałym stresie, ale wtedy są problemy ze wzwodem, a to nie ma miejsca.
Bo nie zrozumiem tłumaczenia, że "on już tak ma". Nie akceptuję takiego stanu rzeczy. Kocham go, ale seks jest dla mnie równie ważny. I zdaję sobie sprawy z tego, że jeśli facet nie ma ochoty, i nie chce tego zmienić, to może być tylko gorzej.