Wracając do wczorajszego wątku dotyczącego rodziców i układów w rodzinie.
Czy widzicie u siebie powielanie wzorców zaczerpniętych w dzieciństwie? Ja dokopałam się do tego, jak zaczęłam spotkania z psychologiem po tym, jak M nie kopnał.
Analizowałyśmy mój zwiazek i wyszło, że byłam ta słabszą stroną, której bardziej zależało i za bardzo ustępowałam. Nie wymagałam od partnera właściwie niczego poza tym, co on mi dawał. A dawał sporo, fakt, ale gdy przychodziło do jakichś trudniejszych momentów, kiedy on musiałby poświecić część swojej niezależnosci, ustąpić, albo zrezygnowac z czegoś, na czym mu zależy, na rzecz NAS ,robił się problem. A ja, ufająca, że on wie lepiej, i przecież nie zrobiłby nic krzywdzacego mnie. Ja po porostu nie wymagałam niczego, poza tym, co on dawał. Nie umiem forsować swoich potrzeb.
Nie w takiej skali, jak moja mama, ale pewna analogia istnieje. Gdy patrzyłam na ten chory układ u moich rodziców, jasne było,ze nigdy sobie na coś podobnego nie pozwolę. Moja mama była osoba ciepła, kochajacąi łagodną . Za cene posiadania męża znosiła brak szacunkui poniżanie . Ojciec natomiast, wychowany przez niepracujaca Babcię na kalekę, który nie potrafi nawet ukroic sobie chleba, a swoje potrzeby wymusza krzykiem i pretensjami. Mama stanowiła, tak jak pisałam, nie partnerkę dla ojca, tylko "kobitę". Kobitę od garów, zakupów, sprząatania i wszystkich obowiązków domowych.
W moim charakterze także leży unikanie konfliktów, łagodzenie sporów, i pewna doza ustępliwosci. i chociaż zawsze zarzekałam się, ze nie będę, jak mama, to coś jednak w tym jest, że gdy bardzo mi na czymś zależy, mam tendencje do zbytniego ustepowania.