To Lucek jest w miarę szczęśliwy i będzie miał litość nad nami.
Co nie znaczy że tatko paslawek nie plecie swojej sieci intryg . ![]()
Syl jesteś w związku tzn czy jesteś wolna ? nie musisz odpowiadać ![]()
Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!
Forum Kobiet » NASZA SPOŁECZNOŚĆ » 30latek-, czyli gra małego palucha Paslawka
Strony Poprzednia 1 … 57 58 59 60 61 … 196 Następna
Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź
To Lucek jest w miarę szczęśliwy i będzie miał litość nad nami.
Co nie znaczy że tatko paslawek nie plecie swojej sieci intryg . ![]()
Syl jesteś w związku tzn czy jesteś wolna ? nie musisz odpowiadać ![]()
Podobne tematy
Co nie znaczy że tatko paslawek nie plecie swojej sieci intryg .
Lucek litości nie ma ![]()
Każdy pionek jest cenny!
A jak brzmi prawidłowe rozwiązanie skrótu kbks?
kbks, karabinek sportowy po prostu w ten sposób - nie pamiętam jak to się zwie fachowo takie tworzenie skrótów.
Pasławku, chętnie odpowiem - to żadna tajemnica
Wolna, bez własnych dzieci, za to wielu uczniów i psiak... I często mam wrażenie, że tyle osób do wychowania już wystarczy
Był jeden dłuższy związek, w którym najlepsze, co mnie spotkało, to jego zakończenie. Potem kilkumiesięczna przygoda z portalem randkowym - nigdy więcej
A teraz... spokojne życie bez nadmiernych uniesień. Czasem tego brakuje, ale przy odpowiedniej samowystarczalności jest to nawet do zniesienia ![]()
Rossanko, czujesz, że objawy choroby wróciły? Jest to związane z konkretnymi przemyśleniami lub wydarzeniami?
Lucyferze, jakie pionki? Po omawianiu setek metafor na lekcjach tych życiowych już często nie łapię ![]()
Pasławku, chętnie odpowiem - to żadna tajemnica
Wolna, bez własnych dzieci, za to wielu uczniów i psiak... I często mam wrażenie, że tyle osób do wychowania już wystarczy
Był jeden dłuższy związek, w którym najlepsze, co mnie spotkało, to jego zakończenie. Potem kilkumiesięczna przygoda z portalem randkowym - nigdy więcej
A teraz... spokojne życie bez nadmiernych uniesień. Czasem tego brakuje, ale przy odpowiedniej samowystarczalności jest to nawet do zniesienia
Rossanko, czujesz, że objawy choroby wróciły? Jest to związane z konkretnymi przemyśleniami lub wydarzeniami?
Lucyferze, jakie pionki? Po omawianiu setek metafor na lekcjach tych życiowych już często nie łapię
Spoko Syl
jak nie dla siebie pytam
chociaż próbuje mi się tu insynuować że jestem wścibski,ciekawski plotkarz i jak "baba z magla" ![]()
Ja Ci przetłumaczę jak z tym pionkiem jest : "Śmiało możesz dołączyć do naszej skromnej załogi " (poprawiłem się ) .
Pasławku, bycie ciekawskim to dobra cecha, przydaje się w życiu ![]()
Do Waszej załogi bardzo chętnie dołączę, miło i kameralnie tu u Was jest
Czekam cierpliwie na objaśnienia dotyczące tajemniczych pionków ![]()
Pasławku, chętnie odpowiem - to żadna tajemnica
Wolna, bez własnych dzieci, za to wielu uczniów i psiak... I często mam wrażenie, że tyle osób do wychowania już wystarczy
Był jeden dłuższy związek, w którym najlepsze, co mnie spotkało, to jego zakończenie. Potem kilkumiesięczna przygoda z portalem randkowym - nigdy więcej
A teraz... spokojne życie bez nadmiernych uniesień. Czasem tego brakuje, ale przy odpowiedniej samowystarczalności jest to nawet do zniesienia
Rossanko, czujesz, że objawy choroby wróciły? Jest to związane z konkretnymi przemyśleniami lub wydarzeniami?
Lucyferze, jakie pionki? Po omawianiu setek metafor na lekcjach tych życiowych już często nie łapię
Objawy mam zawsze, czasem większe czasem małe, ale coś tam zawsze jest. Tak to się wiąże z konkretnymi wydarzeniami, ale nie mogę się przecież zamknąć w domu.
To właśnie to że każdy "pionek jest cenny" znaczy możesz dołączyć ,
Lucek gra w różne gry strategiczne więc .... nie ma litości.
Masz rację Paslawku, ale Niemcy nigdy się nie uczą... A tu, jak widać litości nie mam
Rossanko, pewnie, że nie można... Wtedy byłoby jeszcze trudniej. Poczucie braku sensu lub celu w życiu zawsze Ci towarzyszy czy tylko w pewnych okresach?
Pasławku, dziękuję - godzina późna, ale zrozumiałam, o co chodzi, a przynajmniej w takim ogólnym zakresie
Niech tylko celem nie będzie bezlitosne zbijanie tych pionków ![]()
,,,
Niemcy nigdy się nie uczą... A tu, jak widać litości nie mam
Wygraliśmy ?
Tak. Od 30 lat jest pokój. Rosja oddzielona ![]()
Teraz wielkie przygotowania trwają.
A zaczynałem jako Kraków w 1836 ![]()
Syl. Co do pomocy to, podobnie, jak Rossanka.
Zainwestowałem w pomoc fachową, ale ostatecznie poza zrozumieniem tego co drzemie we mnie nic więcej nie zyskałem.
Pod względem zachowań to mam klasyczne błędne koło.
Rossanko, pewnie, że nie można... Wtedy byłoby jeszcze trudniej. Poczucie braku sensu lub celu w życiu zawsze Ci towarzyszy czy tylko w pewnych okresach?
w
W okresach.
Syl napisał/a:Rossanko, pewnie, że nie można... Wtedy byłoby jeszcze trudniej. Poczucie braku sensu lub celu w życiu zawsze Ci towarzyszy czy tylko w pewnych okresach?
w
W okresach.
To normalne. Jako, ze zycie nie ma sensu czy celu samo w sobie to czasami albo zmieniamy cel, albo odczuwamy ten brak sensu, albo mamy czas przejsciowy bez zadnego, albo dochodzimy do tego, ze sie sami oszukalismy z tym celem i to jednak nie to.
Oj, widzę, że ciekawy temat egzystencjalny się rozwinął wcześniej
Coś tam potem skrobnę, bo akurat sam mam dość specyficzne przemyślenia na ten temat...
Winter.kween, rzeczywiście jest tak, że poczucie sensu może się pojawiać i znikać, a świat rzadko pomaga nam w utrzymaniu takiego uczucia, ale tak naprawdę zależy to od naszego wewnętrznego świata, nie zewnętrznego. Bez względu na to, co się dzieje w naszym życiu, to nasza psychika decyduje o tym, czy będziemy potrafili odnaleźć głębszy cel. Zupełnie czym innym będzie też pogorszenie samopoczucia na okres paru dni, a czym innym na kilka miesięcy...
Rossanko, długo trwają u Ciebie takie okresy? Z Twoich wcześniejszych wypowiedzi wynika, że jesteś bardzo zaradna i wiele osób powiedziałoby, że tak naprawdę masz już wszystko, co jest najbardziej potrzebne do szczęścia... A ja nie lubię tego sformułowania, przecież szczęście to tylko stan umysłu. Myślę, że z kolei brak szczęścia związany jest z uczuciem braku lub rzeczywistym brakiem w życiu tego, co jest dla nas najważniejsze. Może tak jest u Ciebie, Rossanko? Może to mijające lata przypominają nam, że na realizację niektórych planów mamy coraz mniejsze szanse... Tylko pojawia się pytanie, czy naprawdę tego chcemy, czy tylko boimy się, że za kilka lat to nasz wiek zdecyduje o wszystkim
Tak bywa na przykład z rodziną i dziećmi...
Lucyferze, może właśnie świadomość tego, co w siedzi w naszych głowach, jest dobrym początkiem dalszych zmian? Większość osób zwykle nie wie nawet, dlaczego w określonych sytuacjach zachowuje się w taki, a nie inny sposób
Mogę zapytać, których Twoich zachowań dotyczy błędne koło?
Pasławku, cudzysłów wszystko wyjaśnił! ![]()
Winter.kween, rzeczywiście jest tak, że poczucie sensu może się pojawiać i znikać, a świat rzadko pomaga nam w utrzymaniu takiego uczucia, ale tak naprawdę zależy to od naszego wewnętrznego świata, nie zewnętrznego. Bez względu na to, co się dzieje w naszym życiu, to nasza psychika decyduje o tym, czy będziemy potrafili odnaleźć głębszy cel. Zupełnie czym innym będzie też pogorszenie samopoczucia na okres paru dni, a czym innym na kilka miesięcy...
Rossanko, długo trwają u Ciebie takie okresy? Z Twoich wcześniejszych wypowiedzi wynika, że jesteś bardzo zaradna i wiele osób powiedziałoby, że tak naprawdę masz już wszystko, co jest najbardziej potrzebne do szczęścia... A ja nie lubię tego sformułowania, przecież szczęście to tylko stan umysłu. Myślę, że z kolei brak szczęścia związany jest z uczuciem braku lub rzeczywistym brakiem w życiu tego, co jest dla nas najważniejsze. Może tak jest u Ciebie, Rossanko? Może to mijające lata przypominają nam, że na realizację niektórych planów mamy coraz mniejsze szanse... Tylko pojawia się pytanie, czy naprawdę tego chcemy, czy tylko boimy się, że za kilka lat to nasz wiek zdecyduje o wszystkim
Tak bywa na przykład z rodziną i dziecmi
Te okresy pojawiają się co jakiś czas i trwają różnie. Są od zawsze praktycznie. Jedyny okres w którym naprawdę czułam się świetnie i na właściwym miejscu to był czas, gdy byłam w związku ( oczywiście nie na końcówce związku kiedy to było fatalnie i objawy mi wróciły i znów byłam na lekach). Pamiętam, że jak byłam w związku to myślałam sobie, że moje życie właśnie ma tak wyglądać. Czułam spokój , zadowolenie i takie wyciszenie. Może to zależy od człowieka jeden czuje się na właściwym miejscu robiąc profesure, inny mając męża i 5 dzieci, a jeszcze inny mieszkając samotnie na wsi i hodujac konie. Są też ludzie dla których właściwe miejsce to ciągle podróże i zwiedzanie świata, przeprowadzki. Dla mnie był to czas jak byłam po prawie 15 latach bycia samą w końcu w związku. W końcu, jak mi się wtedy wydawalo,to jest to . Jak wodac to nie bylo to A po tym związku rozpadła się psychicznie o trochę mi zajęło pobieranie się.
Tak, piszesz o lekach związanych z rodziną i dziećmi, mam je od 2013 roku, że nie zdążę
Przy czym ostatnio już mniej, bo Stanelam przed faktem dokonanym i już jest za pozno, ale się przecież nie zastrzele z tego powodu. Plus taki, że pieniędzy mam więcej no i czasu bo dzieci by to pożeraly. Więc tu jestem w lepszej sytuacji. Choć czasem to jeszcze wraca. Kuzynka niedawno urodziła kolejne, a trochę tylko mlodsza ode mnie. Pamiętam jak parę lat podsmiewywala się ze mnie, że moi rodzice chcą mieć wnuki, a ja jestem odporna. Pamiętam, że przykro mi było, miałam gdzieś 32 lata i już myślałam od paru lat o założeniu rodziny. Ona pamiętam miała już wtedy małe dziecko. Teraz po latach ma drugie, tego samego męża, który wpatrzony w nią jest jak w obrazek. U mnie zaś jest jak jest.
Z reszta teraz to świadomie już bym się nie zdecydowała. Miałabym 50 lat i prowadziła dziecko do zerówki. Wyobrażacie to sobie?
Dubel
Miałabym 50 lat i prowadziła dziecko do zerówki. Wyobrażacie to sobie?
Wielkie mecyje! ![]()
Jak mi się zechce, to choćby stuletnia będę prowadzać dziecko do przedszkola i z dziką uciechą wkręcać ludziom, że to moje rodzone. Albo że adoptowałam na stare lata.
rossanka napisał/a:Miałabym 50 lat i prowadziła dziecko do zerówki. Wyobrażacie to sobie?
Wielkie mecyje!
Jak mi się zechce, to i stuletnia będę prowadzać dziecko i z dziką uciechą wkręcać ludziom, że to moje rodzone. Albo że adoptowałam na stare lata.
Nie. Teraz to bym się bała nawet. Koleżanką ma dziecko z Downem, urodziła jako 35 latka. To nie wygląda tak jak z tych reklam, gdzie skosnookoie małe dziecko słodko się uśmiecha . Na dodatek tam jes 50 dodatkowych chorób, chyba przez te lata nie bylo miesiąca, by dziecko nie bylo w szpitalu . Koleżanka wygląda jak cień człowieka.
Wszystko się może zdarzyć. Każdy to ryzyko ponosi, ale próbując wszystko przewidzieć, można by zwariować.
Opowiadała mi kiedyś koleżanka o znajomej, której dziecko długo chorowało i wreszcie zmarło. Tę znajomą bardzo wspierała matka. Gdy namawiała córkę na wyjście z domu, ta odpowiadała, że boi się, iż w tym czasie dziecko umrze. Matka mówiła wtedy filozoficznie: "No, to umrze, nic nie poradzisz" i wyganiała tę kobietę np. na sylwestra. Bardzo mądra była ta starsza kobieta, mówię to bez grama ironii.
Jeszcze jedna mądrość mi się przypomina, wsparła mnie nią znajoma, gdy przeżywałam osobiste rozterki. Zacytowała pewnego pedagoga od szkolnych dzieci: "Proszę państwa, jeśli podjęliście PRZEMYŚLANĄ decyzję, nie traćcie czasu na wałkowanie jej w nieskończoność, analizowanie i grzebanie się w wątpliwościach".
Bardzo, ale to bardzo mi te słowa pomogły.
Widzę to tak: Mam x lat i boję się zostać matką. Rezygnuję z tego, dzieci nie będzie. Zatem szukam innego spełnienia. Koniec, kropka.
Co do lęków to zauważyłam, że wiążą się one z jedną sprawa, że ktoś mi bliski umrze, albo mnie odrzuci i odejdzie.
Pamiętam lata temu zawsze przeżywałam odrzucenie przez chłopaka, tzw milosc bez wzajemnosci . Potrafiłam rok dwa dochodzić po tym do siebie. Po czym podawałam innego, który wypierał poprzedniego z mojej głowy. Na jakiś czas było dobrze, ale potem znów przeżywałam odrzucenie od tej kolejnej osoby i znów parę kart miałam doła z tego powodu. Aż do następnej znajomości i kolejnej , które też bywały niespełnione i ponownie wpadalam w dół. Dopiero ex związek wyrwał mnie z tego stanu na chwilę.
Ale na logikę nie powinnam się bać i tak źle czuć będąc sama, bo ze 20 lat dorosłego życia byłam sama. Powinnam przywyknąć i nie mieć już lęków. Że sprawami życia codziennego radze sobie lepiej niż moje zamezne kolezanki, które gdyby nie maz to nie miałyby samochodu, nie zrobiłby sobie remontu mieszkania , one nawet nie wiedzą gdzie jest mechanik samochodowy.
Wszystko się może zdarzyć. Każdy to ryzyko ponosi, ale próbując wszystko przewidzieć, można by zwariować.
Opowiadała mi kiedyś koleżanka o znajomej, której dziecko długo chorowało i wreszcie zmarło. Tę znajomą bardzo wspierała matka. Gdy namawiała córkę na wyjście z domu, ta odpowiadała, że boi się, iż w tym czasie dziecko umrze. Matka mówiła wtedy filozoficznie: "No, to umrze, nic nie poradzisz" i wyganiała tę kobietę np. na sylwestra. Bardzo mądra była ta starsza kobieta, mówię to bez grama ironii.
To mądre słowa. Bo inaczej jakby ta kobieta zostawiła w domu byłaby już martwa za życia, nie?
Nie macie wrażenia, że teraz jest więcej chorych dzieci? U tej koleżanki dziecko z zdownem. Druga urodziła, dziecko miało tyle wad, że chyba rok żyło. U kolegi syn 24 letni o umyśle 2 latka chodzi w pampersie, potrafi się nagle do goła rozebrać przy gościach, nie mówi, nie znosi obcych osób w domu. U innej rodziny urodziło się dziecko bez kończyn. Kolejna znajoma-młoda, może miała 24 lata jak urodzula-a córka ma gdzieś 8 lat, jeździ na wózku, nie chodzi, mało co widzi, mało co słyszy, problemy z sercem, plecami, metkami, kręgosłup będzie miała operowany. Co yo sie dzieje? Jak bylam mala, to owszem bywały chore dzieci Ale mam wrażenie, że nie aż tyle.
Ross, wcale dzisiaj nie ma więcej chorych dzieci moim zdaniem. Więcej przeżywa, większe są możliwości medycyny. Czasem to się takie biedne telepie przez życie i umiera wielokrotnie - aż żal.
W pracy otaczają mnie osoby starsze o kilkanaście, a kiedyś kilkadziesiąt (obecne emerytki) lat. Śmierć kogoś z rodzeństwa w dzieciństwie wcale wśród nich nie jest rzadka. A ile chorych czy upośledzonych dzieci siedziało w domach? Każda wieś miała swojego "wiejskiego głupka". W moim mieście był taki Jasio (imię zmieniam), starszy już człowiek, obiekt głupich żartów i rozrywki durnych ludzi, i nie tylko on.
Czytałaś "Jak kochać dziecko" Korczaka? Tam padają takie okrutne na pozór słowa: prawo dziecka do śmierci. Korczak diabelnie wyprzedził swoją epokę! Dziś porusza się temat uporczywej terapii, gdy życie pacjenta jest jednym wielkim pasmem cierpienia. Nie chcę przez to powiedzieć, że głosuję za czy przeciw takim strasznym rzeczom jak eutanazja czy aborcja, ale odnoszę wrażenie, że dziś człowiek próbuje nad wszystkim zapanować, nad wszystkim mieć kontrolę. A to niemożliwe, nie jesteśmy bogami.
Ross, wcale dzisiaj nie ma więcej chorych dzieci moim zdaniem. Więcej przeżywa, większe są możliwości medycyny. Czasem to się takie biedne telepie przez życie i umiera wielokrotnie - aż żal.
Czytałaś "Jak kochać dziecko" Korczaka? Tam padają takie okrutne na pozór słowa: prawo dziecka do śmierci. Korczak diabelnie wyprzedził swoją epokę! Dziś porusza się temat uporczywej terapii, gdy życie pacjenta jest jednym wielkim pasmem cietpieniai.
Bo niektórzy się tym dowartosciowuja i czuje się potrzebni i spełnieni. Jakkolwiek brutalnie to brzmi. Jakby chcieli dobrze, to by nie doprowadzili do tego, że ktoś żyje w niemal agonii przez wiele lat tylko pozwoliłoby im umrzeć albo usunąć wcześniej.
Dla mnie to horror: wiesz że np płód będzie zdefirmowany, niezdolny do samodzielnego życia, plus wielonarządowe anomalie Ale miłosiernie dajesz mu życie . Ciekawe czy taki obrońca sam chciałby tak żyć? No chyba nie bardzo.
A eutanazja,- to przecież jest wybór chorego. Nie ma tak, że lekarz wchodzi ma sake i mówi o jutro usmiercamy Panią Nowak i pana Iksunskiego bo już nam nie rokują. To tak nie dziala.
Ja się nie podejmuję rozstrzygnięcia, czy jestem za czy przeciw. Jestem przeciwko narzucaniu innym gotowych rozwiązań. Jestem przeciwko braku wrażliwości. Jestem przekonana, że nikt normalny nie podejmuje tego typu decyzji lekko. Szlag mnie trafia, że wypowiadają się i decydują ludzie, których problem nie dotyczy, którzy nie mają o życiu ludzi postawionych przed takimi wyborami zielonego pojęcia.
Dziękuję bogom, że nie miałam i nie mam takich dylematów.
Ja się nie podejmuję rozstrzygnięcia, czy jestem za czy przeciw. Jestem przeciwko narzucaniu innym gotowych rozwiązań. Jestem przeciwko braku wrażliwości. Jestem przekonana, że nikt normalny nie podejmuje tego typu decyzji lekko. Szlag mnie trafia, że wypowiadają się i decydują ludzie, których problem nie dotyczy, którzy nie mają o życiu ludzi postawionych przed takim wyborem zielonego pojęcia.
Dziękuję bogom, że nie miałam i nie mam takich dylematów.
Ja już nie oglądam wiadomości. Mam swoje problemy to co się jeszcze będę innymi martwić.
Ach co do związków to rozmawiałam ostatnio z jedną osoba i ona mówi, że zna dużo małżeństw, ale prawie juzxwszystkie są nieszczęśliwe, szykuje się parę rozwodów. Naprawdę jest aż tak źle?
Też nie zawracam sobie głowy wiadomościami. Z tymi rozwodami też sprawa względna i kij ma dwa końce. Kiedyś nie wolno było i nie wypadało. Ale dziś, mam wrażenie, niektórym zbyt lekko to przychodzi.
Też nie zawracam sobie głowy wiadomościami. Z tymi rozwodami też sprawa względna i kij ma dwa końce. Kiedyś nie wolno było i nie wypadało. Ale dziś, mam wrażenie, niektórym zbyt lekko to przychodzi.
Zbyt lekko, bo ludzie zaczynają być strasznymi egocentrykami. "Nie spełniasz mojego warunku nr 35 to spadaj".
Pojęcia typu: rozmowa, kompromis, zgoda, rozwiązanie - stanowią już często czas przeszły...
Lucyferze, może właśnie świadomość tego, co w siedzi w naszych głowach, jest dobrym początkiem dalszych zmian? Większość osób zwykle nie wie nawet, dlaczego w określonych sytuacjach zachowuje się w taki, a nie inny sposób
Mogę zapytać, których Twoich zachowań dotyczy błędne koło?
To proste. Brak możliwości nawiązywania dłuższych relacji na polu emocjonalnym.
Po prostu zawsze mam efekt zwrotny i dążenie do totalnej izolacji od ludzi. I tak cyklicznie.
I nie świadomość nie jest dobrym początkiem. Co nam ze świadomości skoro nie znamy narzędzi wpływania na sytuację.
Też nie zawracam sobie głowy wiadomościami. Z tymi rozwodami też sprawa względna i kij ma dwa końce. Kiedyś nie wolno było i nie wypadało. Ale dziś, mam wrażenie, niektórym zbyt lekko to przychodzi.
Mam odmienne zdanie. Jakoś nie widuję rozwodów, bo tak, bo się komuś NAGLE odwidziało, bo żona woli narty a mąż rower to sie rozejdzmy. Tam jest zawsze coś głębiej a potem z boku ktoś mówi: przecież to było takie dobrane małżeństwo - no widać nie było, albo - po małym kryzysie - oni zaraz wzięli rozwód - widać kryzys nie był tak mały, a był jedynie czubkiem góry lodowej. A potem ludzie mówią, że łatwo teraz przychodzi ludziom się rozwieść.
W każdym razie uważam, że jak juz jest źle, albo ludzie źle się czują w związku to lepiej się rozejść niż za komuny męczyć kolejnycnh 30 lat razem, każde żyjąc osobno w drugim pokoju.
Syl napisał/a:Lucyferze, może właśnie świadomość tego, co w siedzi w naszych głowach, jest dobrym początkiem dalszych zmian? Większość osób zwykle nie wie nawet, dlaczego w określonych sytuacjach zachowuje się w taki, a nie inny sposób
Mogę zapytać, których Twoich zachowań dotyczy błędne koło?
I nie świadomość nie jest dobrym początkiem. Co nam ze świadomości skoro nie znamy narzędzi wpływania na sytuację.
O to to. Co mi po tej świadomożci, jak ruszyć z miejsca nie mogę. Świadomość problemu jedno, a drugie? No własnie, co jest drugie>?
Doszłam teraz do punktu, ze nie robię z tym kompletnie nic i daję się temu (nerwicy unosić) choć jest to tak strasznie trudne, że zwariować idzie. I mam nadal swoje zahamowania, ale jak już ochłonę, to póubuje dalej.
Rossanko, a ja sama po sobie widzę, że wiele spraw w moim małżeństwie można było rozegrać inaczej, zarówno po mojej, jak i po męża stronie. Przy obopólnej chęci byłoby to do uratowania, a jeśli nie - to przynajmniej do rozstania we wzajemnym szacunku i poprawnych relacjach.
Rossanko, a ja sama po sobie widzę, że wiele spraw w moim małżeństwie można było rozegrać inaczej, zarówno po mojej, jak i po męża stronie. Przy obopólnej chęci byłoby to do uratowania, a jeśli nie - to przynajmniej do rozstania we wzajemnym szacunku i poprawnych relacjach.
To ja po moim ex związku, jakkolwiek przez jakiś czas było super, potem się zaczeło walić - po latach uważam, ze trzeba było sobie wcześniej dać spokój a nie starać się to uratować bo to było nie do uratowania, a niepotrzebnie sie naszarpałam.
Może trzeba szukać kogoś kto akurat tę chęć izolacji zrozumie i nie odbierze tego jako odrzucenie?
No i na pewno nie dzieje się to w przypadkowych momentach, tylko w jednym konktretnym który trzeba rozpoznać. I co się za tym kryje.
Bo albo- naprawdę sioę chcemy od kogoś odizolować i to przecież nie strata, że taka kobieta z Twojego życia znika, albo po prostu potrzebujesz w izolacji zebrać myśli i ktoś powinien to zaakceptowasć i poczekać. wiele osób nie uznaje związków na zasadzie papużki nierozłączki.
warto wiedzieć co konkretnie wtrąca nas w taki stan i coś w tym względzie popracować. Masz co robić.
jako dziecko lubiłam znikać rodzicom. chowałam się w trawie po pasd i miałam ubaw jak przechodzili obok i mnie nie znajdowali.
1 foch był gdy jako 3 latek otrzymałam braciszka ![]()
świadomość nie zawsze wystarcza- czasem sprawia że przestaje straszyć niezrozumienie ale często to za mało- i widać po prostu pole do pracy.
nie mas też co trzymać się terapeutów którym idzie jak po grudzie.
Syl napisał/a:Lucyferze, może właśnie świadomość tego, co w siedzi w naszych głowach, jest dobrym początkiem dalszych zmian? Większość osób zwykle nie wie nawet, dlaczego w określonych sytuacjach zachowuje się w taki, a nie inny sposób
Mogę zapytać, których Twoich zachowań dotyczy błędne koło?
To proste. Brak możliwości nawiązywania dłuższych relacji na polu emocjonalnym.
Po prostu zawsze mam efekt zwrotny i dążenie do totalnej izolacji od ludzi. I tak cyklicznie.
.
Opisz tą izolację od ludzi, na czym to dokładnie polega?
Piegowata'76 napisał/a:Rossanko, a ja sama po sobie widzę, że wiele spraw w moim małżeństwie można było rozegrać inaczej, zarówno po mojej, jak i po męża stronie. Przy obopólnej chęci byłoby to do uratowania, a jeśli nie - to przynajmniej do rozstania we wzajemnym szacunku i poprawnych relacjach.
To ja po moim ex związku, jakkolwiek przez jakiś czas było super, potem się zaczeło walić - po latach uważam, ze trzeba było sobie wcześniej dać spokój a nie starać się to uratować bo to było nie do uratowania, a niepotrzebnie sie naszarpałam.
No, sytuacje są przeróżne. Jeśli się każdym nerwem czuje, że to nie to, wtedy nie ma się co oszukiwać. Jeśli większość czasu w związku jest źle, jeśli na próżno próbujemy naprawiać i ratować, to należy zaprzestać uporczywej terapii. Czasem człowiek sobie nie dowierza i brnie w coś, co nie ma sensu. Ale wydaje mi się, że takie rzeczy na ogół wychodzą już przed ślubem, tylko się człowiek łudzi. Takie przynajmniej mam obserwacje.
Nie twierdzę, że w związku mam przeżywać wyłącznie sielanke, ale jeśli mam wciąż zaciskać zęby, nie być sobą, jeśli ma to być codzienna orka, wolę być sama.
rossanka napisał/a:Piegowata'76 napisał/a:Rossanko, a ja sama po sobie widzę, że wiele spraw w moim małżeństwie można było rozegrać inaczej, zarówno po mojej, jak i po męża stronie. Przy obopólnej chęci byłoby to do uratowania, a jeśli nie - to przynajmniej do rozstania we wzajemnym szacunku i poprawnych relacjach.
To ja po moim ex związku, jakkolwiek przez jakiś czas było super, potem się zaczeło walić - po latach uważam, ze trzeba było sobie wcześniej dać spokój a nie starać się to uratować bo to było nie do uratowania, a niepotrzebnie sie naszarpałam.
No, sytuacje są przeróżne. Jeśli się każdym nerwem czuje, że to nie to, wtedy nie ma się co oszukiwać. Jeśli większość czasu w związku jest źle, jeśli na próżno próbujemy naprawiać i ratować, to należy zaprzestać uporczywej terapii. Czasem człowiek sobie nie dowierza i brnie w coś, co nie ma sensu. Ale wydaje mi się, że takie rzeczy na ogół wychodzą już przed ślubem, tylko się człowiek łudzi. Takie przynajmniej mam obserwacje.
Nie twierdzę, że w związku mam przeżywać wyłącznie sielanke, ale jeśli mam wciąż zaciskać zęby, nie być sobą, jeśli ma to być codzienna orka, wolę być sama.
O tym pisze. Najbardziej, jak się już wszystko waliło, dobijał mnie ten brak kontaktu. Chciałam też wiedzieć w końcu na czym stoje, bo relacja nioe szła do przodu a wręcz się cofała. Jak poruszałam ten temat oraz temat wspólnej przyszłości praz temat dłuższego i częstszego spedzania czasu razem a także wspólnego mieszkania - usłyszałam, że go osaczam.
O tym pisze. Najbardziej, jak się już wszystko waliło, dobijał mnie ten brak kontaktu. Chciałam też wiedzieć w końcu na czym stoje, bo relacja nioe szła do przodu a wręcz się cofała. Jak poruszałam ten temat oraz temat wspólnej przyszłości praz temat dłuższego i częstszego spedzania czasu razem a także wspólnego mieszkania - usłyszałam, że go osaczam.
No, to wszystko jasne, nie chcieliście oboje tego samego. Jasne, że ciągnąć dalej nie było sensu.
rossanka napisał/a:O tym pisze. Najbardziej, jak się już wszystko waliło, dobijał mnie ten brak kontaktu. Chciałam też wiedzieć w końcu na czym stoje, bo relacja nioe szła do przodu a wręcz się cofała. Jak poruszałam ten temat oraz temat wspólnej przyszłości praz temat dłuższego i częstszego spedzania czasu razem a także wspólnego mieszkania - usłyszałam, że go osaczam.
No, to wszystko jasne, nie chcieliście oboje tego samego. Jasne, że ciągnąć dalej nie było sensu.
Właśnie. Najgorsze, że za bardzo to przeżyłam. Nie powinnam aż tak przeżywać rozstań. Byłam na antydepresantach, bo nie mogłam normalnie funkcjonować. Jak teraz o tym myślę, to chyba byłam w jakimś szoku. Dziś już dawno za nim nie tęsknię, ale do dziś jestem zła jak sobie pomyślę o tej końcówce związku, że dałam sobą tak pomiatać i tak się poniżałam.
jako dziecko lubiłam znikać rodzicom. chowałam się w trawie po pasd i miałam ubaw jak przechodzili obok i mnie nie znajdowali.
.
dzień dobry
Moją specjalnością były sterty liści - najlepiej klonów,kasztanów do chowania się w nie.
Zawsze wszyscy dawali się nabrać,oprócz babci ![]()
Właśnie. Najgorsze, że za bardzo to przeżyłam. Nie powinnam aż tak przeżywać rozstań. Byłam na antydepresantach, bo nie mogłam normalnie funkcjonować. Jak teraz o tym myślę, to chyba byłam w jakimś szoku. Dziś już dawno za nim nie tęsknię, ale do dziś jestem zła jak sobie pomyślę o tej końcówce związku, że dałam sobą tak pomiatać i tak się poniżałam.
Nie byłabyś człowiekiem bez uczuć. Ja też za długo tkwiłam przy PP, ale do licha, nie jestem z kamienia, a i on mi rozstania nie ułatwiał.
Kiedyś mocniej przeżywałam rozstania i niepowodzenia. Potem zmieniłam myślenie i podejście. Owszem, upadam na swojej drodze, ale podnoszę się i idę dalej Wiem, że siniaki się zagoją, jak nie dziś, to za tydzień. Czasem popłaczę, czasem się poskarżę, czasem trochę ucieknę choćby w forum, ale wiem, że wszystko przeżyję.
... odnoszę wrażenie, że dziś człowiek próbuje nad wszystkim zapanować, nad wszystkim mieć kontrolę. A to niemożliwe, nie jesteśmy bogami.
Ładnie powiedziane, w sumie panowanie, schematy, to pomaga w życiu np w sprawach organizacyjnych w domu, w pracy, ale najczęściej jest tak, że my się w tym wszystkim zapędzamy. A powinniśmy nauczyć się puszczać niektóre schematy bo są pułapką, która nas ogranicza. Powodują ciągłe porównywanie się, potrzebę akceptacji ludzi, którzy często sami mają problemy ze sobą. Kolejna pułapka musze być doskonały, muszę się zaprezentować atrakcyjnie w mowie i wyglądzie. Te "muszę" często nie wynikają z tego co lubię, jak lubię, tylko z takiego naginania siebie do bycia tym kim nie jestem. Jest w nas tak wielka potrzeba kontrolowania siebie by wyjść atrakcyjnie w oczach innych, że nie pozwalamy sobie na nieporadność i niedorobienie. Przez co jesteśmy tak tym już umęczeni, że na wszelki wypadek bezpiecznie się dystansujemy. Strach przed oceną, wyjścia na głupka, brzydala, słabeusza, degenerata...Więzienie, które sami sobie sprawiamy.
Moje coraz częstsze wnioski, wszystko co wydawało mi się złe pozwalało mi odchodzić od schematów, pozwalało mi zauważyć, że rzeczywistość nie jest jednowymiarowa, że mam możliwość wyboru. Często to właśnie te negatywne doświadczenia pozwoliły mi się dużo o sobie dowiedzieć, pozwalały mi odpuszczać kontrolę. Im bardziej kontrolowałam tym bardziej świat mnie wkurzał i przerażał tym, że nie jest taki jaki moim zdaniem powinien być. Im bardziej puszczałam, czasami ze zmęczenia tym bardziej dostrzegałam spokój i uroki życia.
Pozwólmy sobie być niedoskonałymi, bo przez to inni mogą być przy nas sobą. To jest właśnie doskonałość, a nie sztuczne schematy, które nas przenikają dookoła
rossanka napisał/a:Właśnie. Najgorsze, że za bardzo to przeżyłam. Nie powinnam aż tak przeżywać rozstań. Byłam na antydepresantach, bo nie mogłam normalnie funkcjonować. Jak teraz o tym myślę, to chyba byłam w jakimś szoku. Dziś już dawno za nim nie tęsknię, ale do dziś jestem zła jak sobie pomyślę o tej końcówce związku, że dałam sobą tak pomiatać i tak się poniżałam.
Nie byłabyś człowiekiem bez uczuć. Ja też za długo tkwiłam przy PP, ale do licha, nie jestem z kamienia, a i on mi rozstania nie ułatwiał.
Nie o to chodzi. Dawałam się poniżać. Na przykład on w ostatniej chwili odwoływał spotkania, albo czasami nie zjawiał sie, ja dzwoniłam i mówiłam, ze już czekam, kiedy on będzie a on mi mówił, że się rozmyślił i dziś nie przyjdzie, albo był zmęczony. Zadzwonić do niego też nie mogłam, bo nie uznawał rozmów przez telefon, chyba, że w konkretnych sprawach tupu zepsuł mi się samochód i dzwonię po poradę. To mi nie odpowiadało ale potulnie siedziałam, co było żałosne. Prezentów też mi nigdy nie dawał, nie abym była interesowna ale byłoby miło. Ja mu zawsze kupowałam na imieniny czy pod choinkę, on nigdy, co też m ie smuciło. Ale powinno mi to dac do myślenia.
Ładnie powiedziane, w sumie panowanie, schematy, to pomaga w życiu np w sprawach organizacyjnych w domu, w pracy, ale najczęściej jest tak, że my się w tym wszystkim zapędzamy. A powinniśmy nauczyć się puszczać niektóre schematy bo są pułapką, która nas ogranicza. Powodują ciągłe porównywanie się, potrzebę akceptacji ludzi, którzy często sami mają problemy ze sobą. Kolejna pułapka musze być doskonały, muszę się zaprezentować atrakcyjnie w mowie i wyglądzie. Te "muszę" często nie wynikają z tego co lubię, jak lubię, tylko z takiego naginania siebie do bycia tym kim nie jestem. Jest w nas tak wielka potrzeba kontrolowania siebie by wyjść atrakcyjnie w oczach innych, że nie pozwalamy sobie na nieporadność i niedorobienie. Przez co jesteśmy tak tym już umęczeni, że na wszelki wypadek bezpiecznie się dystansujemy. Strach przed oceną, wyjścia na głupka, brzydala, słabeusza, degenerata...Więzienie, które sami sobie sprawiamy.
Moje coraz częstsze wnioski, wszystko co wydawało mi się złe pozwalało mi odchodzić od schematów, pozwalało mi zauważyć, że rzeczywistość nie jest jednowymiarowa, że mam możliwość wyboru. Często to właśnie te negatywne doświadczenia pozwoliły mi się dużo o sobie dowiedzieć, pozwalały mi odpuszczać kontrolę. Im bardziej kontrolowałam tym bardziej świat mnie wkurzał i przerażał tym, że nie jest taki jaki moim zdaniem powinien być. Im bardziej puszczałam, czasami ze zmęczenia tym bardziej dostrzegałam spokój i uroki życia.
Pozwólmy sobie być niedoskonałymi, bo przez to inni mogą być przy nas sobą. To jest właśnie doskonałość, a nie sztuczne schematy, które nas przenikają dookoła
Zgadzam się toczka w toczkę ![]()
Katarzyna Miller fajnie pisze, że dobrze jest się... puścić ![]()
Nie o to chodzi. Dawałam się poniżać. Na przykład on w ostatniej chwili odwoływał spotkania, albo czasami nie zjawiał sie, ja dzwoniłam i mówiłam, ze już czekam, kiedy on będzie a on mi mówił, że się rozmyślił i dziś nie przyjdzie, albo był zmęczony. Zadzwonić do niego też nie mogłam, bo nie uznawał rozmów przez telefon, chyba, że w konkretnych sprawach tupu zepsuł mi się samochód i dzwonię po poradę. To mi nie odpowiadało ale potulnie siedziałam, co było żałosne. Prezentów też mi nigdy nie dawał, nie abym była interesowna ale byłoby miło. Ja mu zawsze kupowałam na imieniny czy pod choinkę, on nigdy, co też m ie smuciło. Ale powinno mi to dac do myślenia.
Byłaś kobietą kochającą za bardzo. Ale to przecież nie grzech.
.
rossanka napisał/a:Nie o to chodzi. Dawałam się poniżać. Na przykład on w ostatniej chwili odwoływał spotkania, albo czasami nie zjawiał sie, ja dzwoniłam i mówiłam, ze już czekam, kiedy on będzie a on mi mówił, że się rozmyślił i dziś nie przyjdzie, albo był zmęczony. Zadzwonić do niego też nie mogłam, bo nie uznawał rozmów przez telefon, chyba, że w konkretnych sprawach tupu zepsuł mi się samochód i dzwonię po poradę. To mi nie odpowiadało ale potulnie siedziałam, co było żałosne. Prezentów też mi nigdy nie dawał, nie abym była interesowna ale byłoby miło. Ja mu zawsze kupowałam na imieniny czy pod choinkę, on nigdy, co też m ie smuciło. Ale powinno mi to dac do myślenia.
Byłaś kobietą kochającą za bardzo. Ale to przecież nie grzech.
Wtedy tego nie widziałam. Związek nie tak ma wyglądać. Jak na siłę to lepiej się rozejść niż tak to ciągnąc nie wiadomo czemu. Jako wytłumaczenie jednak mogę napisać, ze nie miałam doświadczenia. Powinnam je nabierać jako nastolatka, studentka, zmieniać mężczyzn, spotykać się. A nie dopiero po 30 stce z mentalnością związkową 15 latki, która świata poza chłopakiem nie widzi.
Byłaś kobietą kochającą za bardzo. Ale to przecież nie grzech.
Wzniosłego w tym zjawisku też nic nie ma ![]()
Wtedy tego nie widziałam. Związek nie tak ma wyglądać. Jak na siłę to lepiej się rozejść niż tak to ciągnąc nie wiadomo czemu. Jako wytłumaczenie jednak mogę napisać, ze nie miałam doświadczenia. Powinnam je nabierać jako nastolatka, studentka, zmieniać mężczyzn, spotykać się. A nie dopiero po 30 stce z mentalnością związkową 15 latki, która świata poza chłopakiem nie widzi.
No, kurde, na takim etapie byłaś. Byly powody i to nie jest żadna wina. Tak się życie ułożyło, taki Ci się los wyciągnął, niestety. Mam podobne doświadczenia. Ale mam nadzieję i chcę wierzyć, że to nie wyrok.
Piegowata'76 napisał/a:Byłaś kobietą kochającą za bardzo. Ale to przecież nie grzech.
Wzniosłego w tym zjawisku też nic nie ma
Ludzka rzecz.
Forum bardzo mi pomogło przekonać się, że nie jesteśmy wcale wyjątkowi ze swoimi problemami, kupa ludzi je przeżywa.
rossanka napisał/a:Wtedy tego nie widziałam. Związek nie tak ma wyglądać. Jak na siłę to lepiej się rozejść niż tak to ciągnąc nie wiadomo czemu. Jako wytłumaczenie jednak mogę napisać, ze nie miałam doświadczenia. Powinnam je nabierać jako nastolatka, studentka, zmieniać mężczyzn, spotykać się. A nie dopiero po 30 stce z mentalnością związkową 15 latki, która świata poza chłopakiem nie widzi.
No, kurde, na takim etapie byłaś. Byly powody i to nie jest żadna wina. Tak się życie ułożyło, taki Ci się los wyciągnął, niestety. Mam podobne doświadczenia. Ale mam nadzieję i chcę wierzyć, że to nie wyrok.
paslawek napisał/a:Piegowata'76 napisał/a:Byłaś kobietą kochającą za bardzo. Ale to przecież nie grzech.
Wzniosłego w tym zjawisku też nic nie ma
Ludzka rzecz, zdarza się.
Ale jaka już jestem zaprawiona ![]()
I komplementy na mnie nic nie działają.Kiedyś, jak usłyszałam, że jestem "piękna" to fruwałam pod chmury. Teraz podziękuję, ale nic a nic mnie to nie rusza. Kiedyś wystarczyło, ze facet rzucił mi takich kilka komplementów a ja już byłam cała szczęśliwa. Teraz jestem wyjątkowo odporna i wiem, ze słowo to kompletnie nic nie znaczy. Ogólnie słowa nic nie znaczą jeśli nie idą za ty czyny.
A mnie wciąż sprawia przyjemność, gdy mnie ktoś pochwali, miło skomplementuje, nawet jeśli niczego nowego się nie dowiaduję. Wczoraj na sąsiednim wątku dziewczyny pochwaliły mnie za to, jak piszę, No wiem, że nie najgorzej mi to idzie, ale za każdym razem przyjemnie mi to słyszeć. Nie szkodzi, że nie dostaję już zawału z wrażenia ![]()
A mnie wciąż sprawia przyjemność, gdy mnie ktoś pochwali, miło skomplementuje, nawet jeśli niczego nowego się nie dowiaduję. Wczoraj na sąsiednim wątku dziewczyny pochwaliły mnie za to, jak piszę, No wiem, że nie najgorzej mi to idzie, ale za każdym razem przyjemnie mi to słyszeć.
Nie O To chodzi. Też miło mi słyszeć komplementy Ale tylko miło. W ex związku za komplement gotową byłam rzucić się do stóp. Aż się sama sobie dziwię .
Piegowata'76 napisał/a:A mnie wciąż sprawia przyjemność, gdy mnie ktoś pochwali, miło skomplementuje, nawet jeśli niczego nowego się nie dowiaduję. Wczoraj na sąsiednim wątku dziewczyny pochwaliły mnie za to, jak piszę, No wiem, że nie najgorzej mi to idzie, ale za każdym razem przyjemnie mi to słyszeć.
Nie O To chodzi. Też miło mi słyszeć komplementy Ale tylko miło. W ex związku za komplement gotową byłam rzucić się do stóp. Aż się sama sobie dziwię .
Wiem, wiem.
Czyli dziś lepiej już znasz swoją wartość i panowie nie odkrywają Ci Ameryki. To super, postępy robisz ![]()
Właśnie sobie pomyślałam, że nie zawsze partner u boku jest miarą "sukcesu", ale czasami właśnie jego brak, umiejętność zrezygnowania i niełapania pierwszego, który nas zechce. A to w dużej mierze zadziałało, gdy spotkałam ślubnego.
Z PP było już trochę lepiej, ale też sporo jeszcze musiałam i muszę się nauczyć.
Do trzech razy sztuka? ![]()
Ale jaka już jestem zaprawiona
I komplementy na mnie nic nie działają.Kiedyś, jak usłyszałam, że jestem "piękna" to fruwałam pod chmury. Teraz podziękuję, ale nic a nic mnie to nie rusza. Kiedyś wystarczyło, ze facet rzucił mi takich kilka komplementów a ja już byłam cała szczęśliwa. Teraz jestem wyjątkowo odporna i wiem, ze słowo to kompletnie nic nie znaczy. Ogólnie słowa nic nie znaczą jeśli nie idą za ty czyny.
Co na ciebie działa?
Jesteśmy razem ok 12 lat. Na mnie zadziałała dobroć, strach, nieporadność, a jednocześnie zaradność mojego chłopiny. I to, że nie przeklinał (chociaż ja lubię czasami przekląć), ja przy nim od razu czułam się swobodnie (co zaznaczam nie jest u mnie proste).Nie wygląd mnie przyciągnął, a jego charakter. Jeszcze to, że odpowiadał szczerze na różne pokręcone pytania, bez kręcenia. Nie mam dużego doświadczenia związkowego, ale poczułam się przy nim bezpiecznie, i mimo kilku problemów, które nam się przydarzyły wiem, że ja znalazłam, mam nadzieję, że on też.
Piegowata'76 napisał/a:rossanka napisał/a:Miałabym 50 lat i prowadziła dziecko do zerówki. Wyobrażacie to sobie?
Wielkie mecyje!
Jak mi się zechce, to i stuletnia będę prowadzać dziecko i z dziką uciechą wkręcać ludziom, że to moje rodzone. Albo że adoptowałam na stare lata.Nie. Teraz to bym się bała nawet. Koleżanką ma dziecko z Downem, urodziła jako 35 latka. To nie wygląda tak jak z tych reklam, gdzie skosnookoie małe dziecko słodko się uśmiecha . Na dodatek tam jes 50 dodatkowych chorób, chyba przez te lata nie bylo miesiąca, by dziecko nie bylo w szpitalu . Koleżanka wygląda jak cień człowieka.
Dlatego moja koleżanka usunęła... Lekarze na to zezwolili i ona jakoś powoli dochodzi do siebie...
A kuzynka urodziła późno, około 40-tki i problemów nie ma.
Różnie się ludziom przytrafia...
Faceci mają jakoś łatwiej w tym temacie.
Ale ja też muszę się już pogodzić z tym, że nie będę miała córki...
Ja ciągle mam z tylu głowy, że mój syn zasłużył na lepszą rodzinę, rodziców razem, żyjącego tatę. Tak bardzo tęsknię za maluchem, którym on już nigdy nie będzie. Dumna jestem oczywiście z mojego nastolatka, ale nie nacieszyłam się tymi pierwszymi latami życia dziecka, chciałabym przeżyć to jeszcze raz - najpiękniejsze co mnie w życiu spotkało. Mam swoje lata i swoje problemy ze zdrowiem, drugiego dziecka już raczej nie będzie, nawet jeśli spotkam jakiegoś potencjalnego tatusia.
Nadzieja we wnukach, ale nie będę syna terroryzować moimi marzeniami ![]()
Kurde, chyba każdy za czymś tęskni i czegoś żałuje. Życie...
Piegowata'76 napisał/a:rossanka napisał/a:Nie o to chodzi. Dawałam się poniżać. Na przykład on w ostatniej chwili odwoływał spotkania, albo czasami nie zjawiał sie, ja dzwoniłam i mówiłam, ze już czekam, kiedy on będzie a on mi mówił, że się rozmyślił i dziś nie przyjdzie, albo był zmęczony. Zadzwonić do niego też nie mogłam, bo nie uznawał rozmów przez telefon, chyba, że w konkretnych sprawach tupu zepsuł mi się samochód i dzwonię po poradę. To mi nie odpowiadało ale potulnie siedziałam, co było żałosne. Prezentów też mi nigdy nie dawał, nie abym była interesowna ale byłoby miło. Ja mu zawsze kupowałam na imieniny czy pod choinkę, on nigdy, co też m ie smuciło. Ale powinno mi to dac do myślenia.
Byłaś kobietą kochającą za bardzo. Ale to przecież nie grzech.
Wtedy tego nie widziałam. Związek nie tak ma wyglądać. Jak na siłę to lepiej się rozejść niż tak to ciągnąc nie wiadomo czemu. Jako wytłumaczenie jednak mogę napisać, ze nie miałam doświadczenia. Powinnam je nabierać jako nastolatka, studentka, zmieniać mężczyzn, spotykać się. A nie dopiero po 30 stce z mentalnością związkową 15 latki, która świata poza chłopakiem nie widzi.
Witaj w klubie "niedorozwiniętych"
Ja mam już prawie 49 i mentalność związkową też mam chyba mocno opóźnioną. W ogóle chyba popieprzoną. Jako nastolatek byłem kompletnie "niekochalny" i nie wzbudzałem zainteresowania płci przeciwnej. Wszystko u mnie było mocno zapóźnione, pierwszy "związek", pierwszy pocałunek, pierwszy seks. I do tej pory tego opóźnienia nie potrafię "nadrobić". Wciąż jestem zalękniony, zblokowany.
Bardzo się cieszę, że syn ma dziewczynę, że pod tym względem ma normalny rozwój. Żona zrzędziła, że synuś mógłby mieć fajniejszą dziewczynę, a ja uważałem, że to głupie. Ważne, że ma. A są już ponad 2 lata, więc jednak to nie jest byle co.
Co na ciebie działa?
Jesteśmy razem ok 12 lat. Na mnie zadziałała dobroć, strach, nieporadność, a jednocześnie zaradność mojego chłopiny. I to, że nie przeklinał (chociaż ja lubię czasami przekląć), ja przy nim od razu czułam się swobodnie (co zaznaczam nie jest u mnie proste).Nie wygląd mnie przyciągnął, a jego charakter. Jeszcze to, że odpowiadał szczerze na różne pokręcone pytania, bez kręcenia. Nie mam dużego doświadczenia związkowego, ale poczułam się przy nim bezpiecznie, i mimo kilku problemów, które nam się przydarzyły wiem, że ja znalazłam, mam nadzieję, że on też.
Co rozumiesz przez to, że zadział na Ciebie "strach" i "nieporadność" Twojego faceta ? Ludzie zazwyczaj uciekają od "strachu".
Na pierwszych spotkaniach widziałam jak się bał, jak ruchy słowa były niezręczne, nieporadne, ale jednocześnie był taki prawdziwy. Czułam, że jest prawdziwy. Bez udawania łamacza serc i kroczy. Był taki bardzo normalny, bez gierek, podtekstów. Nie ideał i ja nieidealna, ale czułam, że mogę być sobą. Piszę o początku, początków.
Na pierwszym spotkaniach widziałam jak się bał, jak ruchy słowa były niezręczne, nieporadne, ale jednocześnie był taki prawdziwy. Czułam, że jest prawdziwy. Bez udawania łamacza serc i kroczy. Był taki bardzo normalny, bez gierek, podtekstów. Nie ideał, ani ja nieidealna, ale czułam, że mogę być sobą. Piszę o początku, początków.
Rozumiem co masz na myśli
To dość niezwykłe, że postanowiłaś się przedzierać przez ten gąszcz niezręczności, strachu i nieporadności. Większość ludzi takie coś od razu odrzuca. Marzy nam się partner przebojowy, piękny, inteligentny - słowem ideał
Jak się zjawia jakiś trochę "dupowaty", to "następny proszę"
Tak, że Ajko duży szacun ![]()
Ajko napisał/a:Na pierwszym spotkaniach widziałam jak się bał, jak ruchy słowa były niezręczne, nieporadne, ale jednocześnie był taki prawdziwy. Czułam, że jest prawdziwy. Bez udawania łamacza serc i kroczy. Był taki bardzo normalny, bez gierek, podtekstów. Nie ideał, ani ja nieidealna, ale czułam, że mogę być sobą. Piszę o początku, początków.
Rozumiem co masz na myśli
To dość niezwykłe, że postanowiłaś się przedzierać przez ten gąszcz niezręczności, strachu i nieporadności. Większość ludzi takie coś od razu odrzuca. Marzy nam się partner przebojowy, piękny, inteligentny - słowem ideał
Jak się zjawia jakiś trochę "dupowaty", to "następny proszę"
![]()
Tak, że Ajko duży szacun
"Dupowaty" to partner Ajko nie jest, to są zupełnie inne cechy. In był jak rozumiem taki prawdziwy, miał i wady i zalety i mocne strony i niedociągnięcia. Taki realny człowiek z krwi i kości. I na plus, że nie bawił się w gierki i podchody.
To tak, co do opóźnienia związkowego to byłam i w sumie w jakimś stopniu też jestem. Koleżanki są na etapie wyboru szkoły, liceum dla dziecka, czy krytzysu małżeńskiego po 10 czy 15 latach, po kłótniach z teściami i wspólnych kredytach, Ja jestem tu na etapie 25 latki wchodzącej w związkowe życie (chociaż są i 25 latki z 5 letnim stażem małżeńskim i z 2 dzieci, ale nie o to chodzi).
Misinx napisał/a:Ajko napisał/a:Na pierwszym spotkaniach widziałam jak się bał, jak ruchy słowa były niezręczne, nieporadne, ale jednocześnie był taki prawdziwy. Czułam, że jest prawdziwy. Bez udawania łamacza serc i kroczy. Był taki bardzo normalny, bez gierek, podtekstów. Nie ideał, ani ja nieidealna, ale czułam, że mogę być sobą. Piszę o początku, początków.
Rozumiem co masz na myśli
To dość niezwykłe, że postanowiłaś się przedzierać przez ten gąszcz niezręczności, strachu i nieporadności. Większość ludzi takie coś od razu odrzuca. Marzy nam się partner przebojowy, piękny, inteligentny - słowem ideał
Jak się zjawia jakiś trochę "dupowaty", to "następny proszę"
![]()
Tak, że Ajko duży szacun
"Dupowaty" to partner Ajko nie jest, to są zupełnie inne cechy. In był jak rozumiem taki prawdziwy, miał i wady i zalety i mocne strony i niedociągnięcia. Taki realny człowiek z krwi i kości. I na plus, że nie bawił się w gierki i podchody.
To tak, co do opóźnienia związkowego to byłam i w sumie w jakimś stopniu też jestem. Koleżanki są na etapie wyboru szkoły, liceum dla dziecka, czy krytzysu małżeńskiego po 10 czy 15 latach, po kłótniach z teściami i wspólnych kredytach, Ja jestem tu na etapie 25 latki wchodzącej w związkowe życie (chociaż są i 25 latki z 5 letnim stażem małżeńskim i z 2 dzieci, ale nie o to chodzi).
Dla jednych jest "dupowaty" (nie dla mnie), a dla innych prawdziwy
Chodzi mi o pewien trend jaki jest generalnie obecnie w relacjach ludzkich. Większość ludzi "stroszy piórka" i stara się być jak najlepszą wersją siebie, nie zawsze prawdziwą. Ale to działa tak dlatego, że największy "obrót w interesie" mają właśnie tacy "podlukrowani ludzie"
Smutne, ale prawdziwe. "Prawdziwość" słabo się sprzedaje.
Zawsze możesz sobie znaleźć w pakiecie faceta z nastolatkiem, albo nastolatką i szybko dogonisz koleżanki
Ja tak kiedyś zrobiłem, że wziąłem kobietę z dzieckiem i przeskoczyłem etap pieluch, wstawania w nocy itd.
Jakby ktoś pytał to mam syna w wieku dość pasującym do mnie ![]()
ale jestem zła. Przyszła lampka i klosz pogięty. Reklamację już złożyłam.
Poza tym, na białej ścianie biały klosz chyba jednak średnio wygląda.
Czy czarny będzie pasował? A może szary?
Nie potrafię sobie wyobrazić, jak to będzie wyglądało...
Faktycznie.. ale jako wałek do masażu się nada..:)
Podoba Ci się to zostaw, ale jak nie bardzo to lepiej całość odesłać, bo z doświadczenia wiem, że potem zaczyna drażnić.
kiedyś kupiłam piękny designerski puf w pepitkę.. pomieszkał 12 godzin i pojechał do domu..
że klosz? Nie nada się, za miękki. A podstawa za bardzo mi się podoba, żeby za wałek robiła :-)
Do masażu najlepsze duże, męskie dłonie.
Nie wiem tylko czy czarny czy szary klosz... Mój się puka w głowę jak słyszy o czarnym... Mówi - jeszcze czarną żarowkę kup ![]()
Strony Poprzednia 1 … 57 58 59 60 61 … 196 Następna
Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź
Forum Kobiet » NASZA SPOŁECZNOŚĆ » 30latek-, czyli gra małego palucha Paslawka
Warto przeczytać w tym dziale
Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności
© www.netkobiety.pl 2007-2026