O, proszę, miałam napisac, że toaletowe utensylium jest wielokrotnego użytku, i dopiero teraz zauważyłam dopisek: "Można prać!"
Ale pieluszki mojego syna zdecydowanie były przyjemniejsze w obsłudze
(w domu używałam z oszczędności tetrowych, dopóki mały nie podrósł i nie zaczął się zasikiwać po same uszy
)
Rozmawiać kocham, ale to nie znaczy, że lubię paplanie bez względu na wszystko. Męczące bywają osoby nadające bez przerwy. Lubię chyba równowagę, bo nie najlepiej też czuję się w towarzystwie, które niewiele ma do powiedzenia, które nie reaguje na moje wypowiedzi, nie podtrzymuje rozmowy. Wygłaszaniem monologów ani mówieniem do ściany nie jestem zainteresowana. Lubię wymianę myśli i emocji.
Słowo pisane to jeszcze inna sprawa, to sposób, by dać temu, co się, co się we mnie gromadzi. Lubię utrwalać chwile, zapamiętywać je, delektować się. Pisząc odprężam się i porządkuję myśli.
Czytuję blogi i wśród nich najbardziej fascynują mnie te, które potrafią najzwyklejsze rzeczy opisywać niebanalnie, które tak ozdabiają codzienność, ze chce się iść w ślady autorów. Jednym z moich ulubionych jest "Prywatna historia", autorki pod pseudonimem e-ka (o ile dobrze zapamiętałam pisownię). Ta kobieta wiedzie spokojny, wręcz jednostajny żywot, ale jak cudownie go opisuje - jak ona patrzy, jak pisze, jak czuje! Też coś niecoś skrobię, najchętniej po prostu o codzienności, kocham poezję zwykłego życia, delektowanie się zwyczajnością, ale tak ładnie o tym pisać chyba nie potrafię.
Na forum też mam takowe zapędy, choć trochę je temperuję, bo chyba pisanie o codzienności interesuje przede wszystkim autorów
Na blogu, choć niby publicznie, ale jednak bardziej piszę dla siebie. Jeśli komuś się spodoba, zechce wejść w interakcję z autorem, to fajnie, ale jeśli nie - to i tak zadanie bloga spełnione: wyrazić to, co w duszy gra.
Bagienniku, fajne ptaki wrzuciłeś na Fb. Mam wrażenie, że dobrze im w kraju kanałów (kurczę, ale zabrzmiało!
).
Przypomniało mi się, jak kiedyś plotkowałam z bratową i jej koleżanką w kuchni bratowej i nagle koleżanka zwróciła uwagę na chmarę ptaszków żerujących na zaokiennej jarzębinie przed blokiem. Trudno było je rozpoznać z odległości, ale obstawiam kwiczoły.
A jak byłam dzieckiem, chodziłam do "ogromnej" sześcioklasowej szkoły (potem szło się do innej miejscowości), liczącej sobie poniżej setki uczniów, gdzie tuż za oknem naszej klasy rosła jarzębina. Zlatywały się do niej śliczne jemiołuszki.
Kurczę, a może dać sobie spokój z warzywami i urządzić na działce azyl dla ptactwa? Myślałam o tym, ale nie wiem, czy pomysł spodobałby się sąsiadom. Wiecie - cień na sąsiednich zagonach, wyjadanie nasion itd.
Gdyby możliwości były większe, nie pogardziłabym domkiem z ogródkiem do całkowitej dyspozycji. Byłby dziki i pozornie zaniedbany, z krzakami jarzębin i orzechów laskowych, wabiącymi ptaki, jeże i wiewiórki. Wiosną nie kosiłabym trawy, póki nie odfrunie ostatni dmuchawiec. W obecnych warunkach muszę się dostosować do realiów i nie na wszystko mogę sobie pozwolić.
Eeeech, marzenia i fantazje! 
Trza się cieszyć tym, co jest 
...No, dobra, my tu gadu-gadu... Do garów, marzycielko kopnięta!
Pozdro dla wszystkich!
