Kapeluszu (
), co masz na myśli z tym niezrozumieniem problemu?
I tak sobie można do śmierci mówić, że ja mam traumę, źle mnie traktowali w dzieciństwie, więc nic z tym nie robię, tylko narzekam na paskudny świat i strasznych facetów. Ale co to da?
Nie chodzi o to, by trauma zniknęła, tylko by nie przeszkadzała żyćByłam w życiu chwalona, ale byłam też wręcz gnojona, szykanowana, bita i zapewniam, że to mojego życia nie determinuje, choć utrudnia i bez wątpienia ma wpływ.
Postanowiłam wreszcie poszukać terapeuty, żeby pojąć, co robię nie tak w swoim życiu osobistym. Już wiem, widzę, że na własną rękę tej zagadki nie rozwiążę, albo potrwa to kolejnych sto lat.
Nie chcę na razie o tym pisać, ale jestem na dobrej drodze
Hej, u mnie podobnie. Poprzednia nieudana relacja porozwodowa pokazała mi, że jeszcze nie wszystko miałam przepracowane. Także ja już znowu na terapii
Nie chcę w kółko robić tych samych albo podobnych błędów, chcę si e w końcu uwolnić od tych schematów z dzieciństwa.
Piegusiu,
a może dać dobie spokój z szukaniem tak upragnionej miłości,
i zostać mniszką?
Tam podobno ludzie mili, pozytywni, serdeczni, wszyscy się kochają, wspierają,
życie jakby w innym świecie.
Piegusiu,
a może dać dobie spokój z szukaniem tak upragnionej miłości,
i zostać mniszką?
Tam podobno ludzie mili, pozytywni, serdeczni, wszyscy się kochają, wspierają,
życie jakby w innym świecie.
To żart ?
Nie liczyłbym na to, że takich zamkniętych społecznościach ludzie są mili, serdeczni itd. Tam jest tak samo jak wszędzie indziej. Zdarza się mobbing, przemoc, gnojenie itp. Wszystko zależy od tego jacy się ludzie trafią. A bywa różnie. Poza tym nie wszystkim izolacja służy z czasem.
Hmm... Kapelutku, przypomniałaś mi książkę świetnego pisarza, Archibalda Josepha Cronina: "Trzy miłości".
Bohaterka miała na imię Lucy, o ile dobrze pamiętam. Książka dzieli się na trzy części. W pierwszej mowa o mężu, który umiera. W drugiej całą miłość Lucy "pakuje" w syna, która to emocjonalna inwestycja niespecjalnie jej się zwraca, zupełnie już nie pamiętam, co się z tym synem działo (dawno to czytałam, ze 20 lat temu). W ostatniej części udaje się do klasztoru, bo odkrywa sobie powołanie (albo tylko jej się tak wydaje). No i okazuje się, że zakonnice też ludzie, że w klasztorze też nie brakuje małostkowości i ludzkich słabości. Na końcu Lucy chyba umiera.
Wiesz, przeczytałam tę książkę, podobała mi się, ale chyba dopiero teraz głębiej się nad nią zastanowiłam...
Wydaje mi się, że Lucy wciąż szukała miłości poza sobą.
786 2021-03-10 10:34:21 Ostatnio edytowany przez bagienni_k (2021-03-10 10:35:04)
Mam wrażenie, że zbyt często ludzie taplają się w tej swojej przeszłości, i to naprawdę czasami niekoniecznie dotyczącej względnie poważnych spraw. Chociaż im bardziej byłyby poważne, tym mocniej zapewne wpływa na to, gdzie się obecnie znajdujemy. Ale właśnie..Nie pozostaje nam nic innego, jak zaakceptować to, co było i iść nowo obraną drogą. Jeśli oczywiście wiemy, jaką. Użalanie się nad sobą i obwinianie wszystkich dookoła o swoje nieszczęście sprawia wrażenie, jakby ktoś był odpowiedzialny za nasze życie i nasze szczęście. Tymczasem jesteśmy za nie odpowiedzialni my sami ![]()
Panna z Kapeluszem napisał/a:Piegusiu,
a może dać dobie spokój z szukaniem tak upragnionej miłości,
i zostać mniszką?
Tam podobno ludzie mili, pozytywni, serdeczni, wszyscy się kochają, wspierają,
życie jakby w innym świecie.To żart ?
Nie liczyłbym na to, że takich zamkniętych społecznościach ludzie są mili, serdeczni itd. Tam jest tak samo jak wszędzie indziej. Zdarza się mobbing, przemoc, gnojenie itp. Wszystko zależy od tego jacy się ludzie trafią. A bywa różnie. Poza tym nie wszystkim izolacja służy z czasem.
w samo sedno ![]()
788 2021-03-10 10:37:26 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2021-03-10 10:58:18)
No, proszę, Misinx, oboje wypowiedzieliśmy tę samą myśl w tym samym czasie
Bagiennik,taplanie się jest bezcelowe i mało konstruktywne, ale faktem jest, że dana rzecz nie daje czasem spokoju, dopóki się z nią nie rozprawimy.
Jak już zaczęłam z książkowymi przykładami, to powołam się jeszcze na Wandy Półtawskiej "I boję się snów". Autorkę po wojnie wciąż dręczyły koszmary z obozu w Ravensbruck. Dopiero gdy spisała swoje wspomnienia, sny ustały
Wszędzie czytam, że miłości się nie szuka. To nie to samo, co rozglądanie się za partnerem (to już mój własny wniosek), bo miłość po prostu jest.
Nad tym ostatnim mocno się zastanawiałam, ale dziś się z tym zgadzam.
Tak słyszałam o niezbyt miłych historiach zakonnic, z polskich klasztorów, i nie tylko,
ale podobno buddyzm to religia bardziej przyjazna?
co za tym idzie ludzie trochę inni?
No, proszę, Misinx, oboje wypowiedzieliśmy tę samą myśl w tym samym czasie
Bagiennik,taplanie się jest bezcelowe i mało konstruktywne, ale faktem jest, że dana rzecz nie daje czasem spokoju, dopóki się z nią nie rozprawimy.
Jak już zaczęłam z książkowymi przykładami, to powołam się jeszcze na Wandy Półtawskiej "I boję się snów". Autorkę po wojnie wciąż dręczyły koszmary z obozu w Ravensbruck. Dopiero gdy spisała swoje wspomnienia, sny ustały.
Często jest też tak że się "taplamy", a to taplanie wynika z wpojonych schematów. Człowiek myśli, że "taki jest", dopóki nie znajdzie źródeł swoich zachowań, i zrozumie, skąd się to wzięło, i że można inaczej. I tu często przychodzi z pomocą terapeuta właśnie.
791 2021-03-10 11:03:05 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2021-03-10 11:07:26)
Nie znam buddystów, nie wypowiem się, ale nie byłabym taka pewna.
O, znowu mi się książka przypomniała, jeszcze z dzieciństwa: "Lacho z rodu Ha". Autora za Chiny nie pamiętam, ale w internecie można sprawdzić. Lacho zostaje oddany przez rodziców do klasztoru (w Tybecie rzecz się dzieje) i ucieka stamtąd po biciu, jakie sprawili mu za jakieś przewinienie. Woli być koczownikiem i paść jaki ![]()
Myślę, że wszędzie, gdzie są jakieś ideały, są też wypaczenia
Dochodzę do wniosku, że nie lubię instytucjonalizowania światopoglądu i duchowości. Wolę swoją drogą dochodzić do Boga. Chociaż każda religia może być źródłem inspiracji, czego dowodzi choćby de Mello.
792 2021-03-10 11:04:12 Ostatnio edytowany przez bagienni_k (2021-03-10 11:07:22)
Piegus, musisz przyznać jednak, że ogromną rolę odgrywa skala i rodzaj przeżyć, jakich człowiek doświadcza. Naprawdę, ciężko mi sobie wyobrazić, poza może śmiercią bliskiej osoby czy osób, większą tragedię, jaka może spotkać człowieka w życiu, niż to, co widzieli i doświadczali ludzie podczas wojny. My tego NIGDY(miejmy nadzieję) nie zrozumiemy, bo to nie ta skala. Rozpaczamy, jak utracimy bliską osobę w wypadku lub chorobie, niektórzy padają ofiarami przestępstw. Tak czy inaczej - to jest potworna tragedia dla jednostki. Natomiast ciężko pojąć, jak człowiek jest w stanie znieść zło wymierzone w ludzkość w znacznie większej skali, gdzie na skutek fanaberii jednego czy kilku popaprańców, na śmierć skazywane są miliony.
Widocznie takie kroki, jak zwierzenie się czy właśnie spisanie wspomnień przynosi człowiekowi ulgę.
Bagiennik, obiektywnie masz rację, ale ludzie różną mają wrażliwość, różną emocjonalność i różne doświadczenia. Lepiej nie oceniać.
Stres w sytuacjach ekstremalnych to też ciekawe zjawisko, ale nie bardzo mam czas, by się o tym rozpisywać.
794 2021-03-10 11:22:28 Ostatnio edytowany przez bagienni_k (2021-03-10 11:22:50)
Nie wiem, według mnie, sama świadmość, że nie jestem pępkiem świata i nie wszystko się kręci wokół mnie, już pomaga zrozumieć, że takie czy inne rzeczy się zdarzają i należy sobie z nimi radzić. Nie jestem emocjonalnym głazem, żeby mnie coś nie wzruszało, ale jeśli ludzie kilk lat(!) przeżywają swoje błędy, porażki czy potknięcia, dodatkowo obwiniając o swoje nieszczęście innych, to coś tu jest chyba nie tak...
Nie wiem, według mnie, sama świadmość, że nie jestem pępkiem świata i nie wszystko się kręci wokół mnie, już pomaga zrozumieć, że takie czy inne rzeczy się zdarzają i należy sobie z nimi radzić. Nie jestem emocjonalnym głazem, żeby mnie coś nie wzruszało, ale jeśli ludzie kilk lat(!) przeżywają swoje błędy, porażki czy potknięcia, dodatkowo obwiniając o swoje nieszczęście innych, to coś tu jest chyba nie tak...
Przeżywać można nie tylko swoje błędy, ale też zachowania innych i w ogóle "świat".
Każdy ma takie punkty, które trafiane często i regularnie, a jeszcze w krytycznych okresach życia, zostawiają urazy w sumie nie do zagojenia. Poza tym, jak pisze Piegowata, każdy ma własną wrażliwość. Dlatego jestem daleka od dzielenia problemów na obiektywne i urojone... Każdy problem, istotny dla danej osoby, może całkiem obiektywnie spieprzyć jej życie.
796 2021-03-10 11:37:36 Ostatnio edytowany przez Panna z Kapeluszem (2021-03-10 11:47:23)
Ja niestety również nie znam mniszek/mnichów, ale może podpytam
w dziale Religia, może jest wśród nas mniszka, albo ktoś kto zna mniszkę,
i napisze coś na ten temat.
Do klasztoru chrześcijańskiego trochę bałabym się iść, słyszałam wiele niemiłych historii, w klasztorze chrześcijańskim
musiało by się trochę zmienić.
Ja wiele bym tam zmieniła, zakonnice miały by takie same prawa jak księża, jakby zakonnica chciała wyjść bez habitu to mogłaby to robić
(księża moga sobie chodzić bez habitu inkognito) i wcale nie musiała by wiele godzin klękać nad modlitwą, wystarczyło by 3 razy dziennie/niedługo, jakby chciała mogła by do salonu chodzić
by mieć ładna fryzurę, lekki makijaż, jeżeli miała by ochotę, to miały by prawo do tego żeby dbać o siebie(prawo do ładnych ubrań, prawo do lekkiego makijażu, prawo do ładnych fryzur)
I mogłyby przebywać tam tylko miłe serdeczne kobiety, empatyczne, wyrozumiałe, złośliwych zołz gruboskórnych, egoistycznych, zazdrośnic,
mało tolerancyjnych, plotkarzy,
mało empatycznych, nie przyjełabym ![]()
797 2021-03-10 11:42:39 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2021-03-10 11:49:59)
Marzenia, marzenia... Do takiego zakonu to sama mogłabym wstąpić ![]()
Ale nie wierzę w takowe.
W tych społecznościach jest hierarchia, rozgrywki i interakcje - no, życie. A udawanie, że wszystko cacy, nie służy cnotliwemu życiu
I nie po to się idzie do klasztoru, by tęsknić za makijażęm i fryzurą. Habit ma wymiar symboliczny i głębszą wymowę.
P.S. Opowiadała mi znajoma, która pracowała u księży, jak jeden z nich palnął o zakonnicach: "Ty wiesz, jaką one bieliznę noszą?!".
Ech, pozory, pozory... Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.
Jeśli osoba nie odczuwająca powołania idzie do zakonu, to jest to ucieczka przed prawdziwym życiem i tworzenie sobie iluzji wyboru. Lepiej się zmierzyć z tym co jest, i w tym próbować odnaleźć, bo to jest prawda o nas, przed którą i tak nie da się uciec. Jak to mówią, jakbyś się nie obrócił, d... z tyłu.
Przeżywać można nie tylko swoje błędy, ale też zachowania innych i w ogóle "świat".
Każdy ma takie punkty, które trafiane często i regularnie, a jeszcze w krytycznych okresach życia, zostawiają urazy w sumie nie do zagojenia. Poza tym, jak pisze Piegowata, każdy ma własną wrażliwość. Dlatego jestem daleka od dzielenia problemów na obiektywne i urojone... Każdy problem, istotny dla danej osoby, może całkiem obiektywnie spieprzyć jej życie.
Widzisz, ja z kolei nie mogę funkcjonować bez jakiegoś podziału, który i tak obiektywnie istnieje, tylko ludzie w chwilach kryzysu widzą wyłącznie swoje problemy. Nie mogą się zgodzić, że np brak partnera życiowego, przynajmnijej przez jakiś czas miałby być bardziej dotkliwy niż śmierć bliskiej osoby z rodziny czy brak pracy i śrtodków do życia.
Urazy nie do zagojenia? Hmm, nie wiem, czy w ten sposób należy na to patrzeć..Zastanawiam się, jaką drogę obierają ludzie na różnych terapiach, kiedy w końcu stają przed wyzwaniem, aby zamknąć pewien rozdział w życiu, aby zacząć nowy. Kiedy tymczasem rozpamiętują w nieskończoność tą przeszłość i tkwią w ciasnej klatce nie móc się uwolnić.
800 2021-03-10 11:53:50 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2021-03-10 12:02:37)
Bagiennik, są różne dyspozycje intelektualne i emocjonalne, bierzmy na to poprawkę.
Czasem drobiazg może mieć dla kogoś kolosalne znaczenie. Czytałeś o tzw. imponderabiliach? Takie ciekawe słówko ![]()
Np. rozpacza dziewczyna, bo ktoś powiedział, że ma krzywy nos. A może ten nos to tylko wycinek czegoś większego? Może od dziecka jej wmawiano, że jest beznadziejna, brzydka, że nikt jej nie zechce, może ją wyśmiewano, poszturchiwano, wykluczono z towarzystwa rówieśników? Niekoniecznie za nos, ale z powodu słabości, wycofania i podatności na zranienie, którą w niej widać na kilometr? Za inność i osobność. Może odrzucali ją najważniejsi i najbliżsi? Znam dziewczynę, dziś dorosłą, na którą pluła własna psychicznie chora matka, nazywała ją k...ą i oblewała gorącą herbatą.
Trzeba coś robić ze swoimi problemami, ale nie każdy wie, jak się do tego zabrać, nie każdy ma wsparcie i odwagę, by wsparcia poszukać. A może się wstydzi, że taki jest słaby, a jego kłopoty takie głupie?
801 2021-03-10 11:59:54 Ostatnio edytowany przez Panna z Kapeluszem (2021-03-10 12:05:29)
Marzenia, marzenia... Do takiego zakonu to sama mogłabym wstąpić
Ale nie wierzę w takowe.
W tych społecznościach jest hierarchia, rozgrywki i interakcje - no, życie. A udawanie, że wszystko cacy, nie służy cnotliwemu życiu
I nie po to się idzie do klasztoru, by tęsknić za makijażęm i fryzurą. Habit ma wymiar symboliczny i głębszą wymowę.P.S. Opowiadała mi znajoma, która pracowała u księży, jak jeden z nich palnął o zakonnicach: "Ty wiesz, jaką one bieliznę noszą?!".
Ech, pozory, pozory... Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.
Piegusiu, ale księża mają dostęp do rozrywki, podróżują, piją, poznają różnych ludzi, chodzą na prostytutki, maja seks, mają kochanki, mogą się „obżerać”
bywa ze inni im usługują, często dla wielu są autorytetem, bywa ze chodzą bez swojej Sutanny ![]()
To dlaczego siostry zakonne
nie miały by lekkiej swobody?
802 2021-03-10 12:04:36 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2021-03-10 12:14:41)
No cóż... scheda po patriarchalizmie
Na szczęście nikt nikogo przymusem do klasztoru nie wysyła (miejmy nadzieję), a i wycofać się można.
Kurde, uciekam od Was. Musicie tak ciekawie dyskutować? ![]()
Ale stwierdzenie że komuś wygodniej będąc
w roli ofiary, świadczy o nierozumieniu problemu.
A może właśnie o zrozumieniu problemu? <pytanie retoryczne> Niestety niektórym osobom będącym w takiej sytuacji trudno jest w ogóle dopuścić do siebie myśl, że mają z tego jakieś profity, a te są i to wcale nie tak małe. Długo tego mechanizmu nie rozumiałam, ale tak to działa i jest częstsze niż nam się wydaje.
804 2021-03-10 13:35:07 Ostatnio edytowany przez Tonia80 (2021-03-10 13:39:42)
niepodobna napisał/a:Przeżywać można nie tylko swoje błędy, ale też zachowania innych i w ogóle "świat".
Każdy ma takie punkty, które trafiane często i regularnie, a jeszcze w krytycznych okresach życia, zostawiają urazy w sumie nie do zagojenia. Poza tym, jak pisze Piegowata, każdy ma własną wrażliwość. Dlatego jestem daleka od dzielenia problemów na obiektywne i urojone... Każdy problem, istotny dla danej osoby, może całkiem obiektywnie spieprzyć jej życie.Widzisz, ja z kolei nie mogę funkcjonować bez jakiegoś podziału, który i tak obiektywnie istnieje, tylko ludzie w chwilach kryzysu widzą wyłącznie swoje problemy. Nie mogą się zgodzić, że np brak partnera życiowego, przynajmnijej przez jakiś czas miałby być bardziej dotkliwy niż śmierć bliskiej osoby z rodziny czy brak pracy i śrtodków do życia.
Urazy nie do zagojenia? Hmm, nie wiem, czy w ten sposób należy na to patrzeć..Zastanawiam się, jaką drogę obierają ludzie na różnych terapiach, kiedy w końcu stają przed wyzwaniem, aby zamknąć pewien rozdział w życiu, aby zacząć nowy. Kiedy tymczasem rozpamiętują w nieskończoność tą przeszłość i tkwią w ciasnej klatce nie móc się uwolnić.
Bagiennik nie tak łatwo stanąć twarzą w twarz ze swoim bólem, emocjami czy ułomnościami. Niektórzy nie mają tyle siły, wolą zepchnąć wszystko do podświadomości i dalej włączyć tryb "przetrwanie". I nie można mieć do tych osób o to pretensji.
805 2021-03-10 15:01:12 Ostatnio edytowany przez bagienni_k (2021-03-10 15:01:58)
Bagiennik, są różne dyspozycje intelektualne i emocjonalne, bierzmy na to poprawkę.
Czasem drobiazg może mieć dla kogoś kolosalne znaczenie. Czytałeś o tzw. imponderabiliach? Takie ciekawe słówko
Np. rozpacza dziewczyna, bo ktoś powiedział, że ma krzywy nos. A może ten nos to tylko wycinek czegoś większego? Może od dziecka jej wmawiano, że jest beznadziejna, brzydka, że nikt jej nie zechce, może ją wyśmiewano, poszturchiwano, wykluczono z towarzystwa rówieśników? Niekoniecznie za nos, ale z powodu słabości, wycofania i podatności na zranienie, którą w niej widać na kilometr? Za inność i osobność. Może odrzucali ją najważniejsi i najbliżsi? Znam dziewczynę, dziś dorosłą, na którą pluła własna psychicznie chora matka, nazywała ją k...ą i oblewała gorącą herbatą.
Trzeba coś robić ze swoimi problemami, ale nie każdy wie, jak się do tego zabrać, nie każdy ma wsparcie i odwagę, by wsparcia poszukać. A może się wstydzi, że taki jest słaby, a jego kłopoty takie głupie?
Jestem tego świadomy, że ludzie mają różną wrażliwość, jednak miałem na myśli raczej przeciętny typ, gdzie owe dyspozycje nie są specjalnie nadszarpnięte, chociażby na skutek trudnego dzieciństwa. Jeśli taka uwaga o nosie okaże się tylko częścią większego problemu, to często bez terapi się nie obejdzie. Co innego jednak, jak to jest wyłącznie fanaberia albo brak dystansu do siebie. Problem cały w tym, że to odbiorca kształtuje przekaz i tylko on wie, jaki ten komunikat przynosi skutek.
Sporo osób może mieć takie problemy w młodości, ale potem udaje im się wyjść na prostą. Szczęście w tym wszystkim, że można w dzisiejszych czasach uzyskać specjalistyczną pomoc w takich kwestiach.
806 2021-03-10 15:18:43 Ostatnio edytowany przez MagdaLena1111 (2021-03-10 15:19:34)
(...) Każdy problem, istotny dla danej osoby, może całkiem obiektywnie spieprzyć jej życie.
Zgoda, co do tego, że problem istotny dla danej osoby może jej zniszczyć życie. Jednak przy „obiektywnie” postawiłabym wielki znak zapytania.
Bo to, co istotne dla danej osoby niekoniecznie musi buć istotne dla każdej innej osoby, co już wyklucza obiektywizm, lecz bardziej chodzi mi o to, że w pewnych okolicznościach lub z pewnych powodów mocno na czymś się fokusujemy, co utrudnia obiektywizm. Wtedy właśnie może przydać się perspektywa kogoś z boku, kto pomoże zobaczyć sytuację z innej perspektywy, może nawet dostrzec jej plusy w całej stercie minusów, a na końcu okaże się, że to tak do końca albo nawet w ogóle życia (nie) zniszczyło.
807 2021-03-10 15:22:43 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2021-03-10 15:26:05)
Mnie się wydaje, Bagiennik, że taki brak dystansu zawsze świadczy o większym problemie. Wręcz wyczytałam gdzieś, że jeśli tak mocno na coś reagujemy, to może z dużym prawdopodobieństwem świadczyć, że wynieśliśmy to z dzieciństwa.
Toniu, może właśnie dlatego niektórzy wolą taplać się w bagienku, bo konfrontacja jest zbyt bolesna, bo trzeba zmierzyć się emocjami - strachem, wstydem i czym tam jeszcze.
Zauważyłam też, że ta wspomniana przeze mnie koleżanka "jedzie" na głaskaniu jej po główce i współczuciu. To jej wystarcza, realne wsparcie odrzuca wynajdując tysiące powodów.
Zauważyłam też, że ta wspomniana przeze mnie koleżanka "jedzie" na głaskaniu jej po główce i współczuciu. To jej wystarcza, realne wsparcie odrzuca wynajdując tysiące powodów.
To jest również jeden z profitów, o których powyżej wspomniałam, a które można uzyskać wchodząc w rolę ofiary. Innymi są możliwość usprawiedliwiania własnych, życiowych niepowodzeń, na które ma się wpływ, ale trzeba byłoby poświęcić temu uwagę i włożyć pracę, to jest uwaga ważnych dla siebie osób, której w inny sposób nie można uzyskać (taką tendencję mają np. kobiety zdradzone przez swoich partnerów, które w nieskończoność potrafią rozgrzebywać temat, pomimo że zdecydowały się dać zdrajcy szansę), to jest racjonalizowanie sobie niechęci do jakichkolwiek zmian, usprawiedliwianie braku działania w przeróżnych aspektach życia itd.
Niektórym trudno to zaakceptować i głośno przyznać choćby dlatego, że wówczas wypadałoby być uczciwym i z tych profitów zrezygnować.
809 2021-03-10 22:47:43 Ostatnio edytowany przez bagienni_k (2021-03-10 22:49:49)
Jeśli komuś "wystarcza" i go zadowala samo głaskanie i pocieszanie, to już się kwalifikuje na terapię. Osoba taka oczekuje, że ktoś za nią rozwiąże każdy problem i pokieruje jej życiem lub przynajmniej będzie doradzać za każdym razem, gdy zajdzie taka potrzeba. Nie jest w stanie pojąć, że sama musi wziąć sprawy w swoje ręce.
Trochę to przypomina ten dowcip o staruszku, który utknął w domu w czasie powodzi. Przyjeżdża ekipa ratunkowa i chce go zabrać, ale staruszek odmawia, twierdząc, że Bóg go ocali. Sytuacja się powtórzyła kilka razy, po czym faceta zalało. Już przed św Piotrem dziwi się, dlaczego go Bóg nie uratował, na co Bóg zdziwiony pyta: Jak to, przecież posłałęm po Ciebie kilka razy ekipę ratunkową na łodziach!"
Byłam na pierwszej randce z tindera. Chciałam Ci Autorko tego tematu trochę podrzucic do przemyślenia. Facet względnie ok, dość przystojny, itp. Ale bardzo dużo mówił o ludziach, narzekał na nich, na kobiety z portali, ogólnie wciąż oceniał innych. Trochę pomyślałam o tym temacie, może jest coś co mogłabyś zmienić w rozmowach? Nawet tu nie chodzi o krytykowanie innych a mówienie o ludziach na jakichś spotkaniach. Prawdę mówiąc miałam gdzieś te jego wywody, po niespełna półtorej godzinie pakowalam się do wyjścia. Na każdego temat miał jakieś zdanie. Nie spotykam sie z kimś żeby słuchać narzekania na innych. Dużo mówił, ja słuchałam, nawet nie chciało mi się forsować swoich racji bądź sugerować mu że to słabe bardzo tak marudzić.
Może tak prowadzisz też rozmowy i dlatego trudno coś zawiązać? Może warto się temu przyjrzeć. Po Twoich postach wnoszę, że masz źle zdanie ogólnie o ludziach i chętnie się tym dzielisz. Taki wniosek. A sobie gratuluję że chciało mi się wreszcie ruszyć tyłek. ![]()