I_see_beyond napisał/a:Snake napisał/a:Jak pisałem, rzeczowe odniesienie się do zagadnienia wymagałoby jakichś konkretów, a ja nie wiem kto jest na tym forum i czy nie rozszyfruje odniesień. Ogólnikowo - nie wierzę w bzdury, że facetów upokarza (kastruje) sam związek z silną, niezależną kobietą. Tak jak nie uważam, że kastruje spacerowanie z dziecięcym wózkiem czy ugotowanie obiadu. Nie uważam, że ma to w ogóle związek z pozycją kobiety. Po prostu są kobiety, które robią wszystko aby zrobić ze swojego faceta bezwolnego eunucha. Znam takie przypadki kiedy to się dzieje, a kobieta jest gorzej sytuowana od faceta i kiedy jest lepiej sytuowana. Z drugiej strony znam przypadki kiedy ze wszechmiar bardziej przebojowa kobieta nie robi ze swojego faceta przydupasa. Nie widzę więc w tym nowego zjawiska, które uruchomił umownie zwany feminizm i inne izmy. Raczej ułatwiły rozpowszechnianie się tego co było od dawna znane. W myśl tego facet ma być bezwolną kukłą ślepo wykonującą polecenia Pani. Przykłady takiego niszczenia znam dość dobrze. Nie znam przyczyn, bo tu musiałbym się wgłębić w życie konkretnych osób. Czy ja byłem w ten sposób niszczony?
Niewątpliwie ale tu akurat mam jakieś głębsze rozpoznanie przyczyn. Czy się temu poddałem? Raczej nie. Dlaczego? Sam do końca nie wiem. Podejrzewam, że częściowo to jednak wpływ ojca. Teoretycznie całkowicie podporządkowany żonie, która bez dwóch zdań była tą inteligentniejszą połówką
W dodatku niesamowicie silną psychicznie. Ojciec zdawał na jej barki wszystko, łącznie ze swoimi zarobkami. Nie mniej roztaczał taką aurę siły, męskości, apodaktyczności. Moja kobita do dziś twierdzi, że niewielu widziała podobnie męskich facetów, a miał już swoje lata. Na ile poznałem dziadka i ile słyszałem, to był taki sam tylko do kwadratu
A babcia też do mimoz nie należała.
Druga część, byłem dzieckiem nadwrażliwym. Żeby nie zginąć w szkole i na ulicy musiałem wytworzyć mechanizmy obronne, bo takie dzieci się gnoi. Musiałem nauczyć się odporności i agresji, bo najlepszą obroną zawsze jest atak. Faktem jest, że przez pierwsze lata związku byłem skołowany, bo nie do końca rozumiałem za co i dlaczego jestem atakowany i to przez teoretycznie najbliższą osobę. Z czasem jednak okrzepłem i pozwoliłem działać wyuczonym mechanizmom obronnym. Co oczywiście eskalowało konflikt pod niebiosa. Potem nadszedł czas zimnej wojny
, gdzie każda ze stron ma linię obronną z wieżyczkami strzelniczymi. Nikt nie chce wywiesić białej flagi
Nie narzekam, bo jak zerknę na pobliskie mi przykłady, gdzie faceci już dawno temu wywiesili białą flagę, to wiem, że warto walczyć ha, ha. Parę lat temu miałem rozmowę z panią psycholog, która mnie kompletnie zaskoczyła stwierdzeniem - dobrze, że syn ma taką latarnię w ciemności jak pan. Jest pan dla niego wzorcem męskości i takie tam bla, bla... Zaskoczyło mnie to, bo będąc dość świadomym swoich wad i zalet, kompleksów itp. nigdy nie rozpatrywałem się w tych kategoriach. Skończyło się dość smutną refleksją, że jeśli ja mam być tym wzorcem wg pani psycholog, to świat facetów zszedł na psy. Wyliniałe, a gdzie tu mówić o lwach 
Moim zdaniem to jednak bardzo rzeczowo się odniosłeś do zagadnienia.
Mnie ten post dużo dał do myślenia. I trochę rzucił światło na Ciebie w tym sensie, że rozumiem teraz lepiej niektóre Twoje wypowiedzi w innych tematach.
Skąd się bierze niszczenie najbliższych osób, które opisujesz w swoim poście? Moim zdaniem wynika to z głębokiej frustracji samej / samym sobą (bo tak samo niszczyć kobietę może facet), rozczarowaniem swoim życiem i odreagowywaniem na tym, który jest akurat pod ręką, a z którym wiązało się nadzieje na super życie razem, a które to nadzieje się nie spełniły. Dorzucić do tego niedowartościowanie niszczącego i voila . I jak tak popatrzę ogólnie wokół siebie, to też widzę podobne przykłady.
Nie jest to rozmiar epidemii, ale sporo ich jest.
Wokół mnie także widzę podobne przykłady. Nie wiem tylko czy to kastracja, ktora dotyczy zwykle osobników płci męskiej, bo opisywane zjawisko nie ma płci. I tak jak piszesz Snake o tym, jak „robi się” z faceta eunucha lub bezwolną kukłę, to nie inaczej wygląda to w przypadku kobiet, które stają się bezpłciowymi popychadłami. Obie płcie dotyka ciągła krytyka partnera, brak szacunku czy wręcz pogarda wobec niego. Ale JEŚLI zauważasz, że jest to działanie kastrujące mężczyzn, nie dostrzegając przy tym, że dotyka ono w równej, a być może nawet większej skali także kobiety, to może jest u Ciebie więcej zgody na podobne zachowanie wobec nich niż wobec mężczyzn.
Pewnie I_see masz rację pisząc o przyczynach zachowań, których celem jest poniżanie partnera. Mi trudno zrozumieć i męczy mnie zgoda tych, którzy mimo tego, że związek powoduje, że ich samopoczucie, rozumiane jako poczucie atrakcyjności, godności i samoocena, spada systematycznie na łeb na szyję, na takie traktowanie i nie podejmowanie żadnej realnej próby zmiany sytuacji i trwanie w relacji, w której nie brakuje im tylko frustracji. Czekają aż zostaną dorżnięci w poszukiwaniu odrobiny ciepła i zrozumienia.
EDIT: Snake, odnośnie drugiej części swojej wypowiedzi, to przypomniało mi się, że kilkukrotnie natknęłam się na opis czegoś, co się nazywa rezyliencją. Jest to coś, co się nabywa w młodym wieku, dzieciństwie, gdy trzeba mierzyć się z trudnymi życiowymi okolicznościami, które hartują na dalsze życie, dają większą siłę i umiejętność znoszenia przeciwności losu i cieszenia się z tego, co daje im życie. Może to twoja „bajka” 