Loka, nie umiem Ci doradzić, nawet nie wiem czy Ty chcesz rad. Mam wrażenie, że po prostu wpadłaś się wyżalić i to jest ok.
Chyba jesteśmy trochę do siebie podobne. Ja lubię spędzać czas sama. Nie jestem rozrywkowa, nie tęsknię za tłumem, krzykiem, wrzawą.Nigdy nie byłam. Ale teraz, u mnie to powodują chyba lata, bo do młodych nie należę 
Wyprowadziłam się od rodziców, jak miałam 23 lata. Zamieszkałam z moim, wtedy chłopakiem, później mężem. Co się z tym stało, większość z Was wie.
Potem, razem z córką mieszkałam u mojej siostry i jej 2 dzieci, w małym, bo 2 pokojowym mieszkaniu. Jednak daliśmy radę. Nie było lekko, ale dzieci lubiły się razem bawić, a ja z siostrą spędzałyśmy wieczory razem i nadrabiałyśmy stracony czas. Kiedy jednak zaczęłam się czuć osaczana i manipulowana, zdecydowałam się zamieszkać sama z córką, bliżej mojej pracy (inna miejscowość) i tak mieszkałam prawie rok. Sama. W ciszy i spokoju. Po 12 latach mieszkania z kimś, znowu byłam sama. (no, oczywiście z córką). Było super, szczególnie w weekendy, kiedy córka jechała do ojca, a ja zostawałam sama. To był mój czas.
Potem poznałam obecnego Partnera, mieszkamy razem ponad 2 lata, ale po pierwszym pół rok, był taki kryzys, że powiedzieliśmy sobie, że albo próbujemy coś z tym zrobić, albo to nie ma sensu, bo miłość tu nie pomoże. A mi przeszkadzało wszystko. Po prostu wszystko. To był dla mnie obcy człowiek, którego uczyłam sie od nowa. Był, jest (dzięki Bogu) inny niż mój b. mąż. Do tego wszystkiego co byłam tam przyzwyczajona, tu wyglądało inaczej. Mało tego, jemu też przeszkadzało we mnie wiele rzeczy ( jak nie wszystkie). Ja lubię mieć wszystko zaplanowane, zorganizowane, przemyślane. Ja lubię mówić co jemy, kiedy, gdzie wychodzimy, bo czuję że muszę nad tym panować. Dlaczego? Bo źle się czuję, gdy dzieje się coś, nad czym nie mam kontroli. On mnie pomału zmieniał w tym, przekonywał i zachęcał. Jedno wyjście na koncert, teatr, restauracja. Ale musiał mi o tym wcześniej wspominać, bo nie lubię niespodzianek. Wiadomo, niespodzianka = brak kontroli nad nią. Z czasem ja zaczęłam mu odpuszczać, a on mnie oswajał. Jednak wiedział, przez co przeszłam, że moje zniewolenie w małżeństwie, odcisnęło na mnie takie piętno, że wszystko będzie bardzo ciężkie. On dawał mi wolność, czas dla mnie, nie osaczał. Sam broni swojej niezależności i raz na jakiś czas wychodzi na piwo ze znajomymi. Ja mam wtedy wieczór dla siebie.
Pasuje mi, że ja jestem wcześniej w domu, że on wraca wieczorem z pracy. Więc ja mam czas dla siebie i córki, na tv, na książkę. Porządek w domu jest po mojemu, ja planuję obiady, on kolacje i śniadania w weekendy.
Loka, po tym pierwszym naszym pół roku, i w zasadzie pierwszym naszym kryzysie, myślałam tak jak Ty. Że nic z tego nie będzie, że ja nie dam rady. A mieszkanie samej z dzieckiem, nie wchodziło już w grę, bo mieszkając we 3, wynajęliśmy większe mieszkanie, na które mnie samej nie stać. Ale...na spokojnie, bez emocji, powiedziałam sobie "stop". Przeanalizowałam wszystko, i w dużej mierze, na to co się działo, wpływ miała moja przeszłość. Ja się boję zmian. /nienawidzę zmian, a to była Wielka Zmiana. Poddałam się temu i przetrwaliśmy.
Po roku, dostał pracę na drugim końcu Polski. Widywaliśmy się w weekendy, a konkretnie od północy w piątek, do niedzieli w południe. Mało. Wytrzymaliśmy tak pół roku. Tęsknota powodowała, jak na ironię, kłótnie. Do tego presja, bo utrzymanie dwóch mieszkań nie było łatwe. Wrócił. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko się zmieniło. Ja jestem spokojniejsza, chyba
Tzn. nadal muszę mieć kontrolę, ale nie wkurzają mnie jego ciuchy pod pralką zamiast w środku, nie spinam się jak w weekend nie ma obiadu, bo nie chciało mi się zrobić, jemu też to nie przeszkadza. Miewamy ciche dni, ale to są 2, góra 3 dni, które są mi potrzebne na uspokojenie myśli. On zazwyczaj wtedy wychodzi na te swoje piwo 
Ja nie lubię osaczania, przytulania, słodkich dziubków i rzygania tęczą. Nie lubię romantycznych zrywów, nie lubię tych wszystkich fajerwerków walentynkowych. Ale i nie czekam na pierścionek. Jesteśmy już w takim wieku, że związek dla nas jest czymś innym. Każe z nas było w nieudanym małżeństwie, po złych związkach, po przejściach. Potrzebujemy wsparcia, partnerstwa i bliskości. I emocjonalnej i fizycznej. Ale bez zagłaskiwania.
Gdybym była na Twoim miejscu, nie czekałabym do czerwca, bo taka ustalona granica, jeszcze bardziej by mnie wkurzała. I zamiast skupić się na poprawieniu relacji, odliczałabym dni do końca. Jeśli widziałabym cień szansy, walczyłabym. Jeśli jednak czułabym że się zmuszam, odeszłabym.
Można kochać i lubić, ale nie da się tylko lubić.